„Jezioro stworzenia” to powieść, która zdobyła uznanie światowej krytyki i została wybrana do finału Nagrody Bookera w 2024 roku. W Polsce ukazała się niedawno w tłumaczeniu Marka Fedyszaka, nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc.

Sadie Smith, młoda amerykańska agentka, zostaje wysłana do Gujenny, tradycyjnego rolniczego rejonu Francji. Jej zadaniem jest infiltracja radykalnej komuny Le Moulin, sprzeciwiającej się przemysłowej dewastacji ziemi. Realizując misję, przenika do świata rządzonego przez Bruno Lacombe’a – charyzmatycznego filozofa prymitywistę zafascynowanego pradawnymi jaskiniami i erą neandertalczyków.

O najnowszej powieści z autorką – Rachel Kushner – rozmawia Krzysztof Katkowski.

Krzysztof Katkowski: Zacznijmy od miejsca, w którym rozgrywa się akcja twojej książki – południowej Francji, tuż przy granicy z Hiszpanią, w dawnej katalońskiej Rosselló, obecnie regionie Roussillon.

Rachel Kushner: To ważne dla mnie miejsce, które bardzo mnie fascynuje. Na przykład zamek w pobliżu wioski Fenouillet, który naziści zamienili w miejsce odosobnienia dla „niepożądanych”, takich jak Żydzi, Romowie i komuniści, stał się pierwowzorem Château de Gaumont w mojej powieści.

Byłaś tam, przygotowując się do napisania tej książki?

Tak. Zamek należy teraz do Holendrów. To prawdziwe miejsce, zamek, w którym mieszka Nadia i gdzie mówi do Sadie: „Przynieś mi zakupy”. Sięgnęłam też do innej historii związanej z tym regionem, którą Bruno opowiada w książce – o chłopach odcinających głowy feudałom i używających ich jako kule do kręgli. Wszystko to ma swoje korzenie właśnie w tym miejscu.

Można więc powiedzieć, że powieść zrodziła się z miłości do Oksytanii?

Można to nazwać miłością, ale nie da się napisać takiej książki bez głębokiej znajomości krajobrazu. Chociaż nie jestem pewna, czy „miłość” to właściwe słowo. Nie kocham przecież obozów, w których naziści torturowali ludzi.

Czemu tam?

Mam przyjaciół w Quercy i zaczęłam ich odwiedzać w 2013 roku, a więc trzynaście lat temu. Mój syn chodził do francuskiej szkoły i poznaliśmy ludzi, którzy prowadzili letni obóz. Zaczął tam jeździć, gdy miał siedem lat, a z czasem został wychowawcą i przewodnikiem po podziemnych jaskiniach. Spędzaliśmy tam każde lato. Znaliśmy też ludzi związanych z komuną w północnym Quercy, niewiele różniącą się od Le Moulin z powieści. 

Mój były mąż był mocno zaangażowany we francuską skrajną lewicę i filozofię kontynentalną. Dzięki niemu poznałam całe pokolenie ludzi, którzy w latach siedemdziesiątych przenieśli się na wieś. To świat, o którym piszę. Sadie wspomina w powieści płaskowyż Larzac. Stamtąd to pochodzi.

Warto podkreślić, że nie pojechałam tam, żeby zbierać materiały do powieści. Było dokładnie odwrotnie. Wracałam tam rok po roku i dopiero później postanowiłam napisać tę książkę. Piszę fikcję opartą na tym, co znam.

Ruch Larzac miał ogromne znaczenie dla całego pokolenia. Wielu uczestników wydarzeń maja 1968 roku zmieniło swoją profesję z robotników fabrycznych na rolników i pasterzy. Okupacja płaskowyżu uniemożliwiła Mitterrandowi rozbudowę znajdującej się tam bazy wojskowej. Interesują mnie takie ruchy. W życiu poznałam wiele osób, które były w nie zaangażowane. 

Moje pokolenie ukształtował ruch alterglobalistyczny z początku XXI wieku, a wielu jego uczestników stanowili Francuzi z Paryża, Bordeaux, Rouen i innych miejsc, którzy chcieli przenieść się na wieś i żyć w komunach. Ponieważ byłam blisko tego świata w sensie zarówno fizycznym, jak i intelektualnym czy społecznym, to uważałam, że byłby dobrym tematem powieści.

Jedną z głównych postaci powieści jest Bruno Lacombe, charyzmatyczny przywódca sekty. Chodzi o jakąś konkretną postać?

Bruno jest w dużej mierze moim wymysłem, ale zbudowanym z prawdziwych elementów. Dla mnie jest moralnym środkiem ciężkości książki. W pewnym sensie Bruno c’est moi. Identyfikuję się ze sposobem, w jaki myśli. Z jego pragnieniem, by neandertalczyk był szlachetną istotą, by przegrany posiadał coś, czego brakuje zwycięzcom. Bruno pyta: „a co z neandertalczykiem, który miał skłonność do depresji, dużo spał, nie lubił tłumów?”. Bardzo wiele z tego to po prostu ja.

Była jednak także jedna zewnętrzna inspiracja: francuski filozof Jacques Camatte, który, o ile dobrze pamiętam, zmarł w zeszłym roku. Szczerze mówiąc, nie jest zbyt dobrze znany, nawet we Francji. Był swego rodzaju prymitywistą i rzeczywiście przez pewien czas mieszkał w jaskini. 

Znałam ludzi, którzy prowadzili z nim długą korespondencję mailową. Napisał książkę „This World We Must Leave” – techniczną i teoretyczną pracę, przedstawiającą jednak znacznie bardziej intelektualną wersję poglądów Bruna, czyli kapitalizm pozostanie z nami, nie możemy go przechytrzyć, jest zbyt elastyczny. Kiedy tylko wydaje się zagrożony, staje się jeszcze silniejszy, ponieważ wynajduje się na nowo. 

Camatte opisuje go jako coś w rodzaju substancji ontologicznej, która otacza nas ze wszystkich stron i przenika samą materię naszej rzeczywistości. Jedynym wyjściem jest nie rewolucja świata, lecz rewolucja świadomości.

Kiedy słuchałam ludzi rozmawiających o Camacie i prymitywizmie, pamiętam, że pomyślałam: to może być najbardziej nowoczesna teoria, z jaką kiedykolwiek się zetknęłam.

Brzmi jak stary dobry New Age.

To coś zupełnie innego. New Age nadal dotyczy rzeczy materialnych. Można kupować soki, suplementy, w gruncie rzeczy chodzi o konsumpcję. Prymitywizm natomiast zakłada, że dżina można z powrotem zamknąć w butelce i że możemy zrezygnować z wielu osiągnięć technologicznych, aby odzyskać coś, co utraciliśmy. 

Kiedyś myślałam: „ale to przecież takie nowoczesne”. Nie potrafię sobie wyobrazić mieszkańca jaskini mówiącego: „odkąd zaczęliśmy używać miotaczy oszczepów, czuję, że straciliśmy coś z naszego ducha. Wróćmy do rzucania włóczniami z bliska, nawet jeśli jest to mniej skuteczne”. 

Człowiek jaskiniowy nie myśli teleologicznie. Tylko człowiek nowoczesny spogląda wstecz i mówi: „wszystkie nasze udogodnienia zniszczyły naszą duszę”. Co jest obiektywnie prawdą. 

Życie przestało być zrównoważone, dotarliśmy do punktu krytycznego. Przestałam więc się dziwić i zaczęłam myśleć, że to całkowicie racjonalna odpowiedź na nihilizm technologii.

Bruno jest inspirowany Camatte’em tylko o tyle, że wiedziałam o człowieku, który mieszkał w jaskini i interesował się permakulturą, bardzo prymitywną formą rolnictwa polegającą na rozsiewaniu nasion bez użycia pługa, bo pług miałby ranić glebę. Dodałam też elementy zaczerpnięte od człowieka, który w rzeczywistym życiu był związany z Guyem Debordem: Jean-Michela Mensiona. 

