Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Drążenie imperialnych ciał

Drążenie imperialnych ciał

Z Maciejem Górnym rozmawia Iza Mrzygłód

Od 1914 roku ciała imperialnych potęg coraz szybciej zaczęła trawić gorączka unarodowienia, doprowadzając w końcu do ich zgonu. O tej i innych przemianach tamtego czasu Iza Mrzygłód dyskutuje z Maciejem Górnym, współautorem „Naszej wojny”.

Iza Mrzygłód: Kiedy kilka lat temu przystępowaliście z Włodzimierzem Borodziejem do pracy nad pierwszym tomem  waszej książki „Nasza wojna”, chcieliście przywrócić pamięć o tym, co działo się w czasie I wojny światowej nie tylko na ziemiach polskich, ale i w regionie. Czy przez ten czas Wielka Wojna, jak określa się ją na Zachodzie, faktycznie stała się częścią pamięci zbiorowej Polaków?

Maciej Górny: Ten nasz cel zdefiniowałbym trochę inaczej. Nie mamy takiego natręctwa, żeby wszyscy uważali nasz temat za szalenie ważny. Natomiast ludziom często się wydawało i pewnie nadal się wydaje, że I wojna światowa jest czymś, co w ogóle nas nie dotyczy – i z tym nastawieniem staraliśmy się w książce polemizować. „Nasza wojna” zaczyna się od pytania: „Czy ktoś słyszał o Przasnyszu?”…

Miejscu dobrze mi znanym. Pochodzę z tego miasteczka.

Otóż, żona historyka Marcina Jarząbka, który był jednym z wnikliwszych czytelników pierwszego tomu, też pochodzi z Przasnysza. To właśnie on opowiadał nam, że w czasie rozmów z rodziną żony słyszał opowieści, które jego zdaniem musiały dotyczyć I wojny światowej, a które ludzie w Przasnyszu kojarzyli z… II wojną światową. Ta druga wchłonęła niejako tę pierwszą. To dobry przykład tego, jak przedstawiał się stan pamięci, czy też niepamięci Polaków o wydarzeniach z lat 1914–1918, który zastaliśmy i który chcieliśmy zmienić poprzez osadzenie głębiej tego, co już w tej pamięci jest obecne. Chcieliśmy pokazać, że historia I wojny światowej ma związek z naszym realnym życiem, z dziejami naszych rodzin, z przestrzenią, w której żyjemy.

W Przasnyszu na pewno się coś zmieniło. Od niedawna główną częścią ekspozycji lokalnego muzeum jest wystawa poświęcona I wojnie światowej.

W ogóle przez te ostatnie cztery lata wzmożenie rocznicowe sprawiło, że pojawiło się wiele wystaw, książek i badań dotyczących historii I wojny światowej. Teraz trzeba trochę odczekać i zobaczyć, jak dużo z tego zostanie z nami na dłużej.

W książce oprócz tego, że próbujecie przywrócić I wojnę światową świadomości zbiorowej, wprowadzacie również trochę inną – niż dominująca w Polsce – perspektywę. Po pierwsze, piszecie o tak zwanej „długiej I wojnie światowej”, obejmującej okres 1912–1923, od wojen bałkańskich aż po walki o granice w Europie Środkowej po podpisaniu traktatu wersalskiego. Po drugie, wprowadzacie dodatkową cezurę w środku I wojny światowej, dzieląc ją na pierwszą fazę, w której kluczową rolę odgrywają imperia, i drugą, w której na scenę wkraczają środkowoeuropejskie narody i to one przejmują pałeczkę.

Rzecz w tym, że od początku wojny w różnych aspektach życia występuje proces wydrążania tego imperialnego ciała przez nowe życie, na ogół związane z ruchami narodowymi. To dzieje się na początku w dziedzinie polityki społecznej, działań charytatywnych. W wojsku pierwszymi takim oznakami jest powstanie oddziałów, które się definiowały narodowo, jak Legiony Polskie w armii austro-węgierskiej czy ukraińscy Strzelcy Siczowi. Z punktu widzenia historiografii narodowych to jest początek drogi do niepodległości, wolności albo walki o nią. Jednak z punktu widzenia tych imperiów można zaryzykować metaforę, że to jest rak, który drąży ciało, aż w końcu doprowadza do zgonu.

