Czy sukcesy „Peaky Blinders” i „Sukcesji” sprawiły, że rodzinne sagi, opowieści o lojalności, zdradach i walkach o władzę, które kiedyś chłonęli czytelnicy Anthony’ego Trollope’a i Johna Galsworthy’ego, wróciły do łask? Wszystko wskazuje na to, że tak. Niedługo debiutuje nowy serial na podstawie „Sagi rodu Forsythów”, a tymczasem Steven Knight, showrunner odpowiedzialny za powodzenie „Peaky Blinders”, powrócił z osadzoną w Irlandii sagą znanego na całym świecie rodu Guinnessów.
Specjalista od rodzinnych powikłań
Knight, producent, scenarzysta i reżyser, w kinie zadebiutował kultowym już filmem „Locke” z Tomem Hardym, a w ostatnich latach współpracował z chilijskim reżyserem Pablo Larrainem jako twórca scenariuszy do filmów „Spencer” czy „Maria Callas”. Przede wszystkim jednak twórca „Peaky Blinders” przez prawie dekadę eksplorował rodzinne więzi, oblicza męskości i historię międzywojennej Wielkiej Brytanii z punktu widzenia nie zawsze stojącej po stronie prawa rodziny Shelbych. Rozmach tej opowieści sięgał od żałoby po tych, którzy zginęli w okopach pierwszej wojny światowej, przez szalone lata dwudzieste, po dekadę w cieniu Wielkiego Kryzysu i kontrowersyjną postać Oswalda Mosleya oraz jego Brytyjskiej Unii Faszystowskiej.
W międzyczasie Knight próbował sił w różnych produkcjach, których klimat często przypominał „Peaky Blinders”: był to serial „Tabu”, w którym powrócił do współpracy z Tomem Hardym, czy ubiegłoroczne „Tysiąc ciosów” o środowisku bokserskim w dziewiętnastowiecznym Londynie i zapomnianym syndykacie kobiecych przestępczyń Forty Elephants. Oba seriale, chociaż stylowe i przepełnione dynamiczną akcją (tak jak zapomniane już „See” czy „Za zasłoną” Knighta) nie cieszyły się jednak taką popularnością jak saga rodziny Shelbych z charyzmatycznym Cillianem Murphym.
W „Rodzie Guinnessów” Steven Knight wraca do tematów rodziny, władzy i (nie zawsze legalnych) interesów powiązanych z historią znanej irlandzkiej dynastii. Podobnie jak wiele innych rodzinnych historii, saga młodych Guinnessów rozpoczyna się od śmierci patriarchy rodu i walki o jego sukcesję w rodzinnych interesach. Do walki stają najstarszy syn, ukrywający przed światem swoją seksualną orientację oraz niechęć do piwnego biznesu Arthur (Anthony Boyle), opanowany perfekcjonista Edward (Louis Partridge), odsunięta na bok z racji płci Anne (Emily Fairn) oraz rodzinna czarna owca, utracjusz Benjamin (Fionn O’Shea).
Dzieje pewnej dynastii
W obsadzie „Rodu Guinnessów” – w przeciwieństwie do „Peaky Blinders”, gdzie wśród mniej znanych nazwisk Knight umieścił aktorów takiego pokroju jak Cillian Murphy, Sam Neil czy Helen McCrory – brakuje wielkich gwiazd. Trudno jednak odmówić i Knightowi, i ekipie odpowiadającej za casting dobrego wyboru. Anthony Boyle (seriale „Shardlake” czy „Manhunt”) i Louis Partridge („Enola Holmes”) toczą zaciętą walkę zadawnionych uraz, odmiennych charakterów i postaw wobec odziedziczonego rodzinnego biznesu.
Ale wybijają się tu przede wszystkim role spoza samego trzonu rodziny Guinnessów. James Norton, który wielokrotnie ukazywał, że może być zarówno aniołem (pastor-detektyw w serialu kryminalnym „Granchester”), jak i diabłem (psychopatyczny antagonista w „Happy Valley”) idealnie znajduje równowagę między przemocą i skutecznością a urokiem osobistym jako pan Rafferty – fixer problemów i sekretów rodziny Guinness. Byron (Jack Gleeson) jest jedną z tych postaci, która łączy „Ród Guinnessów” ze światem „Peaky Blinders” – to bohater, który odnalazłby się równie dobrze w rodzinie Shelbych – gadatliwy oportunista, spryciarz i biznesmen, odpowiadający za ekspansję pienistego trunku w Stanach Zjednoczonych. Zubożała arystokratka Lady Olivia (Danielle Galligan) w męskim świecie próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej, Ellen (Niamh McCormack) odpowiada za ruch Fenicjan próbujących walczyć o niepodległość kraju. Adelaide (Ann Skelly), daleka kuzynka Guinnessów, dąży z kolei do społecznych zmian, wykorzystując swoje przywileje i miejsce w socjecie.
Rodzinne więzi i toksyczne relacje to jeden z głównych tematów serialu: nieuniknione tarcia między rodzeństwem a dalszymi członkami familii, walka o władzę i dobre imię biznesu Guinnessów. Każdy z braci, podobnie jak ich siostra, ma sekrety i sporo na sumieniu, a liczba osób, które przyjęłyby upadek rodziny z uśmiechem na ustach, jest niemała (co doskonale pokazuje pierwszy odcinek i zamieszki wokół trumny zmarłego). Uwikłania rodziny w politykę nie zawsze wychodzą jej członkom na dobre, podobnie jak konszachty z dublińskim półświatkiem. Osiem odcinków uważnie śledzi to, jakie poświęcenia i kompromisy są oczekiwane od ludzi zajmujących miejsce na świeczniku.
Szczęście i poczucie spełnienia wydają się dla bohaterów „Rodu Guinnessów” równie nieuchwytne, jak dla ich współczesnych odpowiedników w serialu Jesse’ego Armstronga „Sukcesja”.
Ale rodzina, czy ta połączona więzami krwi, czy ta z wyboru, w serialach tworzonych przez Knighta zawsze zdaje się znaczyć więcej niż w cynicznym świecie „Sukcesji”. Być może właśnie przez ten brak wyrachowania, „Ród Guinnessów” nabiera niemalże staroświeckiego uroku. To świat, w którym ostatecznie dalej liczy się jednak lojalność.
Muzyka, Irlandia, żałoba
Pisząc o produkcjach Knighta, zawsze w pewnym momencie nie sposób nie wspomnieć o muzyce. Legendarne jest już wykorzystanie „Red Right Hand” Nicka Cave’a w „Peaky Blinders”, przeplatające się z utworami Florence and the Machine czy Arctic Monkeys oraz z okrytymi kurzem niegdysiejszymi przebojami brytyjskiego międzywojnia.
To ścieżce dźwiękowej zawdzięcza „Ród Guinessów” najbardziej efektowne momenty: od zjednoczenia rodziny w pierwszym odcinku po wystawne wesele jednego z braci. Znajdziemy tu związane z folkiem i tradycyjną irlandzką muzyką zespoły jak The Mary Wallopers i Lancum, punkowe Flogging Molly i Fontaines D.C. (z pojawiającym się raz po raz utworem „Starbuster”), hiphopowy Kneecap czy liryczne piosenki pieśniarki Lisy O’Neil oddające bardziej melancholijne momenty serialu. Są tu też chwile, w których wystarcza tylko grający na skrzypcach Pan Rafferty. Twórcom nie brak także poczucia humoru: jak wykorzystanie „Beer Beer Beer” The Clancy Brothers – prawdopodobnie musiał się on pojawić w serialu opowiadającym o pienistym trunku, który na ekranie leje się nieustannie.
