Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Afryka] Reglamentowany rozwój...

[Afryka] Reglamentowany rozwój – podsumowanie roku 2013 w Afryce subsaharyjskiej

Błażej Popławski

Miniony rok w Afryce subsaharyjskiej minął pod znakiem dwóch pozornie sprzecznych zjawisk – ożywienia gospodarczego i destabilizacji geopolitycznej. Czy tak właśnie ma wyglądać współczesne oblicze globalizacji na Czarnym Lądzie? Jakie skutki niosą ze sobą współzależne procesy wzrostu ekonomicznego i kryzysu władzy politycznej w Afryce?

Według rankingów przygotowanych przez międzynarodowe organizacje pozarządowe oraz renomowane periodyki ekonomiczne, połowa z dwudziestu najszybciej rozwijających się gospodarek świata znajduje się na południe od Sahary. Etiopia, Rwanda, Zambia, Angola, Mozambik, Ghana, Senegal, Nigeria, RPA – to tylko niektóre z „afrykańskich tygrysów”, czyli krajów odnotowujących wyraźny wzrost PKB. Ważnym wskaźnikiem transformacji Czarnego Lądu jest także dynamicznie rozwijająca się klasa średnia – inwestująca w konsumpcję, wspierająca rozwój nowoczesnych technologii, przyciągająca zagranicznych inwestorów. Do Afryki masowo napływają międzynarodowe koncerny, głównie z krajów grupy BRICS, przekształcając Afrykę w swoisty poligon inwestycyjny, tudzież – jak twierdzi część ekologów – śmietnisko globalnej Północy.

Wzrost gospodarczy nie jest jednak w Afryce synonimem rozwoju społecznego. Polityka wspierania eksportu surowców i produktów niskoprzetworzonych w minimalnym stopniu pobudza rozwój lokalnej infrastruktury i przemysłu. Nierównomierna dystrybucja zysków sprzyja „kleptokracji” i zwiększa rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństwa. Zjawiska te wpływają na wzrost konfliktów, narastanie fali przemocy, a także generują kolejne fale nielegalnej migracji do Starego Świata. Europejczycy wreszcie zrozumieli, że „Lampedusa zdarza się codziennie”.

Niestety dziennikarski język opisu przemian na Czarnym Lądzie nie ulega zmianom, tkwiąc mocno w okowach postkolonialnego dyskursu. W połowie lutego 2013 roku uwagę mediów całego świata przyciągnęła sprawa śmierci Reevy Steenkamp – partnerki Oscara Pistoriusa, południowoafrykańskiego lekkoatlety, wielokrotnego medalisty na paraolimpijskiego. Zastanawiano się wtedy, czy sportowiec chciał zabić, czy strzelił przypadkiem, czy winić należy jego, a może system apartheidu. Warto na wydarzenia te nie patrzeć okiem tabloidu, lecz umieścić je w szerszym kontekście – nierównomiernej modernizacji Czarnego Lądu. Dla wielu komentatorów śmierć Nelsona Mandeli wyznacza cezurę pewnej epoki w dziejach Czarnego Lądu. Czas pokaże, co stanie się cechą charakterystyczną nowych czasów – utrwalanie się demokracji i rozwoju, czy wzrost tendencji separatystyczno-autorytarnych.

Dodać można także, że kawałek afrykańskiego tortu uszczknąć próbuje także Polska. W minionym roku odbyły się dwie wizyty premiera Donalda Tuska w Afryce. Trasa podróży (Nigeria, RPA, Zambia) wskazuje, że Polacy są chętni, ale nie do końca przygotowani do rozwijania współpracy z Afryką. Inwestorów odstrasza głównie widmo korupcji trawiącej Czarny Ląd, atrofia instytucji publicznych i brak klasy politycznej.

Destabilizacja geopolityczna

Za swoistą klamrę w opowieści o zmianach sceny politycznej w Afryce Czarnej w minionym roku uznać można dwie interwencje francuskie – w Mali oraz w Republice Środkowoafrykańskiej (RŚA). Dla jednych politologów to dowody na renesans neokolonialnej strategii Françafrique – dla innych, potwierdzenie, że bez Europy Afrykanie sami nigdy nie zdołają rozwiązać swoich problemów.

