
W szeroko komentowanym tekście „Gry pozorów” Piotr Sadzik wzmiankował o pisarzach, którzy posiadają status debiutanta (głębszą analizę poświęcił jednak przede wszystkim autorom docenianym). Częsty zarzut względem tekstu Sadzika dotyczył tego, że debiutanci nie powinni być poddawani krytyce negatywnej, a najlepiej byłoby zastosować względem nich kryteria oceny nieco bardziej „wyrozumiałe”.
Debiuty na rynku wydawniczym
Gdyby przyjrzeć się systemowi nagród, debiuty często są do nich nominowane (choćby „Zmartwychwstanki” Doroty Grabek nominowane w tym roku do Nagrody Literackiej „Nike”), nierzadko zdobywają także nagrody. Istnieją również kategorie poświęcone książkom debiutanckim, na przykład takie wyróżnienie przewidziano w Nagrodzie Poetyckiej Silesius. Tego typu rozwiązanie nie świadczy o tym, jak zakładam, że debiuty automatycznie otrzymują stempel gorszej jakości, ba!, bardzo często książki te mogłyby zdobyć nagrodę w kategorii „Książka roku”.
Dzięki takim rozwiązaniom debiutanci po prostu pewniej wchodzą w pole literackie i mogą zostać łatwiej dostrzeżeni. To samo dotyczy Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza, która powstała z myślą o debiutach. Druga książka natomiast musi mierzyć się z trudniejszymi warunkami w ogródku literackim.
Jestem pewna, że debiutanci często wnoszą nową jakość i nie potrzebują taryfy ulgowej od krytyki. Jednak, gdy zabieram się za recenzowanie debiutów, mimowolnie spoglądam życzliwiej na tekst, który mam przed oczami. Przecież wydanie książki oznacza karkołomne akrobacje i – gdy wreszcie się to wydarza – autor zasługuje na pochwałę już za sam hart ducha.
Pozostawiając na marginesie złożoność procesu wydawniczego, w tym promocji książek, pozwolę sobie na pewne uproszczenie. Książki nijakie przeważnie pozostają w czyśćcu literackim, a krytyka sprawnie omija te debiuty (choć wcale nie muszą być napisane źle). „Wymazanie” wydanej książki wydaje się zatem jednoznacznie negatywną oceną. Gdy sięgam więc po książki, które momentami „coś ze mną robią”, choć bywają nierówne – wycieram z ulgą pot z czoła. Doceniam na przykład niezłe frazy, które przyklejają się do mnie na dłużej.
Eksperymenty z językiem
W „Śpiątku” Julii Śliwowskiej będzie to chociażby pół zdania: „na moją prywatność usiadła”. Młoda pisarka w ten sposób opisuje ciężar spotkania z dawną przyjaciółką. Debiutantka zresztą dość odważnie podejmuje próbę eksperymentowania z językiem. Już na samym początku wpadamy w strumień, który jest stylizowany na mowę potoczną. Śliwowska przez redundancję wprowadza nas w trans, a dzięki rytmowi zdań zatracamy się w naszej podświadomości (senność, moment zasypiania, lekkie upojenie?): „[p]łynnie, sennie, sennie wpisuję w Google: co jest ze mną nie tak. Płynie wino, nie śpią oczy, nie śnią, patrzą w ekran niebieski. Owce nie biegają jeszcze po umyśle, jeszcze w ruch nie idą […]. Leżę na łóżku, łóżko zawalone, ja zawalona linkami, leżę na łóżku, wśród kubków i majtek, świadków moich codziennych porażek” [s. 7].
Im dalej w las, tym ciemniej – choć bohaterka „Śpiątka” lubi bywać w lesie, gdy zmierzcha. Zastanawiałam się, czy Śliwowskiej wystarczy siły, by ciągnąć w ten sposób rytm prozy, trochę w odsłuchu (albo raczej „popłuczynach”) z Masłowskiej. Rytm zdań nie jest dokładny, pojawia się inwersja, i mam wrażenie, że wciąż czuję oddech autorki, który nie nadąża do końca za frazą. Kolejne rozdziały pisane są już w innym rytmie, choć wciąż przypominają język mówiony.
Śniąca kobieta
Śliwowska sama siebie określa jako „śniącą kobietę”. Urodziła się w 1998 roku w Warszawie (topografia miasta obecna w debiucie). Finalistka „Połowu”, odbyła również kursy pisania i warsztaty literackie organizowane między innymi przez Staromiejski Dom Kultury. Pracy nad książką matronowała Anna Cieplak, która w blurbie do „Śpiątka” pisze tak: „Śliwowska gra i ryzykuje na kilku poziomach. Po pierwsze języka – sprawdza jego możliwości w rejestrach rozciągających się od realistycznych opisów po oniryczne, surrealistyczne ujęcia. Po drugie, sięgając po temat i prowadząc fabułę, w której autorka wychyla się wyobraźnią literacką daleko poza bezpieczne ramy powieści o millenialsach”.
