Jakiś czas temu w mediach ludzkopochodnych zabrzmiała wieść o tym, że sztuczna inteligencja niszczy stare książki. Co prawda nie robi tego jeszcze osobiście, ale agenci matrixa nawiedzają antykwariaty, wykupują z nich hurtowo całe zasoby, po czym oddają je na ofiarę maszynom, które te książki gilotynują (to znaczy odcinają im grzbiety), a luźne kartki z ich bloków wrzucają do wielkich skanerów, które z kolei błyskawicznie digitalizują ich treść, aby karmić nią nienasycone LLM-y. Po wszystkim szczątki książek idą na przemiał. Mówiąc krótko i lemowo – librycyd, inaczej: książkobójstwo.
Pożytki z rozmów z AI
Przyznam, że kiedy o tym przeczytałem, zrobiło mi się przykro. Po co niszczyć stare książki, skoro miliony z nich od dawna są dostępne cyfrowo, choćby w Google Books, archive.org czy hathitrust.org, a sporo można znaleźć w takich repozytoriach jak Projekt Gutenberg (który, aczkolwiek pionierski, został jednak w tej konkurencji daleko w tyle). Dopiero po kilku chwilach uprzytomniłem sobie, że „stare książki” w tym kontekście to nie są inkunabuły, ani nawet starodruki w ścisłym znaczeniu tego wyrazu (czyli książki wydane do roku 1800 włącznie – tę kompletnie arbitralną cezurę przyjęto kiedyś w polskiej branży bibliologicznej jako jednolicie obowiązującą), lecz książki sprzed 30–40 lat, z końca XX wieku.
Ich „starość” należy przy tym rozumieć dwojako. Po pierwsze, dla przeciętnego ludzkiego konsumenta kultury AD 2026 „stare” jest wszystko, co ma więcej niż dwadzieścia lat (w tym sensie „starość” odpowiada mniej więcej określeniu „vintage”). Książka wydana na przykład w roku 1970 to dla takiej osoby mniej więcej to samo, co książka sprzed drugiej wojny światowej – relikt zamierzchłych czasów. Po drugie, dla sztucznej inteligencji, kształcącej się intensywnie na dorobku ludzi, „stare” są wszystkie teksty, które powstały, zanim powstała ona sama – i takie teksty są dla niej szczególnie pożywne, ponieważ nie grożą jej, nazwijmy to łagodnie, recyklingiem, czyli tym, że będzie jeść treści, które przedtem sama z siebie wydaliła.
Z drugiej strony książki prawdziwie stare nie są dla niej szczególnie interesujące, ponieważ nie ma w niej potrzeby przyswajania stylów ludzkich wypowiedzi z odległych epok. (Mowa tu, ma się rozumieć, o formach sztucznej inteligencji, które posługują się ludzkimi językami naturalnymi – są to formy najbardziej znane wśród ludzi, ale bynajmniej nie jedyne).
Żeby się upewnić, że mam w tej kwestii słuszne poglądy, zapytałem o nią znajomego LLM-a, a on mi to wszystko potwierdził i pochwalił moje błyskotliwe rozpoznania. Jestem więc spokojny. Pachołki maszyn rabują antykwariaty z książek, które z punktu widzenia długiego trwania ludzkiej kultury nie są unikalne, ich zaletą jest natomiast to, że tworzyli je wyłącznie ludzie. Doceńmy to, że w książce sprzed czterdziestu lat, niech to będzie choćby powieść Aleksandra Minkowskiego lub któreś z dzieł Jana Dobraczyńskiego, czytamy słowa, które sklecił w zdania nasz bliźni z ciała i krwi, a nie jakaś krzemionka.
Co robić, gdy wyczerpują się tematy?
Czy postmodernizm może być dzisiaj określony jako „vintage”? Chyba nie, ponieważ na obecnym ciele intelektualnym ludzkości układa się słabo i mało elegancko. Właściwe mu wieloznaczności, wyrafinowane gry z tradycją, ironiczne odkształcenia rzeczywistości, a wreszcie osławione traktowanie wszystkich i wszystkiego w sposób relatywizujący – wszystko to słabo rezonuje z aktualnym stanem umysłów.
Dlatego idea wznowienia powieści chilijskiego pisarza Roberto Bolaño o tytule „2666” przez Państwowy Instytut Wydawniczy w serii Proza Światowa może się wydać odrobinę ryzykowna, zwłaszcza że ma ona w tym wznowieniu 1300 stron druku w dwóch solidnych tomach, a sława jej autora, który przez pewien czas był w Polsce jednym z popularniejszych pisarzy, już dawno minęła.
Skoro zaś minęła, warto przypomnieć, o kogo chodzi.
Bolaño (1953–2003) był głównie prozaikiem, a w jego obfitej twórczości pojawiały się regularnie motywy metaliterackie – jej bohaterowie są często pisarzami albo pasjonatami literatury. Drugą wyrazistą cechą tej prozy jest natomiast przeplatanie elementów realistycznych (autentycznych postaci i wydarzeń) z fantastycznymi (nieistniejącymi w świecie pozaliterackim postaciami i wydarzeniami), co daje efekt lekkiej niesamowitości, odmienny jednak zarówno od latynoskiego realizmu magicznego (ludzie nie latają w powietrzu, a zwierzęta nie porastają mchem), jak i od science-fiction i fantasy (nie ma ani androidów, ani krasnoludów). Bolaño ciążył raczej ku „historii alternatywnej”, co widać dobrze na przykład w powieści-eseju-słowniku „Literatura faszystowska w obu Amerykach”.