Operacja „Serwal” (z początkiem w styczniu 2013) miała na celu restaurację zwierzchności Bamako nad północną częścią Mali – samozwańczym państwem Azawad. Wojna domowa w Mali dla badaczy stosunków międzynarodowych stała się ciekawym przykładem przemian irredenty etnicznej, chciałoby się stwierdzić – powstania narodowowyzwoleńczego, w ruch przyciągający ekstremistów islamskich. Wydarzenia w Mali jednoznacznie wskazały na ryzyka związane z polityzacją tożsamości plemiennych i społeczną atrakcyjnością ugrupowań fundamentalistycznych dla grup marginalizowanych.

Operacja „Sangris” (z początkiem w grudniu 2013) to odmiennego rodzaju misja stabilizacyjna. W RŚA od niespełna roku rządzi junta rebeliantów islamskich. Zaryzykować można tezę, że gdyby w Syrii zginęło mniej osób lub gdyby François Hollande przystał na prośby o pomoc wysuwane rok temu przez prezydenta RŚA François Bozizé – o Republice Środkowoafrykańskiej słyszelibyśmy częściej i więcej. A może i nie doszłoby do czystek etnicznych o znamionach ludobójstwa trwających w RŚA od kilku miesięcy.

Konflikt w RŚA w mediach zachodnich często bywa intepretowany jako „wojna światów” – muzułmańskiego z chrześcijańskim. Ten model wyjaśniania przyczyn konfliktów, oparty na Huntingtonowskim dyskursie „zderzenia cywilizacji”, jest atrakcyjny dla dziennikarzy, ale mało wiarygodny poznawczo. Owszem, w RŚA bojówki Seleka (w języku songo – przymierze; koalicja ugrupowań rebelianckich z muzułmańskiej północy kraju) walczą z oddziałami anti-balaka (w języku songo „balaka” oznacza maczety; anti-balaka to oddziały samoobrony chrześcijan). Czynnik religijny odgrywa rolę katalizatora konfliktu, dzieląc zwaśnione strony – warto jednak spojrzeć na wojnę w Republice Środkowoafrykańskiej jako na erupcję etniczno-religijnych resentymentów, drzemiących w społeczeństwie o niewłaściwie przeprowadzonej i niezakończonej modernizacji systemowej. O konflikcie tym czytać będziemy w polskiej prasie jeszcze wiele, ponieważ premier Tusk zdecydował się zasilić kilkutysięczny kontyngent francuski kilkudziesięcioma polskimi żołnierzami. (Złośliwi twierdzą, że w konflikcie tym uczestniczyć będzie jednak więcej Polaków – stanowią oni przecież jedną z głównych narodowości zasilających Legię Cudzoziemską).

W Republice Środkowoafrykańskiej, od czasów Jean-Bédela Bokassy, zamach stanu stał się nieformalną regułą zmiany rządów, a z dostępu do władzy i bogactw wykluczone zostały ludy północy. W podobny sposób tłumaczyć należy aktywizację nigeryjskiego ugrupowania terrorystycznego – Boko Haram, somalijskiego As-Szabab, kongijskich partyzantów z grupy M-23 – czy walki między plemionami Dinków i Nuerów w najmłodszym państwie świata, Sudanie Południowym. Bazę społeczną dla rebeliantów (lub terrorystów – nomenklatura wynika z przyjęcia perspektywy geopolitycznej) tworzą mieszkańcy peryferii, kontestujący uprzywilejowanie polityczne i gospodarcze centrum, a także sprzeciwiający się sekularyzacji i westernizacji społeczeństw afrykańskich. Należy zatem, analizując wzrost częstotliwości zamachów terrorystycznych, powstań i czystek etnicznych w Afryce, nie skupiać się na poszukiwaniu kolejnych „Afrykanistanów”. Lepiej zwrócić uwagę na uwarunkowania gospodarcze kryzysów – tego jak nierównomierny wzrost ekonomiczny wpływa na osłabienie struktur społecznych, a nawet państwowych. Nie jest to diagnoza łatwa ani przyjemna, ani też chwytliwa medialnie. Pozwala jednak wyjść poza kasandryczną narrację o kolejnych „jądrach ciemności” i zastanowić się nad wizją stabilizacji – tak gospodarczej, jak i polityczno-etnicznej.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 259

(52/2013)
25 grudnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj