
Książka „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie”, którą w Polsce wydało Wydawnictwo Poznańskie w tłumaczeniu Kai Gucio, wzbudziła wielką dyskusję w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko. Choć w dużej mierze to właśnie amerykańska rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początek dwutysięcznych jest tłem dla diagnozy Gilbert. Jednak to także czas, kiedy globalizacja przyspieszyła na tyle, że wszystkie sytuacje, które opisuje autorka książki, oglądaliśmy także w Europie i Polsce. O tym, „jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie”, rozmawiam z Sophie Gilbert.
Sylwia Góra: Opowiadasz o rzeczywistości amerykańskiej, ale dla polskich nastolatek lat dziewięćdziesiątych XX wieku i dwutysięcznych to była też ich rzeczywistość. Choć u nas było małe przesunięcie czasowe. Twoja książka jest przetłumaczona na różne języki. Czy często słyszysz, że to też o kobietach z innych krajów?
Sophie Gilbert: Tak, myślę, że to właśnie było najbardziej interesujące. Oczywiście znałam przede wszystkim rzeczywistość, w której dorastałam, czyli Wielką Brytanię. Później, gdy miałam 24 lata, przeprowadziłam się do Stanów Zjednoczonych, więc byłam bardzo świadoma tych dwóch kultur. Ale książka została już przetłumaczona na osiem języków. W przygotowaniu jest jeszcze pięć kolejnych tłumaczeń.
Fascynujące jest obserwowanie, jak każda kultura ma nieco inne doświadczenia mizoginii, kultur patriarchalnych, ale schemat niemal zawsze jest taki sam.
Myślę, że jeszcze jedną istotną kwestią jest to, że czas, o którym piszę w książce, był pierwszym okresem internetu. Był to naprawdę pierwszy moment, w którym świat zaczął doświadczać tych samych rodzajów kultury popularnej, często w tym samym czasie.
Oczywiście w latach sześćdziesiątych XX wieku mieliśmy artystów takich jak Beatlesi, którzy podróżowali i byli sławni na całym świecie, ale to był pierwszy moment, kiedy przeżywaliśmy wydarzenia popkulturowe jednocześnie jako cały świat. I myślę, że to w dużej mierze wyjaśnia, dlaczego książka mogła tak dobrze przekroczyć granice i dotrzeć do różnych krajów, nawiązując kontakt z różnymi grupami kobiet.
Feminizm jako ruch społeczny i ideowy miał pomóc nam odzyskać dla siebie różne hasła i pokazać, że to może być nie teoretyczny, ale naprawdę praktyczny ruch. Jednak coś poszło nie tak. Feminizm uładzono, stał się puchaty i różowy, miał twarz Spice Girls i Paris Hilton. Porównujesz zresztą te początki riot grrrl.
Tak, kiedy myślałam o muzyce, początkowo w ogóle nie zamierzałam pisać osobnego rozdziału o muzyce lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Miał on być niejako częścią wstępu do książki. Ale ostatecznie wszystko ułożyło się tak, że znalazłam w tym rozdziale cztery przykłady, które pokazywały trendy zachodzące w kulturze, a jednocześnie doskonale ilustrowały pewne momenty przełomowe w feminizmie.
Pomyślałam więc, że te przykłady – sposób, w jaki ruch riot grrrl doszedł do hasła „girl power”, szczególnie za sprawą dwóch członkiń zespołu Bikini Kill – są świetnym przykładem. Dla mnie była to znakomita kulturowa manifestacja feminizmu trzeciej fali.
Ten ruch próbował stworzyć odnowioną wersję feminizmu: bardziej inkluzywną, intersekcjonalną, bardziej świadomą tego, czego potrzebują kobiety znajdujące się w trudniejszej sytuacji.
Był to w dużej mierze zbiorowy wysiłek, którego celem było uczynienie społeczeństwa lepszym dla kobiet na wszystkich poziomach, a nie tylko dla uprzywilejowanej garstki.
A potem pojawiły się Spice Girls, przejęły hasło „girl power” i stały się dobrym przykładem idei, że feminizm jest czymś nudnym, krępującym, żenującym, nieatrakcyjnym i pozbawionym blasku. Tymczasem można było stworzyć postfeminizm, który w pewnym sensie był znacznie bardziej wyzwalający, ponieważ można było robić wszystko, na co miało się ochotę i wciąż twierdzić, że jest to właśnie feminizm.
Zwłaszcza że tak duża część tego zjawiska była związana z konsumpcjonizmem i z bardzo atrakcyjnie opakowanym przekazem: kupowaniem rzeczy, dobrą zabawą, wychodzeniem z domu, celebrowaniem swojej wolności na różne sposoby i skupianiem się przede wszystkim na sobie, a niekoniecznie na wspólnych, zbiorowych walkach, które trzeba będzie wygrać dla kobiet na całym świecie.
Szukasz też momentów pęknięcia i pokazujesz taki, kiedy pojawiają się hasła odzyskiwania ciała: nie można zawstydzić kobiety, która nie wstydzi się swojej seksualności, ale czy faktycznie tak było?
Myślę, że odpowiedź na to pytanie brzmi: nie. I myślę, że dobrym przykładem jest słowo empowerment, któremu w książce poświęcam sporo uwagi – nie dlatego, że z samym tym słowem jest coś nie tak, ale dlatego, że jest ono przykładem sposobu, w jaki korporacje i marketingowcy wykorzystują idee feminizmu i empowermentu jako chwytliwe hasło reklamowe, żeby sprzedać nam coś, co w rzeczywistości wcale nie polega na dawaniu kobietom siły czy sprawczości.
Dobrym przykładem jest Wonderbra, który pojawił się na rynku w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wraz z ogromnymi billboardami z Evą Herzigovą, która miała bardzo głęboki dekolt, rzekomo powodujący wypadki drogowe.
Były to bardzo tradycyjne, staroświeckie wizerunki „seksbomby”. W tamtym czasie feministki skarżyły się, że te reklamy są seksistowskie, ponieważ wykorzystywały kobiecą seksualność do sprzedawania produktów. Obrona producenta opierała się natomiast na twierdzeniu, że Wonderbra daje kobietom siłę, ponieważ pomaga im poczuć się silnymi.
I to jest właśnie to samo słowo, które powraca raz za razem.
Za każdym razem, gdy coś zostaje oskarżone o seksizm, pojawia się argument, że dany produkt sprawia, że kobiety czują się silne.
Nowszym przykładem czegoś, co często jest krytykowane, może być OnlyFans.
Jego prezes bronił tej platformy, twierdząc, że daje ona twórcom i twórczyniom poczucie siły i sprawczości. I znowu, moim zdaniem, wracamy tutaj do kwestii: jednostka kontra zbiorowość. Coś może wzmacniać konkretną jednostkę. Może pomagać jej poczuć się silną. Ale czy rzeczywiście w sposób strukturalny przyczynia się do tego, że kobiety jako zbiorowość zyskują większą siłę i sprawczość? Moim zdaniem – nie.
To są więc kwestie, o których jako feministki zawsze musimy pamiętać – o napięciu pomiędzy tymi dwiema rzeczami.
Piszesz też bardzo dużo o porno i rozkładasz je na części pierwsze jako dominujący produkt kulturowy naszych czasów, który ukształtował nasze podejście do seksu, ale też samych siebie. Co jest wyznacznikiem tego podejścia?
Nie chciałam aż tak dużo pisać o pornografii w tej książce, ale im więcej prowadziłam badań, im bardziej przyglądałam się kulturze tego okresu i im bardziej próbowałam odpowiedzieć na pytania, które sobie zadawałam – przede wszystkim na pytanie, dlaczego media w tym czasie stały się tak seksistowskie, pełne pogardy i tak okrutne wobec kobiet – tym wyraźniej głównym wpływem wydawała się pornografia.
I myślę, że jest to taka forma kultury, która ma ogromny wpływ, a której często nie dostrzegamy. Jest niejako wpleciona w prywatne życie ludzi. Być może mężczyźni rozmawiają o niej częściej niż kobiety. Nie wiem. Nie mam dostępu do takich rozmów. Ale wciąż jest to swego rodzaju stosunkowo prywatna forma spędzania czasu związana z kulturą.
Dlatego często o niej nie myślimy. Nie poddajemy jej analizie. Nie zastanawiamy się nad tym, co robi z jej odbiorcami.
Widać zmiany zachodzące w pornografii, która bardzo silnie wpływa na seksualność ludzi. Widać też, w jaki sposób kobiety są tam często poniżane, bite, uderzane, jak stosuje się wobec nich przemoc i naprawdę odczłowieczający język. A potem widzimy, jak to przenika do innych form kultury.
Dla mnie było to więc kluczowe.
Myślę, że nie można opowiedzieć historii tego, co wydarzyło się z kobietami w ciągu ostatnich trzech dekad, bez przyjrzenia się wpływowi pornografii.
Niedawno republikański kandydat na urząd powiedział: „To, że pozwalasz sobie zrobić creampie, nie oznacza, że mam przejmować się twoimi opiniami politycznymi”.
I już samo to, że tego rodzaju język jest teraz tak znormalizowany, to jest coś, za co, moim zdaniem, odpowiada właśnie pornografia.

Dzisiaj porno wkroczyło do naszego codziennego życia, oglądają je nastolatki, a nawet małe dzieci, i kiedy przychodzi do zderzenia z rzeczywistością, to okazuje się, że nasze ciała, zwłaszcza kobiece, tak nie wyglądają. Przychodzi rozczarowanie, frustracja, a może nawet nienawiść do kobiet, że nie są takie jak na filmach porno. Czy to może prowadzić do przemocy seksualnej?
Zdecydowanie może to prowadzić do zaburzeń seksualnych i myślę, że obserwujemy obecnie pojawienie się nowego pokolenia młodych mężczyzn, którzy w pewnym sensie zostali przez pornografię naprawdę ukształtowani, wręcz zaprogramowani, tak aby mieć całkowicie nierealistyczne wyobrażenia na temat seksu, intymności, bliskości, tego, kim są kobiety i „do czego służą”.
Mamy więc całe pokolenie młodych mężczyzn, których pornografia nauczyła postrzegać kobiety jako istoty nie do końca ludzkie, głęboko odczłowieczone, obiekty istniejące wyłącznie dla ich przyjemności.
I niestety nie chodzi o to, żeby – jak wiele osób robi – pytać: „A co z młodymi mężczyznami?”. Jeśli jesteś kimś, komu powiedziano, że kobiety nie są ci równe, to zbudowanie funkcjonującej relacji z osobą płci przeciwnej będzie bardzo, bardzo trudne.
Kobiety mają teraz coraz więcej możliwości wyboru, większą niezależność finansową, dlatego obserwujemy, jak coraz mniej osób z pokolenia Z bierze ślub lub tworzy stabilne związki. Moja przyjaciółka Faith Hill dużo pisała o kryzysie randkowania i kryzysie romantycznych relacji – o tym, jak ludzie nie tworzą więzi romantycznych w taki sposób, jak robili to kiedyś.
I myślę, że w dużej mierze wynika to z faktu, że całe pokolenie otrzymało za pośrednictwem pornografii całkowicie obce, nierealistyczne wyobrażenia na temat miłości, seksu i intymności.
Myślę, że pod pewnymi względami potrzebujemy czegoś w rodzaju masowej reedukacji – ponownego programu edukacji seksualnej – dla ludzi, którzy dorastali na pornografii, ponieważ konsekwencje tego będą naprawdę bardzo poważne.
Wiemy też, że kobiety mogą dobrze funkcjonować i rozwijać się, kiedy nie są w małżeństwach, czy nie pozostają w stałych związkach. Natomiast mężczyźni, kiedy są żonaci, żyją dłużej, cieszą się lepszym zdrowiem, są szczęśliwsi, a wskaźniki depresji są u nich niższe.
Jeśli więc mamy pokolenie mężczyzn, którzy nagle nie zawierają małżeństw ani nie tworzą długoterminowych związków w takim stopniu jak wcześniej, będzie to miało ogromny wpływ na zdrowie publiczne, a o tym obecnie, jak się wydaje, niewiele się mówi.
Porno, a więc także cielesność. To coś, przez co od zawsze oceniano kobiety. Szczupła sylwetka, dziewczynka, a nie kobieta – to jest ideał. Był moment tak zwanego body positivity, ale dziś znów króluje Ozempic, a więc wracamy do źródeł. Czy body positivity faktycznie kiedykolwiek istniało?
Tak, choć trwało krótko. Pamiętam ten moment. Myślę, że rokiem, w którym to zjawisko naprawdę osiągnęło swój szczyt, był 2016, czyli rok, pod koniec którego Donald Trump został po raz pierwszy wybrany na prezydenta. I to wydaje się pierwszym gwoździem do trumny ruchu body positivity.
Ale pamiętam, że na okładce „Sports Illustrated” w 2016 roku pojawiła się plus-size’owa supermodelka Ashley Graham, co miało ogromne znaczenie kulturowe. To było pytanie: jakie rodzaje ciał możemy jako jedna z najpotężniejszych marek w mediach uznać nie tylko za akceptowalne, ale także za seksowne?
To wydawało się niezwykle ważne.
W 2016 roku pojawiły się też lalki Barbie o różnych typach sylwetek. Nie mieliśmy już więc wyłącznie tych bardzo szczupłych, wręcz wychudzonych lalek, które pamiętam z dzieciństwa.
Nagle pojawiły się Barbie o pełniejszych sylwetkach. Były Barbie poruszające się na wózkach inwalidzkich itp. To wydawało się niezwykle ważne.
Wiemy też, że body positivity rzeczywiście miało silny wpływ na kobiety i dziewczęta. Przeprowadzono badania pokazujące, że dziewczęta, które miały kontakt z treściami promującymi body positivity na Facebooku, deklarowały, że w kolejnych dniach lepiej czuły się ze sobą.
A potem pojawił się Ozempic, który przyniósł cudowne skutki zdrowotne wielu osobom, w tym osobom z mojej rodziny, ale miał również wpływ kulturowy, który, moim zdaniem, jest czymś odrębnym i który jest pod pewnymi względami znacznie mniej pozytywny, ponieważ sprawił, że osiągnięcie szczupłej sylwetki stało się o wiele łatwiejsze niż wcześniej.
Współczesne badania pokazują nam, jak powoli, ale jednak, okazuje się, że na wygląd zewnętrzny kobiety po czterdziestce zwracają już mniejszą uwagę niż dzisiejsze dwudziesto- i trzydziestolatki. Czy z twoich obserwacji też tak wynika?
Tak, obserwuję nową falę widoczności starszych kobiet w mediach. Reese Witherspoon, Jennifer Aniston, Nicole Kidman, Demi Moore. Myślę o tych wszystkich kobietach, które nadal pozostają widoczne, dostają role w serialach i filmach. Pojawia się coraz więcej takich historii o kobietach w średnim wieku, których w latach dwutysięcznych po prostu nie było. W tamtej dekadzie nikt nie interesował się tym, jak wygląda życie kobiet w średnim wieku.
Było tak: byłaś młoda i seksowna, wychodziłaś za mąż, przeżywałaś romantyczną historię i na tym koniec. Jako aktorka znikałaś. Nie było już dla ciebie żadnych kolejnych historii do opowiedzenia.
Teraz mamy choćby filmy Nancy Meyers. Są naprawdę świetne, bardzo zabawne, pełne przemyśleń, albo film „Substancja” i to, co mówi o standardach piękna narzucanych starszym kobietom w Hollywood oraz o tym, jak bardzo te standardy są toksyczne.
A jednak, kiedy przyglądamy się kobietom, którym pozwala się nadal być widocznymi w kulturze, okazuje się, że nie są to kobiety, którym pozwolono również się zestarzeć. Myślę więc, że znaleźliśmy się w sytuacji bez dobrego wyjścia.
Możesz być widoczna jako kobieta, jako sławna kobieta, celebrytka, ale tylko pod warunkiem, że poddasz się zabiegom, dzięki którym staniesz się niemal nie do odróżnienia od kobiet znacznie młodszych.
Prawicowy populizm jest napędzany negatywnym stosunkiem do feminizmu, a prawicowcy to często mizogini, którzy czują odrazę do kobiet. Tak dziś opowiadamy sobie podziały polityczne i tożsamościowe. Ale czy to nie jest trochę uproszczenie?
Myślę, że starsze przejawy prawicowej mizoginii miały mniej wspólnego z nienawiścią, a więcej z potrzebą sprawowania kontroli.
Weźmy kogoś takiego jak Donald Trump. Nie sądzę, żeby nienawidził kobiet jako takich, ale nienawidzi kobiet nieposłusznych. Nienawidzi tych, które publicznie mu się sprzeciwiają, kwestionują jego zdanie i zadają mu pytania, na które nie chce odpowiadać.
Nie nienawidzi kobiet biernych, uległych, takich, które robią wszystko, czego od nich oczekuje, i które dopasowują się do jego fizycznych wyobrażeń o tym, jakie kobiety powinny być i jak powinny wyglądać.
Myślę więc, że znaczna część tego starszego rodzaju mizoginii, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, związana na przykład z chrześcijańskim konserwatyzmem, akceptowała kobiety, o ile były bierne i łatwe do kontrolowania, a także wcześnie wychodziły za mąż i rodziły dzieci. Sama idea matki od zawsze cieszyła się w amerykańskiej kulturze szczególnym szacunkiem i była otaczana niemal kultem.
Nie oznacza to oczywiście, że ci mężczyźni uważają kobiety za równorzędne istoty ludzkie. Chodzi raczej o to, że nie mamy tu do czynienia z otwartą nienawiścią. Tymczasem znaczna część mizoginii, którą obserwujemy dziś w internecie, poszła w skrajność pod wpływem gospodarki uwagi, czyli mechanizmów, które sprawiają, że twórcy w mediach społecznościowych muszą walczyć o to, by ludzie w ogóle zwrócili na nich uwagę. W dużej mierze napędzają ją potrzeby algorytmów.
Dlatego w internecie mamy dziś do czynienia z autentycznie skrajną, odrażającą mizoginią, ponieważ właśnie takie treści przyciągają uwagę. I tutaj znacznie wyraźniej chodzi o nienawiść, odczłowieczanie i obrzydzenie.
W pewnym sensie ma to charakter niemal homoerotyczny, ponieważ obserwujemy swego rodzaju fetyszyzację mężczyzn, testosteronu, męskich ciał, mięśni, męskiej więzi i solidarności. A jednocześnie mamy do czynienia z całkowitym odrzuceniem przekonania, że kobiety są czymś więcej niż obiektami seksualnymi. Jesteśmy tak bardzo odczłowieczane, że w tym kręgu mężczyzn równie dobrze mogłybyśmy być już po prostu lalkami seksualnymi.
Tak więc rzeczywiście nastąpiła zmiana.
W książce dotykasz też współczesności i ery #MeToo, kiedy kobiety zaczęły wreszcie głośno mówić o wszystkich przekroczeniach, które je dotknęły. Ale i tutaj zostałyśmy wepchnięte w pułapkę. Bo zdarzyło się kilka bezpodstawnych oskarżeń i wiele osób uważa, że cała idea jest nieważna.
Bardzo trudno mi się z tym wszystkim zmierzyć, ponieważ z jednej strony, kiedy przyglądamy się kobietom, które zabrały głos w czasie ruchu #MeToo, i temu, co je spotkało, jak bardzo ich życie wywróciło się do góry nogami i jak były publicznie piętnowane, to trudno nie zadać sobie pewnych pytań.
Weźmy na przykład Christine Blasey Ford, która w Stanach Zjednoczonych wystąpiła przeciwko Brettowi Kavanaughowi. Straciła dom, musiała się przeprowadzić, musiała też zatrudnić prywatną ochronę. Była bezlitośnie atakowana przez ludzi z prawicy, działających w złej wierze, którzy nazywali ją kłamczuchą i oburzali się, że ośmieliła się zabrać głos przeciwko temu wpływowemu, konserwatywnemu sędziemu, który obecnie zasiada w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych.
Można więc zadać sobie pytanie: czy to wszystko było warte swojej ceny? Czy to, co zrobiła, miało sens? Koszty, jakie poniosły kobiety, które zdecydowały się przemówić, były ogromne.
Jednocześnie uważam, że to, co wydarzyło się w ramach ruchu #MeToo, miało bardzo duże znaczenie dla nas wszystkich.
Myślę, że możliwość obserwowania tak otwartej debaty, takiego sposobu opowiadania historii i takiej szczerości – kiedy kobiety mówiły o tym, co je spotkało, i dzieliły się własnymi doświadczeniami – sprawiła, że wiele kobiet poczuło się mniej samotnych.
Dzięki temu zyskały też znacznie większą pewność siebie, jeśli chodzi o zabieranie głosu i przeciwstawianie się niewłaściwym zachowaniom, które dziś dostrzegają.
Niedawno rozmawiałam z bardzo wpływową producentką telewizyjną w Stanach Zjednoczonych. Opowiedziała mi o pewnym scenarzyście, z którym współpracowała od dziesięcioleci i którego znała od bardzo dawna. Wiele kobiet wiedziało, że jest seryjnym sprawcą molestowania. Kobiety po cichu ostrzegały się nawzajem przed nim, ale nikt nie podejmował otwartych działań.
Ostatnio jednak próbował molestować znacznie młodszą kobietę, która natychmiast poinformowała producentów serialu, przy którym pracowała, o tym, co się wydarzyło. W rezultacie mężczyzna został odsunięty od pracy.
Dlatego myślę, że mówienie prawdy jest w pewnym sensie jedynym wyjściem, jakie mamy, nawet jeśli wiąże się to z ogromnymi kosztami. To jedyny sposób, by przyczynić się do rzeczywistej zmiany, która przyniesie korzyści przyszłym pokoleniom kobiet, a także spróbować nauczyć mężczyzn, że tego rodzaju zachowania nigdy nie będą akceptowalne.
Piszesz też o czymś bardzo ciekawym w literaturze, czyli o autofikcji. To coś zupełnie oczywistego w pisaniu męskim, koronnym przykładem jest Karl Ove Knausgård, uważany przez krytykę za współczesne wcielenie Marcela Prousta. Kiedy podobne rzeczy robią kobiety, są krytykowane za to, że to nie literatura, ale emocjonalne rozliczenia i powinny pisać pamiętnik, a nie książki.
Myślę o swojej książce jak o książce historycznej, ponieważ opowiada o historii, ale nikt inny nie postrzega jej w ten sposób. Traktuje się ją raczej jako publikację z zakresu studiów nad kobietami, gender studies, no i, oczywiście, historii popkultury.
To, co przydarza się kobietom, jest w jakiś sposób traktowane jako błahostka. Uznaje się to za sprawy domowe, o których powinnyśmy rozmawiać między sobą, ale których nie należy upubliczniać.
Dzieje się tak dlatego, że nasza historia zawsze była pisana przez mężczyzn, dla mężczyzn i o mężczyznach. Dopiero od niedawna kobiety mają możliwość opisywania swojego wewnętrznego życia, swoich osobistych przeżyć i doświadczeń.
Czy więc powinno nas dziwić, że wciąż spotykamy się z krytyką za to, że uznajemy własne życie za warte badań i analiz? Nie jestem pewna. Cieszę się jednak z tego, co się dzieje. Mam poczucie, że za każdym razem, gdy jakaś kobieta szczerze pisze o swoim życiu, robimy kolejny mały krok naprzód – w stronę świata, w którym takie działania nie będą już krytykowane pod pretekstem tych wszystkich rzekomo poważnych powodów.
Optyka, którą przyjmujesz, czyli lata dziewięćdziesiąte XX wieku i dwutysięczne, pokazuje nam, w jakim duchu zostałyśmy wychowane. Ciekawi mnie jednak, jak dzisiaj młode dziewczyny odpowiadają na twoją książkę?
Najmłodsza czytelniczka, z jaką miałam do czynienia, miała 15 lat i tak bardzo spodobała jej się moja książka, że napisała o niej pracę na jedne ze swoich zajęć. Przesłała mi ją, więc mogłam ją przeczytać. Była niesamowita, ta dziewczyna była naprawdę bardzo inteligentna.
Myślę, że pisałam tę książkę z myślą o kobietach z pokolenia millenialsów, ale również o pokoleniu Z, ponieważ dorastały one w naszym cieniu. Pod pewnymi względami doświadczyły nawet bardziej skrajnej wersji tego wszystkiego niż my, kobiety z pokolenia millenialsów. One nigdy nie znały przecież życia offline. Nigdy nie żyły w świecie, w którym pornografia nie miałaby tak ogromnego wpływu na wszystko, co wiąże się z seksem, związkami i intymnością.
Otrzymywałam więc głosy od kobiet w bardzo różnym wieku i myślę, że jedna rzecz powraca podczas niemal każdego spotkania autorskiego czy wydarzenia publicznego, w którym biorę udział: kobiety desperacko potrzebują większej liczby międzypokoleniowych debat i rozmów.
Uważam, że w feminizmie istnieje taka tradycja – i nie wiem, dlaczego tak jest – że każde nowe pokolenie feministek musi spalić na stosie to, które je poprzedzało. To niemal tak, jakbyśmy chciały spalić wszystko do gołej ziemi i zacząć od nowa.
Media nieustannie zachęcają nas do tego, byśmy uważały starsze feministki za żenujące, dostrzegały wszystkie ich porażki, wstydziły się ich, a następnie próbowały wymyślić feminizm na nowo – tak jakby miał być czymś całkowicie odmiennym od tego, czym był wcześniej.
W rezultacie odcinamy sobie możliwość uczenia się od siebie nawzajem i zrozumienia, że tak naprawdę wciąż przechodzimy przez podobne sytuacje i doświadczamy podobnych mechanizmów oraz zależności, choć mogą one przybierać różne formy. Możemy czerpać ogromną mądrość z takich rozmów między starszymi a młodszymi kobietami.
Tymczasem w społeczeństwie właściwie nie istnieją mechanizmy, które zachęcałyby nas do prowadzenia takich rozmów. Dlatego podczas niemal każdego wydarzenia publicznego, w którym uczestniczyłam, powracała ta sama myśl: jako kobiety, niezależnie od pokolenia, naprawdę mamy się nawzajem czego uczyć.
Nie wiem, jak możemy zacząć to zmieniać. Nie wiem, co możemy zrobić poza prowadzeniem takich rozmów w naszym życiu. Mam jednak poczucie, że w feminizmie musimy coś zmienić.
Powinnyśmy być znacznie bardziej otwarte na siebie nawzajem i zamiast obwiniać się, wytykać sobie błędy i oskarżać się nawzajem, szukać sposobów, by wspierać się i pomagać sobie wzajemnie rozwijać się, poprzez uczenie się od siebie i rozmowę.
Mężczyźni robią to cały czas. Mają swoich mentorów, pomagają kolejnym pokoleniom młodych mężczyzn, uczą ich grać w golfa, organizują spotkania, zabierają ich na drinka. My, kobiety, nie jesteśmy w tym tak dobre. Ale myślę, że jeśli uda nam się znaleźć sposoby, by to zmienić, będzie to miało ogromne znaczenie i przyniesie nam naprawdę wiele korzyści.
Książka:
Sophie Gilbert, „Girl on Girl. Jak popkultura zwróciła kobiety przeciw sobie”, tłum. Kaja Gucio, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026.
