Z centrum widać najwięcej
  

  • EMMERT
  • MORAWIECKI
  • MYŚLECKI
  • OLASZEK
  • PAWŁOWSKI

100 dni Morawieckiego. Premier radykalny

Ilustracja: Arkadiusz Hapka

Szanowni Państwo,

20 marca mija sto dni od powołania Mateusza Morawieckiego na premiera. Kiedy 11 grudnia 2017 roku Morawiecki obejmował urząd, wreszcie skończył się tasiemcowy serial polityczny pt. „rekonstrukcja rządu”. Wyjaśnienie przyczyn zastąpienia popularnej Beaty Szydło nie było proste.

Ze strony PiS-u dotarły do nas dwa podstawowe uzasadnienia dla zmiany na szczytach władzy.

Po pierwsze, rząd Morawieckiego – jako byłego ministra finansów i rozwoju – miał się bardziej skupić na wzroście gospodarczym. Tym miał odróżniać się od gabinetu Szydło, który zajmował się przede wszystkim naprawą społecznych niesprawiedliwości (czego symbolem stał się program 500+). „Gospodarcze” wyjaśnienie rekonstrukcji było jednak niepoważne – i to co najmniej z trzech powodów. Primo, rząd Beaty Szydło nieustannie chwalił się swoimi planami i sukcesami gospodarczymi – wzrostem PKB, poprawą ściągalności VAT-u, czy wreszcie słynną „Strategią Odpowiedzialnego Rozwoju”. Robił to zresztą sam Mateusz Morawiecki, który otwarcie nigdy nie stwierdził, że Beata Szydło mu w realizacji tych planów przeszkadza.

Secundo, Morawiecki już na stanowisku wicepremiera konsolidował władzę nad gospodarką – najpierw we wrześniu 2016 roku zlikwidowane zostało Ministerstwo Skarbu, a dosłownie kilkanaście dni później stanowisko ministra finansów stracił Paweł Szałamacha. Zastąpił go, jak wiemy, Mateusz Morawiecki. Jeśli mając takie prerogatywy, ówczesny wicepremier nie mógł się skupić na gospodarce, trudno było sobie wyobrazić, że znajdzie na to siły jako premier, kiedy swój czas będzie musiał poświęcać sprawom z gospodarką mającym bezpośrednio niewiele wspólnego.

Tertio, gdyby chodziło o korektę socjalnego charakteru rządu Szydło, to stanowisko powinna stracić także, odpowiadająca za 500 +, Elżbieta Rafalska, z którą Morawiecki nieraz się spierał.

Po drugie, politycy PiS-u przedstawili nam wyjaśnienie inne, a mianowicie: poprawa relacji z Unią Europejską. Niewiarygodność tego wyjaśnienia można streścić z kolei w dwóch punktach. Po pierwsze, politycy PiS-u przez pierwsze dwa lata rządów nieustannie powtarzali, że rewolucja prawna, jaką wprowadza Jarosław Kaczyński, nie łamie żadnych europejskich norm. A nawet jeśli łamie, Unia nic nie może Polsce zrobić, bo jest tworem niemrawym, skłóconym i po prostu ideologicznie wypalonym (tzw. „zgniły Zachód”). Krótko mówiąc, to UE powinna raczej uczyć się od nas praworządności, a nie my od niej. Po co więc poprawiać relacje z takim partnerem? Po drugie, szybko okazało się, że poza „ofensywą uśmiechów”, Morawiecki w istocie niewiele może, bo nie ma pozwolenia na dyplomatyczną grę (co oznaczałoby choćby poczynienie realnych ustępstw wobec drugiej strony).

Niedostatki powagi w tłumaczeniu zamiany na fotelu premiera nie znaczą, że zmiana na stanowisku szefa rządu była nieistotna. Głębia dokonanej po kilku tygodniach rekonstrukcji ministerialnej pokazała, jak wielkim wsparciem szefa PiS-u cieszy się Morawiecki. Z ministerstw usunięto nie tylko polityków o słabym „zapleczu”, jak Witold Waszczykowski czy Anna Streżyńska, ale i pisowskiego „barona” – Jana Szyszkę, a nawet, zdawało się nietykalnego, Antoniego Macierewicza.

Warto podkreślić, że dokonał tego człowiek należący do PiS-u zaledwie od marca 2016 roku i niemający w tej partii żadnej silnej frakcji. Natychmiast pojawiły się głosy, że oto Jarosław Kaczyński szykuje swojego następcę. Prawo i Sprawiedliwość jako partia władzy – wzorem Platformy Obywatelskiej – miało rozpocząć drogę do politycznego centrum.

Przeciwnicy Morawieckiego przypominali wieloletnią karierę w banku przejętym przez zagraniczną korporację, ogromne zarobki, znajomości z prezesami innych państwowych spółek z czasów rządów Platformy, członkostwo w Radzie Gospodarczej przy Donaldzie Tusku, czy właśnie króciutki staż w samym PiS-ie. O ile jednak dla bardziej umiarkowanych wyborców mogłyby to być cechy raczej pozytywne, przez radykalną część elektoratu mogły zostać odebrane dokładnie odwrotnie. Jak to możliwe bowiem, że partia ludu popularną i swojską premier Szydło, zastąpiła bankowcem-milionerem o centrowych poglądach?

Po 100 dniach od tej zmiany już widać, że wszyscy, którzy obawiali się dryfu rządu PiS-u w kierunku centrum, mogą odetchnąć z ulgą. Zamiast łagodzenia konfliktów na arenie międzynarodowej wybuchł gigantyczny spór o ustawę o IPN-ie. Co prawda, prace nad tym dokumentem zaczęły się jeszcze w za czasów premier Szydło, ale przegłosowano ją i w Sejmie, i Senacie już po nominacji Morawieckiego, a on sam zaciekle jej broni – niekiedy tylko pogłębiając problem, jak po słowach o „żydowskich sprawcach”, wypowiedzianych w Monachium. Negatywne opinie o naszym kraju – wraz z nieszczęsnym sformułowaniem „polskie obozy śmierci” – z pomocą mediów społecznościowych na niespotykaną skalę rozniosły się po całym świecie.

Z kolei do Brukseli premier zawiózł „białą księgę”. Zamiast ustępstw, zawarto w niej jedynie uzasadnienia dla konieczności „reform” w sądach, jakie rząd od miesięcy przeprowadza w imię rzekomej dekomunizacji. O możliwości wycofania się z decyzji uznawanych za sprzeczne z Konstytucją nie ma ani słowa.

Na arenie wewnętrznej zaś premier zasłynął słowami wypowiedzianymi przy okazji obchodów wydarzeń z marca 1968 roku, kiedy to – jak powiedział – Polski nie było, a związku z tym za ówczesny antysemityzm odpowiedzialności nie ponosi. Wreszcie, firmował przegłosowaną już przez parlament ustawę pozwalającą na pośmiertne zdegradowanie generała Jaruzelskiego i innych wysokich rangą wojskowych z czasów PRL. Ten krok nawet ojciec premiera, były lider Solidarności Walczącej, Kornel Morawiecki uznał za „spóźniony symbol i średnio potrzebny”.

Jeśli do tego wszystkiego dodać, że pierwszego wywiadu po nominacji Mateusz Morawiecki udzielił Telewizji Trwam i postulował w nim dokonanie „rechrystianizacji Europy”, to zasadne jest pytanie, czy nadzieje przez kogokolwiek wiązane z łagodnym kursem nowego rządu miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

Z okazji 100 dni premiera do rozwiązania pozostaje zagadka, czy radykalne wypowiedzi Mateusza Morawieckiego to jedynie polityczna gra w celu uzyskania poparcia twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, czy rzeczywiste poglądy?

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Łukasz Pawłowski, który na podstawie danych z biografii i rozmów z politycznymi oraz prywatnymi znajomymi premiera szuka wydarzeń, które ukształtowały jego poglądy „Jedno jest pewne – obecnych działań premiera nie można zrozumieć, nie uwzględniając jego doświadczeń z Solidarności Walczącej. Morawiecki potrafi niemal na jednym wdechu opowiadać o globalnych nierównościach majątkowych, podpierając się książką Thomasa Piketty’ego, zachwalać samochody autonomiczne i jednocześnie utrzymywać, że polski system sądownictwa, a co za tym idzie – polskie państwo, są zepsute, ponieważ winni za stan wojenny wciąż nie ponieśli odpowiedniej kary”, pisze Pawłowski. „«To nie jest zwykły prezes banku, który przyszedł do polityki, ale syn Kornela Morawieckiego, któremu esbecy kazali kopać własny grób”, mówi jeden ze współpracowników premiera”.

Co jest głównym czynnikiem motywującym tego „niezwykłego prezesa” do kariery politycznej? „Wydaje mi się, że głównym czynnikiem jest jego przywiązanie do polskości”, mówi Kornel Morawiecki w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim i Filipem Rudnikiem. To samo mówi sam premier. Ale jaka jest to wizja „polskości”? „On rozumie, że jesteśmy jakąś wspólnotą i od tej wspólnoty zależy więcej niż od każdego z nas indywidualnie. Chce, żeby ta wspólnota się wzmacniała i czuje, że sam z niej wyrósł, że w sensie symbolicznym jest jego matką – bardziej niż jego ojciec i matka w sensie biologicznym”. Kornel Morawiecki podkreśla również, że mocne poglądy jego syna ukształtowało przede wszystkim jego otoczenie opozycyjne.

Czy Morawiecki był aktywnym członkiem Solidarności Walczącej? „Brał czynny udział w grupach organizujących różne protesty”, mówi Wojciech Myślecki w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim. Myślecki to były działacz SW i wieloletni przyjaciel Morawieckich. To on odbierał od niego przysięgę i wprowadzał Mateusza Morawieckiego do organizacji, to on pomagał jego rodzinie, kiedy Kornel Morawiecki ukrywał się przed aresztowaniem, to on wreszcie kierował akcją odwetową na SB po tym, jak siedemnastoletniemu Morawieckiemu kazano kopać własny grób.

Co w SW dokładnie robił obecny premier? „Był między innymi w tej grupie, która praktycznie sparaliżowała Warszawę, bo w godzinie szczytu na placu Konstytucji przykuli się gdzieś na ósmym piętrze do rusztowań i rozwiesili plakat «Uwolnić Kornela Morawieckiego» Milicja musiała kilka godzin ich ściągać. Afera zrobiła się niesłychana.”.

Skoro Solidarność Walcząca uformowała politycznie premiera, to warto zapytać, jak radykalną organizacją była? „Jak sama nazwa wskazuje, stała na stanowisku, że z komunizmem trzeba walczyć, tak jak walczono z niemieckim czy sowieckim okupantem”, mówi historyk Jan Olaszek w rozmowie z Adamem Puchejdą. Równocześnie podkreśla, że „SW trochę tworzyła swój własny mit organizacji radykalnej, mit umacniany zresztą przez władze, które próbowały z nich uczynić grupę terrorystyczną”.

Olaszek zaznacza jednak, że większość członków SW nigdy nie zasiliła elit nowego państwa, którym dodatkowo była bardzo rozczarowana. „Dla środowiska SW ważna była lustracja i dekomunizacja. Tego im brakowało. Byli też rozczarowani pod względem gospodarczym. To nie był ustrój solidarny”. Mateusz Morawiecki to zatem dla tego środowiska szansa na wprowadzenie reform, jakich od dawna pragnęli.

„Przewiduję, że w tym roku będzie straszliwe starcie między grupą reformatorów a PiS-em. I albo rozwali się PiS, albo grupa reformatorów wyjdzie”, mówi wspomniany już Wojciech Myślecki.

Zupełnie inny obraz kreśli natomiast Frank Emmert, były wykładowca Mateusza Morawieckiego z Bazylei, z którym przyszły premier wydał w Polsce podręcznik do prawa europejskiego. Emmert mówi: „Jako że żyjemy dziś w bańkach informacyjnych, mniej wykształceni ludzie wybierają sobie taki język, jaki chcą usłyszeć – i są zadowoleni. Oto gra, w jakiej bierze udział Morawiecki. Mówi jedno, kiedy rozmawia z wysokimi przedstawicielami Unii Europejskiej, a co innego, kiedy przemawia do grupy, którą postrzega jako swoją bazę wyborczą w Polsce”. To portret, jak widać, zdecydowanie mniej pochlebny.

Czy to znaczyłoby, że Morawiecki jest po prostu politycznym konformistą, który dla utrzymania i poszerzenia zdobytej władzy mógłby przyjąć dowolne poglądy? „Obecny premier ma ogromne polityczne ambicje i dotychczas potrafił dobrze wykorzystać zmieniające się okoliczności”, pisze Łukasz Pawłowski. „Jednak trudno sobie wyobrazić, by ktoś ukształtowany w takim środowisku jak Solidarność Walcząca, chciał władzy dla niej samej. Morawiecki chce radykalnie zmienić Polskę”.

Zapraszamy do lektury!
Redakcja „Kultury Liberalnej”

 

Stopka numeru:
Koncepcja Tematu Tygodnia: Łukasz Pawłowski.
Opracowanie: Adam Puchejda, Filip Rudnik, Jakub Bodziony.
Ilustracje: Arkadiusz Hapka.

Nr 480

(12/2018)
20.03.2018

Łukasz Pawłowski

100 dni Morawieckiego. Radykał nie technokrata

Obecnych działań premiera nie można zrozumieć, nie uwzględniając jego radykalnych doświadczeń z Solidarności Walczącej. A te burzą lansowany przez PiS obraz bezstronnego eksperta.

Z Kornelem Morawieckim rozmawiają Łukasz Pawłowski i Filip Rudnik

Oni zniszczyli nam język

„Potrzebna jest ta wolność. Wolność jest potrzebna do różnorodności. Ta różnorodność, która pojawia się w Polsce, jest dobra dla Europy. Narzucona jedność – ein Führer, ein Reich, ein Volk – to jest śmierć”.

Z Wojciechem Myśleckim rozmawia Łukasz Pawłowski

Mateusz powinien ścinać głowy

„Przewiduję, że w tym roku będzie ostre starcie między grupą reformatorów a aparatem PiS-u i albo PiS się zacznie reformować, albo grupa reformatorów zostanie zablokowana i wyjdzie lub zostanie wypchnięta poza struktury PiS-u”, mówi wieloletni znajomy Mateusza Morawieckiego .

Z Janem Olaszkiem rozmawia Adam Puchejda

Solidarność Walcząca walczyła na papierze

Główną formą działania Solidarności Walczącej było współtworzenie niezależnego ruchu wydawniczego i wydawanie czasopism. I tu Solidarność Walcząca miała ogromny dorobek. Wydawała ponad sto tytułów czasopism.

PATRZĄC
WIĘCEJ
CZYTAJĄC
WIĘCEJ
SŁYSZĄC
WIĘCEJ

FELIETONY

[Afera Cambridge Analytica] Zuckerbergowi chodzi tylko o interesy

[Stany Zjednoczone] Trump idzie na wojnę?

Dawicki Oskar / „Najlepsza reklama dla branży”

Tomasz Komenda i cynizm klasy politycznej

Morawiecki może być niebezpieczny

KOMENTARZ NADZWYCZAJNY

[Afera Cambridge Analytica] Facebook na Dzikim Zachodzie