Jakub Bodziony: Jaki jest Izrael trzy lata po ataku Hamasu z 7 października?

Karolina Wójcicka: Zdecydowanie bardziej zamknięty i radykalny. Obecna kampania przed wyborami, które odbędą się 27 października, dobrze to obrazuje.

Jair Golan, szef Partii Demokratycznej reprezentującej syjonistyczną opozycję demokratyczną, poparł decyzję Centralnej Komisji Wyborczej o wykluczeniu z wyborów szefa partii Balad Samiego Abu Shahadeha. Pokazuje to, jak daleko sięga dziś niechęć wobec części arabskiej sceny politycznej – także wśród ugrupowań, które teoretycznie powinny opowiadać się za rozwiązaniami pokojowymi. W praktyce nawet izraelska opozycja często porusza się w ramach narracji dotyczącej bezpieczeństwa i konfliktu z Palestyńczykami, którą przez lata wzmacniał Likud. Premier Benjamin Netanjahu co prawda słabnie, ale wciąż ma znaczący wpływ na kształt izraelskiej polityki.

Marek Matusiak: Kraj jest w bardzo paradoksalnym miejscu. Z jednej strony mamy Izrael, który jest coraz powszechniej krytykowany – kilkadziesiąt delegacji wyszło z sali w czasie przemówienia premiera Netanjahu w Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych. Kolejne państwa europejskie zajmują coraz bardziej zdecydowaną pozycję wobec Izraela. Wydawać by się mogło, że jest to państwo u progu izolacji. 

Z innej strony, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to kraj, który nigdy nie był bardziej sprawczy na arenie międzynarodowej. Nigdy nie miał mocniejszej pozycji na poziomie regionalnym. I nigdy nie miał większego wpływu na Stany Zjednoczone.

Drugą paradoksalną kwestią jest sytuacja wewnętrzna. To państwo politycznie bardzo zradykalizowane i spolaryzowane. Jeśli patrzymy na nie z zewnątrz, to wydawać by się mogło, że izraelskie społeczeństwo zbliża się do jednego światopoglądowego bieguna. Ale wraz z przemieszczeniem się w coraz bardziej radykalnym kierunku rośnie polaryzacja. Z zewnętrznej perspektywy ona dotyczy naprawdę drobnych rzeczy, ale rzeczywiście rośnie. Przez to klimat życia społeczno-politycznego staje się coraz bardziej napięty.

Jakich tematów dotyczy ta polaryzacja?

MM: Na pewno konkretnych polityków i ich osobistych etykiet. Netanjahu, Becalel Smotricz czy Itamar Ben-Gwir są w izraelskim dyskursie bardzo silnie utożsamiani z określonymi stanowiskami i obozami politycznymi. Dobrym przykładem jest wspomniany już Jair Golan, który z naszej perspektywy jest co najwyżej politykiem centrolewicowym, podczas gdy w izraelskim dyskursie bywa nazywany komunistą czy bolszewikiem.

Dlaczego?

MM: Bo nie wyklucza w przyszłości powstania państwa palestyńskiego. I to wystarcza, by jego przeciwnicy przedstawiali go jako bolszewika.

Bardzo ważne są też sprawy, które z naszej zewnętrznej perspektywy nie są pierwszoplanowe. Na przykład miejsce religii w państwie, przede wszystkim kwestia zwolnienia ze służby ultraortodoksyjnych mężczyzn, ale też kursowanie autobusów podczas szabatu.

Do tego dochodzi osobista odpowiedzialność Netanjahu za wydarzenia 7 października i polityczne rozliczenie tego, co się wówczas wydarzyło. To są tematy, o które Izraelczycy bardzo gorąco się spierają.

Natomiast jeżeli chodzi o kwestię palestyńską, bezpieczeństwa, polityki regionalnej – to są raczej różnice akcentów. Opozycja krytykuje politykę Netanjahu, ale nie proponuje żadnej alternatywy. Zamiast zastanowić się, co by zrobili inaczej, ci obiecują, że zrobiliby to lepiej, efektywniej, skuteczniej, bez narażania relacji z zachodnimi partnerami. Ale jeśli się zapytać, jak miałoby to wyglądać, to zaczyna brakować konkretów – ponieważ na poziomie założeń ta opozycja jest naprawdę bliska Netanjahu.

Czy naprawdę nie ma alternatywy wobec polityki Netanjahu?

KW: Wszyscy podporządkowują się jednej narracji forsowanej przez premiera. Ta głosi, że jesteśmy albo my, albo oni. Albo będzie istniał Wielki Izrael (w najambitniejszej i najbrutalniejszej koncepcji), albo będzie Palestyna. Nie ma nic pomiędzy, nie ma żadnego rozwiązania, w którym dałoby się gdzieś rację obu narodów pogodzić. I pod to podporządkowuje się w tej chwili nawet izraelska lewica.

W mojej książce „Z nakazu Boga” piszę o przykładach polityków po lewicowej stronie, którzy w szczycie głodu w Gazie w 2025 roku milczeli. Cały świat obiegły zdjęcia wychudzonych i wygłodzonych dzieci. W Izraelu tego tematu nie było i humanitaryści z lewej strony też całkowicie milczeli.

Czemu?

KW: Uważali, że nie mogą pozwolić sobie na jakikolwiek wyraz empatii, bo izraelskie społeczeństwo jest tak głęboko niechętne Palestyńczykom, że nie da szans partii, która jakiekolwiek poruszy kwestie humanitarne. I Golan, o którym rozmawialiśmy, jest tego najlepszym przykładem, bo jeszcze w 2025 roku pozwolił sobie na bardzo ostry komentarz. Mówił o tym, że Izrael, tak jak RPA, stanie się pariasem, bo jego „hobby staje się zabijanie dzieci”. Członkowie rządu za te słowa oskarżyli go o antysemityzm. Spotkała go za to ogromna krytyka. No i krok po kroku zaczął się wycofywać ze swojego stanowiska, aż przestał w ogóle poruszać te kwestie.

Stąd kampania w tym roku jest bardzo nijaka. Izrael prowadzi kilka wojen, okupuje terytoria kilku państw, ale to zupełnie nie jest przedmiotem debaty politycznej.

Przypomnijmy, w jakie konflikty zbrojne obecnie zaangażowany jest Izrael: po pierwsze – Gaza, choć tam formalnie obowiązuje zawieszenie broni. Dalej – Liban, Syria i Iran, gdzie Izrael prowadzi działania zbrojne bezpośrednio lub pośrednio. I to nie są tematy, wokół których toczy się kampania? Można być zgodnym co do tych konfliktów, a kłócić się o to, czy autobusy jeżdżą w szabat?

MM: Jeśli chodzi o Gazę, to pojawiają się informacje, że Netanjahu był o planowanym ataku Hamasu ostrzegany przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Egipt także informował, że Hamas coś szykuje i Izrael powinien być gotowy. Jeżeli tak rzeczywiście było, to Netanyahu na te doniesienia nie zareagował, nie przygotował państwa adekwatnie. I to jest tematem obecnej kampanii.

Dalej, mówi się, że priorytetem Netanjahu nie było odzyskanie zakładników. Kolejny zarzut pod adresem premiera brzmi, że on tę wojnę celowo przedłużał, bo było to dla niego politycznie użyteczne.

Ewentualnie pojawiają się sugestie, że można to było zrobić efektywniej, skuteczniej, szybciej odzyskać zakładników. Opozycja często narzeka, że rząd nie potrafi światu wytłumaczyć, iż to Izrael ma rację w tym konflikcie. Izraelska opozycja zaznacza, że to jest wszystko do naprawienia lepszą komunikacją.

Jednak w kraju naprawdę nie ma debaty, co do tego, czy należało zrobić to, co zostało zrobione w Gazie. Albo czy na pewno trzeba okupować kolejny kawałek Syrii, a wojna w Libanie prowadzi do jakiegokolwiek rozwiązania. Tego typu dyskusji nie ma.

Polityczna rywalizacja to kwestia prześcigania się w tym, kto byłby lepszym, większym, skuteczniejszym izraelskim patriotą.

KW: Z perspektywy Netanjahu, wojna jest obecna w kampanii jako bardzo użyteczny straszak. W ten sposób może przestawić wszystkich sąsiadów Izraela jako ogromne zagrożenie. Oprócz liderów tych państw, dochodzi oczywiście burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani i kilku polityków z nieco dalszych zakątków globu. Zarządzanie strachem jest od lat największą siłą Netanjahu, mimo porażek, które się za nim ciągną. 

MM: Opozycja funkcjonuje w podobny sposób. Na przykład były premier Naftali Bennett mówi, że to Katar jest głównym problemem. Wynajdowanie zewnętrznych wrogów i zapewnianie, że dany polityk bardzo poważnie zajmie się oponentem X czy Y, jest stałym elementem izraelskiej polityki. To jest państwo, które nie może żyć bez przeciwnika. Jeżeli akurat Iran przestał być aż tak groźny, bo właśnie został ciężko zbombardowany, to wrogiem zostaje Turcja.

Wszystkie badania pokazują radykalny spadek sympatii do Izraela na całym świecie, szczególnie wśród młodego pokolenia. Mam jednak wrażenie, że w samym Izraelu nie przywiązuje się do tego większej wagi. Dominuje przekonanie, że Europa czy szerzej Zachód nie rozumieją warunków, w jakich żyje Izrael – ciągłego zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego. Czy w takim razie międzynarodowa opinia publiczna, spadek sympatii i zaufania do Izraela mają dla izraelskiego społeczeństwa i polityki jakiekolwiek znaczenie?