Zawsze fascynował mnie najbardziej spośród ludzi skupionych wokół Międzynarodówki Sytuacjonistycznej. Był przestępcą, który podczas wojny stracił rodzinę i jako sierota włóczył się po ulicach Paryża w latach pięćdziesiątych. Debord uwielbiał jego i jego przyjaciół, ponieważ byli nałogowymi pijakami, których jedynym prawdziwym zainteresowaniem była kradzież alkoholu. Scena z rabowaniem pokoi hotelowych, człowiek, który musi wstąpić do Legii Cudzoziemskiej – wszystko to opiera się na wspomnieniach Mensiona. 

Pasowało idealnie, ponieważ szukałam postaci z bardzo konkretnego pokolenia, ludzi urodzonych przed wojną i głęboko przez nią naznaczonych. Takich jak dziewczyna ze słynnej fotografii sytuacjonistów, Eliane, żydowska uchodźczyni, która straciła całą rodzinę, potem trafiła do sierocińca, a nagle pojawia się, pijąc na lewym brzegu Sekwany w Mabillon, gdzie wszyscy się zbierali.

Zawsze fascynował mnie sposób, w jaki przestępczość i obojętność wobec własnej przyszłości mogą stać się formą zachowania awangardowego. 

Dlaczego?

To prawdopodobnie coś osobistego. Dorastałam wśród ludzi, którzy byli przestępcami. I myślę, że byli jednymi z najodważniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek znałam. To po prostu inny sposób uwolnienia się od praw społeczeństwa, które podejrzewasz o korupcję i żerowanie na innych.

A potem poznałam świat filozofów i aktywistów politycznych z pokolenia Bruna. We Francji te dwie sfery zawsze w znacznym stopniu się przenikały. Dzięki temu mogłam stworzyć tę postać. Wiedziałam, że będzie kluczową postacią mentorską dla całej grupy.

Od dawna wiedziałam też, że historia będzie rozgrywać się w tej konkretnej części południowo-środkowej Francji. Nazywam ją Guyenne, ale jest to mieszanka regionów Périgord Noir, Quercy i Lot. Znam te okolice. Znam ich geografię. Znam tamtejszych rolników. 

Scena, w której Jean Villain przynosi na stół prehistoryczne artefakty wykopane we własnym ogrodzie, wydarzyła się niemal dosłownie w moim życiu. Siedziałam przy takim stole. Cały region jest usiany jaskiniami. Mój syn zna wiele z tych, które nie są atrakcjami turystycznymi. Pożyczasz klucz od rolnika i wchodzisz do środka. Kiedyś przeszedł pięć kilometrów w głąb jaskini, brodząc w wodzie sięgającej mu do szyi.

Bardzo dobrze znałam też sytuację hodowców bydła mlecznego w tym regionie. Uczestniczyłam w ich protestach, kiedy wylewali mleko na drogi, tak jak dzieje się pod koniec powieści. Jeżdżę na targi rolnicze, gdzie starsi mężczyźni prowadzą zabytkowe traktory. To świat, który lubię opisywać, ponieważ znam jego szczegóły.

Przez długi czas brakowało mi jednak narratora. Wiedziałam, że Bruno zacznie od tych pognębionych neandertalczyków. Wiedziałam, że to będzie pierwsze zdanie. Ale kto czyta jego maile? Kto ma do nich dostęp? Bo od początku nie miała to być historia opowiadana z jego perspektywy.

Czekaj, ale nie jesteś szpiegiem, prawda?

Słucham? [śmiech]

Skąd wziął się zatem pomysł, żeby narratorka była agentką infiltrującą lewicowych aktywistów?

Na początku XXI wieku obserwowałam to zjawisko z bliska – ludzi takich jak Sadie, zatrudnianych przez FBI w Stanach Zjednoczonych i Metropolitan Police w Wielkiej Brytanii do infiltracji ruchów lewicowych. 

W powieści pojawia się postać Marka Cutlera, ale tak naprawdę chodzi o Marka Kennedy’ego, prawdziwego człowieka, który przez lata infiltrował lewicowych aktywistów w całej Europie, także we Francji, wśród ludzi, których znałam. Kiedy został zdemaskowany, okazało się, że miał romanse z dziesięcioma kobietami – Niemkami, Francuzkami i Angielkami. Wszystkie go pozwały. A on sam później pozwał policję za to, że nie ochroniła go przed zakochaniem się. Potem zniknął i poszedł pracować dla Blackwater. To podsunęło mi pomysł. Dla tych dziwnych agentów działających pod przykryciem istnieje życie po kompromitacji.

I pewnego dnia po prostu wszystko zaskoczyło – moja narratorka jest jedną z takich osób. Zaczęłam się zastanawiać, jaka byłaby mentalność kogoś takiego. To nie jest perspektywa dla każdego. 

Powieść jest opowiadana przez złośliwą osobę. Ale pisanie z jej punktu widzenia było niezwykle angażujące. Jest zabawna, bezpośrednia i mówi rzeczy, których ludzie nie powinni mówić. 

Potem zainteresował mnie egzystencjalny kryzys kogoś takiego. Jak można funkcjonować, jeśli tak naprawdę nikt cię nie zna? 

Później w powieści Sadie przechwala się przed czytelnikiem, że nigdy nie sprząta po sobie śmieci, bo i tak nigdy nie wraca w to samo miejsce. To mnie zafascynowało – wejście w taki sposób myślenia. Dla mnie bowiem sens życia wynika z troski o innych, z miłości, ze społeczeństwa. Sadie nie ma z tym styczności.

Pod względem formalnym była to również ciekawa zagadka powieściowa, ponieważ Sadie jest w pewnym sensie dwiema narratorkami w jednej. Nieustannie wplata słowa Bruna: „powiedział”, a następnie dostajemy długie fragmenty o jego dzieciństwie, o tym, jak stracił rodzinę, o wojnie między Kagotami a chłopstwem. Tę część wymyśliłam, ale w idealnym świecie mogłaby się wydarzyć naprawdę.

Powieść polityczna, powieść zaangażowana…

Pokażcie mi powieść, która nie jest polityczna, a wtedy zaczniemy od początku!

Faktycznie, masz rację.

Chwilę przed tym, jak włączyłeś dyktafon, rozmawialiśmy o Balzacu, którego oboje bardzo podziwiamy. Sam Balzac był reakcjonistą, dość konserwatywnym w swoich osobistych poglądach. A jednak tym, co czyni jego powieści politycznymi, jest jego ciekawość dotycząca funkcjonowania świata oraz obecność w nich każdej klasy społecznej – od chłopów, przez prostytutki, po bankierów i arystokratów. 

Niektórzy pisarze są bardziej świadomi klasowo, inni mniej. Ale ci, którzy zaprzeczają istnieniu u siebie świadomości klasowej, czasem mają o klasie najwięcej do powiedzenia, ponieważ doskonale znają swoją własną. 

Rachel Cusk prawdopodobnie powiedziałaby, że jej powieści nie mają nic wspólnego z polityką, ale ponieważ tak dobrze zna swoją perspektywę klasową, wszystkie te klasowe założenia są wpisane w tekst i można je w nim wyraźnie odczytać.

Moja powieść jest o wielu rzeczach, ale jedną z nich jest pytanie, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. W pewnym momencie Bruno mówi, że tkwimy w lśniącym, autonomicznym samochodzie pędzącym ku katastrofie. I pyta, jak się z niego wydostać? Sadie śmieje się z niego, ponieważ jest cyniczką, która w nic nie wierzy. W gruncie rzeczy jest płatną zabójczynią pracującą na zlecenie klienta.

Nie piszę powieści po to, żeby przekonać ludzi do przyjęcia określonego poglądu politycznego. Gdyby moim celem było przekonywanie, pisałabym felietony, ale sztuka ma własną rolę. Nie jest tylko rozrywką i nie jest argumentacją. Chodzi w niej o pokazanie czytelnikom świata, o którym już wiedzą, że istnieje, ale nie zdawali sobie sprawy, że można go ubrać w słowa. Sadie mówi to w powieści: „sztuka czyni niewidzialne widzialnym”. Właśnie w to wierzę.

Książka:

Rachel Kushner, „Jezioro stworzenia”, tłum. Marek Fedyszak, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2026.