Szanowni Państwo!

Czy można oszacować, ile jest wart wizerunek Polski dla naszego rządu? Jeśli tyle, ile decyzje dotyczące promowania go na świecie i reakcja rządu na kryzys z tym związany, to niestety wnioski są ponure. To, co wydarzyło się w ostatnich dniach wokół pełnomocniczki rządu do spraw promowania „marki Polska”, Barbary Mróz-Gorgoń, jest kompromitujące nie tylko dla samej byłej pełnomocniczki, ale i dla premiera oraz jego otoczenia. A tym samym – dla Polski.

Wszyscy się uśmiali z mandaryńskiego młodych Polaków

Barbara Mróz-Gorgoń jest autorką badania i raportu „Polaków portret własny”, w którym znalazły się zabawne błędy – że młodzi Polacy w większości płynnie mówią po mandaryńsku albo że Katowice leżą na północy kraju. Były też nieprawidłowo albo wcale nieprzetłumaczone anglicyzmy i żargon korporacyjny.

Tego typu błędy to wyraz niechlujstwa, niepoważnego traktowania prezentacji badań. Może niepokoić, jeśli zastanawiamy się, jak podchodzi do swoich zadań osoba, która została pełnomocniczką (pamiętajmy, że Mróz-Gorgoń przygotowała raport długo przed tym, zanim objęła tę funkcję). Oburza, kiedy na jaw wychodzi, że badanie zostało przeprowadzone za publiczne pieniądze. To z kolei pokazuje, jakie podejście ma do wykorzystywania ich powołana przez premiera urzędniczka w randze ministerialnej.

Raport wisiał na stronie fundacji Marka Polska od miesięcy. To, że zaplecze premiera nie sprawdziło go i nie wychwyciło błędów, pokazuje, jak się (nie)sprawdza ministrów przed nominacją. Czy sprawdzono ewentualne bardziej ukryte zapalniki? W napiętych czasach wydawałoby się, że każdy urzędnik jest prześwietlony, zanim obejmie funkcję, że premier ma pełną wiedzę o ludziach, których powołuje na stanowiska.

Ile znaczy wizerunek Polski dla premiera?

Raport przeczytał uważnie ktoś inny, Sebastian Meitz z Instytutu Sobieskiego, już po nominacji Mróz-Gorgoń na stanowisko. I nagłośnił błędy, wywołując kryzys wizerunkowy – nie tylko autorki badań, ale i premiera.

Bo kryzys ten ujawnił, że wizerunek Polski na świecie nie jest dla premiera ważny na tyle, aby dokładnie sprawdzić dorobek osoby, która za ten wizerunek ma odpowiadać.

Premier przedstawił powoływaną przez siebie pełnomocniczkę jako wybitną ekspertkę, wydaje się więc, że jej ścieżka i kwalifikacje uznał za najwłaściwsze. Jednak do tej pory ani Donald Tusk, ani nikt z jego zaplecza nie wytłumaczyli, na czym dokładnie te kwalifikacje miały polegać. Czy wystarczająco dobre jest szerokie doświadczenie naukowe w związku z promocją marek komercyjnych? Marka kraju wydaje się czymś bardziej złożonym niż zakupy odzieży online – o czym na jednej z konferencji mówiła Mróz-Gorgoń. 

Postronny obserwator mógłby ocenić jej doświadczenie w promowaniu kraju na podstawie strony internetowej fundacji Marka Polska. Strona nie dostarczała jednak pogłębionej wiedzy co do możliwości promocji Polski, oprócz kontrowersyjnego raportu i jeszcze jednego – o tym, jak cudzoziemcy odbierają nasz kraj. 

W chwili, gdy piszę ten tekst, jest na niej już tylko oświadczenie zarządu w sprawie finansowania dokumentu „Polaków portret własny” z publicznych pieniędzy. W skrócie – to inna organizacja podpisała umowę na dokument z Ministerstwem Sportu, a Marka Polska tylko go prezentowała. Media wyłapały też, że w oświadczeniu pojawiła się informacja o zawieszeniu działalności fundacji, która potem zniknęła.

Pełnomocniczka powołała się sama?

Kolejna sprawa jest związana reakcją otoczenia premiera na kryzys. Barbara Mróz-Gorgoń zachowywała się publicznie tak, jakby została z nim zupełnie sama. Nie było widać działań jakiegokolwiek sztabu, który pomógłby opanować sytuację. 

