Z centrum widać najwięcej
  

  • ALEKSIN
  • LESZCZYŃSKI
  • OGORZAŁEK
  • SZCZEPAŃSKA
  • Szulecki
  • WARZECHA

Czy sklepy rodzinne muszą zginąć?

Fot. Wikimedia Commons

Szanowni Państwo!

Wystarczy jeden spacer, po dowolnej miejscowości w Polsce, aby dostrzec postępującą zmianę. Rok po roku coraz rzadszy staje się widok małych, niezależnych sklepików, niegdyś obecnych na każdym kroku. Dziś jest to już w zasadzie gatunek na wymarciu, którego niszę gwałtownie zapełniają kolejne markety lub oddziały franczyz.

Nie jest to jedynie zmiana krajobrazowa. Los osiedlowych sklepików budzi duże emocje. Pojawia się przy tej okazji szereg pytań: Czy zanik drobnego, lokalnego handlu jest nieunikniony? Czy sieci handlowe wygrywają swoim modelem biznesowym, czy może korzystnymi dla nich regulacjami lub obchodzeniem obowiązującego prawa? Wreszcie, czy władze państwowe lub lokalne powinny wesprzeć rodzinne sklepy?

Pierwsza kwestia wydaje się bezsprzeczna. Małe sklepy nie wytrzymują konkurencji z wielkopowierzchniowymi marketami. A wszelka przestrzeń, której nie mogą zająć giganci, zaraz zapełnia się oddziałami kilku dobrze znanych franczyz. Kapitał, możliwości logistyczne i marketingowe – wszystko przemawia na korzyść konkurencji drobnych sklepikarzy.

„Przewaga Żabki polega też na dostawach. Zamawiam cały towar u jednego dostawcy. Nie muszę wykonywać kilkudziesięciu telefonów do mleczarni, piekarni, hurtowni napojów, hurtowni alkoholu, papierosów itd. Nie muszę się targować o zniżki. Nawet po pięciu latach pracy z Żabką nie wyobrażam sobie, że mógłbym otworzyć własne delikatesy”, mówi ajent jednej z warszawskich Żabek w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim.

Niektórzy liberałowie uznaliby sprawę za prostą do rozstrzygnięcia: jeśli ktoś nie wytrzymuje konkurencji na wolnym rynku, to zwyczajnie musi upaść. Tej naturalnej kolei rzeczy nie powinny zaburzać nasze sentymenty. Jeśli małe sklepy chcą się utrzymać, muszą zwiększyć swoją konkurencyjność – choćby zrzeszając się w większe struktury. W innym wypadku musimy pogodzić się z ich smutnym losem. Kolejnym argumentem zwolenników pozostawienia biegu rzeczy samego sobie jest postęp. Nowe modele biznesowe takie jak te stosowane przez sieci franczyz czy wielkopowierzchniowe markety lepiej odpowiadają na potrzeby współczesności. Na ich korzyść działa też rozwój technologii. Innowacje takie jak płatności bezgotówkowe czy możliwość robienia zakupów przez internet i dostarczanie towaru do domu lub do punktów odbioru są lepiej przyswajane przez wielki biznes. Wielkimi krokami zbliża się już rewolucja związana ze sklepami samoobsługowymi. Jeśli drobni przedsiębiorcy nie są w stanie udźwignąć konsekwencji modernizacji, podtrzymywanie ich działalności jest pozbawione sensu. To tak jakby po wynalezieniu samochodu na siłę utrzymywać transport konny.

Jednak, z drugiej strony, obrońcami lokalnego handlu mogą być nie tylko osoby o przekonaniach prawicowych czy lewicowych, ale także… liberałowie! Wystarczy przypomnieć argument, że pozorna większa konkurencyjność wynika tu nie tyle z działań „niewidzialnej ręki rynku”, co regulacji korzystnych dla wielkich sieci. Z tego punktu widzenia, o żadnej „czystej” wolnorynkowej konkurencji zatem nie ma tu mowy. Inni obrońcy małych sklepów mogą dodać, iż nie powinniśmy skupiać się wyłącznie na ekonomii i technologiach, ale także na jakości życia. Zgodnie z tym stanowiskiem, nie tylko mieszkańcy, ale miasto czy nawet państwo może czerpać wiele rozmaitych korzyści z lokalnego handlu. Jakich?

Po pierwsze, podatki. Wielkie sieci handlowe w łatwy sposób unikają płacenia podatku CIT. Robią to powszechnie i na masową skalę – wyprowadzając pieniądze do oddziałów w innych krajach, gdzie podatki są niższe, a w Polsce odnotowując straty lub brak zysku. Jak obliczali dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej”, „w 2016 r. z pierwszej dwudziestki największych sieci [handlowych; przyp. red.] podatek CIT zapłaciła mniej więcej połowa (!)”. Jak zauważali dziennikarze, nie widać było także specjalnego wzrostu jeśli chodzi o wysokość płaconego podatku w odniesieniu do przychodów. „Dla przykładu Jeronimo Martins Polska, firma, do której należy sieć Biedronka, regularnie odprowadza do polskiego urzędu skarbowego równowartość przekraczającą nieco 0,9 proc. swoich rocznych przychodów. W 2016 r. podatek należny od Jeronimo Martins wyniósł ponad 409 mln zł, czyli dokładnie 0,94 proc. przychodów”. W takim wypadku rozmowa o równej wolnorynkowej konkurencji małych i dużych sklepów zakrawa na żart.

Po drugie, życie w centrach miast, które dziś zamiera, wysysane przez kolejne galerie handlowe otwierane zwykle na obrzeżach miejscowości. Na wynajem stoiska w takich miejscach mogą sobie pozwolić przede wszystkim dysponujące dużym kapitałem sieci sklepów, co tym skuteczniej przyczynia się do bankructwa lokalnych sklepikarzy. Potwierdza to Rafał Aleksin członek zarządu Stowarzyszenia Kooperatywa Spożywcza „Dobrze” z Warszawy.

„Największym wyzwaniem jest czynsz. Nasza kooperatywa spożywcza jest organizacją non-profit, nie działa dla zysku. Gdyby nie otrzymała zgody na najem lokalu po preferencyjnych stawkach, to nie mogłaby pozwolić sobie na wynajęcie lokalu w warszawskim Śródmieściu i nie byłaby w stanie prowadzić sklepu spożywczego”, mówi w rozmowie z Tomaszem Sawczukiem. Czy z podobnej pomocy mogłyby korzystać także „zwykłe” sklepy rodzinne?

Jeszcze niedawno słyszeliśmy, że przed trudną konkurencją ze sklepami sieciowym i galeriami handlowymi uchroni je zakaz handlu w niedzielę, ale jak się wydaje, nie spełnił on pokładanych w nim nadziei. Liczba małych sklepów wciąż spada. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców alarmuje, że „notuje się konsekwentny spadek sprzedaży w segmencie tradycyjnym (niezorganizowane, pojedyncze sklepy zlokalizowane przede wszystkim w małych miastach i na obszarach wiejskich) na poziomie ok 7,7 proc. rocznie”. ZPP winą za ten stan rzeczy obarcza właśnie ustawę o zakazie handlu w niedzielę. Inni autorzy przekonują, że spadek liczby małych sklepów notujemy od dawna. Zakaz handlu w niedzielę nie jest zatem jedyną przyczyną tego stanu rzeczy, ale – wbrew zapowiedziom rządzących – specjalnie nie pomógł.

W analizach zwraca się uwagę na dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Po pierwsze, wielkie sieci handlowe zmieniły przyzwyczajenia konsumentów. Dzięki wielkim kampaniom reklamowym i kuszącym rabatom skłoniły Polaków do zakupów w sobotę.

„Wcale nie jest tak, że Polacy masowo robią zakupy w niedzielę w miejscach, które są otwarte, ale raczej robią większe zakupy w piątek i sobotę”, mówi Krzysztof Ogorzałek, członek zarządu Inicjatywy Firm Rodzinnych, w rozmowie z Jakubem Bodzionym. „Ta zmiana na pewno nie osiągnęła zapowiadanych efektów. To jest jak z programem 500 plus, który miał zapewnić znaczący skok liczby urodzeń. Tak się nie stało, a zakaz handlu w niedzielę nie sprawił, że Polacy masowo ustawiają się w kolejkach do małych sklepów. Jedno i drugie ładnie sprzedawało się w mediach, ale cel był źle nakierowany lub od samego początku błędny”.

Po drugie, małe sklepy w niedzielę muszą konkurować nie tylko między sobą, ale także z… innymi sieciami, które korzystają z luk w prawie i mimo zakazu są otwarte. Wyraźnie na nowych przepisach skorzystał właściciel sieci sklepów Żabka. Sieć w roku 2018 otworzyła 700 nowych sklepów. Podobne tempo utrzymała w roku 2019 i nie zamierza zwalniać. Obecnie w Polsce działa już około 6 tysięcy Żabek. 

Wreszcie, trzecia korzyść z dobrej kondycji drobnych handlowców i przedsiębiorców to stabilność lokalnych społeczności. Wielkie sieci handlowe dysponujące większym kapitałem są znacznie bardziej mobilne niż drobni sprzedawcy. A to znaczy, że przy wahnięciach koniunktury mogą bez poważnych strat dla całej sieci zlikwidować pojedyncze placówki i przenieść kapitał w inne miejsca, także za granicą.

Czy zatem widok małych, rodzinnych sklepów niedługo zupełnie zniknie z polskich ulic? Czy to dobrze? I czy – jeśli tak się stanie – będzie to wyłącznie wynik ich słabszej konkurencyjności? O odpowiedzi poprosiliśmy także dziennikarzy reprezentujących różne poglądy gospodarcze: Adama Leszczyńskiego z OKO.press i Łukasza Warzechę z tygodnika „Do Rzeczy”, a także Kacpra Szuleckiego z naszej redakcji oraz Martę Szczepańską ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Ich odpowiedzi opublikujemy w najbliższą środę.

Ten temat tygodnia wymyka się szablonowym sposobom myślenia.

Z przyjemnością zatem zapraszamy do lektury!

 

Redakcja „Kultury Liberalnej”

Nr 582

(9/2020)
03.03.2020

Z Marcinem Pilarskim, ajentem Żabki rozmawia Łukasz Pawłowski

Sklepy rodzinne zginą

„Duża część właścicieli Żabek to są cwaniacy i kombinatorzy, a nie biznesmeni. Pracownicy też są bardzo często z łapanki. Ja w ciągu pięciu lat miałem około 100 pracowników. Żeby stworzyć stałą ekipę 11 osób, którzy pracują u mnie od ponad dwóch lat, musiałem «przerobić» stu – złodziei, narkomanów, alkoholików, nierobów”, mówi ajent jednej z warszawskich Żabek.

Krzysztof Ogorzałek w rozmowie z Jakubem Bodzionym

Zakaz handlu jak 500 plus – cel od samego początku był błędny

„To jest jak z programem 500 plus, który miał zapewnić znaczący skok liczby urodzeń. Tak się nie stało, a zakaz handlu w niedzielę nie sprawił, że Polacy masowo ustawiają się w kolejkach do małych sklepów. Jedno i drugie ładnie sprzedawało się w mediach, ale cel był źle nakierowany lub od samego początku błędny”, mówi członek zarządu stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych.

Z Rafałem Aleksinem z Kooperatywy Dobrze rozmawia Tomasz Sawczuk

W naszych sklepach nie jesteś anonimowy

„Żabka gospodaruje dla zysku i wzrostu, a my dla siebie, dla rozwoju społeczności i wspierania zasady sprawiedliwej zapłaty za wytwory, które otrzymujemy”, mówi członek zarządu Kooperatywy Spożywczej „Dobrze”.

PATRZĄC
WIĘCEJ
CZYTAJĄC
WIĘCEJ
SŁYSZĄC

Karol Aurewicz

Festiwal jako rytuał przejścia. Relacja z CTM 2020

To na takich imprezach wykuwa się przyszłe oblicze sceny z szeregu możliwych, a gusta uczestników, eksponowane na coraz to nowe stylistyczne mutacje i hybrydy, mają prawdziwy rytuał przejścia.

WIĘCEJ

FELIETONY

[Stany Zjednoczone] Powrót do przeszłości

Warszawski impas krajobrazowy

Czy powinniśmy chronić małe sklepy? Ankieta „Kultury Liberalnej”