„Ród Guinnessów” wykorzystuje możliwość, by ukazać widzom Irlandię drugiej połowy dziewiętnastego wieku z jej malowniczymi krajobrazami, rezydencjami Dublina i spelunkami półświatka, ale także z jej biedą, poczuciem zniewolenia i wspomnieniami klęski głodu, która miała miejsce zaledwie kilka lat przed wydarzeniami ukazywanymi w serialu. Saga budzi jednak przy tym pewne wątpliwości, które w przypadku wcześniejszych seriali Knighta wydawały się nie istnieć. Kontekst historyczny, którego nie brakowało i w „Tabu” i „Peaky Blinders”, w „Rodzie Guinnessów” stosunkowo szybko schodzi na dalszy plan. Problem niepodległości Irlandii i stosunku do brytyjskich władz symbolizuje głównie należąca do Fenicjan Ellen i jej niezbyt mądry, lubujący się w przemocy brat: inni działacze wydają się niewidzialni, a ich dążenia polityczne w świecie Guinnessów tracą na znaczeniu.
W drugim odcinku serialu, gdy Anne podróżuje do położonej na prowincji posiadłości, jej powóz zostaje zatrzymany przez miejscowych – wychudzonych, nienawidzących bogaczy, nadal opłakujących zmarłych. Ponury epizod (który swoją kontynuację znajdzie w jednym z późniejszych odcinków) doskonale podsumowuje rozmiar strat i żałoby, które niosły za sobą klęski głodu.
Ojcowie kapitalizmu
Ale pomimo tego pod wieloma względami „Ród Guinnessów” przypomina fantazję o dobrych i sprawiedliwych ojcach założycielach współczesnego kapitalizmu. Na pierwszy rzut oka trudno jest porównywać światy „Downton Abbey” i „Pozłacanego wieku” (stworzone przez dość zachowawczego Juliana Fellowesa) z serialem Knighta. Paradoksalnie jednak „Ród Guinnesów” pod wieloma względami więcej łączy właśnie z nimi niż z rodziną Shelbych z Birmingham. Guinessowie ukazani są podobnie do Lorda Granthama z „Downton Abbey” i George’a Russella ze „Pozłacanego wieku” – to sprawiedliwi i roztropni władcy rządu dusz. Pozostają nieobojętni na niedole innych, rozważający budownictwo mieszkaniowe dla pracowników, wprowadzający system emerytur w swoim przedsiębiorstwie. I choć serial ponoć powstał bez zgody samych potomków rodziny Guinnessów, to sama świadomość marki i jej promowanie wśród widzów nie jest tu zupełnie bez znaczenia – chwilami opowieść ta przypomina atrakcyjną, ale ciągnącą się bez końca reklamę Guinnessa. To właściwości, których trudno byłoby spodziewać się po serialu twórcy „Peaky Blinders”, gdzie urok leżał właśnie w skutecznym i uporczywym odzieraniu brytyjskich klas posiadających z uroku, przeciwstawiając im na każdym kroku Shelbych – krewkich, sprytniejszych, kierujących się własną ideą sprawiedliwości.
Owszem w „Rodzie Guinnessów” Steven Knight pozornie wykorzystuje większość środków, które lata temu konstytuowały sukces „Peaky Blinders”. Znajdziemy tu przemoc, czarny humor, zmianę kierunków, w jakie podąża narracja, wyraziści bohaterowie, którzy dają się lubić. Pomimo to, w „Rodzie Guinnessów” czegoś brakuje. Jak nie omieszkała wspomnieć część irlandzkich recenzji: może dzieje się tak dlatego, że na Irlandię patrzy tu jednak brytyjski twórca? Może winne jest zmęczenie powtarzaną w koło formułą największego sukcesu sprzed lat? Ale być może po prostu machina „Rodu Guinnessów” potrzebuje, tak jak kiedyś historia Shelbych, kolejnych sezonów, by w pełni nabrać mocy?