KW: Jeśli dorastasz w kraju, w którym pamięć o Holokauście jest wykorzystywana często instrumentalnie i jesteś bombardowany z każdej strony wizją, że kolejne Auschwitz czeka na ciebie za każdym rogiem, to potem każdą krytykę, nawet tę uzasadnioną, odbierasz jako antysemityzm i personalny atak. Izraelczycy mają tendencję do tego, by przedstawiać wszystko w nieco bardziej czarnych barwach niż rzeczywistość by wskazywała. Mają taką wizję, wedle której cały świat zachodni nienawidzi Izraela.

MM: Ogromna część krytyki Izraela jest zrównywana z antysemityzmem. Silne jest poczucie, że nieważne, co zrobimy, i tak świat będzie antysemicki. No to równie dobrze nie ma sensu się starać. Możemy się zamykać, powoli stawać się taką Spartą, jaką swego czasu chciał Netanjahu. Druga wojna światowa miała pokazać Izraelczykom, że możemy liczyć tylko na siebie. Według większości z nich 7 października ta historia się powtórzyła. To, co nastąpiło później, tylko utwierdziło ich w przekonaniu, że świat po prostu ich nienawidzi.

W Izraelu oczywiście są ludzie krytyczni, jak Juwal Abraham i Rachel Szor, twórcy oscarowego filmu „Nie chcemy innej ziemi”, a także „NAZA”, który niedługo będzie miał premierę w Polsce. Płacą za to ogromną osobistą cenę. Tworzą krytyczne reportaże, materiały i filmy dokumentalne, ale takich osób jest naprawdę niewiele. Wykazują się heroizmem, bo występują przeciwko własnej wspólnocie i narażają się de facto na wykluczenie. Odmawia się im prawa do żydowskości i izraelskości. Pojawiają się nawet fizyczne groźby.

„Nie chcemy innej ziemi” pokazywało życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i codzienność pod izraelską okupacją. „NAZA” idzie o krok dalej – w ogromnej części składa się z anonimowych wypowiedzi izraelskich żołnierzy, oficerów i osób związanych ze służbami, którzy opowiadają o tym, jak prowadzona była wojna w Gazie. Na Zachodzie te filmy są obsypywane nagrodami i owacjami na stojąco. A w Izraelu? 

MM: Krytycy sugerują, że są to albo kłamcy, albo podstawieni ludzie, aktorzy. Pojawia się też zarzut, że to wytwór sztucznej inteligencji czy ludzie specjalnie dobrani po to, żeby szkalować Izrael.

Film jest kulminacją pracy dziennikarskiej, wykonywanej przez grupę wyjątkowo odważnych izraelskich dziennikarzy. Twórcy już wcześniej opublikowali swoje doniesienia w internecie. Każdy, kto był tylko zainteresowany, mógł się z nimi zapoznać, zarówno po hebrajsku, jak i po angielsku. Śledząc izraelski dyskurs wewnętrzny, nie dostrzegam wielkiej gotowości do dyskusji na te tematy. 

KW: Nie do końca zgadzam się z tym, że każdy mógł o tym przeczytać. Krytyka jest publikowana w bardzo niszowych, jak na skalę izraelską mediach. Mainstreamowi dziennikarze pomijają większość tego, co niewygodne, są bardzo konformistyczni.

Dlaczego?

KW: Przede wszystkim to kwestia zasięgów. Jeśli trzeba skrytykować premiera Netanjahu za afery korupcyjne, to wszystkie media, z wyjątkiem tych, które otwarcie mu sprzyjają, to robią. Ale kiedy omawiana jest kwestia Gazy albo interesy bezpieczeństwa, niemal wszystkie media przyjmują oficjalną narrację rządową, w której nie ma cierpiących Palestyńczyków, a żadnych ziem nie okupujemy.

Dziennikarze często robią to z wyrachowania i z troski o własną karierę. Ale trzeba też pamiętać, że krytyka Izraela grozi wieloma niebezpieczeństwami, również fizycznymi. Sama widziałam, jak na protestach sprzeciwiających się ludobójstwu w Gazie kontrmanifestanci potrafili rzucić się na uczestników demonstracji, wyzywać ich i wyrywać im plakaty z rąk.

Dla nas może być dość trudne do zrozumienia, że widzimy cierpienie Palestyńczyków czy Libańczyków i dziwimy się, jak taki Izraelczyk może przechodzić obok tego obojętnie. Tylko ten przeciętny Izraelczyk żyje w nieco innej bańce. Często te informacje do niego nie docierają; jest przekonany, że to on jest ofiarą, która żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia. A telewizja takie przeświadczenie jeszcze potęguje.

MM: Przeczytałem niedawno o jednej z uwolnionych zakładniczek, Jocheved Lifshitz, która krytycznie wypowiadała się o rządzie Netanjahu. W odpowiedzi Itzik Bonzel, jeden z kandydatów Likudu do Knesetu, powiedział, że gdyby istniał sposób, żeby zwrócić ją Hamasowi, chętnie by to zrobił.

Za co później przeprosił, chociaż dalej krytykował jej słowa. Przypomnijmy, że 7 października 2023 roku w atakach Hamasu zginęło około 1200 osób. Uprowadzono 251 zakładników. Większość z nich została później uwolniona, część uratowano w izraelskich operacjach, a część zginęła – niektórzy jeszcze podczas samego ataku, inni później w niewoli. Łącznie, wraz z czterema osobami przetrzymywanymi w Gazie jeszcze przed 7 października, było 255 zakładników. 168 z nich wróciło do Izraela żywych, a 87 – w celu pochówku. Wśród tych ostatnich byli również zakładnicy, których śmierć nastąpiła w wyniku izraelskich działań wojskowych. Natomiast po drugiej stronie mamy ponad 74 tysiące zabitych w Strefie Gazy, według danych palestyńskiego Ministerstwa Zdrowia. Są wśród nich zarówno cywile, jak i bojownicy Hamasu. Czy ta liczba jest w Izraelu zestawiana z liczbą ofiar izraelskich?

MM: Myślę, że ta liczba nikogo nie interesuje. Panuje przekonanie, że w Gazie nie ma niewinnych i wszyscy są jakoś współodpowiedzialni. Albo – i to jest głos, który niestety pada częściej, niż potrafimy sobie wyobrazić – że nawet jeśli zginęły dzieci, to te dzieci kiedyś by dorosły i zostały terrorystami, więc w jakimś sensie również nie są niewinne.

Inna teza jest taka, że może i dużo ludzi zginęło w Gazie, ale to Hamas zaatakował jako pierwszy, więc Izrael miał prawo do odwetu. Od października 2023 roku wielokrotnie przeprowadzano w Izraelu badania opinii publicznej dotyczące stosunku do palestyńskich ofiar i sposobu prowadzenia wojny. W jednym z badań Uniwersytetu Hebrajskiego z 2025 roku 64 procent izraelskich respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że „w Gazie nie ma niewinnych ludzi”. Wśród izraelskich Żydów było to aż 76 procent. W innym badaniu, przeprowadzonym przez Israel Democracy Institute, 76,5 procent izraelskich Żydów uznało, że cierpienie ludności palestyńskiej w Gazie nie powinno w ogóle albo powinno tylko w niewielkim stopniu wpływać na planowanie dalszych działań wojennych.

Jeśli już więc pojawia się pytanie o to, czy Izrael stosuje zbyt dużą przemoc, większość izraelskich Żydów odpowiada przecząco. W lipcu 2025 roku 78 procent uważało, że Izrael podejmuje znaczne wysiłki, by ograniczyć cierpienie Palestyńczyków w Gazie, a ponad połowa deklarowała, że doniesienia o głodzie i cierpieniu palestyńskiej ludności w ogóle ich nie niepokoją.

KW: W Izraelu też brakuje podstawowego zrozumienia, co w ogóle ci Palestyńczycy w Gazie robią, skąd się tam wzięli. W kraju dalej popularne jest przekonanie, że to nasze, biblijne terytorium, które składa się na tak zwany Wielki Izrael. Często podnosi się również fakt, że przecież jest tyle państw arabskich – Jordania, Egipt, Katar – które mogłyby przyjąć Palestyńczyków do siebie. Nie są oni postrzegani jako odrębna narodowość, która zasługuje na swoje państwo, tylko monolitycznie, jako Arabowie.

MM: Tak, to jest bardzo ważny problem – traktowanie Palestyńczyków jako generycznych Arabów, którzy równie dobrze mogliby mieszkać w Maroku albo w Kuwejcie. To jest tak, jakby ktoś powiedział, że Polska nie jest potrzebna, bo przecież istnieje Bułgaria, a to przecież też są Słowianie. Może się to wydawać śmieszne, ale to jest argument absolutnie na poważnie podnoszony w Izraelu. A co więcej, argument znajdujący zrozumienie w świecie zachodnim – bo my też mamy tendencję do orientalizacji świata arabskiego. 

W ten sposób Palestyńczyków traktuje się też jako takie „komiksowe” zło, takie, które nie ma przyczyny. Z tego wynika przekonanie, że Palestyńczycy, a konkretnie Arabowie czy muzułmanie, są po prostu źli: rodzą się źli i są wychowywani w nienawiści do nas. Ta nienawiść i terroryzm nie mają żadnych uwarunkowań polityczno-materialnych. Po prostu biorą się z niczego.

W związku z tym, tym bardziej nie możemy mieć dla nich współczucia, bo ci ludzie z natury są źli. Być może jako noworodki nie rodzą się źli, ale potem kultura i społeczeństwo czynią ich złymi, a oni przychodzą do nas mordować i podkładać bomby. My z tym nic nie możemy zrobić. 

Dobrym przykładem jest „Fauda”, bardzo popularny izraelski serial, który wiele mówi o tym, jak zmienia się Izrael. Pokazuje grupę izraelskich agentów służb specjalnych, którzy dzięki znajomości języka arabskiego i arabskiej kultury infiltrują głównie społeczeństwo palestyńskie, żeby walczyć z zagrożeniem terrorystycznym – wyszukiwać terrorystów i ich neutralizować. To serial zrobiony z rozmachem, o doskonałym tempie, popularny na całym świecie.

„Fauda” symuluje nawet pewną empatię wobec drugiej strony, bo pokazuje, że w wyniku walki z terroryzmem cierpią również Palestyńczycy. Tu cierpią matki, tam cierpią matki, tu umierają dzieci, tam umierają dzieci. Widz może więc odnieść wrażenie, że serial próbuje pokazać konflikt w całej jego złożoności.

A nie?

Nigdy nie pada tam pytanie: o co właściwie ci Palestyńczycy walczą? Czego konkretnie chcą? Czy ta działalność zbrojna i terrorystyczna, wymierzona w Izrael, z czegoś się bierze? Czy ma swoje przyczyny, kontekst polityczny i materialny? Czy może chodzi po prostu o sianie zła dla samej satysfakcji z jego siania?

Tego rodzaju pytania się tam nie pojawiają. I to jest charakterystyczne, bo pokazuje, w jaki sposób Izraelczycy postrzegają ten konflikt.

Dotychczas rozmawialiśmy przede wszystkim o tym, jak obecną sytuację postrzega się w Izraelu. Co w tym czasie dzieje się w Strefie Gazy?

KW: Od zawieszenia broni Izrael powoli, po cichu posuwa się coraz bardziej w głąb terytorium Gazy. Cała Strefa jest podzielona na obszar pod kontrolą izraelską i coraz mniejszy sektor kontrolowany przez Hamas.

Izrael na masową skalę utrudnia dostarczanie pomocy humanitarnej. Organizacje pomocowe co chwilę informują o problemach z wwożeniem namiotów, materacy czy nawet materiałów edukacyjnych.

Do tego dochodzą problemy biurokratyczne. Izrael uchwalił nowe prawo, które zmusza organizacje do ponownej rejestracji w kraju. W efekcie cała pomoc musi być dostarczana przez Izrael. Wiele organizacji musiało przenieść się chociażby do Jordanii, co dodatkowo komplikuje pomoc i zwiększa jej koszty.

Izrael nie zwyciężył nad Hamasem, a jednocześnie nie stworzył warunków do rozpoczęcia odbudowy Gazy. Istnieje co prawda Rada Pokoju Donalda Trumpa, która miała się tym zająć, ale nie osiąga żadnych realnych postępów. Problemem nie jest więc brak międzynarodowych planów, ale brak politycznej woli po stronie Izraela, by dopuścić do ich realizacji. Dopóki tej decyzji nie będzie, Gaza pozostanie w stanie zawieszenia między wojną a odbudową.

Zagraniczne media dalej nie mają wstępu do Gazy? 

KW: Przez krótki czas była możliwość udziału w wycieczce propagandowej. Wojsko izraelskie organizowało dla dziennikarzy CNN czy Fox News takie wyjazdy na pace pick-upa po wcześniej uzgodnionych obszarach Gazy. Z dziennikarstwem miało to niewiele wspólnego, bo Izraelczycy pokazywali po prostu to, co chcieli pokazywać.

MM: Obecne zawieszenie broni z pewnością jest lepszą sytuacją niż ta, która panowała tam przez dwa lata. Ale trzeba pamiętać, że od jego wejścia w życie zginęło ponad 1200 osób. Zawieszenie broni nie oznacza więc, że ludzie przestali ginąć. Po prostu giną na mniejszą skalę.

Dodam, że Google zaktualizował swoje mapy i można dziś obejrzeć zdjęcia satelitarne pokazujące, jak Gaza wygląda. Trzeba przy tym pamiętać, że to nie jest wyłącznie efekt działań wojennych. Budynki były niszczone metodycznie, buldożerami, dom po domu. Izrael przez długi czas wynajmował prywatne firmy budowlane, żeby systematycznie zrównać Gazę z ziemią.

Gaza to dziś teren, dla którego trudno wyobrazić sobie przyszłość. Izrael będzie blokował próby odbudowy. W jego interesie jest, żeby nie pojawił się tam żaden zewnętrzny aktor, który mógłby pokazywać, co się dzieje i jak wygląda sytuacja.

Obawiam się, że Gaza pozostanie w tym zawieszonym stanie. Izrael bardzo dobrze funkcjonuje w sytuacjach, które pozostają niedookreślone.

A jaka jest sytuacja na Zachodnim Brzegu? Formalnie władzę sprawuje tam Autonomia Palestyńska. Mamy jednak do czynienia z coraz większym rozwojem nielegalnego osadnictwa, które ma niemal ponadpartyjną legitymację w Izraelu.

KW: Zachodni Brzeg jest podzielony na trzy strefy: A, B i C.

Strefy A i B są teoretycznie pod cywilną kontrolą Autonomii Palestyńskiej. Odpowiada ona za większość aspektów życia Palestyńczyków mieszkających na Zachodnim Brzegu. Nie jest to jednak suwerenna władza państwowa. Izrael może wkroczyć do stref A i B i przeprowadzić tam operację zbrojną, a także wstrzymywać przekazywanie dochodów z podatków Autonomii Palestyńskiej. I robi to, wbrew ustalonym porozumieniom.

Natomiast strefa C, która stanowi około 60 procent terytorium Zachodniego Brzegu, znajduje się pod całkowitą kontrolą izraelską. To tam mieszka większość izraelskich osadników, których jest obecnie ponad pół miliona. Mieszkają tam również Palestyńczycy, którzy są sukcesywnie szykanowani i wysiedlani. Ich rzeczywistości dotyczy oscarowy film „Nie chcemy innej ziemi”, o którym mówiliśmy wcześniej. To właśnie na tym obszarze rozgrywają się największe dramaty związane z przemocą osadniczą.

Jeśli chodzi o samo osadnictwo, czyli kolonizację Zachodniego Brzegu, można mówić o czymś w rodzaju ogólnokrajowego konsensusu. Osadnictwo rozwija się od wojny sześciodniowej, czyli od 1967 roku. W tym czasie w Izraelu rządziły partie lewicowe, prawicowe i centrowe, a proces ten ani razu nie został zatrzymany.

Ci, którzy dopuszczają się przemocy, to ludzie ideologicznie najmocniej zmotywowani. Tacy jak Becalel Smotricz i Itamar Ben-Gwir, których spokojnie można określić jako narodowo-religijnych fanatyków.

Albo faszystów.

KW: Problem w tym, że oni są teraz ministrami. Stali się patronami środowisk, które z perspektywy izraelskiego mainstreamu uchodzą za ekstremistyczne. To jednak nie znaczy, że ktokolwiek będzie inwestował kapitał polityczny w ich pacyfikację czy powstrzymywanie.

Państwo czasami ich karci, czasem tymczasowo aresztuje. Ich działalność jest jednak w dużej mierze uznawana za zgodną z interesami państwa izraelskiego. To rodzaj bojówek, które formalnie są nieusankcjonowane, ale dziwnym trafem ich członków rzadko spotykają poważne konsekwencje za taką działalność, nawet gdy regularnie stosują przemoc.

W obozie opozycyjnym również są politycy związani ze środowiskiem osadniczym. Na przykład były premier Naftali Bennett, który przez jakiś czas był przewodniczącym rady wspólnot osadniczych na Zachodnim Brzegu. Być może Bennett jest w stanie zachować większy pragmatyzm, ale historycznie, biograficznie i ideowo jest bardzo związany z tym środowiskiem.

Właściwie nie ma partii sprzeciwiających się osadnictwu. Są politycy, którym nie podobają się najbardziej radykalni osadnicy – ci, którzy de facto zakładają nowe osiedla, palą palestyńskie gaje oliwne, zabijają zwierzęta czy napadają na Palestyńczyków. To budzi pewien niesmak u bardziej centrowych izraelskich polityków. Nie jest to jednak krytyka z poziomu: z osadnictwem jako takim jest problem.

A czy w Izraelu ktokolwiek nazywa działania w Gazie ludobójstwem?

MM: Nie ma właściwie możliwości, żeby to słowo padło. Niedawno Komisja Wyborcza zakazała arabskim partiom startu w październikowych wyborach parlamentarnych. Sąd Najwyższy uchylił jednak tę decyzję. Razem z partiami arabskimi Komisja Wyborcza próbowała również wykluczyć z wyborów deputowanego Ofera Kasifa. Sąd także w jego przypadku uznał, że nie ma podstaw do zakazu startu.

Kasif był jedynym żydowskim deputowanym do Knesetu, który pozwalał sobie na używanie tego rodzaju określeń i publicznie poparł skargę wniesioną przez RPA do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Już wcześniej, w trakcie kadencji, o mało nie stracił mandatu.

Kasif jest uważany za absolutne ekstremum. Trzeba otwarcie powiedzieć, że jest marksistą i komunistą, który ma w gabinecie portrety Lenina i Marksa. Z tego powodu, a także ze względu na swoje stanowisko w sprawie Palestyny, jest w Izraelu postrzegany jako odklejeniec i degenerat – ktoś, dla kogo po prostu nie ma miejsca w życiu publicznym. I była to jedyna osoba, która pozwalała sobie na używanie słowa „ludobójstwo”.

Jakim cudem Benjamin Netanjahu ma szansę znów wygrać wybory?

KW: To jest kwestia opozycji, która nie ma alternatywy. Po co mieć kopię, skoro można mieć oryginał? Opozycja proponuje to samo, co Likud, tyle że chciałaby wpleść więcej dyplomacji, tak żeby Zachód trochę bardziej polubił Izrael. Ale nie prezentuje żadnej opowieści o tym, że Izraelczykom mogłoby się żyć lepiej. Że mogliby nie mierzyć się z dronami nadlatującymi z Iranu, Libanu czy z jakiegokolwiek innego kierunku. Że może Izrael mógłby spróbować żyć w pokoju.

Takie ruchy pokojowe istniały kiedyś w Izraelu. W tej chwili ich nie ma.

Partie opozycyjne idą na łatwiznę i poddają się temu, co robi Netanjahu. Nawet w krótkim okresie w 2021 roku, kiedy Netanjahu nie był u władzy, de facto nadal dyktował tematy i zachowywał wpływ na funkcjonowanie partii opozycyjnej, która wtedy rządziła. Dzięki temu bardzo szybko wrócił do władzy.

Więc fakt, że dzisiaj sondaże bloku opozycyjnego i skrajnie prawicowego bloku Netanjahu są w miarę wyrównane, wcale mnie nie dziwi.

Czyli żydowska opozycja sama nie jest w stanie przełamać tego układu. Istotną rolę mogą odegrać partie arabskie. Jeśli miałoby dojść do przejęcia władzy przez opozycję, musiałoby się to stać w jakiejś formie współpracy z nimi. Jednocześnie pojawia się warunek, żeby partie arabskie uznały Izrael za państwo żydowskie. Czy są dziś gotowe wejść w taki układ?

KW: Partia Ra’am, czyli partia arabska, była w koalicji rządowej w 2021 roku. Mansur Abbas, który przez wielu radykalnych Izraelczyków jest przedstawiany jako terrorysta i członek Bractwa Muzułmańskiego, potrafił współpracować z Izraelczykami i szedł na ustępstwa w wielu kwestiach.

W obecnej kampanii ta narracja się zmieniła. Gadi Eisenkot, polityk mający największe szanse na pokonanie Netanjahu, zapewnia, że nie będzie tworzył rządu z partiami arabskimi. Jednocześnie zostawia pewne okno możliwości: gdyby któraś z arabskich partii uznała Izrael za państwo żydowskie, taka współpraca mogłaby być możliwa.

Wszystkie sondaże wskazują więc na paradoksalny scenariusz: to partie arabskie mogą zadecydować o tym, kto wygra wybory i kto utworzy rząd. Nie wiadomo jednak, czy taki rząd byłby w stanie się utrzymać. Jeśli opozycji uda się wygrać i stworzyć koalicję, którą będzie łączyć przede wszystkim niechęć do Netanjahu, on z pewnością spróbuje wykorzystać jej słabości.

To niezwykle sprawny polityk, który od dekad utrzymuje się na szczytach izraelskiej władzy. Dzień po 7 października sondaże nie dawały mu praktycznie żadnych szans na pozostanie premierem. Tymczasem minęły trzy lata, a on nadal trzyma się całkiem nieźle, mimo że oprócz politycznej odpowiedzialności za sposób, w jaki państwo zareagowało na atak Hamasu, ciążą na nim poważne zarzuty korupcyjne.

MM: Żeby trwać, Netanjahu nie musi wygrać wyborów. Wystarczy, że nikt inny ich nie wygra. Jeżeli nie będzie większości, będzie dalej pełnić obowiązki premiera, dopóki nie powstanie alternatywna większość parlamentarna. Może się więc zdarzyć, że odbędą się kolejne wybory, a nawet jeszcze jedne, i nadal nie powstanie większość zdolna odsunąć go od władzy. Netanjahu jest więc w dość komfortowej sytuacji.

Bezwzględna większość w Izraelu wynosi 61 mandatów, a sondaże wskazują około 52–54 mandaty zarówno dla bloku rządowego, jak i opozycyjnego. Jeśli ten scenariusz się sprawdzi, obu stronom będzie bardzo dużo brakować do większości. Tym trudniejsze będzie porozumienie z partiami arabskimi, które musiałyby poprzeć opozycję co najmniej kilkoma mandatami, a nie tylko jednym. Nie dałoby się wtedy ukryć faktu, że powstał rząd z poparciem partii arabskich – a dla głównych partii opozycyjnych byłoby to politycznie bardzo obciążające.

Możemy historycznie porównać to do sytuacji w Polsce, kiedy prezydent Gabriel Narutowicz został wybrany głosami posłów reprezentujących mniejszości narodowe. Formalnie byli to polscy parlamentarzyści, ale w oczach części polskiej opinii publicznej ich głosy były traktowane tak, jakby liczyły się mniej. Tak samo jest teraz w Izraelu – pewne siły polityczne zostaną legalnie wybrane, ale wybierają je izraelscy obywatele o pochodzeniu arabskim, a im wolno mniej.

W związku z tym rząd, który powstałby przy poparciu tego rodzaju sił politycznych, będzie rządem podejrzanym. I nie będzie w pełni prawomocnym z punktu widzenia izraelskiej żydowskiej większości.

Izrael wygrał czy przegrał wojnę z Hamasem?

KW: Militarnie Izrael osiągnął część swoich celów: poważnie osłabił Hamas i zniszczył znaczną część jego infrastruktury. Nie udało mu się jednak organizacji wyeliminować. Trudno więc mówić o jednoznacznym zwycięstwie.

W dłuższej perspektywie Izrael przegrywa natomiast na poziomie międzynarodowym. Protesty odbywają się na całym świecie, a szczególnie wśród młodego pokolenia rośnie niechęć do Izraela. Kiedy ludzie, którzy wychodzili na ulice kampusów uniwersyteckich, wejdą do rządów i obejmą stanowiska profesorskie, ich doświadczenia z młodości będą wpływać na stosunek do Izraela.

Jednocześnie krótkoterminowo jego pozycja pozostaje silna. Izraelowi udało się osłabić Hezbollah, a jego eksport broni do Europy rośnie. Polska również się w tym gronie znajduje. Państwa europejskie potrzebują nowych technologii wojskowych, a Izrael dysponuje jednymi z najbardziej zaawansowanych, bo testuje je na bieżąco w Iranie, Libanie czy Gazie.

To tworzy paradoks: państwa zachodnie coraz ostrzej krytykują Izrael, ale nie wywierają presji, która zmusiłaby go do poniesienia realnych konsekwencji. Sankcje są niewspółmierne. Jasne, Ben-Gwir dostanie zakaz wjazdu do Unii Europejskiej, ale on nie jest zainteresowany tym, żeby przyjeżdżać do Europy. Jest zainteresowany tym, żeby być na osiedlach żydowskich na Zachodnim Brzegu.

Krytyka ze strony Zachodu pojawiła się zdecydowanie za późno i była zbyt słaba. W efekcie Izrael poczuł się bezkarny.

MM: Rzeczywiście, te kwestie miękkie – wizerunek, skojarzenia i nastawienie do Izraela – dramatycznie się pogorszyły. Natomiast biorąc pod uwagę to, co Izrael zrobił i nadal robi, konsekwencje, które na niego spadły, są kompletnie niewspółmierne.

Mówię nie tylko o Gazie, ale także o okupacji kolejnych terytoriów oraz o wojnie z Iranem, która dużo nas wszystkich kosztuje i nie wiadomo, jak się zakończy.

Co więcej, z europejskiej perspektywy jest to państwo, które wspiera i współpracuje z partiami skrajnie prawicowymi. Z niektórymi ugrupowaniami ma już oficjalne relacje, z innymi dopiero się „obwąchuje”. Ostatnie sukcesy wyborcze AfD nie spotkały się z żadną reakcją ze strony Izraela. Nie zdziwiłbym się, gdyby za jakiś czas doszło do normalizacji stosunków Izraela z AfD. Z europejskiej perspektywy Izrael prowadzi więc bardzo problematyczną politykę, a to, co go za nią spotyka, jest naprawdę niewspółmierne.

Dla Izraela obecna sytuacja jest bardzo korzystna. Jeśli weźmiemy pod uwagę tradycyjne mierniki siły – potencjał militarny, sytuację regionalną, sprawczość na arenie międzynarodowej i wpływ na Stany Zjednoczone – to być może jest on dziś u szczytu swojej potęgi.

Żadnego prezydenta przed Donaldem Trumpem Izraelowi nie udało się przekonać do ataku na Iran. To dobrze pokazuje skalę jego wpływów.

Należy pamiętać, że po szczytach zwykle zaczyna się droga w dół. Izraelowi trudno będzie utrzymać się na tym poziomie, skoro jego wizerunek na świecie ulega tak dramatycznej zmianie.

Ludzie, którzy dziś uczestniczą w protestach i obserwują to, co dzieje się w Gazie, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będą podejmować decyzje. I będą o tym pamiętać.