O I wojnie światowej rozumianej jako wojna narodów można mówić mniej więcej od 1916–1917 roku. Ten proces etnicyzacji, który zaczyna się już w 1914 roku, dojrzewa i gdzieś po drodze masa krytyczna zostaje przekroczona. W różnych imperiach w różnym tempie. W przypadku Rosji szybko i głośno – i takim momentem, który łatwo zidentyfikować, jest pierwsza rosyjska rewolucja w lutym 1917 roku i decyzja o rekonstrukcji armii rosyjskiej na zasadzie etnicznej. To jest o tyle ważny przypadek, że to się dzieje zupełne jawnie: jest gdzieś zapisane, pada konkretny rozkaz. W innych imperiach zachodzą podobne procesy, ale trudno jest uchwycić momenty symboliczne, kiedy imperia upadają z wielkim łoskotem pod wpływem jednego impulsu, który by je pozbawił życia.

A czym te dwie odsłony wojny się charakteryzują?

„Wojna narodów” różni się od „wojny imperiów” prawe wszystkim. Tak naprawdę walczą w niej już trochę inne wojska, dotychczasowi sojusznicy zaczynają krzywo na siebie patrzeć, a czasami strzelają do siebie. Na przełomie 1917 i 1918 roku dzieje się tak w Rumunii, gdzie w ciągu tygodni armia rumuńska i rosyjska praktycznie zrywają współpracę. W lutym 1918 roku II brygada Legionów Polskich przebija się przez austriacki front w proteście przeciw traktatowi brzeskiemu. Z obu stron giną żołnierze, którzy nie dość, że jeszcze niedawno należeli do tej samej armii, to w zasadzie nie mają żadnego powodu, aby się nawzajem zabijać. Chorwaci, którzy akurat pechowo stacjonowali w tym miejscu, nie mieli ze „sprawą polską” nic wspólnego. Poprzez takie wydarzenia zmieniają się także fronty. Poczynając od roku 1917, są już inne niż te widoczne na mapie, bo rodzą się konflikty, z którymi będziemy mieli oficjalnie do czynienia dopiero po 1918 roku.

Trochę inaczej zaczyna funkcjonować samo wojsko i inny jest stopień jego organizacji. Zaciera się granica pomiędzy profesjonalną wojną a starciami jednostek paramilitarnych. Ta pierwsza ma wprawdzie mnóstwo usterek, ale jednak funkcjonują różne służby, zaopatrzenie dociera, a przestępstwa się karze. Po drodze następuje gdzieś taka przemiana, że to przestaje być standardem. I w bardzo wielu miejscach wojna zaczyna dotyczyć przede wszystkim ludności cywilnej, która traci nawet iluzoryczną ochronę przed samowolą ludzi z bronią.

Zresztą, rosnące zaangażowanie ludności cywilnej ma poważne następstwa. Dosyć jasno dotąd wyrysowane fronty zamieniają się w przestrzenną konstrukcję, gdzie tych wrogów jest wielu. Mieszkańcy to już nie tylko ofiary. Często stają się dodatkową, trzecią (a czasem czwartą albo piątą) stroną konfliktu. Kiedy w 1918 roku na Ukrainę wkraczają niemieckie i austro-węgierskie wojska okupacyjne, ich dowódcom wydaje się, że jedyne zagrożenie stanowią bolszewicy. Już po paru tygodniach widać jednak, że w okolicy kręcą się także prywatne wojska różnych „atamanów”, anarchiści, „biali” Rosjanie i kto tam jeszcze. W dodatku własną siłą zbrojną dysponują nawet niektóre wsie.

Pojawia się na przykład kategoria „zielonych”, czyli nieregularnych formacji, różnych partyzantów i chłopskich band, którzy często występują w obronie lokalnej społeczności lub własnych partykularnych interesów. I tutaj chciałabym się zatrzymać przy chłopach, bo oni też zyskują pewną podmiotowość jako aktorzy różnych działań i walk. W książce z jednej strony dostrzegacie ich nową rolę i swoistą emancypację, a z drugiej stwierdzacie, że sytuacja i mentalność chłopów tkwiła w świecie archaicznych, przednowoczesnych reguł. To jak to w końcu jest? Czy oni również podlegali etnicyzacji i angażowali się w sprawę narodową? Czy raczej przychylałbyś się do tezy Michała Łuczewskiego, że chłopska tożsamość narodowa ukształtowała się znacznie później, a jej domknięcie nastąpiło dopiero w okresie PRL-u?

Przede wszystkim fenomen „zielonych” dotyczy ziem polskich akurat stosunkowo w małym stopniu. Najwięcej uzbrojonych chłopów, wsi i wiejskich republik było tam, gdzie wojenne bezprawie trwało najdłużej, czyli na ziemiach ukraińskich i białoruskich. Przejściowo jest to również fenomen słowacki i chorwacki. Natomiast w okresie, kiedy kształtuje się państwo polskie, chłopi, tam gdzie okoliczności temu sprzyjają – czyli tam, gdzie nie ma silnej władzy, albo w ogóle nie ma władzy – mają tendencje, żeby rządzić się sami. Ich stosunek do powstających struktur państwowych, tych czy innych, jest zależny od tego, co im próbują dać lub co im próbują zabrać. W polskich meldunkach z roku 1919 donosi się o całych gminach, które z punktu widzenia polskich władz wojskowych żyją w totalnym „bezprawiu”, a to znaczy, że nie wpuszczają do siebie polskich urzędników, polskich żandarmów, polskiego wojska. Broń mają, bo wojna przeszła parę razy przez ich okolicę, i radzą sobie sami.

Z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw.

Maciej Górny

Etnicyzacja dotyczy akurat tej grupy społecznej w stosunkowo niewielkim stopniu. Michał Łuczewski ma więc rację. Źródła pokazują, że z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw. Dzieje się tak zarówno na ziemiach polskich, jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim chłopi nie zgłaszają się do poboru. To jest pierwsza żelazna reguła. Nie jest przypadkiem, że w meldunkach wojskowych, nie tylko polskich, pojawia się zawsze informacja o tym, który z naszych sąsiadów aktualnie prowadzi pobór, bo to oznacza, że po naszej stronie granicy będą się gromadzić młodzi mężczyźni, którzy uciekli ze wsi po drugiej stronie. I chłopi z terytoriów polskich oczywiście też uciekają w momencie poboru.

Tak jest nawet w roku 1920, w okresie wojny z bolszewikami, kiedy całe powiaty nie stawiają się do służby wojskowej albo stawiają się bardzo wybiórczo.

I to o postawach chłopów u progu niepodległości mówi znacznie więcej niż propaganda kierowana do ludu.

Sporo miejsca w drugim tomie poświęcacie kształtowaniu się tożsamości narodowych, ale stawiacie też tezę o dokonującej się transformacji społecznej na miarę przemian lat 90. W tekście dla „Zeitschrift für Ostmitteleuropa-Forschung” wprost porównujesz przełom 1989 i 1918 roku [1]. Czy idąc dalej tym tropem, można zaryzykować tezę, że długofalowym efektem tej transformacji był nowy sposób myślenia o roli państwa? Po wojnie to państwo było zmuszone wziąć na siebie ciężar odbudowy – czy możemy tu mówić o pierwszych jaskółkach nowego myślenia ekonomicznego, które ostatecznie zaowocowało rozwojem etatyzmu w latach 30.?

Węgierski historyk gospodarki Miklós Lajko twierdzi – w chwilach zwątpienia obawiam się, że może słusznie – że gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej z tej nędzy wywołanej I wojną światową nie wyszły nigdy, bo transformacja, która zaczęła się w pierwszej połowie lat 20., nie zdążyła przed kryzysem przynieść jakichkolwiek pozytywnych skutków. Czyli zanim to, o czym piszemy, w ogóle zaistniało, to już tego znowu nie było.

Zastanawiając się nad tą częścią gospodarczą, myśleliśmy o niej także jako o elemencie tożsamościowym, bo w całej tej interpretacji dwóch transformacji kluczowa jest nie tyle ocena gospodarczych realiów, ile tego, jak to przeżycie wpływa na ludzi, którzy mają z nim do czynienia. I tutaj wydaje mi się, że najważniejsza jest dynamiczna zmiana, która polega na tym, że w ostatnich latach wojny praktycznie wszędzie, nawet tam, gdzie wskutek zniszczeń, wywózek, demontażu praktycznie nie ma przemysłu, dochodzi do emancypacji klasy robotniczej, czy też tych, którzy za klasę robotniczą się uważają. Na ziemiach Królestwa Kongresowego to jest charakterystyczne, że w rolę robotników mogą wchodzić inne grupy pracowników, na przykład z sektora usługowego.

To jest ta kategoria płynnej klasy społecznej, o której pisze czeski badacz Rudolf Kučera.

Tak jest. Widać to dobrze na przykładzie Warszawy, z której przemysł został wywieziony, a mimo to dzięki strajkom, które władza przestaje tłumić, a zaczyna im ustępować, ta grupa społeczna nabiera przekonania o własnej sprawczości. Na centralnych ziemiach polskich w jakiś sposób nawiązuje to do doświadczenia rewolucji 1905 roku. To jest przeżycie całej grupy społecznej, która nagle po latach deprywacji związanej z militaryzacją produkcji, biedą, głodem, nagle zaczyna mieć jakiś udział we władzy, decydować sama o sobie, a nawet o całym państwie. Z tym poczuciem wchodzi we wczesne lata istnienia nowych państw Europy Środkowo-Wschodniej i przez pewien czas jej pozycja pozostaje bardzo silna. Kartą przetargową jest utrzymanie produkcji i porządku społecznego, bo to są grupy, które mogą zagrozić państwu, nie tylko odchodząc od maszyn, ale również wychodząc na ulice. W procesie transformacji gospodarczej poczucie sprawczości zostaje tym grupom społecznym odebrane, co rodzi pewne rozczarowanie państwem. Bo historia międzywojnia dla społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej to lista bardzo wielu rozczarowań. Więc jeżeli myślimy o paraleli z rokiem 1989, to nie w sensie krytyki paradygmatu liberalnej czy neoliberalnej gospodarki…

Nie chodziło mi o krytykę tych założeń, tylko raczej o dokonującą się zmianę myślenia. I czy początków podejścia etatystycznego nie moglibyśmy spróbować zakorzenić w przemianach I wojny światowej?

Wydaje mi się, że nie bardzo, bo mówimy o zjawiskach społecznych, a nie o myśli ekonomicznej czy politycznej. Chyba że scentralizowaną i kontrolowaną przez walczące mocarstwa wojenną gospodarkę niedoboru utożsamimy z etatyzmem, przed czym się raczej wzbraniam. Wydaje mi się, że pomiędzy gospodarką ersatzów a New Dealem zieje przepaść. Nie bardzo widzę zorganizowaną polityczną albo ekonomiczną reprezentację takiego w sumie rewolucyjnego podejścia do gospodarki. Można spekulować, co by było, gdyby bolszewicy zaszli dalej niż na probostwo w Wyszkowie i gdyby Marchlewski zaczął realizować swoje plany gospodarcze w Polsce. Sytuacja była tak dramatyczna, że może faktycznie oczekiwała na jakiś rodzaj radykalnych rozwiązań, niekoniecznie bolszewickich.

Natomiast instrumentarium liberalnej ekonomii, które potem do niego przyłożono, nie dało takich efektów, na które liczono. Przy czym, polska polityka gospodarcza nie charakteryzowała się jakimś szczególnym konserwatyzmem. Sterowali nią dobrze wykształceni ludzie znajdujący się w mainstreamie akademickiej debaty europejskiej i trudno było od nich czegoś więcej oczekiwać. Oczywiście, od lat 30. nowe pomysły w gospodarce wiążą się z nazwiskiem Keynesa, ale na początku lat 20. jego spojrzenie na sytuację gospodarczą w Polsce było jak najbardziej konserwatywno-liberalne. Taki bałagan, jaki wówczas u nas panował, nawet w jego umyśle nie dawał się zracjonalizować i trudno mu było wyobrazić sobie inną kurację niż powrót do podręcznikowego liberalizmu gospodarczego.