Bezimienna bohaterka, weganka, dziewczyna całkiem normalnego Normana, pragnie spać, choć z tym trochę jej nie po drodze. Próbuje różnych sposobów, by wpaść w głęboki sen – i nie będą to tylko tabletki babci (!). Materac na kółkach pozwala jej odbywać podróże w przestrzeni, ale również w głąb siebie. Jak przystało na młode pokolenie, także bohaterki „Śpiątka” nie omijają lęki związane z kondycją świata. Jednak jej tożsamość jest niedookreślona. Ukończyła licencjat, mieszka z rodzicami, nie może znaleźć pracy i niewiele mówi (więcej myśli): „[z]apominam, kim jestem, może nie wiem, kim jestem. Kurczowo trzymam się faktów, wpisuję je sobie w Worda: jestem kobietą. Chyba wiem, że jestem kobietą, bo mam cipkę i lubię zakładać sukienki” [s. 10].
Bezimienna bohaterka dąży do tego, by przestać być sobą – kobietą, Warszawianką, Polką, córką, wnuczką, kiedyś przyjaciółką – i zostać „śpiątkiem”. Niezgoda na otaczający ją świat manifestowana jest właśnie poprzez odcięcie się od niego.
Opowieść pokoleniowa czy intymna?
W ostatnich latach w moje ręce wpadło wiele fabuł, w których autorzy opowiadali o problemach pokolenia millenialsów czy zetek. Jedną z moich ulubionych próz osadzonych w tych rejestrach był zbiór opowiadań Arka Kowalika „Dźwięki ptaków” [1]. Rozumiem więc pobudki autorki, aby zająć się takim tematem, rozumiem też jej zamiary artystyczne.
Mam jednak wrażenie, że mogła zaczekać z wydaniem debiutu, który – w moim odczuciu – jest niedopracowany. Po pierwsze, zbyt łatwo obśmiać historyjkę o dziewczynie, chcącej zostać „śpiątkiem”. W dodatku zabrakło pewnego dystansu do opowieści, który mógłby powstać dzięki wycieczkom w nieco innych kierunkach.
Na przykład, w trakcie lektury moje skojarzenia szły w stronę feministycznych reinterpretacji historii o śpiącej królewnie (może to byłby niezły trop?). Liczyłam również na nieco więcej nici powyciąganych z antropologicznych tekstów poświęconych snom.
„Śpiątko” jest jednak książką przede wszystkim intymną, skupioną na bohaterce i jej życiu. Ta niebezpieczna bliskość mogłaby wywołać lawinę „upupiających komentarzy” w duchu męskiej krytyki z lat międzywojennych, kiedy to twórczość kobiet poświęcona ich najbliższemu otoczeniu, a przede wszystkim emocjom i uczuciom, otrzymała etykietkę „literatury kobiecej”, czyli w skrócie pisarstwa infantylnego, niskich lotów.
Forma czy treść?
Druga kwestia – książka jest nierówna warsztatowo. Pominę analizę transowego, choć zbyt wyboistego, początku. Styl Śliwowskiej bywa prosty, momentami przezroczysty, choć na pewno nie można nazwać go grafomańskim. W moim odczuciu po prostu wymaga jeszcze szlifu, może to kwestia niewystarczającej redakcji.
Niewątpliwym atutem powieści jest jednak kreacja bohaterki, która przypomina stworzenie na wpół realistyczne, a z drugiej strony bardzo realistyczne – nieobecną osobę, mierzącą się z depresją. Wyobraźnia autorki, a także jej humor, pozwoliły ulepić bohaterów z krwi i snu. Światy, w których funkcjonują, też są wiarygodne.
Na koniec pozwolę sobie na ogólniejszą uwagę. Myślę, że sztuka w naszych czasach powinna dostrzegać pozytywne aspekty naszego życia. Spróbujmy nauczyć się pływać w antropocenie, jak napisała Astrida Neimanis. Oddech końców świata odczuwamy bowiem każdego dnia. Dlatego cieszę się, gdy literatura naświetla nasze zmęczone, przestraszone i urynkowione ciałka. Trochę więcej jasności przydałoby się również śpiątkom.
Debiut ten mógłby jeszcze dojrzeć i zagwarantować czytelnikom więcej emocji i formalnych atrakcji. Chętnie natomiast sprawdzę drugą książkę autorki, bo myślę, że Śliwowska może nam zaoferować, po przespanej nocy, jeszcze całkiem sporo.
Przypis:
[1] Książkę recenzowałam na łamach „Kultury Liberalnej”.
Książka:
Julia Śliwowska, „Śpiątko”, wyd. JanKa, Warszawa 2026.