Mróz-Gorgoń skorzystała z zaproszenia do programu Grzegorza Jankowskiego, żeby wytłumaczyć, co się stało z raportem. Nikt najwyraźniej jej nie ostrzegł, że to fatalny pomysł, bo nie będzie miała możliwości nic spokojnie wyjaśnić, tylko będzie zakrzykiwana – taki styl ma Jankowski i każdy kto śledzi media, to wie.

Czyżby los stanowiska promującego markę Polski nie był na tyle ważny, żeby zarządzić mobilizację i wezwać wszystkie ręce na pokład? 

Nikt nie wziął za to odpowiedzialności, nikt nie próbował ratować sytuacji ani tłumaczyć się z niej. Jakby pełnomocniczka nie tylko odwołała, ale i powołała się sama.

Jak promować Polskę?

Dla „Kultury Liberalnej” temat promocji polskiej marki, polskiego wizerunku jest bardzo ważny. Postrzegamy go jako znacznie głębszy i bardziej złożony niż promocja zabytków czy pierogów. Polska osiągnęła gigantyczny sukces gospodarczy, zmieniając się z szarego postkomunistycznego kraju w nowoczesny, oferujący rozwój swoim obywatelom i przyjezdnym.

O tym, jak zmodernizowała się Polska, można się przekonać, nie tylko wysiadając na dworcu w Warszawie, ale i w Skierniewicach, czy zatrzymując się w polskich wsiach. I chociaż swój dom znajdują tu liczni cudzoziemcy, nie tylko ci, którzy wykonują najprostsze prace, to wciąż przysłowiowe koreańskie kimchi jest w Europie czy Ameryce bardziej znane niż nasze pierogi. A przecież Polska i Korea Południowa mają porównywalny potencjał budowania marki i podobieństwa historyczne, które wpływają na teraźniejszość obu krajów.

Dlatego w najnowszym numerze „Kultury Liberalnej” piszemy o tym, jak promować Polskę. Publikujemy tekst i rozmowę z Amerykaninem, który zaprzeczył powszechnym doświadczeniom społecznym – wyemigrował do Polski, chociaż to Polacy przez pokolenia emigrowali do Stanów Zjednoczonych. 

Amerykański historyk Padraic Kenney opowiada, dlaczego wybrał właśnie Polskę, spośród wszystkich innych europejskich krajów. Pisze: „Wybrałem Polskę. Nie po raz pierwszy, ale tym razem raczej na dobre. Wyemigrowałem ze Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym się urodziłem. Gdzie założyłem rodzinę i gdzie z żoną wychowaliśmy dwoje dzieci. Gdzie budowałem swoją karierę naukową”. 

Mówi też, czym zdaniem amerykańskiego akademika specjalizującego się w historii Polski i Europy Środkowo-Wschodniej może promować się na świecie nasz kraj. „Pięćdziesiąt lat temu, jak ktoś się zajmował historią czy literaturą Francji, musiał robić to na własny koszt lub na stypendium od swojej uczelni. Francuzi niechętnie myśleli o tym, by ktoś obcy badał ich historię. To się zmieniło i teraz Amerykanin czy Polak może badać także złe karty ich historii. Są na tyle silni, że dają na to pieniądze i nie oczekują nic w zamian. Cieszą się, że dzięki temu Amerykanie czy Polacy płynnie mówią po francusku i zajmują się nimi. Polska jest na tyle silnym krajem, z tak silną tożsamością, że powinna na międzynarodowym rynku zająć podobne miejsce. Przyznać może czterdzieści stypendiów rocznie dla doktorantów z całego świata, którzy będą zbierać materiały do swoich prac. Niezależnie od bieżącej polityki. Oni oczywiście będą też badać złe karty z historii czy kultury Polski, ale dla silnego kraju jest drugorzędne, czy jakiś Amerykanin przyjedzie badać udział Polaków w Holokauście. On potem wróci do Stanów, ale mieszkał w Polsce, był tu gościem i będzie utrzymywał kontakty z Polską, będzie nadal się nią interesował. A to procentuje”.

O tym, jak promować markę, chcieliśmy porozmawiać też z Barbarą Mróz-Gorgoń, która zajmowała się tym we współpracy z rządem jako prezeska fundacji Marka Polska, a potem jako pełnomocniczka do spraw międzynarodowej promocji tej marki. Nie udało nam się, mimo kilkukrotnego przesuwania spotkania.

Nie znamy więc wersji byłej już pełnomocniczki, a przede wszystkim – nie znamy jej planu i wizji. I tego nie pozna nikt, bo opinia publiczna widziała tylko niesławny raport.

Zapraszam do lektury,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”