Zaliczanie go do późnej fazy postmodernizmu bywa dyskusyjne, należy jednak pamiętać, że od tego nurtu odżegnywała się większość ludzi określanych jako jego główni twórcy. Sam Bolaño chyba nie dbał o etykietki. Jednak ustawiczne odkształcanie świata przedstawionego – zasadniczo zachowującego wygląd „prawdziwego świata”, ale gęsto przeplecionego szczegółami, których w nim nie ma i nie było – stawia go blisko postmodernistów. Różnica polega na braku eksperymentów formalnych. Proza Chilijczyka nie zaskakuje odbiorców ani wielokrotnymi nawiasami, ani brakiem interpunkcji, ani zmianami wielkości czcionki, ani dużymi odstępami czy bielą pustych stron – żadnym z tych typograficznych urozmaiceń, jakimi w drugiej połowie zeszłego wieku próbowano zastępować uwiąd zdolności opowiadania.
Co to jest „2666”?
Jak go zwać, tak go zwać, niech się o to troszczą historycy literatury. Dla miłośników czytania był atrakcyjny przez żywiołowość i potoczystość narracji – na zdolności opowiadania nigdy mu chyba nie zbywało. Niekiedy miał może nawet trudności z opanowaniem jej. Widać to świetnie w „2666”, powieści, którą wydano już po jego śmierci.
Składa się ona z kilku dużych całostek fabularnych, które nie tworzą jednak całości wzięte razem. Ich związki są nader luźne, co jedni przypisywali autorskiej intencji stworzenia „dzieła otwartego”, inni zaś – pośpiechowi pisarza wiedzącego, że jego dni są policzone. W uwagach edytorskich załączonych do pierwszego polskiego wydania tej powieści i pominiętych we wznowieniu, znalazły się informacje, że Bolaño rozważał wydanie pięciu części „2666” jako odrębnych powieści, chcąc lepiej zabezpieczyć byt swojej rodziny. Ostatecznie wyszła jako podejrzana jedność, stając się jedną z kod wieńczących postmodernistyczny konceptyzm literacki – powieścią równie olbrzymią i rozbudowaną jak „Niewyczerpany żart” Davida Fostera Wallace’a. Zachwyciła zarówno wielu recenzentów i krytyków, jak i rzesze osób czytających dla własnej przyjemności. Czytając ją po raz pierwszy, można się w niej pogrążyć.
Jeśli jednak ktoś chciałby się dowiedzieć, skąd się wziął jej tytuł, zawiedzie się. Liczba 2666 nie pojawia się w ogóle w tekście powieści i nie wiadomo, co ma oznaczać. Chwyt jakby pod krytyków – niech piszą o tym uczone rozprawy. I w rzeczy samej, sporo takich rozpraw powstało. Niektórzy szli najbardziej oczywistym tropem – trzy szóstki kojarzą się jednoznacznie. Ale skąd przed nimi dwójka? Może to podwojenie złej mocy?
Pierwsza część powieści jest historią czworga literaturoznawców poszukujących śladów wybitnego, ukrywającego się przed światem pisarza niemieckiego nazwiskiem Benno von Archimboldi. To idealny przykład metody fabularnej, o której wspomniałem – Archimboldi jest wymieniany w otoczeniu plejady realnie istniejących pisarzy dwudziestowiecznych, ale sam jest postacią fikcyjną i tak samo fikcyjne są tytuły wszystkich jego utworów, nad którymi deliberują bohaterowie. Ale w kolejnych częściach schodzi na dalszy plan, a nawet całkiem znika (powróci w ostatniej).
Główny zrąb „2666” to opowieść o drastycznej, morderczej przemocy w świecie latynoskim. Taka tematyka daje pewną podbudowę satanistycznej interpretacji tytułu, lecz równie dobrze można domniemywać, że Bolaño nadał go po prostu dlatego, że nic lepszego nie przyszło mu do głowy.
Czy AI się tym pożywi?
Duże modele językowe, dotychczas, nie są chyba trenowane do zaskakiwania swoich ludzkich rozmówców dwuznacznościami i ironią. To fakt, że halucynują – a efekty tych halucynacji przypominają czasami koncepty postmodernistów, na przykład wtedy, gdy LLM prezentuje naiwnemu użytkownikowi listę nieistniejących pozycji bibliograficznych na zadany temat, zupełnie jakby się naczytała Borgesa. Ale podobieństwo jest tutaj przypadkowe. Modele językowe zachowują się trochę tak, jak człowiek, który woli okłamać swojego rozmówcę, niż przyznać przed nim, że czegoś nie wie. Z grami literackimi Borgesa nie ma to nic wspólnego.
Czy więc sztucznej inteligencji przyda się na coś proza takich pisarzy jak Roberto Bolaño? Na obecnym etapie jej rozwoju to wątpliwe. Tworzenie fikcji, jak wiele razy pisali o tym intelektualiści z dawnych czasów, jest jedną z głównych cech człowieka odróżniających go od innych form życia. Nasze umysły pozwalają nam zaglądać do czegoś, co nie istnieje nigdzie poza nimi, zaś nasza psychika sprawia, że jest to dla nas przyjemne.
Zauważył to już Gorgiasz, Grek sprzed prawie dwudziestu pięciu wieków, a dzisiejsi neuronaukowcy próbują wyjaśnić tę cechę na gruncie twardych danych. Duże modele językowe jak dotychczas jedynie dopasowują do siebie słowa, mieląc w tym celu całe biblioteki. Od takiego mechanicznego składu do autentycznej radości kreacji droga jest jeszcze daleka. Nie znaczy to jednak, że nie da się jej przewędrować.
Książka:
Roberto Bolaño, „2666”, tom 1–2, tłum. Katarzyna Okrasko, Jan W. Reiter, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026.