Mówiłeś o robotnikach, a co z klasą średnią w dobie tej transformacji? Klasyczna jest już teza o upadku klasy średniej w wyniku kryzysu powojennego w Niemczech czy Austrii i jej późniejszym zwrocie w kierunku faszyzmu. A co się dzieje z tą polską, słabą i nikłą klasą średnią? Mam wrażenie, że ona gdzieś umyka w waszej analizie.

Masz słuszne wrażenie, ale odpowiedź na to pytanie to już jest historia międzywojennej Polski i dalszy ciąg historii o robotnikach. Jeżeli przyjmujemy tę paralelę transformacyjną, w której robotnicy mają najpierw poczucie siły, a potem je tracą wskutek transformacji, to odwrotem tej sytuacji jest to, co się dzieje przede wszystkim z inteligencką klasą średnią, bo to jest tutaj kluczowy komponent, ale też z małymi właścicielami, kamienicznikami, sklepikarzami. Oni pod koniec wojny i na początku niepodległości ponoszą duże straty materialne, częściowo na rzecz innych grup, bo następuje pewna redystrybucja dóbr.

W Warszawie na przykład jeszcze Rosjanie zamrażają czynsze dla rodzin żołnierzy, którzy odeszli na front, czyli uniemożliwiają podnoszenie opłat, i to jest ewidentnie uderzenie po kieszeni polskich właścicieli kamienic i mieszkań, a więc w klasę średnią. Później powstające polskie państwo wprowadza dekret o ochronie lokatorów utrzymujący stawki z 1914 roku, a tymczasem realna wartość zamrożonych czynszów spada w rytm wojennej i powojennej inflacji. Także w początkach niepodległości naturalnie łatwiej było ściągać zwyczajne i nadzwyczajne podatki od ludzi, którzy posiadali majątek i z niego się utrzymywali, niż od robotników. Natomiast międzywojenne państwo było postrzegane – wydaje mi się, że słusznie – jako kraj dla inteligencji. Najmniej zagrożone przez kryzys stanowiska tworzyło państwo i zatrudniało tam przedstawicieli rodzimej inteligencji, najchętniej narodowości polskiej. Więc ta grupa w dłuższej perspektywie osiąga stosunkowo dobrą pozycję.

Czyli powstająca struktura państwowa tworzy amortyzacyjną poduszkę dla klasy średniej, która nie ląduje na tak twardym bruku jak mieszczanie niemieccy czy austriaccy?

Można tak to ująć.

Zapytam jeszcze o trzecią z dokonujących się transformacji, czyli zmianę kulturową. Piszecie o „wojnie ducha”, co nawiązuje do niemieckiego wyobrażenia o starciu między zachodnim materializmem a niemieckim idealizmem, przy czym głównie koncentrujecie się na dyskursach naukowych – przenikaniu kategorii rasowych, antropologicznych do Europy Środkowo-Wschodniej. A co z szerzej pojętą zmianą kultury i mentalności? Modris Eksteins w „Święcie wiosny” pisał o radykalnej formie modernizmu, który miał zrodzić się z doświadczenia I wojny światowej i stać się podstawą dla faszyzmu, ale też innych ruchów radykalnych w międzywojniu. Stała za nim potrzeba przekształcania rzeczywistości w sposób dogłębny i totalny oraz przekonanie o nieuchronności przewrotów społecznych, kult czynu i dążenie do stworzenia „nowego człowieka”. Czy w naszej części Europy również możemy zaobserwować narodziny takiej formacji?

Zajmowałem się szukaniem „nowego człowieka” w czasie I wojny i okazało się, że najłatwiej można go znaleźć nie w tej intelektualnej czy naukowej produkcji, tylko w materiałach tworzonych przez piszących bojowników z takich literackich formacji wojskowych jak Legiony Polskie, Legion Czechosłowacki czy Strzelcy Siczowi. Tam ten „nowy człowiek” jest nazwany i scharakteryzowany – nie pyta o własne dobro, tylko spełnia swoją powinność bez oczekiwań wobec państwa i przyjmuje na swoje barki ciężar państwa i narodu. To są często ekspresjonistyczne źródła, w których autokreacja na „nowego człowieka” jest obecna bardzo silnie. I podobieństwa do włoskiego faszyzmu nie są tutaj przypadkowe, bo to jest podobna formacja, podobne przeżycia.

Tam bym bardziej tego szukał niż w sferze „wojny ducha”, która raczej konsumuje to, co działo się w nauce i w kulturze przed wojną. Lata Wielkiej Wojny dla wszystkich narodów Europy Środkowo-Wschodniej były momentem, w którym najwięcej jak dotąd, albo może najwięcej w ich dziejach w ogóle, tłumaczy się i wydaje, bo trzeba „nasz” dorobek światu pokazać, żeby udowodnić, że zasługujemy na niepodległość, na istnienie, na autonomię.

Piszecie również, że w przypadku Europy Środkowo-Wschodniej trudno oddzielić myśl nacjonalistyczną od twórczości naukowej, to znaczy zawartość analityczną od perspektywy narodowej.

Dla piszących wtedy ludzi, takich jak geografowie Eugeniusz Romer albo Stepan Rudnyćkyj, to też był problem, z którego oni sobie doskonale zdawali sprawę. Znakomicie dostrzegali niekonsekwencje i manipulacje dokonywane w nauce – oczywiście bardziej u innych niż u siebie samych. Ale jeżeli historyk zadaje sobie pytanie, czy to, co jemu wydaje się oczywiste, było też oczywiste dla ludzi, którymi się zajmuje, to odpowiedź brzmi: tak, było. Sposobem wyjścia z tego konfliktu między zaangażowaniem nacjonalistycznym a uprawianiem nauki stało się dla nich pojęcie służby, do którego niektórzy odwoływali się wprost. Należy to rozumieć w ten sposób, że profesjonalna i nowoczesna nauka, uprawiana przez takich ludzi, jak ówcześni antropolodzy fizyczni, geografowie, wykształceni na ogół na niemieckich albo francuskich uniwersytetach, dawała – zresztą cały czas daje – dosyć szerokie możliwości interpretacji zbieranego materiału. Interpretowanie go w sposób mniej lub bardziej sprzyjający naszej sprawie narodowej wciąż jeszcze mieściło się w kategoriach obiektywizmu naukowego.

I co jeszcze? Należałoby sobie przypomnieć trochę świństw, które zrobiliśmy sto lat temu i starać się ich nie powtarzać teraz.

Maciej Górny

Mogę sobie wyobrazić, że Eugeniusz Romer, analizując dane geograficzne, zadawał sobie pytanie: właściwie dlaczego miałbym te dane zinterpretować w sposób, który da mi wynik mniej korzystny dla sprawy polskiej, skoro mogę je równie dobrze ukazać tak, że ten wynik będzie dla sprawy polskiej lepszy? I stojąc wobec tego typu alternatywy, przekonani o własnym obiektywizmie naukowcy piszą poprawne naukowo, zaangażowane politycznie prace, tworzą mapy, kompilują dane, bo to są też wielkie zestawienia statystyczne. Romer pracuje nad czymś absolutnie niesamowitym – zbiorem danych statystycznych, który udowadnia, że Ukraińcy są mniej twórczym narodem niż Polacy, ponieważ statystyka pokazuje, że Polacy w zaborze pruskim w bardzo niesprzyjających warunkach mają dużo większe osiągnięcia kulturalne niż Ukraińcy we Lwowie. Na to ma odpowiednie tabelki.

Kreatywność zamknięta w tabelkach…

Tak. Kluczowe dla tego sposobu myślenia i działania jest to, że na ogół nie trzeba tych danych fałszować, nie trzeba ich przekręcać, można po prostu je odpowiednio dobrać. I taki rodzaj zaangażowanej nauki uprawiają wszyscy, tłumacząc ją oddaniem talentów w służbę sprawy narodowej. Czyli zachowując też czyste sumienie naukowe, bo to jest dla nich równie ważne.

A czy wśród obywatelskich postaw jakiekolwiek znaczenie ma pacyfizm? Piszecie o nim obszernie przy okazji rewolucji pacyfistycznej, która w czasie wojny dokonuje się przede wszystkim w armii rosyjskiej. Mówicie też o trzech typach żołnierzy, można by rzec, trzech typach obywateli, którzy wychodzą z armii imperiów: oddanych sprawie narodowej, służących rewolucji proletariackiej i sprawiedliwości społecznej oraz o pacyfistach, odrzucających wojnę. Później jednak we wspólnotach narodowych tego regionu pacyfizm raczej zanika.

Są takie miejsca, w których pacyfizm chłopski nie zanika, ciągnie się jeszcze w lata 20. i dysponuje realną siłą polityczną. We wrześniu 1918 roku w Bułgarii załamuje się front, armia od jakiegoś czasu nie dostaje zaopatrzenia, chłopi wracają do domu i to nie jest koniec. Tam partia chłopska dochodzi do władzy, Aleksander Stambolijski zostaje premierem i prowadzi zupełnie inną politykę niż dotychczasowe rządy. Bułgaria na początku lat 20. potępia własny udział w I wojnie światowej i prowadzi pacyfistyczną edukację. Politykę historyczną, która z całym nacjonalistycznym ciężarem zrywa. Stambolijski próbuje skutecznie znormalizować stosunki z Jugosławią, ale później staje się ofiarą zamachu stanu i ginie. Trudno więc powiedzieć, jakby to dalej szło, bo wiadomo, że nie wszystkim się podobało, a przede wszystkim nie podobało się byłym oficerom, którzy go zamordowali. Na tym przykładzie widać jednak potencjał tej rewolucji pacyfistycznej. W całym okresie międzywojennym bardzo silnym lobby pacyfistycznym pozostawały największe organizacje inwalidów, co w sumie nie tak trudno zrozumieć.

A jaki dziś tkwi potencjał w pamięci I wojny światowej? Gdybyś miał ułożyć kanon, to co by się w nim znalazło, co faktycznie powinniśmy pamiętać?

Bardziej myślę tutaj o takim ponurym, kościstym dydaktycznym palcu, który by pokazał, jak się zachowywaliśmy sto lat temu – i zmusił uczniów do zastanowienia. Na pewno takim momentem wartym zapamiętania byłyby reakcje na wybuch wojny, lojalność wobec imperiów, które teraz traktujemy jako zupełnie obce. Przypomniałbym też, jak społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej zachowywały się wobec grup słabszych, wobec uchodźców, miejscowych Żydów, to jest coś, co warto kościstym palcem wskazać i przymusić, żeby to sobie jeszcze raz odtworzyć.

Tym bardziej, że wśród tych uchodźców byli też mieszkańcy Królestwa ewakuowani w głąb Rosji albo mieszkańcy Galicji, którzy zalali Wiedeń.

To pozwala uświadomić sobie, że ta kondycja ludzka może stać się udziałem każdego, niezależnie od przynależności etnicznej czy wyznaniowej. I co jeszcze? Należałoby sobie przypomnieć trochę świństw, które zrobiliśmy sto lat temu i starać się ich nie powtarzać teraz.

Mnie osobiście przy pracy nad tym drugim tomem czasem porywały pewne analogie z dniem dzisiejszym, czego oczywiście historyk nie powinien przyznawać ani robić, ale jednak urzekają mnie takie historie jak psychoza epidemiologiczna w roku bodajże 1916 w Czechach, gdzie wybuchła panika, ponieważ rzekomo uchodźcy roznieśli gruźlicę, a ostatecznie okazało się, że źródłem epidemii jest lokalna społeczność, która z przyczyn ideologicznych odmawiała szczepienia dzieci. To są momenty, w których chciałoby się wierzyć w dydaktyczną moc historii.

 

Przypis:

[1] Maciej Górny, „Secondary Shocks. Poland’s Two Transformations”, „Zeitschrift für Ostmitteleuropa-Forschung”, 67/2018, 2, s. 231–238.

Książka:

Włodzimierz Borodziej, Maciej Górny, „Nasza Wojna”, t. 2: „Narody, 1917–1923”, wyd. WAB, Warszawa 2018.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 526

(5/2019)
5 lutego 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nasza wojna



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj