Szanowni Państwo!
Trzy lata po ataku Hamasu Izrael jest w sytuacji, która jeszcze niedawno wydawała się trudna do wyobrażenia. Hamas został poważnie osłabiony, Hezbollah stracił znaczną część swoich możliwości, Iran został bezpośrednio zaatakowany, a izraelska armia pokazała, że potrafi prowadzić działania jednocześnie na kilku frontach. Izrael jest dziś dominującą potęgą militarną na Bliskim Wschodzie.
A jednak coraz trudniej uznać, że wygrywa
Pod koniec września Google Maps opublikowało zdjęcia satelitarne Gazy wykonane w czerwcu 2026 roku. Widać na nich zburzone domy, ruiny miejsc kultu i zniszczoną infrastrukturę. Od zeszłorocznego zawieszenia broni zginęło tam ponad 1200 osób. W tym samym czasie Izrael mierzy się z rosnącą presją międzynarodową. Rok temu dziewięć zachodnich państw, w tym Wielka Brytania, uznało państwo palestyńskie. We wrześniu Wielka Brytania wraz z jedenastoma innymi państwami, w tym Polską, objęła sankcjami firmy związane z izraelskim osadnictwem. Podczas przemówienia Benjamina Netanjahu na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ część delegacji opuściła salę.
Nie są to wydarzenia, które zmieniają obecny układ sił na Bliskim Wschodzie. Izrael pozostaje militarnie znacznie silniejszy od swoich przeciwników, ma wyjątkową pozycję w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i jest potrzebny europejskim państwom jako partner wojskowy. Problem pojawia się gdzie indziej. Państwo, które dzięki swojej sile może pozwolić sobie na prowadzenie kolejnych wojen, jednocześnie gwałtownie traci poparcie społeczne na Zachodzie.
Według najnowszych badań Pew Research Center w 36 badanych państwach mediana 67 procent dorosłych ma nieprzychylną opinię o Izraelu, a tylko 25 procent – pozytywną. W Polsce negatywnie ocenia go już 70 procent badanych. Szczególnie szybko zmienia się nastawienie młodych. To może mieć większe znaczenie niż kolejna rezolucja ONZ czy unijne „wyrazy zaniepokojenia”. Dzisiejsi studenci i demonstranci za kilkanaście lat będą pracować w administracji państwowej, dyplomacji, instytucjach międzynarodowych i mediach. Ich stosunek do Izraela będzie wpływał na decyzje podejmowane wtedy, gdy obecni przywódcy tego państwa dawno przeminą.
Izrael idzie jednak w przeciwnym kierunku
Na Zachodnim Brzegu rozwija osadnictwo, a perspektywa powstania państwa palestyńskiego oddala się. Planowany projekt E1 połączyłby Ma’ale Adumim z innymi izraelskimi osiedlami, przecinając Zachodni Brzeg na pół. Trudno też oczekiwać, że same wybory przyniosą zasadniczą zmianę. 27 października Izraelczycy zdecydują, kto będzie rządził krajem, a Benjamin Netanjahu wciąż ma szansę pozostać premierem. Nawet jego odejście nie musi jednak oznaczać zmiany polityki wobec Palestyńczyków. Opozycja krytykuje decyzje Netanjahu, ale znacznie rzadziej kwestionuje podstawowe założenia polityki bezpieczeństwa.
O wyniku mogą zdecydować partie arabskie, których poparcie pozwoliłoby na zmianę władzy.
„Koalicja z udziałem Arabów jest potrzebna nie tylko ze względu na powyborczą arytmetykę. Jej powstanie oznaczałoby odrzucenie nie tylko faszystowskich ekscesów polityki Netanjahu, lecz także idei etnicznej suwerenności Żydów na całym obszarze dawnej mandatowej Palestyny. To ona blokuje wznowienie procesu pokojowego z Palestyńczykami i sprowadza arabskich obywateli Izraela do roli co najwyżej uciążliwych sublokatorów”, pisał ostatnio Konstanty Gebert z „Kultury Liberalnej”.
O tym, czy to możliwe, i o zmianie, jaka zaszła w Izraelu przez ostatnie trzy lata, oraz o dramatycznej sytuacji Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu rozmawiamy w najnowszym numerze naszego tygodnika. Karolina Wójcicka z „Dziennika Gazety Prawnej” i Marek Matusiak z Ośrodka Studiów Wschodnich mówią o paradoksie izraelskiej siły: dlaczego państwo, które osiągnęło tak wiele militarnie, ma jednocześnie coraz większy problem z wyobrażeniem sobie politycznego rozwiązania konfliktu.
Wójcicka zwraca uwagę, że izraelska scena polityczna coraz mocniej podporządkowuje się logice „albo my, albo oni”, zgodnie z którą między Izraelem a Palestyną nie ma miejsca na rozwiązanie, które uwzględniałoby racje obu narodów. Co znaczące, w tej narracji odnajduje się nawet izraelska lewica. Kampania wyborcza może więc doprowadzić do zmiany premiera, ale raczej nie do zakwestionowania założeń, które przez ostatnie lata wyznaczały politykę państwa.
Widać to szczególnie w sposobie, w jaki rozmawia się o Gazie. Odpowiedzialność Netanjahu za porażkę z 7 października jest tematem politycznej walki. Podobnie los zakładników i pytanie o to, dlaczego wojna trwała tak długo. Znacznie trudniej znaleźć natomiast poważną debatę o samym celu działań w Gazie, o okupacji czy o tym, jaki porządek miałby powstać po zakończeniu wojny. Rywalizacja odbywa się przede wszystkim o to, kto lepiej zapewni Izraelowi bezpieczeństwo.
W tej polityce bezpieczeństwo łączy się ze strachem
Wójcicka mówi o „zarządzaniu strachem” jako jednym z najważniejszych narzędzi Netanjahu. Matusiak zauważa przy tym, że nie jest to wyłącznie metoda obecnego premiera. Izrael ma głębszy problem z funkcjonowaniem bez przeciwnika. Kiedy jedno zagrożenie słabnie, w jego miejsce wybierane jest kolejne.
Cena takiego myślenia jest widoczna także w stosunku do świata zewnętrznego. Krytyka izraelskiej polityki coraz częściej jest utożsamiana z antysemityzmem, a pamięć o Holokauście wzmacnia przekonanie, że zagrożenie dla Izraela może nadejść z każdej strony. W rezultacie zewnętrzna krytyka zamiast prowadzić do korekty polityki utwierdza w przekonaniu, że Izrael powinien polegać przede wszystkim na sobie.
Izrael znacząco osłabił swoich przeciwników, ale nie zwyciężył w pełni. Hamas nie został wyeliminowany, Huti nie zostali pokonani, a wojna z Iranem, wbrew kolejnym zapewnieniom Donalda Trumpa, pozostaje nierozstrzygnięta – jej skutki odczuwamy codziennie na stacjach paliw. Jednocześnie rośnie liczba państw i społeczeństw, które coraz bardziej krytycznie patrzą na izraelską politykę, obserwując kolejne zdjęcia i nagrania z Gazy i z Zachodniego Brzegu.
Zejście ze szczytu
Być może właśnie w tym wyraża się prawdziwa cena, jaką przyjdzie zapłacić Izraelowi za militarne triumfy. Państwo może długo utrzymywać przewagę dzięki armii, technologii i potężnemu sojusznikowi w Waszyngtonie. Znacznie trudniej odzyskać zaufanie, kiedy całe pokolenie zaczyna postrzegać Izrael przede wszystkim przez pryzmat zbrodni popełnionych w Gazie.
Trudno nie zgodzić się ze słowami Matusiaka: „Należy pamiętać, że po szczytach zwykle zaczyna się droga w dół. Izraelowi trudno będzie utrzymać się na tym poziomie, skoro jego wizerunek na świecie ulega tak dramatycznej zmianie”.
Oprócz rozmowy z Wójcicką i Matusiakiem we wtorek opublikujemy felieton Dalii Mikulskiej, a w środę rocznicowy tekst Konstantego Geberta.
Zapraszam do lektury,
Jakub Bodziony, zastępca redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”
Współpraca: Franciszek Dziduch