Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > „Chłopiec znikąd”, czyli...

„Chłopiec znikąd”, czyli historia lubi się powtarzać. Recenzja książki Katherine Marsh [KL dzieciom]

Agnieszka Doberschuetz

Są książki, których nie sposób ominąć, a po przeczytaniu zapomnieć. „Chłopiec znikąd” to lektura obowiązkowa, choć nieobowiązkowa.

„W życiu wydawcy są takie chwile, gdy do redakcji przychodzi propozycja wydania książki, obok której, po przeczytaniu opisu i pierwszych linijek tekstu, nie można przejść obojętnie, która podbija serce, która MUSI być wydana. To było coup de foudre, totalne zauroczenie. Od razu wiedziałyśmy, że tę książkę chcemy i musimy wydać. Z wielu powodów” – napisała Anna Nowacka-Devillard z wydawnictwa Widnokrąg, zapytana o „Chłopca znikąd”.

To prawda – są książki, których nie sposób ominąć, a po przeczytaniu zapomnieć. To było coup de foudre także dla mnie, zauroczenie bolesne, poruszające do głębi. Wiedziałam od razu, że chcę o „Chłopcu…” napisać wyjątkowo, szczególnie – a okazało się to niełatwe.

O książkach przybliżającym dzieciom okrucieństwo i bezsens wojny pisałam już wcześniej w „KL dzieciom” i również nie obyło się bez emocji. Tym razem było jeszcze trudniej. Zanim zdołałam zasiąść do tej recenzji, rozmawiałam z wieloma osobami: z aktywistami na rzecz praw człowieka, działaczami wspierającymi uchodźców, autorami i reporterami, edukatorami, nauczycielami, uczniami, rodzicami, wreszcie z wydawnictwem i samą autorką. Dlaczego? Bo w „Chłopcu znikąd” jest wiele warstw, jak pisze sama autorka, Katherine Marsh: „znajdziecie tu i okna, i lustra”.

Przede wszystkim akcja dzieje się współcześnie, przed kilku laty, podczas zamachów w Brukseli, do których przyznało się Państwo Islamskie. Niedaleko stąd – w Europie, tuż za rogiem. Miałam okazję zobaczyć zniszczone fragmenty lotniska, strzeżone przez uzbrojonych wojskowych. To takie namacalne, mogłam przecież znaleźć się tam w innym czasie – albo w Londynie czy Paryżu… W Brukseli, właśnie podczas ataków, mieszkała Katherine Marsh. Jej dzieci chodziły do okolicznej szkoły, zwanej Szkołą Szczęścia. Autorka „Chłopca…” doświadczyła więc na własnej skórze strachu, mieszanych emocji, paniki i niepewności powodowanych przez wydarzenia z 2016 roku. Jak sama mówi – bardzo łatwo w podobnych momentach o uleganie teoriom spiskowym i zakłamanie faktów. Stąd już blisko do histerycznego poszukiwania kozła ofiarnego, którym zazwyczaj bywa „obcy”.

Co więcej, Katherine Marsh mieszkała w pięknym, starym domu z (co ważne dla fabuły) imponującym ogrodem i zapomnianą piwniczką na wino. Dom leżał przy ulicy Alberta Jonnarta – belgijskiego prawnika okrzykniętego bohaterem wojennym, gdyż podczas II wojny światowej ukrywał w swoim domu Ralpha Mayera, nastolatka żydowskiego pochodzenia. Rodzina Jonnarta zdołała przez długi czas utrzymać swój sekret, ale niestety nie sąsiedzi – któryś z nich „uprzejmie doniósł” i Ralph musiał uciekać.

Dlaczego o tym piszę? Bo te wydarzenia to właśnie jedno z okien (na historię) i luster (dla współczesności). Wszyscy wiemy, że historia lubi się powtarzać, ale nie wszyscy zauważamy moment, kiedy to się dzieje. A dzieje się teraz. Tylko wielu z nas nie umie lub nie chce dostrzec analogii między losami Alberta Jonnarta, Ralpha Mayera, Maxa Howarda i Ahmeda Nassera…

W domu przy ulicy Jonnarta zamieszkuje rodzina amerykańskiego delegowanego NATO, którego trzynastoletni syn, Max, zmuszony jest chodzić do francuskojęzycznej szkoły. Przeżywa osobisty dramat (tak, to dla dziecka dramat, wiem, jak to jest): w USA zostawił wszystko, co znał i kochał – przyjaciół, hobby, swojskie miejsca, nawet szkołę (której nie znosił, ale na pewno wolałby do niej wrócić niż zostawać w tym dziwnym obcym kraju). Max nic nie rozumie, inni nie rozumieją jego, nie potrafią nawet poprawnie wymówić jego nazwiska. Czuje się wyśmiewany, unikany, samotny. Na dodatek w domu wkurza go starsza siostra i rodzice, do których ma ogromny żal za decyzję o przeprowadzce.

Tymczasem w Syrii dochodzi do kolejnych bombardowań, podczas których ginie rodzina czternastoletniego Ahmeda – mama, ukochane siostrzyczki… Ocaleli jedynie Ahmed i jego ojciec, który postanawia uciec z synem do bezpiecznej Europy. Karkołomna przeprawa przez Morze Egejskie przeciążonym pontonem pełnym kobiet i dzieci kończy się tragicznie. Ahmed cudem dociera do Brukseli, gdzie tysiące uchodźców starają się uzyskać azyl lub przedostać w głąb Europy. Radzi sobie, jest wyjątkowo dojrzały na swój wiek. Ma cel i plan, choć nie zawsze szczęście. Nie przewiduje też zamachów bombowych, po których każdy młody Syryjczyk staje się potencjalnym terrorystą. W Europie nakręca się spirala islamofobii. Szczególnie mocno dotyka młodych mężczyzn budzących grozę – tak, sam widok nastolatka o ciemnej karnacji wywołuje lawinę spekulacji i uprzedzeń. A przecież Ahmed i wielu chłopców o podobnym losie to tak zwana młodzież szkolna. Chłopak faktycznie nie marzy o niczym innym niż o… pójściu do szkoły właśnie. No, może jeszcze o zadbaniu o ogród Howardów, bo bardzo kocha rośliny. Z utratą rodziny się pogodził, choć cierpieć będzie zawsze. Na spotkanie ojca już nie liczy. Ale jeszcze wierzy, że wszystko się ułoży.

Losy Ahmeda i Maxa połączy willa przy ulicy Alberta Jonnarta – jakże to symboliczne! Historia zatoczy koło. Chłopcy przejrzą się w sobie jak w lustrze. Czy dzięki temu czytelnik również przejrzy na oczy?

Wydawczynie w swoim liście piszą do mnie: „«Chłopiec znikąd» to książka o świecie, który nas otacza, a którego nie chcemy lub boimy się dostrzec. Uchodźcy, imigranci to indywidualni ludzie, indywidualne historie, a nie fale bezimiennych osób zagrażających naszej kulturze. Chciałyśmy, żeby polscy czytelnicy mogli zyskać taką ludzką perspektywę problemu uchodźctwa”.

A autorka dodaje: „Żyjemy w przerażających czasach, gdy wiele głosów radzi nam zamknąć drzwi, zbudować mur, odseparować się. Ale w efekcie więzimy samych siebie. W końcu wszystkie zamknięte społeczeństwa zdają sobie sprawę z tego, że wewnątrz ich «bezpiecznego» świata jest tyle samo potworów, co poza nim”.

Z czystym sumieniem namawiam do nabycia „Chłopca znikąd” – czy to do własnej biblioteczki, dla szkoły, czy na prezent. Część zysków jest bowiem przekazywana Polskiej Akcji Humanitarnej na rzecz syryjskich uchodźców.

Cieszy, że „Chłopiec znikąd” został dostrzeżony na rynku książki i spotkał się z uznaniem czytelników, o czym świadczy pierwsze miejsce w kategorii fabuła w plebiscycie blogerów książkowych „Lokomotywa” oraz nominacja na najlepszą książkę dla dzieci w kategorii 9–12 lat w konkursie „Przecinek i Kropka”.

Dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się w propagowanie tej książki, a także autorce, tłumaczkom i wydawczyniom za odwagę podejmowania trudnych tematów

PS. Chcecie zobaczyć prawdziwą willę przy ulicy Jonnarta w Brukseli? I „Szkołę Szczęścia”? Usłyszeć wspomnienia o Ralphie Mayerze? Obejrzyjcie filmik Katherine Marsh!  

 

Książka:

Katherine Marsh, „Chłopiec znikąd”, przeł. Anna Klinghofer-Szostakowska, Sara Manasterska, wyd. Widnokrąg, Piaseczno 2019.

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 582

(9/2020)
3 marca 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj