Incele i dyskryminacja mężczyzn – nowa odsłona Spięcia”!

nowej odsłonie projektu rozmawiamy o incelach i dyskryminacji mężczyzn. Co różni, a co łączy przedstawicieli nowego pokolenia polskiej lewicy, konserwatystów i liberałów? Odnośniki do wszystkich tekstów znajdziecie Państwo poniżej. Zapraszamy do lektury!

  1. Incele są szkodliwi, ale nie wzięli się znikąd. Systemowa przemoc dotyka także mężczyzn [Bartosz Brzyski, Klub Jagielloński].
  2. Gra w bliznę [Katarzyna Kasia, Kultura Liberalna].
  3. Nierówności w męskim świecie [Szymon Rębowski, Magazyn Kontakt].
  4. Mężczyźni cierpią w świecie zorganizowanym przez mężczyzn. A z kobiet robią kozły ofiarne [Szymon Grela, Krytyka Polityczna].
  5. Między samcem alfa a incelem. Jak uratować mężczyzn? [Jarema Piekutowski, Nowa Konfederacja].

 

* Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski. 

Wpuścić – nie wpuścić? Kryzys humanitarny na granicy z Białorusią trwa

Szanowni Państwo!

Od tygodni trwa kryzys humanitarny na granicy Polski z Białorusią. Grupa 32 osób koczuje niedaleko Usnarza Górnego. Z jednej strony są oni zablokowani przez polską straż graniczną, z drugiej przez białoruskie służby. Migranci i potencjalni uchodźcy zostali tam przywiezieni z Bliskiego Wschodu (głównie z Iraku, Somalii i Kurdystanu) za pomocą zorganizowanego przez białoruskie państwo procederu. Wygląda on tak: uiszczają opłatę w specjalnym biurze podróży, lecą do Mińska z kraju macierzystego, następnie otrzymują wizę turystyczną i są dowożeni przez służby w pobliże zielonej granicy z Unią Europejską. Podobne problemy mają obecnie Estonia i Łotwa, a z kryzysem na znacznie większa skalę od początku lata zmagała się Litwa. O tym, jak doszło do zorganizowanego przemytu ludzi z Bliskiego Wschodu na granice Unii Europejskiej, rozmawialiśmy w wideopodkaście „Kultury Liberalnej” z Bartoszem Tesławskim, redaktorem naczelnym portalu NaWschodzie.eu. Mogą Państwo wysłuchać lub obejrzeć tę rozmowę na swojej ulubionej platformie.

Sytuacja pozornie wydaje się prosta z moralnego punktu widzenia.

Continue reading

Kto gra w makabrycznym cyrku Łukaszenki

Ilustracja: Max Skorwider

Grupa 32 bliskowschodnich przybyszy (obecnie Fundacja Ocalenie identyfikuje ich jako Afgańczyków na podstawie deklaracji migrantów), koczująca przy granicy Białorusi i Polski zogniskowała w sobie wszystko to, czym żyje polska polityka: konflikt pomiędzy „kosmopolitami” a „patriotami”, lewicowo-liberalnym „salonem” a władzą reprezentującą „zwykłych ludzi”. Wystarczyło parę zdjęć migrantów, zatrzymanych przez polską straż graniczną i Wojsko Polskie, żeby rozgrzać opinię publiczną do czerwoności. Jedni widzą w reakcji władz odbicie jej ksenofobicznej albo wręcz faszyzującej natury, drudzy zaś właściwą odpowiedź na zagrożenie przed islamizacją Europy.

Wobec tak poważnych oskarżeń, w debacie pomija się źródło problemu, które należy uwzględnić w decyzjach i opiniach na temat kryzysu migracyjnego, z którym zmaga się teraz Polska. W dodatku niemal cała polska klasa polityczna działa w tej sprawie według partyjniackiej i antypaństwowej logiki, która pomija niuanse i kontekst sytuacji.

Tymczasem to właśnie udowodniony fakt, że wzmożenie ruchu na wschodniej granicy UE jest efektem wypracowanych działań mińskiego reżimu powinien wpływać na debatę na temat destabilizacji wschodniej granicy Polski. Z przemytu osób z Bliskiego Wschodu (głównie z Iraku, Somalii i Kurdystanu) łukaszenkowskie władze czerpią finansowe i polityczne korzyści.

Zarówno białoruskie społeczeństwo obywatelskie, jak i litewskie władze szeroko opisywały tę operację: migranci płacą od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów za lot z Bliskiego Wschodu do Mińska, gdzie są przyjmowani przez skoligacone z reżimem firmy, aby potem zostać odwiezieni na granicę. Białoruscy pogranicznicy instruują ich, jak nielegalnie dotrzeć do UE. Na Litwie, która od początku lata zmaga się z tym procederem, doszło do zamieszek w przeznaczonych dla przybyszy obozach – dość powiedzieć, że warunki w naprędce przygotowanych placówkach są bardzo złe. Jednak Republika Litewska przyjęła pierwszy cios, bez możliwości uprzedniego przygotowania się. Z kolei, władze RP, jeśli by tylko chciały, mogły przygotować się dużo wcześniej, o sprawie pisały bowiem polskie media.

Kto pomaga Łukaszence

Teraz, w obliczu koczujących na granicy migrantów, nie ma znaczenia, czy nazwiemy to „wojną hybrydową” czy zaledwie „prowokacją Łukaszenki”. W gruncie rzeczy Bogu ducha winni ludzie stali się bronią w arsenale białoruskiego dyktatora. Dla Mińska stanowią oni wyłącznie metodę wywarcia presji na całą Europę, która gremialnie odwróciła się od niego plecami po zeszłorocznych sfałszowanych wyborach i postępującej pacyfikacji społeczeństwa w Białorusi. I nie chodzi tu tylko o wspomnianą grupę przebywającą na granicy, ale również o tych, których Straż Graniczna zatrzymuje już na terenie Polski.

Zdjęcia zatrzymanych i koczujących na granicy osób siłą rzeczy budzą emocje i wątpliwości etyczne, które dotyczą tego, jak tym ludziom pomóc. Jednak wspomniany wyżej kontekst również ma znaczenie moralne. Po pierwsze, białoruski dyktator jako polityk rozumie tylko wymiar siły. Czy przepuszczenie migrantów – a więc zezwolenie Łukaszence na kontynuację nielegalnego procederu i czerpanie z tego dyplomatycznych oraz finansowych korzyści – nie pozwoli autokracie na dalsze represjonowanie Białorusinów i budowę za naszą wschodnią granicą jeszcze bardziej policyjnego państwa? Jeśli tak postawimy pytanie, to czy przyjęcie migrantów wciąż będzie wydawało się w pełni moralne, skoro pomaga trwać reżimowi?

Nie można również zapomnieć, że zmuszenie przez białoruski reżim europejskiego samolotu do lądowania w Mińsku w celu uchwycenia politycznego oponenta udowodniło, że Łukaszence nie można odmówić jednego: nieprzewidywalności. Teza o tym, że Białoruś nie jest w stanie sprowadzić jeszcze większej liczby migrantów, żeby destabilizować Polskę, nie brzmi zbyt przekonująco. Wystarczyło ponad 4 tysiące przybyszy, aby dość liberalny rząd litewski rozpoczął zawracanie ich spod granicy, a także zainicjował budowę płotu na granicy. Podobnie jak Litwa, Polska również nie ma większego doświadczenia w kontrolowaniu procesów migracyjnych – skąd więc pewność, że podobna liczba cudzoziemców nie doprowadziłaby w Polsce do destabilizacji sytuacji politycznej? Przypomnijmy, że już teraz mamy do czynienia z głębokim konfliktem, gdzie od czci i wiary odsądzana jest każda ze stron.

Nie chodzi o brak powagi, a brak skuteczności

Debata zamieniła się w farsę nie tylko w wyniku reakcji polskich władz, lecz również za sprawą tych, którzy przekonują o swoich szczytnych celach. Czy białostocki happening, podczas którego uczestnicy zdjęli buty – „aby przez chwilę poczuć, jak to jest” – zmienia cokolwiek? Ponadto, o ile gestowi Franka Sterczewskiego – posła KO, który zamierzał wręczyć przybyszom jedzenie i leki na własną rękę – nie można odmówić empatii, to czy naprawdę był przejawem bohaterstwa? Na pewno było to działanie lekkomyślne. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której przedarcie się polskiego posła na stronę białoruską (a według polskich władz to właśnie tam znajdują się migranci) zostałoby wykorzystane przez miński reżim i potraktowane jako naruszenie granicy. O skandal międzynarodowy w tej sytuacji nietrudno, a immunitet nie chroni polskiego posła za granicą.

Tymczasem PiS będzie eskalowało emocje. W obliczu dołujących od miesięcy sondaży prawica wykorzystuje temat migracji, żeby odwrócić niekorzystny dla siebie trend. Pierwsze sygnały odbicia poparcia możemy obserwować już teraz. Nie powinno to dziwić, w końcu ksenofobiczna i skrajna retoryka była jednym z filarów kampanii wyborczej w 2015 roku. Działania części opozycji i mediów w tym pomagają. I chociaż część z nich jest potrzebna, szczególnie w kontekście doniesień o wulgarnym i brutalnym stosunku funkcjonariuszy SG wobec osób próbujących przekroczyć granicę, to wiele z nich jest skandalicznych i w praktyce wzmacnia narrację władzy.

Jeśli Straż Graniczna łamie prawo i wypycha migrantów czy potencjalnych uchodźców z terytorium Polski, to koniecznie jest wyciągnięcie konsekwencji wobec funkcjonariuszy. Natomiast sugerowanie, że „białoruscy pogranicznicy okazali się bardziej humanitarni od polskich”, to dowód na głębokie niezrozumienie sytuacji. Jak można mówić o humanitarnych działaniach osób, które od początku były odpowiedzialne za proceder przemytu ludzi, przetrzymywanie ich w skandalicznych warunkach na granicy oraz blokowanie konwoju z pomocą humanitarną? Czemu mają służyć te słowa poza eskalowaniem wewnętrznego konfliktu?

Jeden z dziennikarzy TOK FM porównywał nawet polskich pograniczników do gestapowców (wpis został szybko usunięty), a posłanka Klaudia Jachira sytuację migrantów do Żydów w czasie drugiej wojny światowej. To absurd, który w żaden sposób nie pomaga w rozwiązaniu konfliktu. Podobnie jest z nawoływaniem do obalenia zasieków na granicy, który opublikowała największa gazeta w Polsce. Kilka dni później autor apelu Bartosz Kramek, wraz z grupą Obywateli RP, zostali przyłapani na sabotażu ogrodzenia postawionego tam kilka dni temu przez wojsko. Aktywistom zostaną postawione zarzuty, grożą im wysokie grzywny. I słusznie.

Ewolucja Tuska

Na tle opozycji pozytywnie wyróżnił się Donald Tusk. Po początkowym milczeniu, lider Platformy Obywatelskiej odniósł się do sprawy na Twitterze, gdzie zaapelował o sprawną i humanitarną ochronę polskich granic, chociaż posłużył się jednocześnie niepoprawnym stwierdzeniem „nielegalni imigranci” – zamiast migranci „nielegalnie przekraczający granicę”.

Później w wideo opublikowanym w mediach społecznościowych zaapelował o „elementarną zgodę narodową” i podkreślił aspekt humanitarny całej sytuacji. Wreszcie 27 sierpnia podczas Campusu Polska w Olsztynie zadeklarował, że osoby koczujące na granicy powinny zostać przepuszczone przez granicę, a ich wnioski azylowe rozpatrzone zgodnie z prawem. Ta stopniowa zmiana zdania pokazuje, że odpowiednie stanowisko opozycji w tej kwestii jest kluczowe.

PiS wykorzystało sytuację w celach propagandowych, tymczasem niektórzy zwolennicy i członkowie opozycji również pomogli sprowadzić kwestie granic i bezpieczeństwa państwa (a także całej Unii Europejskiej) do partyjnej gry. To błąd. Po pierwsze, jest to korzystne dla Łukaszenki i napędza zbrodniczy proceder przemytu ludzi, który przynosi mu setki tysięcy dolarów zysku. Po drugie, są to działania nieskuteczne, prawdopodobnie zyska na nich głównie PiS i wzmoże popularność poszczególnych posłów i aktywistów. Główny grzech rządu polega na zaniechaniu i podgrzewaniu nacjonalistycznych nastrojów. Kryzys migracyjny na Litwie, wywołany przez Łukaszenkę, trwa już od kilku miesięcy. Dopóki temat nie stał się medialny za sprawą grupy koczującej pod Usnarzem, polska władza nie zrobiła zupełnie nic, aby się na niego przygotować. Zwłaszcza że sytuacja pogarsza się nie tylko tam. W tym miesiącu doszło do 3200 nielegalnych prób przekroczenia granicy, a prawdopodobnie prawdziwa liczba jest jeszcze wyższa.

Potrzebna jest presja Europy na Białoruś, a nie wyzywanie się od nazistów

Dlatego opozycja powinna jak najszybciej wypracować wspólne stanowisko, które nie będzie sprowadzać się do popierania nielegalnego przekraczania granicy ani postrzegania stawianego przez obecną ekipę płotu w myśl partyjniackiej logiki. Dobrą oznaką ponadpartyjnej współpracy jest złożenie interpelacji w sprawie natychmiastowego wykonania zarządzenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przez 61 posłów i posłanek. ETPCz nakazał Polsce oraz Łotwie zapewnić opiekę medyczną, żywność, wodę i ubrania dla osób koczujących na granicy. Polski MSZ utrzymuje jednak, że to postanowienie jest zgodne z postępowaniem rządu, a pomocy nie dopuszcza Białoruś. Politycy powinni naciskać na rząd, aby ten jak najszybciej umiędzynarodowił debatę polityczną na temat kryzysu i lobbował za wywarciem presji na Białoruś za pomocą instytucji europejskich. Litwa oficjalnie poprosiła o pomoc UE w tej kwestii, a funkcjonariusze Frontexu przyjechali na granicę litewsko-białoruską.

Trzeba jednocześnie zauważyć, że kraje oraz instytucje europejskie patrzą na działania Polski, Litwy czy Estonii znacznie przychylniej, niż miało to miejsce podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku. Komisarz UE do spraw wewnętrznych przyznała w wywiadzie dla „New York Timesa”, że „ten obszar pomiędzy granicami Polski i Białorusi nie jest kwestią migracji, ale częścią agresji Łukaszenki w kierunku Polski, Litwy i Łotwy, w celu destabilizacji UE”. Opozycja nie może więc oczekiwać, że Unia skarci państwa naszego regionu, chociaż ta podkreśla poszanowanie praw podstawowych migrantów oraz ich prawa do azylu. Na zmianę polityki UE mają wpływ nie tylko doświadczenia poprzedniego kryzysu, ale również fakt zbliżających się wyborów w Niemczech i we Francji. Powtórka z 2015 roku mogłaby istotnie wpłynąć na ich wynik. Dlatego działanie w koordynacji z unijnymi partnerami – chociażby rozpatrując wnioski o przyznanie statusu uchodźcy w sytuacji, w której wiadome będzie, dokąd ci ludzie trafią w dłuższej perspektywie – może stanowić wyjście z tej patowej sytuacji. Szkoda, że obecnie polskiej ekipie z pewnością nie można zarzucić myślenia długoterminowego. Z drugiej strony opozycja zdaje się nie suflować dobrych rozwiązań – rozsądniejsze propozycje przykrywane są niepotrzebnymi happeningami i ostrą retoryką.

Zarówno politycy, jak i społeczeństwo powinni się domagać silnego głosu Europy wobec białoruskiego dyktatora – najlepiej płynącego również ze strony polskiej klasy politycznej. Szybka zapowiedź kolejnych finansowych sankcji wobec reżimu Łukaszenki jest najlepszą możliwą szansą na udzielenie pomocy humanitarnej osobom będącym na granicy, jak i zatrzymaniu całego procederu przemytu ludzi przez władze Białorusi. Ewentualne ustępstwa czy zniesienie sankcji będą świadczyć o słabości całej UE, pozwalając Łukaszence na kontynuację przestępczych działań – czy to za granicą, czy w kraju.

To nie usprawiedliwia informacji o pogardliwym i pozbawionym godności traktowaniu osób przebywających w pobliżu granicy. Potępiając zachowanie polskich funkcjonariuszy i władz, nie możemy zapominać, że to białoruskie KGB jest odpowiedzialne za ten kryzys i to ono będzie za wszelką cenę go eskalować. Ani władza, ani opozycja nie powinny odgrywać roli pożytecznych idiotów w tym makabrycznym cyrku Łukaszenki.

Łukaszenka robi rzecz haniebną – nie możemy być tacy jak on

Ilustracja: Max Skorwider

Tomasz Sawczuk: Przychodzi uchodźca na granicę polsko-białoruską. Co powinno się wydarzyć?

Katarzyna Słubik: Jeżeli na miejscu są polscy pogranicznicy, to składa do nich wniosek o status uchodźcy. Nie powinien przekraczać granicy, to jest wykroczenie. Jeżeli jednak jest to osoba, która poszukuje ochrony międzynarodowej i przekroczy granicę, a następnie spotka na drodze strażnika granicznego, to powinna powiedzieć, że chce złożyć wniosek o status uchodźcy. A strażnik graniczny powinien zaprosić ją do placówki, odebrać wniosek i przekazać do szefa Urzędu do spraw Cudzoziemców, który rozpatruje wnioski.

Skąd wiemy, czy ktoś jest migrantem czy uchodźcą? Dowiadujemy się tego w czasie procedury po złożeniu wniosku?

To zależy. Zgodnie z prawem, tytułować się „uchodźcą” może osoba, która uzyskała decyzję o przyznaniu jej takiego statusu. Natomiast instytucje międzynarodowe szeroko definiują uchodźców. Według konwencji genewskiej uchodźcą jest osoba, która ucieka przed prześladowaniem.

Przedstawiciele Stowarzyszenia Interwencji Prawnej byli w Usnarzu Górnym przy granicy polsko-białoruskiej, gdzie przebywa grupa osób, którzy chcą przedostać się do Polski. Białoruskie służby wypychają ich z kraju, a polskie służby nie pozwalają im na przekroczenie granicy. Co udało się wam ustalić?

Na stałe jest tam miasteczko Fundacji Ocalenie, która monitoruje sytuację na miejscu. My interweniujemy głównie w sprawie osób spoza tej grupy – które chowają się po lasach i na polach, próbują przedrzeć się do kraju i są zawracani przez Straż Graniczną. Mamy grupę uchodźców pod naszą opieką, wobec których toczy się już oficjalna procedura – która była zawracana na granicy 22 razy, zniszczono im telefony, byli głodni i zmęczeni.

Mamy również pełnomocnictwo od rodziny jednego z chłopców, którzy są w Usnarzu. Jesteśmy w kontakcie z jego bliskimi, którzy są bardzo zaniepokojeni. Matka chłopca jest na granicy załamania nerwowego. W tej sprawie złożyliśmy wniosek do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz) o środek tymczasowy, który nakazywałby polskim władzom uznanie jego praw.

Wspomniała pani o zawracaniu ludzi z terytorium Polski. Czy istnieje różnica między sytuacją osoby, która jest po drugiej stronie granicy, oraz osobą, która już wkroczyła na terytorium Polski?

I tak, i nie. Jeżeli osoba, która jest na terytorium Polski i nie ma dokumentów, złoży wniosek o status uchodźcy, należy wszcząć wobec niej procedurę powrotową – z wszelkimi gwarancjami prawnymi. Na przykład, przysługuje jej wiedza o tym, co się dzieje w jej sprawie, należy również sprawdzić, czy nic nie grozi jej w razie powrotu do kraju.

Jeśli natomiast mówimy o osobach, które chcą złożyć wniosek o status uchodźcy, to nie ma różnicy, czy mówią to na terytorium Polski czy do strażników granicznych, pod których władztwem de facto się znajdują, bo strażnicy mówią im: idźcie tu, nie idźcie tam. Jeżeli skontaktują się ze strażnikiem granicznym, to zarówno my, ETPCz, jak i Rzecznik Praw Obywatelskich, uważamy, że ma on taki sam obowiązek przyjęcia wniosku, jak gdyby człowiek był kilka kroków dalej, po drugiej stronie granicy.

W debacie publicznej pojawiają się wątpliwości, o których chciałbym teraz wspomnieć. Załóżmy, że osoba wciąż jest po stronie białoruskiej. Czy to nie Białoruś powinna udzielić im pomocy?

Na pewno obie służby, które stoją z bronią parę centymetrów od tych osób i uniemożliwiają innym udzielenie pomocy, są odpowiedzialne za to, żeby ludzie nie umarli na ich warcie.

Załóżmy zatem, że ludzie rzeczywiście są na terytorium Białorusi – dopóki nie ma dowodów przeciwnych, to zakładamy, że Straż Graniczna wie, gdzie jest linia graniczna, a skoro przepchnęła ludzi, to można domyślać się, że przepchnęła ich poza granicę. Jeżeli ludzie są na terytorium Białorusi, to powinni móc złożyć wniosek do władz białoruskich – chociaż nie znaczy to, że nie mogą go złożyć do władz polskich.

Wiemy natomiast, choćby na podstawie orzeczeń ETPCz, że białoruski system azylowy jest nieskuteczny, a zatem ludzie nie mają szansy na skuteczne rozpoznanie sprawy. Mają jedynie szansę na to, że zostaną wywiezieni z kraju i nikt nie będzie zastanawiać się nad tym, czy są bezpieczni. Co więcej, wiemy przecież, że Polska chętnie udziela statusu uchodźcy Białorusinom, którzy są w Polsce, więc mówienie teraz, że Białoruś będzie szanować swoje zobowiązania wynikające z prawa międzynarodowego i praw człowieka, jest oderwane od rzeczywistości.

Inna wątpliwość: grupy uchodźców przebywające na Białorusi dotarły tam wycieczką turystyczną, którą zorganizowała sama Białoruś. To może sugerować, że przebywają na Białorusi z własnej woli. Czy to zmienia ich sytuację prawną?

Niektórzy z nich traktują tego rodzaju wyjazd jako wycieczkę. Jednak są też osoby, które chcą w ten sposób uciec z kraju. Musimy pamiętać, że migracja to skomplikowany proces. Uchodźcą nie jest tylko osoba, która wybiega z płonącego budynku w ostatniej koszuli, a następnie boso przekracza granicę innego kraju.

Uchodźctwo to często proces rozłożony w czasie. Osoby, które mają kłopoty we własnym kraju, przygotowują się do tego. Jeżeli w rodzinie jest młoda osoba, której coś grozi, ale jeszcze nie była w więzieniu, to proces wyjazdowy może być zaplanowany. A zatem, jeżeli ktoś planował ucieczkę, a nagle Białoruś okazuje się dobrym wujkiem i chce przerzucić osobę do Europy, to któż by nie skorzystał. To wcale nie znaczy, że w ich kraju nic im nie grozi – nie wiemy tego, ponieważ często nie chcemy ich wysłuchać, chociaż mamy do tego mechanizmy.

Czy uchodźca nie może złożyć wniosku w polskiej ambasadzie w Mińsku?

Polska takich wniosków o status uchodźcy nie rozpoznaje. Jest wymaganie, żeby przyjechać na terytorium kraju i złożyć wniosek tutaj. Istnieje możliwość uzyskania wizy humanitarnej, ale wydaje się je na zasadzie politycznej. Jeżeli jestem Białorusinem, który walczy z reżimem, to jest przychylność, żeby wydać taką wizę. Natomiast do tej pory nie było przykazu, żeby wydawać wizę humanitarną uchodźcom z Azji albo Bliskiego Wschodu. Na razie nie słychać o tym, żeby rząd rozważał taką opcję.

Kolejny argument: rząd nie chce udzielić pomocy uchodźcom, żeby w świat nie poszła informacja, że powstał nowy szlak migracyjny do Europy.

Ufam w tej sprawie ocenie badacza migracji prof. Duszczyka, który twierdzi, że z powodów geograficznych nie jest możliwe, żeby popłynął w tym miejscu szeroki strumień migrantów do Polski.

Sama jestem prawniczką, więc przypomnę tylko, że tego rodzaju problemy musimy rozwiązać środkami politycznymi. Mówimy, że powinniśmy przyjąć wnioski ludzi o status uchodźcy, ale przecież nikt nie powie, że to, co robi Łukaszenka jest w porządku. Musimy wspólnie z Litwą, Łotwą i całą Unią Europejską wywrzeć takiego rodzaju presję, żeby jak najszybciej ukrócić ten proceder.

Z drugiej strony, musi również istnieć zorganizowany sposób, żeby na przykład Afgańczycy mogli przedostawać się do Europy. Większość z nich znajdzie miejsce w ośrodkach w krajach ościennych, ale jeśli niepokój będzie się przedłużać, to część z nich nie wytrzyma i będzie szukać innego miejsca. Bez tego rodzaju pomocy będzie groziła im przemoc i śmierć.

Wiemy, że istnieje zaplanowana akcja Łukaszenki i Putina. Niektórzy mówią, że jeśli teraz przyjmiemy uchodźców, to jedynie zaczną przysyłać ich więcej. W jaki sposób powinno to wpłynąć na naszą reakcję?

Mam wrażenie, że największe awantury powoduje sytuacja, z którą mamy obecnie do czynienia przy granicy – gdy na naszych oczach gasną ludzie. Powinno być tak, że kierujemy uciekających ludzi do punktu granicznego, w którym mogą bezpiecznie złożyć wnioski. Należy ich przyjąć, jeżeli osoba jest w niebezpieczeństwie – zaś pozostałych odsyłać z polskiego terytorium po przeprowadzeniu procedur.

Nikt nie powie, że Łukaszenka robi dobrze, natomiast pytanie polega na tym, czy chcemy zniżyć się do podobnego sposobu działania. Białoruś robi rzecz haniebną – czy my również chcemy zachować się haniebnie?

Spójrzmy jeszcze szerzej. W Unii Europejskiej w najbliższych latach z pewnością będzie powracać problem zwiększonych migracji. Wiele państw unijnych podkreśla, że zależy im na uszczelnieniu granic. Mówił o tym prezydent Francji Emmanuel Macron, naciskają na to Grecy i Włosi. Unijna służba ochrony granic Frontex działała w przeszłości na południu Europy w podobny sposób jak polska straż graniczna, wypychając uchodźców z powrotem do Afryki Północnej. Być może Polska wpisuje się w nową europejską normę?

Mam nadzieję, że nie mówimy o normie. Z jednej strony, mówimy o przeciążonych państwach południa, z drugiej strony – o przestraszonych nową sytuacją krajach wschodnich.

Jeśli mówimy o Włoszech albo Grecji, to jest rozmowa na temat możliwości systemu migracyjnego. Unia Europejska przeznacza dużo pieniędzy, żeby procedury jakoś działały. Natomiast Polska nie ma obecnie problemu z uchodźcami. To nie jest tak, że nie możemy przyjąć tych ludzi. Niektórzy oczywiście straszą Polaków, ale u nas nigdy nie będzie takiej sytuacji jak we Włoszech czy w Grecji.

Załóżmy teraz, że wszystko działa zgodnie z prawem. Ilu osobom Polska jest w stanie pomóc w ośrodkach dla uchodźców?

Trudno powiedzieć, ale pamiętamy, że w czasie kryzysu w 2015 roku szykowaliśmy zdolności na około 15 tysięcy ludzi. Potem zadeklarowaliśmy przyjęcie 7 tysięcy, chociaż żadna z tych osób nie pojawiła się w Polsce. Teraz sytuacja jest inna, ponieważ budujemy ośrodki strzeżone, które wymagają o wiele więcej pieniędzy – i pełnią rolę miejsca, z którego chcemy ludzi jak najszybciej wydalać. Od pewnego czasu uchodźców jest w Polsce tak mało, że Urząd do spraw Cudzoziemców zamykał ośrodki recepcyjne – bo nie było w nich tyle osób, żeby uzasadnić utrzymanie kadry.

Ile czasu trwa rozpatrzenie wniosku? I co się dzieje, jeśli zostanie zaakceptowany?

Jeżeli jestem obywatelką Białorusi i uciekam dlatego, że organizowałam protest, to dostaję status uchodźcy bardzo szybko. W sprawach, w których państwo patrzy przychylnie na uchodźców danego kraju, to naprawdę świetnie działa. Po decyzji pozytywnej jestem jeszcze przez rok wspierana przez państwo.

Finansowo?

Finansowo, a w teorii także na inne sposoby. Chodzi o pomoc w znalezieniu pracy albo w nauce języka. Ta pomoc jest często iluzoryczna i różni się w zależności od miejsca zamieszkania, ponieważ odpowiadają za nią powiatowe centra pomocy rodzinie. Bardzo często kończy się na pomocy finansowej. Ale czasem, gdy trafi się na zaangażowanych pracowników, rzeczywiście wyślą na kurs językowy albo powiedzą o jakiejś okazji pracy. A po roku zakładamy, że radzę sobie sama. Potem można starać się o stały pobyt, a po upływie kolejnych lat o obywatelstwo.

Czy mogę wyjechać w tym czasie do innego kraju UE?

Tak, mogę podróżować po Unii Europejskiej, ale będę musiała załatwić tam formalności od nowa.

A jeśli wniosek zostanie rozpatrzony negatywnie, to co wtedy?

Wtedy Straż Graniczna wszczyna procedurę powrotową. Najczęściej mam czas na dobrowolny powrót. Jeżeli nie wyjadę, straż wydala mnie i orzeka zakaz wjazdu do kraju.

Dokąd wydala?

Co do zasady, do kraju pochodzenia. Możliwe, że do innego kraju, który jest bezpieczny i zgodzi się mnie przyjąć.

A jak kraj nie zgodzi się mnie przyjąć?

W UE około 30 procent to osoby niewydalalne. Albo kraje ich nie przyjmują, albo z innych powodów – na przykład ze względu na to, że w czasie trwania procedury założyły rodzinę, mają tu dzieci, a zatem nie chcemy ich wydalać, ponieważ ucierpiałoby na tym ich życie rodzinne. Deportacja to nie jest proces zerojedynkowy.

I wtedy co się z nimi dzieje?

Jak stwierdzimy absolutną niewydalalność – próbowaliśmy, próbowaliśmy i nic się nie dzieje – to osoba powinna uzyskać decyzję o pobycie tolerowanym albo humanitarnym. Wtedy jest tu legalnie, ale osoba z pobytem tolerowanym nie ma dostępu – wbrew temu, jak to sobie ludzie wyobrażają – do praktycznie żadnych świadczeń. Osoby z pobytem humanitarnym mają trochę więcej opcji. A jeśli okaże się, że inne państwo nagle stało się bardziej responsywne, to istnieje możliwość wycofania zgody na pobyt i podjęcia kolejnej próby wydalenia.

Czyli to nie jest stabilna sytuacja.

Tego rodzaju pobyt jest paradoksalnie dość stabilny. W niektórych krajach zezwolenie dostajemy na rok i musimy je cały czas odnawiać. U nas pobyt jest w teorii nieograniczony w czasie. Dzięki temu ludzie dobrze się integrują, wtapiają się w społeczeństwo.

Jakich zmian w polityce na granicy wschodniej oczekiwałaby pani od polskich instytucji?

Warto uruchomić na przejściach granicznych procedurę przyjmowania wniosków o status uchodźcy. Przedzieranie się przez krzaki pod kolbami Białorusinów nie jest bezpieczne. Natomiast spodziewam się przede wszystkim uruchomienia politycznych środków nacisku na Białoruś, również przez Unię Europejską, ponieważ obecna sytuacja nie jest dobra dla nikogo.

[Azja w zbliżeniu] Smok, niedźwiedź czy słoń? Kto zastąpi Amerykanów w Afganistanie

Nie ulega wątpliwości, że opuszczenie Afganistanu przez siły zachodnie i przejęcie władzy w Kabulu przez talibów w dużym stopniu zmieni regionalne uwarunkowania geopolityczne. Dotyczy to przede wszystkim takich państw jak Pakistan, Indie, Chiny, a także posowieckie kraje Azji Centralnej i rzecz jasna Rosja.

Pekin jest zainteresowany Afganistanem i wzmocnieniem swych wpływów w tym kraju od dawna. Chodzi z jednej strony o bogactwa naturalne, które kryją w sobie ziemie afgańskie, jak i o pragmatyczne ułożenie sobie relacji z Kabulem. To przede wszystkim stworzenie sytuacji, w której islamscy fundamentaliści nie będą eksportować swego radykalizmu w kierunku terytorium chińskiego i nie będą wspierać emancypacyjnego ruchu Ujgurów z Sinkiangu.

Ambitny smok

Dla osiągnięcia tego celu Pekin może użyć kart gospodarczych i wesprzeć nowe władze Afganistanu w dziele odbudowy kraju. Oczywiście w zamian będzie żądał dostępu do bogactw naturalnych Afganistanu, a także włączenia ziem afgańskich do swej Inicjatywy Pasa i Szlaku. Prowadząc jednocześnie politykę nieingerencji w wewnętrzne rozwiązania polityczno-społeczne, nie oczekując od talibów przestrzegania praw obywatelskich, praw mniejszości i praw kobiet, Pekin może zostać głównym rozgrywającym na afgańskiej scenie. Pod jednym kluczowym warunkiem: uzyskania i przestrzegania deklaracji od talibów, iż nie będą oni podejmowali prób eksportu islamskiego radykalizmu na terytorium chińskie.

Odgrywanie przez Chiny czołowej roli w nowym układzie geopolitycznym wokół Afganistanu będzie miało kolosalne znaczenie dla posowieckich krajów Azji Centralnej. Region ten jest bowiem od dawna polem penetracji Pekinu. Wpływy gospodarcze Chin w takich krajach jak Tadżykistan, Uzbekistan, Kirgistan czy Kazachstan są coraz większe. Budzi to zarówno nadzieje, jak i obawy. Z jednej strony bowiem gospodarcza ekspansja Pekinu sprzyja rozwojowi tych państw, z drugiej coraz bardziej uzależnia je od chińskiego smoka. Z tego też powodu ugruntowanie chińskich wpływów w Afganistanie sprawi, że również od południa, a nie tylko od wschodu, kraje Azji Centralnej będą musiały się liczyć z chińską ekspansją gospodarczą.

Pragmatyczny niedźwiedź

Oczywiście Azja Centralna była przez wiele lat polem zdominowanym przez Rosję – carską, a potem sowiecką. Dlatego trudno wyobrazić sobie sytuację, w której współczesna Federacja Rosyjska straci zainteresowanie tym regionem uznawanym przez rosyjskich strategów za miękkie podbrzusze Rosji. Szczególnie w sytuacji tak radykalnej zmiany układu sił w Afganistanie graniczącym zarówno z Tadżykistanem, jak i Uzbekistanem oraz Turkmenistanem. Ewentualny eksport islamskiego radykalizmu na północ, do byłych republik sowieckich, byłby dla Moskwy trudny do zaakceptowania. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, iż wyznawcy islamu w samej Rosji to niemal 15 procent społeczeństwa. Radykalizacja tej grupy stanowiłaby dla władz ogromne wyzwanie.

Uprzedzając wszelkie próby rozprzestrzeniania w pobliże rosyjskich granic radykalnych idei islamskich, Moskwa wraz ze swymi sojusznikami z Azji Centralnej przeprowadziła już manewry wojskowe u granic Afganistanu. Był to wyraźny sygnał, iż Rosjanie nie życzą sobie jakiejkolwiek formy eksportu islamskiego radykalizmu w ich kierunku. Jednocześnie jednak otwarcie przyznali, że prowadzą z talibami rozmowy i będą dążyli do nawiązania pragmatycznych relacji. Nie mają co prawda do zaoferowania władzom w Kabulu tak wiele jak Chińczycy, ale owa pragmatyczność relacji może być dla obu stron korzystna. Moskwa uzyska bowiem zapewnienie, iż islamski radykalizm nie będzie kierowany z Afganistanu na północ, a talibowie uzyskają wsparcie polityczne Moskwy w relacjach międzynarodowych.

Defensywny słoń

Pozostają Indie, które od lat podkreślały swe związki z Afganistanem i które w ramach procesu odbudowy tego kraju po zniszczeniach wojennych zainwestowały w najróżniejsze projekty pomocowe około trzech miliardów dolarów. Roli Indii w nowej sytuacji, powstałej w wyniku przejęcia władzy przez talibów, nie można rozpatrywać bez kontekstu pakistańskiego. Relacje indyjsko-afgańskie zawsze funkcjonowały w cieniu relacji indyjsko-pakistańskich i pakistańsko-afgańskich. Innymi słowy była to rywalizacja dwóch mocarstw o wpływy w Afganistanie. Dojście do władzy talibów sprawia, że to zapewne Pakistan, a nie Indie, będzie dominował w sąsiedzkich relacjach z Kabulem. Wszak to właśnie na pograniczu pakistańsko-afgańskim talibowie mieli swoją bezpieczną przystań – i to w Pakistanie działała, najpewniej za przyzwoleniem pakistańskiego wywiadu ISI, siatka Hakkanich. Ugrupowanie uznawane za terrorystyczne przez społeczność międzynarodową, ale odgrywające we współczesnym Afganistanie istotną rolę. Nie można jednak wykluczyć tego, że talibowie odwrócą się od Islamabadu.

W społecznościach pasztuńskich, z których wywodzi się ruch talibów, żywa jest pamięć nie tylko o nalotach amerykańskich dronów na owe znajdujące się na terytorium Pakistanu save heaven, ale także o działaniach armii pakistańskiej skierowanych przeciw talibskim wojownikom ukrywającym się na ziemiach plemiennych. To może sprawić, że Pakistan nie będzie postrzegany w Kabulu jako życzliwy sojusznik. Tyle że przyszłe relacje afgańsko-pakistańskie to także funkcja relacji Islamabadu z Pekinem. A Pakistan i ChRL to „przyjaciele na każdą pogodę”, jak chętnie powtarzają przywódcy obu krajów. Jeżeli zatem talibowie otrzymają wsparcie Chin, to siłą rzeczy i relacje Afganistanu z Pakistanem pozostaną co najmniej poprawne.

Czy ten trójkąt uda się zamienić na czworokąt, by znaleźć w nim miejsce dla Indii? Myślę, że nad tym zastanawiają się właśnie teraz stratedzy w New Delhi.

Relacje indyjsko-chińskie są napięte od czasu starć granicznych pomiędzy żołnierzami obu krajów w Himalajach Ladaku. Poza tym Indie z niechęcią odnoszą się do chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku, widząc w tym projekcie zagrożenie dla własnych interesów w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. Stosunki indyjsko-pakistańskie także pozostawiają wiele do życzenia, a ciągle nierozwiązany spór o Kaszmir sprawia, że w każdej chwili może dojść do lokalnej wojny. W New Delhi są już obawy, iż wyjście wojsk zachodnich z Afganistanu może między innymi zaowocować przerzuceniem części oddziałów talibów albo ugrupowań terrorystycznych z nimi powiązanych na pogranicze pakistańsko-indyjskie w Kaszmirze. Zdaniem indyjskich komentatorów oznaczałoby to znaczącą eskalację napięcia w tym regionie.

Indie pozostają w kontakcie ze Stanami Zjednoczonymi i prowadzą ewakuację swych obywateli oraz współpracujących z nimi obywateli Afganistanu. Kolejne samoloty przewiozły już nad Ganges kilkaset osób. Wydaje się, że przynajmniej na razie polityczni stratedzy z New Delhi uznali, iż szanse na ugruntowanie indyjskich wpływów w Afganistanie znacznie zmalały. Nie oznacza to jednak, iż indyjskie dążenie do posiadania w tym kraju wpływów gospodarczych i politycznych przejdzie do historii. Zapewne odżyje w przyszłości, w bardziej sprzyjających warunkach geopolitycznych.

 

Fot. Jan Chipchase. 

Na pograniczu światów. Recenzja filmu „Święta, święta i po świętach” w reżyserii Sandry Kogut

Stosunki klasy wyższej i pracującej to leitmotiv telewizyjnych produkcji latynoskich. Wychowani w latach 90. na pewno pamiętają brazylijskie i meksykańskie telenowele, gdzie świat targanych namiętnościami, wyrachowanych i mściwych bogaczy przeplatał się ze światem podglądającej ich, pociesznej i głupkowatej służby. Od kilku lat temat wzajemnych relacji klas stał się przedmiotem pogłębionej socjologicznej refleksji. Jednak zanim w Polsce zrobił karierę film Tate’a Taylora „ Służące” [2011], zanim „Roma” Alfonso Cuaróna [2018] dostała Oskara, a w polskich mediach przetoczyła się dyskusja o książce Joanny Kuciel-Frydryszak „Służące do wszystkiego” [2018], kinematografia brazylijska na kilka sposobów próbowała się zmierzyć z tą tematyką [1]. Kto przegapił poprzednie produkcje wyświetlane tu i ówdzie w kinach studyjnych i na festiwalach, może teraz nadrobić zaległości, czytając ten artykuł, a przede wszystkim, wybierając się do kina na „Święta, święta i po świętach” [Três Verões, 2019] – pogodny film obyczajowy w reżyserii Sandry Kogut, z gwiazdą brazylijskiego kina i telewizji Reginą Casé w roli energicznej majordomuski.

Główna bohaterka filmu Madé, z wiecznie przyklejoną do ucha krótkofalówką i komórką w ręku, dba, aby życie jej bogatych pracodawców przebiegało bez najmniejszych zakłóceń. Jej marzeniem jest posiadanie na własność niewielkiego straganu, który pozwoliłby jej na psychiczną i finansową niezależność. Niestety, mimo pracy na odpowiedzialnym kierowniczym stanowisku w domu pełnym dzieł sztuki, nie jest w stanie odłożyć nawet 10 tysięcy reali na zakup skrawka ziemi pod prowizoryczną konstrukcję (w chwili wejścia filmu na ekrany był to odpowiednik około 15 tysięcy złotych – teraz, po covidowym kryzysie, zaledwie 8 tysięcy). Spełnienie marzeń Madé zależy więc tylko i wyłącznie od dobrego humoru jej pracodawców, u których próbuje się zapożyczyć. Choć jest zaradna na tyle, by zarządzać całą obsługą rezydencji i wydać wykwintne przyjęcie świąteczno-noworoczne dla wyższych sfer Rio de Janeiro, w sprawach związanych z finansami i majątkiem wydaje się całkowicie polegać na Edgarze i Marcie, u których pracuje. Co, jak dowiemy się w pierwszych kilkunastu minutach filmu, wkrótce mocno skomplikuje jej życie.

Materiały prasowe Aurora Films

AAA… zatrudnię panią za grosze do prowadzenia domu od poniedziałku do niedzieli

W czerwcu 2020 roku grupa policjantów wkroczyła do domu 29-letniej menadżerki firmy Avon, która więziła swoją pomoc domową w domu w jednej z bogatych dzielnic São Paulo. Jej 61-letnia pracownica od dziewięciu lat nie dostawała wynagrodzenia i mieszkała w ogrodowej przybudówce bez dostępu do toalety i bieżącej wody. Sąsiedzi zeznali, że pracowała w zamian za dach nad głową i że wielokrotnie wspomagali ją produktami spożywczymi i środkami higieny osobistej [2]. Przypadek z São Paulo można śmiało zaklasyfikować jako przykład współczesnej formy niewolnictwa. Życie brazylijskich pomocy domowych zazwyczaj wygląda lepiej, choć wciąż nie różowo.

Stosunki klasy wyższej i pracującej to leitmotiv telewizyjnych produkcji latynoskich. Wychowani w latach 90. na pewno pamiętają brazylijskie i meksykańskie telenowele, gdzie świat targanych namiętnościami, wyrachowanych i mściwych bogaczy przeplatał się ze światem podglądającej ich, pociesznej i głupkowatej służby.

Maria Wróblewska

W opracowaniu badań brazylijskiego GUS-u – Instituto Brasileiro de Geografia e Estatística (IBGE) – przygotowanym przez międzyzwiązkową organizację monitorującą sytuację na rynku pracy (Departamento Intersindical de Estatística e Estudos Socioeconômicos – DIEESE), w 2019 roku osoby zatrudnione w charakterze pomocy domowej pracowały średnio 52 godziny tygodniowo (przy ośmiogodzinnym dniu pracy daje to 6,5 dnia pracy) [3]. 73 procent z nich nie miało podpisanej książeczki pracy (Carteira do Trabalho – wymaganej do legalnego zatrudnienia pomocy domowej), odpowiednika polskiej umowy o pracę, która uprawnia między innymi do urlopu, pensji na okresie wypowiedzenia czy płatnych nadgodzin [4], a 62,5 procent nie miało ubezpieczenia, gwarantującego zasiłek chorobowy, urlop macierzyński czy emeryturę. Wraz z nadejściem koronawirusa ich sytuacja jeszcze się pogorszyła. W czwartym kwartale 2020 roku bez kart pracowało już 75 procent osób, bez ubezpieczenia 64,4 procent. Zmalały również dochody. Najmniej, 703 reale, zarabiały czarne kobiety zatrudnione bez umów [5]. W tym samym czasie ceny podstawowych produktów spożywczych, czyli ryżu i fasoli, zdrożały w Kurytybie [6] o odpowiednio 73 i 45 procent [7].

Materiały prasowe Aurora Films

Członek rodziny gorszego sortu

Grająca główną rolę w „Święta, święta i po świętach” Regina Casé nie po raz pierwszy wcieliła się w rolę pomocy domowej. W „Prawie jak matka” [Que horas ela volta, 2015] Anny Muylaert zagrała rolę Val, która przez kilkanaście lat mieszkała przy tej samej rodzinie, najpierw w roli niani, a potem prowadzącej dom. Choć jej pracodawczyni Bárbara zapewnia ją, że „jest członkiem rodziny”, odwiedziny córki Val, Jéssiki, szybko ujawniają, że to tylko gładkie słówka. Val z przerażeniem obserwuje, jak jej córka łamie konwenanse, jedząc posiłek w salonie, kąpiąc w basenie i częstując się lodami państwa. Najpierw instruuje więc córkę: „Jeżeli proponują ci coś, co jest ich, to z dobrego wychowania i bo są pewni, że odmówisz!”, a przy kolejnej scysji wykrzykuje: „Wydaje ci się, że jesteś lepsza niż inni!”, na co Jéssica odparowuje: „Wcale się nie uważam za lepszą od kogokolwiek. Po prostu nie czuję się gorsza”. Swobodne zachowanie dziewczyny coraz bardziej irytuje też Bárbarę. Po tym, jak widzi ją bawiącą się beztrosko z jej synem w basenie, przekonuje męża, że widziała w nim szczura i każe wypuścić całą wodę.

Podwójnie uprzedmiotowiony przez swojego „przełożonego” i kamerę Santiago nie miał szansy stać się bohaterem filmu o samym sobie.

Maria Wróblewska

Temat nierówności wpisanej w wydawałoby się bardzo intymną relację po mistrzowsku podnosi też „Santiago” [2007] João Moreiry Sallesa. W autobiograficznym, refleksyjnym dokumencie reżyser po piętnastu latach wraca do wywiadów z majordomusem, który przez trzydzieści lat pracował w jego rodzinnym domu. Dopiero po takim czasie zdaje sobie sprawę, co nie pozwoliło mu zmontować filmu za pierwszym podejściem: „W tamtym filmie ja nie byłem widoczny. Na ekranie był tylko on opowiadający swoją historię. Widz nie zdawał sobie sprawy, co się działo w tle jego opowieści. A w tle jego opowieści byłem ja, który go reżyserowałem, mówiłem mu, jak coś ma powiedzieć, co ma powiedzieć […]. Czuło się sztuczność” [8] – tłumaczy reżyser w jednym z wywiadów. Dopiero pokazanie tej ukrytej przed oczami widzów relacji – wybór kadrów, w których słyszymy instrukcje reżysera – pozwoliły sfinalizować prace nad filmem. W jednym z nich widzimy Santiago deklamującego modlitwę „Wieczny odpoczynek” po łacinie. Gdy kończy, słyszymy głos reżysera: „Popatrz w dół. Nagramy to jeszcze raz. Zostań z głową w dół”. A następnie jego komentarz do tej sceny dodany w trakcie montażu: „To ostatni kadr, jaki nagrałem z Santiago, który mnie prowadzi do ostatniej obserwacji: w filmie nie ma żadnych zamkniętych planów, ani jednego zbliżenia na twarz. Zawsze filmowałem go z oddalenia. Myślę, że ten dystans nie wytworzył się przez przypadek. Podczas montażu zrozumiałem to, co teraz wydaje mi się oczywiste. Sposób, w jaki robiłem z nim wywiady, oddalił nas od siebie. Od samego początku istniała między nami dwuznaczność nie do przeskoczenia. On nie był tylko bohaterem mojego filmu. Ja nie byłem tylko dokumentalistą. W ciągu pięciu dni kręcenia nigdy nie przestałem być synem jego pracodawcy, a on nigdy nie przestał być naszym majordomusem”. Podwójnie uprzedmiotowiony przez swojego „przełożonego” i kamerę Santiago nie miał szansy stać się bohaterem filmu o samym sobie.

Rodząca się przyjaźń zdaje się symbolicznym powrotem do mitu jeszcze jednego „członka rodziny”, paktu o nieagresji, który kultywowany jest niekiedy pod płaszczykiem miscigenação – teorii o mieszaniu się ras.

Maria Wróblewska

Początek filmu Sandry Kogut, kiedy to pracodawcy Madé ignorują raz po razie jej nieśmiałe przypomnienia o pożyczce na kupno ziemi pod wymarzony stragan, wymawiając się innymi wydatkami i zmartwieniami (pogrążonym w depresji po śmierci żony teściem), emanują podobnym brakiem równowagi w relacji. Kiedy jednak Edgar i Marta, wplątani w jedną z największych afer korupcyjnych w historii Brazylii [9], znikają z pola widzenia widzów i samej Madé, ta błyskawicznie musi stanąć za sterami, by zapewnić byt sobie, swoim współpracownikom i leciwemu ojcu mocodawcy. Co ciekawe, w filmie Sandry Kogut kamera pełni dokładnie przeciwną rolę niż u João Moreiry Sallesa. W kulminacyjnym momencie filmu Madé siada przed kamerą, by wcielić się w postać ze świątecznej reklamy, która kręcona jest w rezydencji jej państwa. Nagle, nieoczekiwanie dla wszystkich, zaczyna opowiadać tragiczną historię swojego życia. To opowieść ocalonej, która trwa mimo trudności, podniosła się i teraz jest gotowa, by grać główną rolę w swoim życiu.

Zrzućcie kajdany [10]

Optymistyczny wydźwięk „Święta, święta i po świętach” staje się mocniejszy dzięki przyjaźni ponad podziałami, która rodzi się między Madé i Lirą, leciwym ojcem Edgara, przerażonym kryminalnymi występkami syna. Czy to wynik indywidualnych predyspozycji starego nauczyciela, czy też sytuacji – w końcu oboje jadą na tym samym wózku, a może nawet Madé ten wózek prowadzi? – rodząca się przyjaźń zdaje się symbolicznym powrotem do mitu jeszcze jednego „członka rodziny”, paktu o nieagresji, który kultywowany jest niekiedy pod płaszczykiem miscigenação – teorii o mieszaniu się ras. Jeden z najważniejszych socjologów brazylijskich, Gilberto Freyre, widział w niej dowód na portugalski swobodny stosunek do kwestii rasowych. Patrząc na istniejące do dziś nierówności, trudno nie uznać jego koncepcji za romantyczną. W praktyce bowiem owo „mieszanie” było głównie wynikiem gwałtów na niewolnicach pracujących na plantacjach i w pańskich domach w charakterze mamek, nianiek i nomen omen pomocy domowych.

W kulminacyjnym momencie filmu Madé siada przed kamerą, by wcielić się w postać ze świątecznej reklamy, która kręcona jest w rezydencji jej państwa. Nagle, nieoczekiwanie dla wszystkich, zaczyna opowiadać tragiczną historię swojego życia. To opowieść ocalonej, która trwa mimo trudności, podniosła się i teraz jest gotowa, by grać główną rolę w swoim życiu.

Maria Wróblewska

Ta użyteczna politycznie i psychicznie narracja do dziś pozwala zarządzać społecznymi napięciami i złagodzić podskórne lęki dręczące klasę uprzywilejowaną. One jednak istnieją i mają się bardzo dobrze. Kiedy na ekrany kin wszedł film „Miasto Boga” [Cidade de Deus, 2002] Fernando Meirellesa, opowiadający historię wojny gangów, rozgrywającej się w latach 80. w tytułowej faweli w Rio de Janeiro, mieszkańcy skarżyli się, że ludzie się ich boją i mają trudności ze znalezieniem pracy [11]. Wewnętrzny niepokój towarzyszący warstwom zajmującym wyższe szczeble społecznej drabiny doskonale portretuje film „Sąsiedzkie dźwięki” [Som ao Redor, 2012] Klebera Mendonçy Filho, rozgrywający się w luksusowym apartamentowcu w Recife. Podstawową troską jego mieszkańców jest strach o bezpieczeństwo swojego majątku (życia, pozycji?), dlatego w nocy nie mogą spać, wsłuchując się w szczekanie psów lub śnią koszmary o włamaniach. Wyjątkiem jest senhor Francisco, właściciel budynku, który zdaje się nie bać niczego (do czasu). Gdy inni przewracają się bezsennie w łóżkach, on wybiera się na nocne kąpiele w oceanie, w miejscu, gdzie grasują rekiny.

Materiały prasowe Aurora Films

Zgodnie z tytułem, w filmie bardzo ważną rolę gra ścieżka dźwiękowa, która składa się w głównej mierze z odgłosów życia osiedla, które wyprowadzają z równowagi jego mieszkańców i zdają się zapowiadać zbliżające się niebezpieczeństwo. Duszną, oniryczną atmosferę filmu, wzmagają elementy fantastyczne (spływający krwią wodospad), które odkrywają przed widzem to, co ukryte – odtwarzający się historycznie cykl przemocy. Ród senhor Francisca wzbogacił się bowiem na pracy niewolników na plantacji trzciny cukrowej. I choć sceneria zmieniła się z wiejskiej na miejską, ci sami dziobią, ci sami są dziobani. I tylko słowa wnuka właściciela apartamentowca, którymi zachwala mieszkanie osobom zainteresowanym kupnem, wskazują na niejaki „postęp”: „mieszkanie ma służbówkę z oknem”.

Post scriptum

Według cytowanego już badania IBGE, w 2020 roku w Brazylii w charakterze pomocy domowej pracowało 5,6 procent populacji aktywnej zawodowo, czyli około 4,9 miliona osób, z czego 92 procent to kobiety. W innym raporcie rządowej instytucji [12], który porównywał zatrudnienie w sektorze na przestrzeni ostatnich 23 lat, badacze podkreślali, że zwiększenie dostępu do edukacji otwiera przed kobietami inne ścieżki kariery, tak że nie muszą powielać losu swoich niewykształconych matek i babć, dla których była to jedna z niewielu możliwości zarobku. Pogłębiający się kryzys gospodarczy może niestety spowolnić procesy emancypacyjne i przyczynić się do pogłębienia i tak rażących dysproporcji społecznych. A wtedy, niestety, może urzeczywistnić się krwawa wizja stosunków społecznych lansowana przez Klebera Mendonçę Filho, zamiast promowanej przez Sandrę Kogut idei przyjaźni ponad podziałami.

 

Przypisy:

[1] Wśród brazylijskich filmów poruszających wątek służby, które miała możliwość oglądać polska publiczność, warto wymienić: komedię „Służące” [Domésticas, 2001] Fernando Meirellesa, dokument „Santiago” [2007] João Moreira Sallesa, „Na spalonym” [Linha de Passe, 2008] Waltera Sallesa, „Sąsiedzkie dźwięki” [Som ao Redor, 2012] Klebera Mendonçy Filho, „Prawie jak matka” [Que horas ela volta, 2015] Anny Muylaert.
[2] Bárbara Muniz Vieira, „Idosa em situação análoga à escravidão é resgatada em casa em bairro nobre da Zona Oeste de SP”, 26 czerwca 2020.
[3] „Trabalho doméstico no Brasil”, DIEESE.
[4] Ustawa, w której są wymienione wymagane dokumenty do zatrudnienia [http://www.planalto.gov.br/ccivil_03/LEIS/LCP/Lcp150.htm].
[5] Osoby bez umów zarabiają średnio o 40 procent mniej, a osoby czarnoskóre o 15 procent mniej. Wysokość pensji zależy również od stanu. Kobiety o jasnym odcieniu skóry i zatrudnione legalnie mogły zarobić w 2020 roku nawet 1280 reali.
[6] Znajdujące się na południu Brazylii miasto Kurytyba może pochwalić się drugą pod względem liczebnością Polonii na świecie (wyprzedza ją tylko Chicago).
[7] „Feijão e arroz estão entre os alimentos com maior alta de preço em 2020 no Paraná”, 27 grudnia 2020.
[8] „Conversa com Bial. João Moreira Salles explica como conseguiu finalizar o filme «Santiago»”, 8 listopada 2017.
[9] „Myjnia” [Lava Jato] to ciągnąca się od 2014 operacja policyjna, która miała na celu zatrzymać masowe (szacunki mówią nawet o 42 miliardach reali) pranie pieniędzy przez państwowe spółki, takie jak słynący z mecenatu brazylijskiej kinematografii Petrobras, i polityków na najwyższych szczeblach władzy. W jej wyniku setki osób straciły stanowiska, trafiło za kratki lub do domowych aresztów. Wiele śledztw toczy się nadal, choć coraz bardziej niemrawo.
[10] Nawiązanie do książki Adama Hochschilda „Pogrzebać Kajdany” [2016] opowiadająca historię powstania ruchu abolicjonistycznego w Imperium Brytyjskim.
[11] Fernanda Mena, „Filme gera discriminação, dizem favelados”, „Folha de S. Paulo”, 13 stycznia 2003.
[12] „Estudo do Ipea traça um perfil do trabalho doméstico no Brasil”, Instituto de Pesquisa Econômica Aplicada (IPEA).

 

Georges Gurvitch – socjolog prawa na czas kryzysu

„Rozpoczęcie systematycznych badań nad tym, jak ład, a zatem i kapitał społeczny, mogą pojawić się spontanicznie i w sposób zdecentralizowany – to jedno z najważniejszych wyzwań intelektualnych XXI wieku”, pisał w książce „Wielki wstrząs. Natura ludzka a odbudowa porządku społecznego” Francis Fukuyama. Poza klasyczną już pochwałą nadchodzącej ery globalizacji, Fukuyama zwraca w swoim eseju uwagę na bardzo istotny problem: jak zbudować ład społeczny w społeczeństwie, które jest już nie tylko zróżnicowane, ale coraz bardziej skonfliktowane? Czy państwo może się do tego przyczynić poprzez stanowienie odpowiednich praw, czy to raczej obywatele powinni sami ten ład zbudować?

Pytanie to wydaje się jeszcze bardziej aktualne w czasach wzrastającej polaryzacji społecznej i rosnących w siłę populizmów. Odpowiedź jednak nie musi tkwić tylko w teraźniejszości. Możemy jej poszukać w historii. Choćby w pismach pewnego zapomnianego socjologa prawa, Georges’a Gurvitcha – prawnika-awangardzisty, anarchisty i zwolennika liberalnej demokracji, internacjonalisty, który musiał uciekać z ZSRR, wreszcie – badacza, balansującego w swoich badaniach na granicy dogmatyki prawa, socjologii, politologii i etnologii.

Pasja pluralizmów

Georges Gurvitch w ogóle nie miał szczęścia, jeśli chodzi o kwestie przynależności. Urodzony w 1894 roku w Noworosyjsku, studiował w Dorpacie i Sankt Petersburgu. To właśnie w Dorpacie, jeszcze w 1915 roku, wydaje swoją pierwszą książkę. Temat pracy – „Doktryna polityczna Teofana Prokopowicza i jej źródła w myśli europejskiej (Grocjusz, Hobbes, Puffendorf)” – zapowiada już pewien typ myślenia, który będzie rozwijać jako dorosły badacz. Wybór Teofana jako pierwszego myśliciela, którego dorobek bada, nie jest przypadkowy. Teofan był prawosławnym metropolitą z czasów Piotra I, zwolennikiem reform w Rosji na wzór europejski. Człowiekiem, który poprzez syntezę poglądów reformatorów Zachodu próbował, pod auspicjami Piotra Wielkiego, dokonać gruntownej reformy Imperium.

Gurvitchowi nie dane było jednak zostać reformatorem. Z Rosji, jako zwolennik frakcji mienszewików, musi uciekać w 1919 roku. Po kilkuletnim pobycie w Pradze przyjeżdża do Niemiec, gdzie słucha wykładów niemieckich neokantystów i teoretyków prawa. Znaczący wpływ musiała na nim wówczas wywrzeć koncepcja konserwatysty Ottona von Gierkego, który proponuje przełamanie klasycznego podziału na prawo cywilne i karne – i wprowadzenie pojęcia prawa społecznego [Soziales Recht]. To ostatnie, w przeciwieństwie do poprzednich ujęć prawa, które są „indywidualistyczne”, ma wychodzić z konstytucyjnego założenia sprawiedliwości społecznej oraz idei kolektywizmu.

Dlaczego wyodrębnienie nowej dziedziny prawa było przełomowe? Już od czasów starożytnego Rzymu dokonywano rozróżnienia na prawo cywilne (czyli dotyczące, w dużym uproszczeniu, tego, co prywatne) i publiczne – obejmujące problematykę konstytucji czy całego aparatu karnego. Przez wyszczególnienie prawa społecznego teoretycy porządku prawnego chcieli podkreślić, że prawa dotyczące kwestii takich jak praca czy ubezpieczenia społeczne są równie istotne co te, które regulują kwestie zabójstwa czy utworzenia firmy.

Prawdopodobnie przez wychowanie w znanej z licznych fikcji prawnych i urzędniczej samowoli carskiej Rosji u Gurvitcha pogląd ten staje się bardzo radykalny. Nie będzie przesadą nazwanie go, jeśli chodzi o te kwestie, maniakiem. Jak pisał niedawno zmarły prof. Andrzej Kojder: „Gurvitch wykazywał nieposkromioną predylekcję do skomplikowanych klasyfikacji i rozbudowanych typologii. Wyróżnił na przykład 10 typów historycznych społeczeństw globalnych, 27 różnych form uspołecznienia i 162 rodzaje prawa”. Przez rozszerzenie definicji prawa Gurvitch proponował szerszą refleksję nad jego społecznym oddziaływaniem.

Do Francji przyjechał w 1925 roku. W roku 1935 objął po Maurisie Halbwachsie katedrę w Strasburgu. Naturalizował się niedługo przed wojną w 1938 roku. Kiedy dwa lata później jako Żyd zostaje odwołany z funkcji przez reżim Vichy, ucieka do Nowego Jorku. Tam, współpracując z Komitetem Wolnej Francji, tworzy Koło Socjologii Wiedzy [Groupe de Sociologie de la Connaissance], które skupia młodych badaczy, takich jak pisarz i socjolog Jean Duvignaud czy socjolog i antropolog Jean Cazeneuve. Do Francji wraca zaraz po wojnie. Początkowo wykłada w Strasburgu, kilka lat później otrzymuje własną katedrę na paryskiej Sorbonie.

Największym projektem Gurvitcha, tak w sensie naukowym, jak i politycznym, była „La Declaration de Droits Sociaux” (Deklaracja Praw Społecznych) – tekst, opublikowany w 1946 roku, który w zamyśle autora miał stać się inspiracją dla właśnie tworzonej Konstytucji IV Republiki. Gurvitch proponuje w nim większy nacisk na prawo społeczne, ochronę praw pracowniczych i, oczywiście, podkreśla istotność pluralizmu zarówno w sensie społecznym, jak i prawnym. Deklaracja przeszła bez echa; jest też bardzo mało prawdopodobne, by jakkolwiek wpłynęła na kształtowanie się francuskiej konstytucji.

Między chadecją, komunizmem i liberalizmem

Mimo manii charakteryzowania nowych typów prawa i instytucji, Gurvitch pozostawał jednym z najwybitniejszych i najczęściej cytowanych francuskich socjologów prawa. Wybitny historyk tego okresu Ferdinand Braudel nazywa go jedną z najbardziej światłych osób, jakie kiedykolwiek poznał. Gurvitch pisuje do „L’Esprit”, wykłada na Sorbonie, przyjaźni się z Chagallem. Pisze również prace z zakresu historii idei – wraca do refleksji nad anarchistą Proudhonem, który, jak wspomni w swoim życiorysie, kiedyś odciągnął go od młodzieńczej fascynacji Leninem.

Dużą rolę u Gurvitcha odgrywa marksizm. Socjolog prawa zawdzięcza mu metodę dialektyczną, wrażliwość społeczną i potrzebę „wytworzenia typologii społecznej i badań nad strukturami społecznymi”. Należałoby do tego dodać jeszcze myślenie utopijne, nazywane w historii idei „paradygmatem Gemeinschaft” – marzeniem o przekształceniu społeczeństwa nowoczesnego w społeczeństwo wspólnotowe.

Gurvitch był więc człowiekiem pełnym sprzeczności: zawodowym prawnikiem, który odrzuca prawo stanowione; zaczytanym w filozofii niemieckiej idealistą, który sam nazywa się „hiper-empirystą”; wreszcie – francuskim filozofem, który, uważając się za rosyjskiego Żyda, żywi sentyment do lewicowego internacjonalizmu.

Stąd, prawdopodobnie, brał się dystans innych myślicieli wobec Gurvitcha, a po jego śmierci – całkowite zapomnienie jego postaci. Ideologicznie rzuca się on między różnymi nurtami. W odróżnieniu od większości emigracji rosyjskiej po 1917 roku nie jest radykalnym antykomunistą (tak jak chociażby jego kolega z petersburskich wykładów Petrażyckiego – Pitirim Sorokin). Przeciwnie, próbuje bronić marksizmu, jednak pokazuje jednocześnie, że jego postulaty da się również wprowadzić w ramach demokracji liberalnej. Trzeba tylko porzucić myślenie pakietami, co Gurvitch jasno wyrazi na łamach „L’Esprit” w odpowiedzi komunizującemu przed wojną Ramonowi Fernandezowi (nota bene późniejszemu zwolennikowi faszyzmu): „u pana Fernandeza najbardziej frapuje mnie jego skłonność do ciągłego utożsamiania różnych idei. W swoich tekstach i wypowiedziach utożsamia on rewolucję, marksizm i komunizm. Podobnie jak utożsamia ze sobą liberalizm ekonomiczny i liberalizm polityczny”. Gurvitch w zamian proponuje wyjście poza „utożsamianie” i banalizowanie różnych idei – i na podstawie marksowskiej tworzenie „liberalnego antyindywidualizmu”. Tym samym sprzeciwia się wizji marksistowskiego centralizmu jako jedynej drogi interpretacyjnej dla tekstów Marksa. To przekonanie ma również wymiar praktyczny. W tym samym tekście Gurvitch wyrzuca lewicy niedostrzeganie Hołodomoru i akceptację dla „narodowego faszyzmu w ZSRR”.

Gurvitch, już jako starszy wykładowca Sorbony, powraca też w pewnym sensie do swojej młodzieńczej fascynacji Teofanem Prokopowiczem – prawosławnym duchownym, który wierzył w oświeceniowe reformy w pogrążonej w feudalizmie Rosji. Optymizm i romantyczna wiara Gurvitcha w sprawczość jednostki prowadzą go do działalności społecznej, a ta – do tragedii. Jego mieszkanie zostaje wysadzone przez radykalną prawicę niedługo po tym, jak oficjalnie poparł niepodległościowe dążenia Algierczyków. Gurvitch zmarł niedługo potem.

Co zostało po Gurvitchu

Georges Gurvitch jest obecnie autorem znanym i czytanym głównie przez socjologów i niektórych prawników. W pracach naukowych często odwołuje się do niego jako do przedstawiciela albo francuskich socjologów tworzących pod wpływem Durkheima, albo rosyjskich (czy w ogóle „wschodnich”) demokratyzujących prawników spod znaku Petrażyckiego. Uformowany przez kilka różnych kultur prawnych, zaproponował spojrzenie na prawo jako coś więcej niż zbiór norm ustalonych przez państwo lub bliżej niezdefiniowaną „naturę”.

Gurvitch wpisuje się też w szeroki nurt tego, co w podręcznikach prawa nazywa się często „trzecią drogą”, a co jest po prostu sprzeciwem wobec prawniczego formalizmu. Jednocześnie proponuje on nowe podejście do badania ładu społecznego. Jak to wygląda w działaniu? Gdyby Gurvitch miał się ustosunkować do sytuacji na naszym polskim podwórku, a więc do głębokiego kryzysu praworządności, powiedziałby zapewne, że nie chodzi tutaj o sprowadzenie całej sprawy do sporów prawnych i powtarzanie, że „Polska Temida jest rozdarta na dwoje” (por. tytuł artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”). Gurvitch patrzy na prawo tak, jak Fukuyama patrzy na ład społeczny. Proponowany przez niego sposób wyjścia z systemowych impasów przypomina bardziej scenariusz powstającego właśnie polskiego filmu o kiczowato brzmiącym tytule „Kryptonim Polska”. Opowiada on o miłości działaczki feministycznej i narodowca, a więc sytuacji, w której muszą się dogadać ze sobą dwie odmienne, skonfliktowane grupy społeczne – i same, oddolnie i spontanicznie, ustalić, jakimi „prawami” się rządzą.

Dziś, w epoce głębokiego kryzysu nowoczesności, która niewydolny system prawny ancien regime’u zastąpiła niegdyś racjonalnym prawodawstwem, prawo tworzy się raczej w codziennym działaniu – na poziomie małych grup. Nie ma już wielkich projektów; era kodyfikacji dawno minęła. Jeśli wierzyć wszelkim koncepcjom interregnum, głoszącym, że znajdujemy się w fazie przechodzenia z projektu nowoczesności w jakiś inny, jeszcze nieznany projekt – szukanie nowej drogi pozwalającej wyłonić nowy porządek społeczny wydaje się czymś bardzo istotnym. W tym kontekście Gurvitch, ze swoją romantyczną obsesją na punkcie pluralizmów, wydaje się inspirującym przewodnikiem.

 

Zola, wróć! O cyklu powieściowym „Rougon-Macquartowie”

Od razu wyjaśniam – to nie będzie felieton o konieczności nowego „J’accuse”, choć może by się przydało. To będzie o „Rougon-Macquartach”.

Hasło „Zola” wywołuje dziś głównie dwa skojarzenia – oprócz „ten od Dreyfusa” jest jeszcze „ten od Nany”. Rzadziej pamięta się, że powieść o osiemnastoletniej luksusowej prostytutce, którą Emil Zola zbulwersował francuską publiczność literacką w 1880 roku, nie była samodzielnym utworem, lecz dziewiątym z dwudziestu tomów monumentalnego cyklu o zbiorowym tytule „Rougon-Macquartowie. Historia naturalna i społeczna rodziny za Drugiego Cesarstwa”, nad którym pisarz pracował prawie ćwierć wieku i który w jego zamyśle miał być odpowiednikiem „Komedii ludzkiej” Balzaka w następnej epoce dziejów społeczeństwa francuskiego.

Z planów spisywanych przez Zolę w trakcie pracy nad tym cyklem wyłania się przemyślany, chociaż modyfikowany w trakcie wykonania, zamysł ujęcia w nim wszystkich warstw i środowisk społecznych tworzących Francję za panowania Napoleona III. Znajdujemy więc w kolejnych tomach obrazy życia i losu na każdym piętrze gmachu ludzkiej zbiorowości, od zapuszczonych nor paryskiego lumpenproletariatu po dwór Napoleona III, od niepiśmiennych chłopów z Prowansji po elity intelektualne i artystyczne kreujące samoświadomość narodu. Obrazy te na ogół malowane są słowem tak sugestywnie, że czytelnika może ogarnąć żal za dziewiętnastowieczną prozą, w porównaniu z którą wytwory literatury współczesnej wypadają na ogół blado – jeśli oceniać je pod względem zdolności mimetycznego naśladownictwa „samej rzeczywistości”, co jest, rzecz jasna, kryterium naiwnym i prymitywnym, ale jednak niekiedy pozwalającym skutecznie odróżnić dobrą literaturę od pretensjonalnej hucpy.

Karykatura Emila Zoli autorstwa Charles’a Léandre’a, tygodnik satyryczny „Le Rire”, 20 listopada 1897 r. Źródło: gallica.fr/Bibliothèque Nationale de France. Domena publiczna

Co więcej, Zola nie ograniczył się do reporterskich opisów. Tworząc cykl, przyjął pewne założenia teoretyczne odnośnie jego zawartości. Kluczowe jest określenie użyte w podtytule: „historia naturalna i społeczna”. Kwalifikowanie Zoli w podręcznikach historii literatury jako głównego przedstawiciela naturalizmu w literaturze dziewiętnastowiecznej wynika właśnie stąd, że w „Rougon-Macquartach” uznał on za główny motor ludzkich działań uposażenie psychologiczne jednostek dziedziczone w różnych kombinacjach po przodkach oraz przyjął, że w ostatecznym rozrachunku o tych działaniach decydują odruchy i instynkty mające podłoże biologiczne i dominujące nad instancjami rozumu i rozsądku ukształtowanymi przez kulturę, społeczeństwo oraz ich nakazy.

Dwadzieścia tomów cyklu, w którym poza „Naną” mieści się też druga z najsłynniejszych powieści Zoli, czyli „Germinal”, wypełnione jest opowieścią o trzech pokoleniach jednej rodziny – z tym że każdy tom stanowi samodzielną powieść, którą można czytać, nie znając pozostałych, chociaż czytane w całości, nabierają one więcej znaczeń, gdy widzi się powiązania między poszczególnymi postaciami. Członkowie tej rodziny żyją i funkcjonują w każdym obszarze społecznym – jako chłopi, rzemieślnicy, wyrobnicy, duchowni, artyści, biznesmeni i mężowie stanu. Nie należy jednak sądzić, że jest to rzecz podobna w ogólnym pokroju do sag rodzinnych w stylu Galsworthy’ego, „Rodziny Whiteoaków” czy Margit Sandemo, tylko szerzej zakrojona i lepsza literacko. Zola nie pudruje bowiem swoich bohaterów ad usum delphini ani nie przypodchlebia się publiczności. Prostytuująca się ostentacyjnie Nana jest kuzynką ministra Eugeniusza Rougona, jednego z głównych rozgrywających w polityce Francji, a robiący milionowe interesy na paryskiej giełdzie cyniczny spekulant Saccard to bliski krewny praczki Gerwazyny, która mimo najlepszych intencji ulega tak zwanemu wykolejeniu i umiera jako alkoholiczka w nędznej izdebce kamienicy czynszowej (Nana jest jej córką). Brutalność, cynizm, pazerność, niczym niemaskowane pożądanie i żałosna pozorność zasad etycznych – z tym, przeważnie, ma do czynienia odbiorca cyklu. Zola ma pewną cechę wspólną z Jackiem Londonem – obaj rozwijają skrzydła przy opisach silnych negatywnych emocji, konfliktów i agresji, wszelkich odmian ludzkiej nędzy i poniżenia, natomiast kiedy przystępują do relacjonowania sytuacji idyllicznych, scen spokoju i szczęścia, stają się nieprzekonujący, a same opisy są raczej drętwe. Bądźmy jednak wyrozumiali – w końcu komu oprócz Barbary Cartland udała się sztuka przekonującego opisania szczęścia w literaturze?

Zasady naturalistycznego ujmowania ludzkich spraw prowadziły Zolę do relacjonowania ich w sposób, który nie mógł podobać się ani władzy politycznej (mimo że opisywał epokę minioną, Drugie Cesarstwo, które w Trzeciej Republice nie cieszyło się szczególną estymą), ani zwolennikom konserwatywnych porządków społecznych z klerem na czele. Reakcje prasowe wywołane publikacją niektórych tomów cyklu mocno przypominają dzisiejsze zdziczałe hejty, a sam Zola był na nie przygotowany i stawiał im czoła bez zaskoczenia, spokojnie, stanowczo. Nienawiść, którą wzbudzał, była tak wielka, że istnieje dziś we francuskim literaturoznawstwie pogląd, według którego jego śmierć (oficjalnie z powodu zatrucia czadem) nie była tragicznym wypadkiem, lecz skrytobójstwem zorganizowanym przez osoby z kręgów konserwatywno-prawicowych. Jest to wprawdzie typowa teoria spiskowa, lecz traktuje się ją poważnie – jako możliwą do przyjęcia wersję wydarzeń – nie tylko na sensacyjno-plotkarsko-fantazyjnych portalach i grupach dyskusyjnych. Faktem jest, że kręgi prawicowo-kościelne we Francji nienawidziły Zoli wyjątkowo namiętnie.

I teraz niech felietoniście wolno będzie puścić wodze fantazji. Gdyby tak w naszych czasach ktoś stworzył nowych „Rougon-Macquartów”. Gdyby jakiś potężny autor podjął to zadanie i napisał cykl powieści o jednej rodzinie, w której losach przegląda się cała druga połowa XX wieku, sięgając aż po nasze czasy. Protoplastami tej rodziny mogłaby być para małżeńska nękana traumami, które wynikają z tego, że oboje za młodu przeszli przez drugą wojnę światową. Ich dzieci – to byłoby pokolenie rewolty obyczajowej lat sześćdziesiątych. Jedno z nich: niech to będzie biznesmen w którejś z branż przemysłowych, który dorabia się dużego majątku w latach 80., jeszcze przed rewolucją informatyczną, a potem pozostaje zwolennikiem dawnych metod prowadzenia biznesu, jak Warren Buffett. Niech by miał siostrę, która nigdy nie wydostała się spod toksycznego oddziaływania swoich straumatyzowanych rodziców, wychodziła za mąż pięć albo sześć razy i tyleż razy się rozwodziła, nigdy nie ułożyła sobie życia. Powinni mieć jeszcze dwoje lub troje rodzeństwa, rozsianego po Europie (kwestia do rozstrzygnięcia – czy po obu stronach żelaznej kurtyny). Pokolenie wnuków to milenialsi wchodzący w dorosłość już w epoce cyfrowej. Niektórzy z nich: start-uper, który ponosi porażkę za porażką, a kiedy wreszcie wymyśla coś godnego uwagi, zostaje to natychmiast przejęte przez którąś z wielkich firm; programista-incel, po latach życia w zamknięciu, przed ekranem komputera, poznaje dziewczynę, która zakochuje się w nim, morduje ją podczas pierwszej wspólnej nocy, po czym popełnia samobójstwo; modelka robiąca zawrotną karierę w świecie haute-couture, ale nieszczęśliwa w życiu osobistym; artystka-happenerka z silnymi epizodami psychotycznymi; intelektualista, który cieszy się poważaniem w swojej dziedzinie i jest czytany, ale mimo to pogrąża się w alkoholizmie. Zgoda, wygląda to jak wyliczenie bohaterów jakiejś telenoweli (z tych smutniejszych), ale gdyby zabrał się za nich pisarz formatu Zoli, moglibyśmy dostać poważną propozycję podsumowania ostatnich kilkudziesięciu lat dziejów naszej cywilizacji. Może niedaleko od podobnego osiągnięcia był Houellebecq, ale trochę za bardzo skupił się na swoich prywatnych obsesjach.

Miło jest pofantazjować, lecz po powrocie do rzeczywistości stwierdzamy, że to i tak by dziś nikogo nie obeszło. Jedną powieść można jeszcze ostatecznie przeczytać, jeśli media bardzo długo i uparcie powtarzają, że jest niezwykła i wyjątkowa. Ale żeby dwadzieścia? Nie te czasy.

 

Książki:

Emil Zola, „Rougon-Macquartowie. Historia naturalna i społeczna rodziny za Drugiego Cesarstwa”

  1. „Pochodzenie rodziny Rougon-Macquartów (La Fortune des Rougon, 1871)
  2. „Zdobycz” (La Curée, 1871–72)
  3. „Brzuch Paryża” (Le Ventre de Paris, 1873)
  4. „Podbój miasta Plassans” (La Conquête de Plassans, 1874)
  5. „Grzech księdza Mouret” (La Faute de l’Abbé Mouret, 1875)
  6. „Jego ekscelencja Pan Minister Rougon” (Son Excellence Eugène Rougon, 1876)
  7. „W matni” (L’Assommoir, 1877)
  8. „Kartka miłości” (Une page d’amour, 1878)
  9. „Nana” (Nana, 1880)
  10. „Kuchenne schody” (Pot-Bouille, 1882)
  11. „Wszystko dla pań” (Au bonheur des dames, 1883)
  12. „Radość życia” (La Joie de vivre, 1884)
  13. „Germinal” (Germinal, 1885)
  14. „Dzieło” (L’Œuvre, 1886)
  15. „Ziemia” (La Terre, 1887)
  16. „Marzenie” (Le Rêve, 1888)
  17. „Bestia ludzka” (La Bête humaine, 1890)
  18. „Pieniądz” (L’Argent, 1891)
  19. „Klęska” (La Débâcle, 1892)
  20. „Doktor Pascal” (Le Docteur Pascal, 1893)

Edycja polska: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956–1961, tłumaczyli: Krystyna Dolatowska, Nina Gubrynowicz, Marta Hulewiczowa, Gabriel Karski, Roman Kołoniecki, Ewa Krasnowolska, Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Izabella Rogozińska, Hanna Szumańska-Grossowa i inni.

Nie zawsze jest kolorowo. Recenzja „Królowej kolorów” Jutty Bauer [KL dzieciom]

Zacznę od tego, co każdemu wpada w oko od razu, a więc okładki, a ta w przypadku „Królowej kolorów” Jutty Bauer robi niesamowite wrażenie. Już sam tytuł w polskim przekładzie Anny Kierejewskiej jest genialny – wystarczy przeczytać go na głos kilka razy! – i, choć w pełni oddaje oryginał („Die Königin der Farben” [1]), dodaje publikacji dodatkowego waloru. Poza nim na żółto-pomarańczowym tle widać przysadzistą kobietę w szarej sukni, przypominającą trochę Królową Nocy z „Czarodziejskiego fletu” Wolfganga Amadeusza Mozarta, nikczemną Urszulę z „Małej Syrenki”, a może nawet Hadesa z innego filmu Disneya – „Herkulesa”. Skojarzenie z antycznym schwarzcharakterem potęgują strzelające z głowy kobiety wielokolorowe smugi, bijące w przestrzeń niczym płomienie na głowie filmowego boga. Kobieta sprawia wrażenie nie tyle władczej i budzącej postrach, ile raczej silnej, niezależnej i samoświadomej. Podobnie jak wiele innych, dobrze zaprojektowanych okładek książek obrazkowych, tak i w przypadku „Królowej kolorów” ilustracja ta świetnie gra z tekstem właściwym, czytelnik otrzymuje bowiem z pozoru prostą opowieść o tytułowej królowej, która musi zmierzyć się z targającymi nią emocjami (ukazanymi za pomocą różnych kolorów), aby odnaleźć prawdziwą siebie.

Opowieść o królowej Mazaldzie na poziomie narracyjnym jest dosyć prosta: bohaterka wychodzi przed swój pałac i wzywa do siebie poddanych, jednego po drugim. Zgodnie z tytułem książki, przed jej obliczem zjawiają się… kolory! Najpierw „spokojny i delikatny” niebieski, potem „dziki i nieprzewidywalny” czerwony, następnie „ciepły i jasny”, ale też „kapryśny i złośliwy” żółty. Każdy kolor wpływa na królową w inny sposób, a obecność ostatniego przybysza sprawia, że i Mazalda zaczyna zachowywać się „kapryśnie i złośliwie”, czym doprowadza do kłótni. Żeby tego było mało, kolory zaczynają się ze sobą chaotycznie mieszać, po czym „[…] wszystko zaczęło robić się szare. I bardziej szare. I jeszcze bardziej szare”. W pierwszej chwili nad smutkiem, który nastaje wraz z pojawieniem się szarego koloru, nie udaje się zapanować, jednak Mazalda znajduje na to inny sposób, dzięki czemu udowadnia, że rzeczywiście jest królową kolorów!

To, co świadczy o wartości książki Bauer, kryje się głębiej niż na poziomie fabularnym: zarówno w kreacji postaci, jak i potencjalne interpretacyjnym werbalno-wizualnej opowieści. Mazalda (nieodparcie – być może niesłusznie – kojarzy się z mazaniem) to postać z pozoru prosta i jednowymiarowa: Bauer na białym tle kreśli ją czarnym konturem przypominającym rysunek satyryczny, nasuwający się zwłaszcza w ujęciach przywoływania kolejnych kolorów, kiedy rycząca królowa nabiera wręcz groteskowości. Kolejni goście silnie wpływają na bohaterkę, raz za razem odczuwającą coraz to nowe emocje, które ostatecznie trudno jej opanować. Mimo to odkrywa w sobie siłę, aby je zwalczyć; Bauer zdaje się mówić, że tę siłę mamy w sobie wszyscy, choć czasem niełatwo ją odnaleźć. Afektywną interpretację tego rodzaju wzmacniają współgrające z warstwą werbalną ilustracje: uproszczona kreska i mocny, czarny kontur zderzają się z nieokiełznanymi, stale wibrującymi plamami barwnymi, zarówno odwiedzającymi Mazaldę niebieskim, żółtym i czerwonym, jak i wieloma innymi, które pojawiają się po przełamaniu emocjonalnego impasu królowej. Niezwykle oryginalna i znaczeniowo bogata książka obrazkowa Bauer jest więc świetnym doznaniem lekturowym i interpretacyjnym, które zrobi wrażenie tak na młodym, jak i starszym odbiorcy.

W związku ze złożonym przekazem, „Królową kolorów” z powodzeniem można wykorzystać jako pretekst do międzypokoleniowej rozmowy o tym, co drzemie w każdym z nas. Przedstawione uczucia oraz ich symboliczne, wizualne manifestacje stanowić mogą kanwę dyskusji, w której czytelnicy odwołają się do własnych doświadczeń i wzmocnią relacje między najbliższymi. Równocześnie artystyczne walory publikacji stanowią świetne wprowadzenie do estetyki oraz ilustracji książkowej. Zarówno zawarte w pierwszej części „Królowej kolorów” rozwiązania formalne, jak i otwarcie na aktywność artystyczną odbiorcy/twórcy w części drugiej zachęcają do uruchomienia (i rozwoju!) zdolności manualnych, które posłużyć mogą lepszemu zrozumieniu znaczeń, jakie niesie sztuka, w tym sztuka obrazkowa.

W związku z tym warto zaznaczyć, że graficzne nowatorstwo „Królowej kolorów” nie kończy się bynajmniej na właściwej opowieści! Drugą połowę książki stanowi bowiem kilkadziesiąt stron, które czytelnik może zakreślić zgodnie z własnym upodobaniem. Kolejne rozkładówki prezentują uproszczone ilustracje z tytułową bohaterką w roli głównej, uzupełnione lakonicznymi zdaniami, takimi jak: „Na czym jedzie Mazalda? Wokół unoszą się tumany kurzu. A może ona leci? Z kim?”. To w gestii odbiorcy – a właściwe twórcy – pozostaje wypełnienie, za pomocą wszelkich dostępnych środków, białej przestrzeni. Opowieść poprzedzająca część aktywnościową z pewnością pomoże dobrać odpowiednie środki wyrazu i kolory, które uzupełnią kolejne sceny z życia Mazaldy. Dzięki temu czytelnik/współtwórca książki nie tylko aktywnie uczestniczy w kreowaniu świata „Królowej kolorów”, ale może też rozwinąć swoją wrażliwość artystyczną.

Książka Bauer to dzieło hybrydyczne i nieoczywiste na wielu poziomach. Forma książki obrazkowej łącząca klasyczną narrację z częścią aktywnościową z powodzeniem trafi na grunt współczesnego odbiorcy, którego z pewnością zaintryguje też warstwa estetyczna. Współistnienie czarnego konturu, białej przestrzeni i występujących co rusz mocnych plam barwnych gwarantuje emocjonujące i stymulujące estetyczne doznanie. Na koniec wreszcie ładunek emocjonalny, z którym czytelnika zostawia opowieść o Mazaldzie, może okazać się dobrym punktem wyjścia do rozmowy, zwłaszcza z dzieckiem, dla którego temat emocji może okazać się wyjątkowo trudny.

 

Przypisy:

[1] Stopka polskiego wydania informuje, że jest to tłumaczenie „Meine Königin der Farben” Bauer, a więc wydanej w 2018 roku rozszerzonej wersji „Die Königin der Farben” [1998], choć w nocie copyright widnieje data 1998. W wersji pierwotnej [1998] czytelnik dysponował wyłącznie opowieścią stworzoną przez Bauer, natomiast w rozszerzeniu wydanym pod nieco zmienionym tytułem [2018] po historii właściwej dodano kilkanaście rozkładówek do kolorowania przez czytelnika.

Książka:

Jutta Bauer, „Królowa kolorów”, przeł. Anna Kierejewska, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2021.

Proponowany wiek odbiorcy: 4+

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

Dlaczego szczepienia na covid-19 powinny być obowiązkowe

Szanowni Państwo!

W sobotę we Francji na ulicę wyszło 200 tysięcy osób – niemal dwa razy więcej niż podczas pierwszych protestów przeciwko przepustkom zdrowotnym, czyli rozwiązaniu polegającym na wprowadzaniu selektywnych ograniczeń w dostępie do „miejsc kultury i rozrywki” dla osób niezaszczepionych. Od 9 sierpnia obowiązek okazania certyfikatu szczepienia będzie tam obowiązywał także w sklepach, restauracjach i kawiarniach, a nawet pociągach. Według sondaży opinii publicznej demonstracje popiera 40 procent francuskiego społeczeństwa. Podobne regulacje obowiązują także we Włoszech, w Grecji czy Portugalii.

W Polsce dyskusje nad wprowadzeniem tego typu ograniczeń trwają. Żadne decyzje jeszcze nie zapadły, ale grupom antyszczepionkowym wcale nie przeszkadza to w „rozszerzaniu” swojej działalności o akty wandalizmu i przemocy. Jak skomentował Komendant Główny Policji, gen. insp. Jarosław Szymczyk: obserwujemy eskalację niezwykle brutalnych i wręcz bandyckich zachowań środowisk antyszczepionkowych.

Continue reading

Liberałki za obowiązkowymi szczepieniami na covid-19

Janek, młody ratownik medyczny, który pracował na pierwszej linii koronawirusowego frontu podczas trzech pierwszych fal pandemii, opowiadał, że radykalni przeciwnicy szczepień, twierdzący, że cały ten wirus to wymysł nie do końca wiadomo jakich, ale na pewno wrogich sił, nie zmieniali zdania nawet pod respiratorem. Ludzka psychika nie korzy się przed faktami, nawet jeżeli wybuchają im one przed samym nosem.

W miarę jak czwarta fala pandemii koronawirusa wzbiera na horyzoncie, przynajmniej jakaś część klasy politycznej w naszym kraju zaczyna poważnie myśleć o tym, jakie kolejne kroki należy wykonać, aby uchronić siebie i innych przed zachorowaniem. Pozostawiając na chwilę z boku tych, którzy jak prezydent Duda „nie chcą nikogo do niczego zmuszać”, spróbujmy zastanowić się nad tym, na jakich rozwiązaniach dziś należy się skoncentrować.

Covid i konflikty społeczne

Trzy pierwsze fale covid-19 kosztowały życie ponad 4 milionów 200 tysięcy osób na całym świecie. Do dziś zachorowały 197 miliony ludzi. W całym tym koszmarze pojawia się jednak nadzieja: szczepionka, a właściwie szczepionki, w rekordowo szybkim tempie opracowane i – co bardzo ważne – przetestowane przez naukowców zgodnie z zasadami wprowadzania na rynek nowych produktów medycznych. Podkreślmy, że to właśnie szczepionki są najskuteczniejszym sposobem, w jaki ludzkość nauczyła się walczyć z wirusami.

Najpierw odbyły się na wielką skalę państwowe programy dobrowolnych szczepień. Jednak wobec trwającego sprzeciwu części populacji, a także protestów ulicznych, w kolejnych państwach, jak choćby w Austrii, Francji, we Włoszech, kolejne rządy decydują się na wprowadzanie coraz odważniejszych rozwiązań dotyczących szczepień obowiązkowych.

W Wielkiej Brytanii, gdzie zniesiono zdecydowaną większość pandemicznych obostrzeń, bardzo wyraźnie widać, że nawet jeśli szczepionki nie chronią nas w stu procentach przed zachorowaniem, to jednak przebieg choroby u osób zaszczepionych jest nieporównywalnie lżejszy. Ofiarami atakującego Wyspy wariantu Delta koronawirusa padają przede wszystkim ci, którzy z różnych powodów nie zdecydowali się zaszczepić. Media obiegły informacje o ciężko chorych osobach zmieniających zdanie dopiero w szpitalach. Problem polega na tym, że wtedy jest już po prostu za późno.

We Francji wprowadzone przez Emmanuela Macrona obowiązkowe szczepienia dla służby zdrowia i obostrzenia w dostępie do usług publicznych dla niezaszczepionych doprowadziły – z jednej strony – do rekordowego wzrostu liczby zgłoszonych na szczepienie. Z drugiej – do masowych protestów społecznych.

Na całym świecie obserwujemy zaostrzanie się konfliktu między zwolennikami szczepień, przekonanymi argumentami z dziedziny wiedzy medycznej i epidemiologicznej, że są one najlepszą metodą zwalczenia pandemii, a ich przeciwnikami.

Wśród tych drugich tylko nieliczna grupa to radykalni antyszczepionkowcy, szerzący fake newsy dotyczące działania szczepionek. Znacznie większa grupa to osoby odczuwające autentyczny strach i ogromne napięcie, niepewne tego, kto w sprawie szczepionek mówi prawdę.

Szczepienia gwarantują wolność

Czy rzeczywiście rację mają ci, którzy twierdzą, że szczepienia na koronawirusa nie powinny być obowiązkowe, bo ogranicza to wolność? Innymi słowy: czy obowiązkowe szczepienia to niedopuszczalny sposób egzekwowania biowładzy?

Naszym zdaniem – wręcz przeciwnie. Powinniśmy wprowadzić przynajmniej elementy obowiązkowych szczepień na całym świecie, po to aby wolność chronić. To właśnie dzięki szczepieniom możemy odzyskać swobodę zabraną nam przez pandemiczne lockdowny.

W jaki sposób miałyby wyglądać te obowiązkowe szczepienia? Nie sposób wyobrazić sobie w naszym kraju, aby jakiekolwiek służby weryfikowały to, czy przysłowiowy Kowalski i Kowalska już się zaszczepili. Istnieje jednak szereg argumentów za tym, aby wprowadzając elementy obowiązkowości szczepień na covid-19, pracować z rozwiązaniem, które już istnieje: paszportami szczepionkowymi.

Już teraz paszportów szczepionkowych wymaga większość krajów na świecie. Maleje liczba tych, które przyjmują niezaszczepionych ozdrowieńców, a rośnie tych, które oprócz dowodu odpowiedniej liczby dawek szczepionki, wymagają także na wjeździe aktualnego testu PCR.

Rozszerzenie tego narzędzia oznaczałoby uznanie go za przepustkę nie tylko do wyjazdu z kraju, ale również do pełnego dostępu do społecznej infrastruktury (transport publiczny, instytucje kultury, sklepy, restauracje, instytucje publiczne itd.).

Można to powiązać z obowiązkowymi szczepieniami dla tych grup zawodowych, których przedstawicielki i przedstawiciele kontaktują się z dużymi grupami ludzi: nauczycieli, policji, przedstawicieli służby zdrowia, a może nawet osób dostarczających szereg usług.

Ponieważ w „Kulturze Liberalnej” zwracaliśmy uwagę na to, że paszporty szczepionkowe mogą być w państwach niedemokratycznych używane do segregacji i dyskryminacji obywateli, zaznaczmy od razu, że mowa jest tutaj o narzędziach używanych w ramach demokracji liberalnych.

Szczepienia a liberalizm

Po pierwsze, argument z wolności indywidualnej. Często podnoszonym argumentem jest, że nie należy wprowadzać obowiązkowości szczepień, ponieważ ogranicza to wolność jednostki. Niektórzy dodają, że liberałowie, czyli osoby broniące wolności indywidualnej, nie powinni domagać się tego rodzaju obostrzeń, ponieważ w ten sposób same sobie przeczą.

Jest to jednak argument błędny. W żadnym argumencie filozoficznym leżącym u podstaw liberalizmu nie ma mowy o tym, aby wolność indywidualną traktować jako dobro, którego nie da się w żaden sposób ograniczyć. Zgodnie z klasyczną definicją wolności, proponowaną przez dziewiętnastowiecznego angielskiego liberała Johna Stuarta Milla, wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego.

Znaczy to, że liberał nie koncentruje się na maksymalizacji wolności indywidualnej jako takiej, ale raczej na ciągłej reinterpretacji tego, co znaczy zasada „jak najmniej szkodzić”, na ciągłym określaniu granic wolności jednostek, tak aby wzajemnie się nie krzywdziły. Granice te nie są dane raz na zawsze, ale zmieniają się, ponieważ bezustannie zmienia się nasz świat.

Dla Milla, o czym często się zapomina, wolność indywidualna zawsze współistniała w pewnym ciągłym napięciu z dobrem wspólnym. Wolność jednostek można ograniczyć, jeśli służy to wyższemu dobru.

Jeśli dobrem wspólnym – powiedzmy za Millem dziś – jest to, aby na covid-19 chorowało jak najmniej osób, wtedy należy stosownie ograniczyć wolność indywidualną, wprowadzając elementy obowiązkowości szczepień. Obowiązkowe szczepienia funkcjonują przecież znakomicie w przypadku choćby polio czy gruźlicy i listę tę co pewien czas można weryfikować.

Mamy tu zatem do czynienia z ciągłym ważeniem racji. Pierwsze osoby zostały w Polsce zaszczepione w grudniu 2020 roku i o ile nam wiadomo, nie pojawiły się odtąd żadne doniesienia o zespołach niepożądanych objawów poszczepiennych, przewyższających dolegliwości związane z ciężkim przejściem zakażenia wirusem SARS-CoV-2. Powiedzmy to wyraźnie: w Polsce zaszczepiony może zostać każdy obywatel powyżej 12. roku życia. Bez kłopotu, bez czekania, za darmo.

W opozycji do tej argumentacji pojawia się często argument, najogólniej mówiąc, z biowładzy: czy chcemy oddać rządzącym uprawnienie do decydowania o naszych ciałach i zdrowiu? W spiskowych teoriach antyszczepionkowych wiąże się to z przekonaniem o tym, że podana nam substancja miałaby w jakiś sposób umożliwiać kontrolę nad naszym życiem.

Warto się jednak w tym momencie zastanowić, czy nie jest tak, że jeśli nie poddamy się szczepieniu, to władzę nad naszym ciałem będzie sprawował śmiertelny wirus, uniemożliwiający normalne funkcjonowanie. Jeśli zaś chodzi o rządzących, to niejednokrotnie w ostatnim czasie mogliśmy zobaczyć, jak wykorzystują pandemiczne zagrożenie do tego, aby ograniczać chociażby wolność zgromadzeń.

Z punktu widzenia autorytarnych zapędów tej czy innej władzy, stan wyjątkowy, wprowadzony w oparciu o sytuację zagrożenia zdrowia społeczeństwa, jest okolicznością wyjątkowo sprzyjającą. Liberalna wolność nie jest definiowana tylko w kategoriach „wolności od” – czyli nie robienia tego, czego nie chcemy robić, ale również w kategoriach „wolności do”, czyli tego, co możemy jako obywatele przedsięwziąć. Warto zatem zaszczepić się, aby korzystać w pełni ze swoich obywatelskich praw, wtedy gdy na przykład będziemy chcieli głośno protestować przeciwko decyzjom rządzących.

Szczepienia a rynek pracy

Po drugie, argument z ochrony rynku pracy. Wielu polityków nie ma dziś odwagi, aby opowiedzieć się za elementami obowiązkowości szczepień na covid-19, obawiając się protestów społecznych. Wystarczy jednak spojrzeć na sprawę z nieco innej perspektywy, aby zobaczyć, że takie postępowanie jest krótkowzroczną próbą schlebiania tej części elektoratu, która deklaruje, że nie obawia się zakażenia (według CBOS to nawet 52 procent Polaków).

Wynik akcji szczepień w naszym kraju nadal pozostawia wiele do życzenia. W pełni zaszczepiona jest ponad jedna trzecia z nas – niestety, wciąż grozi to powstawaniem kolejnych fal pandemii z licznymi przypadkami ciężkich zachorowań. To z kolei będzie prawdopodobnie prowadziło do kolejnych zamknięć gospodarki.

Powiedzmy zatem jasno, przed jaką stoimy alternatywą. Albo będziemy wprowadzać elementy obowiązkowości szczepień, na przykład obowiązkowe szczepienie kolejnych grup zawodowych oraz paszporty szczepionkowe konieczne do korzystania z infrastruktury społecznej, albo czekają nas kolejne lockdowny.

Przypomnijmy sobie, co one znaczą. Dla rynku pracy: przedsiębiorcy niebędący w stanie planować pracy swoich biznesów, liczne bankrutujące firmy, utrata zatrudnienia i środków do życia przez pracowników. Dla nas wszystkich: zamknięcie w domach nas i naszych bliskich, dzieci uzależnione od ekranów i pozbawione kontaktów z rówieśnikami, tsunami otyłości, chorób kręgosłupa, pogorszenia wzroku. W dalszej perspektywie poważny kryzys gospodarczy.

Wprowadzenie obowiązkowych paszportów szczepionkowych jest wyrazem troski: o rynek pracy, o kondycję gospodarki, o to, jak radzą sobie pracodawcy i w jakich warunkach żyją ich pracownicy – o nas wszystkich.

Szczepienia a dyskryminacja

Po trzecie, argument z dyskryminacji. Autorzy złożonego niedawnego do parlamentu projektu ustawy przeciwko obostrzeniom związanym z paszportami, włączyli do swojego języka elementy strachu. Mowa tam była o „nagabywaniu” do szczepień, jakby chodziło o nagabywanie do niechcianego seksu. Pisano także o dyskryminacji i apartheidzie, tak jakby chodziło o różne traktowanie obywateli na przykład ze względu na rasę, płeć czy orientację seksualną.

Jednak argument mówiący, że wprowadzenie konsekwentnych obostrzeń dla osób nieszczepionych jest przejawem dyskryminacji, także jest błędny. Przypomnijmy: apartheid oznacza dyskryminację ze względu na rasę, czyli cechę, co do której nie możemy dokonać wyboru. Tak samo jest z dyskryminacją ze względu na płeć czy orientację seksualną. Obostrzenia ze względu na brak zaszczepienia to natomiast skutek braku decyzji o przyjęciu szczepionki.

Oczywiście, są także ludzie, którzy z przyczyn medycznych szczepionki po prostu przyjąć nie mogą. Są to jednak zupełnie inne sytuacje, o których decyduje lekarz. Tutaj zresztą wracamy do argumentu pierwszego, z wolności indywidualnej. Zaszczepienie jak największej liczby osób, których stan zdrowia na to pozwala, docelowo zapewni nie tylko bezpieczeństwo, lecz także wolność również tym, którzy zaszczepić się nie mogą.

Szczepionki na covid-19 na razie dostępne są dla osób powyżej 12. roku życia, więc zaszczepienie starszej części populacji jest na dziś najważniejszym sposobem chronienia przed chorobą dzieci, które w miarę mutowania wirusa mogą coraz ciężej przechodzić chorobę i padać ofiarą następujących po niej powikłań.

Szczepienie na covid-19 obowiązkowe dla wszystkich?

A co, jeśli chodzi o powszechne obowiązkowe szczepienia na koronawirusa? Niektóre osoby wskazują, że nie powinno się ich wprowadzać. Chociaż bowiem funkcjonują w Polsce obowiązkowe szczepienia dla dzieci na przykład na gruźlicę, krztusiec, świnkę, różyczkę i odrę, to jednak nie istnieje tradycja powszechnych obowiązkowych szczepień dla dorosłych. Dorosły owszem, jeśli sobie życzy, może zaszczepić się na różne choroby, jak odkleszczowe zapalenie mózgu, żółtaczkę typu A – jednak są to szczepienia dobrowolne. To samo dotyczy szczepień, którym poddajemy się, kiedy wybieramy się na wakacje do miejsc, w których występują poważne wirusowe choroby, nieznane w naszej szerokości geograficznej.

Nie jest to jednak poprawny argument. Gdy w latach 60. XX wieku wynaleziono szczepionkę na ospę prawdziwą (tak zwaną czarną), szczepiono nią wszystkich, zarówno dzieci, jak i dorosłych. Nie było na ten temat większej dyskusji, prawdopodobnie dlatego, że objawy choroby były tak przerażające, że oczywiste było pragnienie uniknięcia jej za wszelką cenę.

Lista szczepień obowiązkowych ma charakter umowny, wyznaczony przez historię epidemiczną ludzkości, pojawianie się nowych chorób oraz kolejność wynalazków nowych szczepionek. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w stosownym momencie, w reakcji na pojawienie się nowej choroby, wprowadzić kolejne szczepienie obowiązkowe i doszczepić tę część populacji, która nie ma jeszcze odporności.

Fot. Pexels.com

A co dla tych, którzy się boją?

Jak jednak przekonać nieprzekonanych? Nie ma co przekonać osób już zaszczepionych i podzielających te poglądy. Ani też nie ma co przekonywać nielicznych, ale bardzo dobrze słyszalnych, radykalnych antyszczepionkowców, którzy z upodobaniem rozpowszechniają w mediach społecznościowych kłamstwa o szczepionkach.

Warto natomiast mówić do tych, którzy po prostu zwyczajnie się boją. Do ludzi, którzy mają trudność w odróżnieniu tego, co prawdziwe, od tego, co fałszywe w dyskusji o szczepionkach.

Zaznaczmy przy tym, że mechanizm strachu przed szczepionkami może być bardzo silny. Amerykańska neurobiolożka Tali Sharot w swojej książce „Nasz wpływowy i uległy umysł” opowiada, jak ona sama, świetnie wykształcona i doskonale znająca mechanizmy działania mózgu, była bliska ulegnięciu antyszczepionkowej retoryce, stosowanej przez Trumpa. Nie szkodzi, że doskonale wiedziała, że zgodnie ze wszystkimi rzetelnymi badaniami szczepionki nie wywołują autyzmu. Jak wspomina, emocjonalność i obrazowość opowieści ówczesnego kandydata na prezydenta USA oddziaływała nawet na nią.

Nie ma zatem uzasadnienia traktowanie osób obawiających się szczepionek jako rodzaju „ciemnego ludu”, który trzeba zmusić do ich przyjęcia. Program obowiązkowych szczepień dla wybranych grup zawodowych oraz paszporty szczepionkowe nie oznaczają rezygnacji z edukacji, ponieważ w przeciwnym razie doprowadzimy do jeszcze poważniejszego konfliktu społecznego.

Zaznaczyć przy tym należy, że osoby mające wątpliwości często wypowiadają argumenty, które nie mają nic wspólnego z kłamstwami antyszczepionkowców na przykład na temat bezpłodności rzekomo wywoływanej przez szczepionkę na covid-19. Mówią, że obawiają się nowej szczepionki, ponieważ w przeszłości zdarzały się już sytuacje, w których eksperci zmieniali zdanie (tak jak to było w przypadku maseczek w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy).

A także, że zdarzało się, że wprowadzanie nowych leków było manipulowane i zafałszowywane przez wielkie korporacje, w sposób cyniczny pragnące się wzbogacić na ich sprzedaży – zatem oni chcą jeszcze poczekać ze szczepieniem.

Takich argumentów należy słuchać z uwagą i odpowiadać na nie z szacunkiem i wielką cierpliwością. Zaś najlepsza odpowiedź jest być może następująca: choć medycyna ostatnich dziesięcioleci poczyniła olbrzymie postępy, nie ma takiego leku (w tym szczepionek), który nie miałby jakichś efektów ubocznych.

Jako dorośli i odpowiedzialni ludzie nie powinniśmy przekonywać się, że istnieją leki cudowne, w stu procentach sprawdzone i zawsze skuteczne. Powinniśmy natomiast potrafić dokonać szacowania zysków i strat, które niesie ze sobą dany lek.

Skoro dzisiaj dysponujemy alternatywą, w której po jednej stronie mamy dziesiątki tysięcy nadliczbowych śmierci, upadek systemu służby zdrowia i poważne koszty ekonomiczno-społeczne, a po drugiej szczepionkę, która jedynie z marginalnych przypadkach wywołuje niekorzystne efekty uboczne, rachunek zysków i strat powinien sprawić, że wybieramy tę drugą opcję.

Mamy ogromne szczęście i szczepionki są w Polsce dostępne i darmowe. Zaś statystyki nie pozostawiają wątpliwości, że w przytłaczającej większości przypadków, chronią one przed ciężkim przebiegiem choroby i śmiercią.

Rozsądna, pełna szacunku rozmowa oraz stopniowo rozszerzane elementy obowiązkowości szczepień powinny doprowadzić do sytuacji, w której za kilkanaście miesięcy obowiązkowe i powszechne szczepienia na koronawirusa będą się wydawały rozwiązaniem całkowicie do przyjęcia.

Wobec nieuchronnie nadchodzącej czwartej fali i możliwych kolejnych mutacji wirusa, niezwykle ważną rolę odgrywa również czas: nie możemy sobie pozwolić na luksus czekania, bo albo teraz zwiększymy swoje szanse, albo zwyczajnie będzie za późno.

Ratownik medyczny Janek planuje wyjechać z Polski. Wprost mówi o tym, że nie chce umierać za tych, którym zabrakło podstawowej empatii i społecznej solidarności, żeby się zaszczepić.

Kult indywidualizmu zabija szczepionkową solidarność

Aleksandra Sawa: Ograniczenia przy kolejnej fali pandemii tylko dla osób niezaszczepionych – za takim rozwiązaniem jest 38,8 procent Polaków i Polek. 40 procent uważa, że obostrzenia powinny obejmować wszystkich jednakowo. Dlaczego jesteśmy w tej kwestii aż tak podzieleni?

Małgorzata Jacyno: Mamy do czynienia z wielkim paradoksem: państwa europejskie przez lata wycofywały się z polityk publicznych, a teraz nagle zdecydowały się zadbać o swoje społeczeństwa, zapewniając szczepienia.

Teraz mamy w Europie konkurs piękności – który rząd jest fajniejszy, który rząd jest bardziej liberalny, gdzie obywatele mogą się cieszyć większą wolnością. Najwięcej mówi się w tej chwili o Francji i o Włoszech, ale przecież wiemy, że różne regulacje są wprowadzane w wielu innych krajach. Różnica polega na tym, że niektórzy robią to otwarcie, podejmują decyzje kategorycznie, a niektórzy robią to po kawałku.

Jeśli chodzi o Francję, to jeszcze w połowie czerwca rząd francuski odcinał się od możliwości wprowadzenia ograniczeń dla osób niezaszczepionych. W maju, kiedy niektórzy przedsiębiorcy na własną rękę wprowadzali obowiązek szczepienia się dla pracowników albo chcieli sprawdzać klientom certyfikaty, stwierdzono, że jest to sprzeczne z prawem.

Czyli problemem jest brak konsekwencji?

Sondaże pokazują, że trzy czwarte Francuzów chce się zaszczepić. Problemem jest zatem tryb wprowadzania regulacji. Trzeba jakoś nazwać ten brak konsekwencji. Powstaje wrażenie arbitralności podejmowanych decyzji. W środowisku akademickim widzę takie komentarze: „technokracja tak naprawdę niewiele się różni od decyzjonizmu”.

W tym przypadku są to bardzo podobne modele, dlatego że nie wiadomo, dlaczego zaledwie kilka tygodni temu nie trzeba było się szczepić, a teraz de facto trzeba. Jeszcze w kwietniu czy maju ludzie słyszeli, że nie przewiduje się żadnych ograniczeń dla osób niezaszczepionych, mimo że lekarze apelowali, aby powściągnąć optymizm, bo to nie jest koniec pandemii. Ludzie porobili plany, których nie będą mogli zrealizować bez certyfikatu. Na dodatek wprowadza się obowiązek, ale się go efektywnie nie egzekwuje. W mediach społecznościowych zwolennicy szczepień śmieją się, że mamy niesamowitych policjantów, którzy potrafią skanować kody QR wzrokiem.

We Francji wśród zwolenników szczepień mówi się: przekonywać, nie pokonywać. Część lewicy – zarówno laickiej, jak i katolickiej – zauważa, że przy okazji wprowadzenia ograniczeń redukuje się społeczne wyobrażenie wolności do wolności konsumenckiej, skoro tylko zaszczepieni mogą chodzić do galerii.

Inny problem: używa się argumentu, że to osoby niezaszczepione tworzą korzystną przestrzeń do mutowania się wirusa. Dlaczego zatem nie zniesiono patentów i nie udostępniono technologii produkcji szczepionek biedniejszym krajom? W niektórych krajach afrykańskich odsetek zaszczepionych wynosi 1 procent albo jeszcze mniej.

Trzeba pamiętać, że niektóre szczepionki były prawie w całości finansowane ze środków publicznych. Poza tym, większość naukowców pracujących w korporacjach medycznych, w których powstają leki, została wykształcona na publicznych uniwersytetach. Jeśli mówimy o mniejszym i większym dobru, to trudno o lepszy moment, żeby o tym przypomnieć.

No właśnie – „większe dobro”. Jest sporo osób, które może nie są radykalnie przeciwko szczepieniom, natomiast nie widzą potrzeby zaszczepienia się. Głównie osoby młode, zdrowe. Czy one nie czują potrzeby zadbania o to większe dobro?

Kiedy słyszymy, że mogą wystąpić niepożądane odczyny po szczepieniu, ale jest przewaga ogólnych korzyści, to rodzi się pytanie: ale czym są te ogólne korzyści dla zindywidualizowanego podmiotu? I jak się nazywa ten podmiot, który odniesie ogólne korzyści?

Społeczeństwo.

Przypomnę: „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje” [powiedziała Margaret Thatcher – przyp. red.]. Mamy się szczepić dla siebie, ale też dla innych, a tymczasem niejedna osoba pewnie zadaje sobie w duchu pytanie, gdzie będą ci „inni”, kiedy będę potrzebować konsultacji endokrynologicznej albo rehabilitacji?

Trzeba tutaj zaznaczyć, że nasz indywidualizm nie spadł z nieba. Od trzech dekad społeczeństwa europejskie są regularnie poddawane szczepieniom przeciwko dobru wspólnemu i wszelkim przejawom kolektywizmu. Indywidualizm jest cały czas podtrzymywany przez określone polityki publiczne oraz codzienne – wydawałoby się banalne i naturalne – narracje, szablony językowe i argumentacje obecne w programach, artykułach czy filmach.

W jaki sposób?

Weźmy pierwszy lepszy przykład. W niektórych zachodnich podręcznikach do pielęgniarstwa od jakiegoś czasu nie pisze się już „pacjent”, tylko „klient”. A klient ma wolność wyboru. Inny przykład: w szkolnych podręcznikach czytamy o „świecie, który mnie otacza”. A przecież świat mnie nie otacza, ja jestem jego częścią!

Jeśli zaś chodzi o polityki publiczne, to premier Morawiecki ogłaszał niedawno, że nowa formuła emerytalna sprawi, że emerytura „nie będzie przepadać”. Czyli – jeśli ja umrę i nie wykorzystam swojej emerytury, to ona nie „przepadnie”, bo odziedziczy ją moja rodzina. Wynika z tego, że jeśli naród – „rodzina rodzin”, jak mówił prymas Wyszyński – ją dziedziczy, to ona przepada. Jeśli prowadzi się indywidualizujące polityki publiczne, to nic dziwnego, że jednostki stają się głuche na argumenty odwołujące się do „archaicznych” idei – wspólnoty czy solidarności.

Z czego to wynika?

W kulturze europejskiej mamy dwie tradycje rozstrzygania racji istnienia jednostki. Pierwsza to tradycja religijna – różnie rozumiana, ale powiedzmy umownie, że chodzi o nieśmiertelność i przekonanie, że moje istnienie nie jest czymś przypadkowym. Moje istnienie ma sens.

Druga tradycja to tradycja laicka, która opiera się na idei społeczeństwa. I to społeczeństwo nie gwarantuje nieśmiertelności, ale gwarantuje jednostce coś innego: niezniszczalność jej człowieczeństwa.

Choć czasami się je tak przedstawia, nie są to tradycje sprzeczne czy alternatywne. Natomiast realizowany od kilku dekad model ekonomii wytworzył system, w którym życie – a w pandemii bardzo dosłownie – ciała biednych ludzi stają się filtrem ochronnym dla ludzi bogatych. Przypomnijmy sobie początki, kiedy bardzo niewiele wiedzieliśmy o wirusie: byliśmy całkowicie zależni od ludzi, którzy codziennie wychodzili do pracy i się narażali.

Rosnące nierówności czy podział kraju na centrum i peryferie to diagnozy, z którymi wchodziliśmy w kryzys. Ich konsekwencje w pandemii stały się namacalne. Teraz widzimy, że nie da się nagle wyczarować społeczeństwa – a ono w kryzysie jest równie istotne jak same szczepionki.

Czyli pani zdaniem winny jest model ekonomiczny, w którym funkcjonujemy – to on wymusza na nas przyjęcie tej indywidualistycznej postawy, którą obserwujemy teraz u osób przeciwnych szczepieniom?

Model ekonomiczny i mitologia indywidualistyczna.

Mitologia?

Czytam artykuł: dziennikarz rozmawia z biologiem na temat katastrofy klimatycznej. Biolog tłumaczy, jakie procesy fizjologiczne są związane z odczuwaniem strachu przed postępującym kryzysem i katastrofą klimatyczną. Dziennikarz kończy wywiad w ten sposób: widzicie państwo, czyli mamy jakiś wpływ na to, co czujemy i co się dzieje w naszym organizmie. Czy bieganie pomoże? – pyta biologa. No pomoże. A medytacja pomoże? No też pomoże.

Media i kultura tworzą i podtrzymują tę osobliwą wiarę w „jednostkę wszechmogącą”, która za pomocą różnych praktyk: jogi, medytacji, pozytywnego myślenia, asertywności, wzbudzenia w sobie poczucia jedności z kosmosem czy dogłębnego poznania swojej osobowości może uzyskać władzę nie tylko nad swoim losem, ale nawet nad przyszłością naszej planety.

Na szczęście minęły już czasy, kiedy wmawiano nam, że „przyszłość globu zależy od twojego talerza”, a tekstylna torba to najważniejsze narzędzie w walce z kryzysem klimatycznym. Ale teraz słyszymy za to: zamiast się bać, możesz pobiegać albo pomedytować.

Jak na poziom szczepień wpływa poziom zaufania do naukowców? Czy obserwujemy „upadek autorytetów”?

Istotny jest kontekst krajowy. Szkoda, że ideał równości w Polsce od lat 90. kojarzy się z uniformizacją. Edukowanie i zachęcanie do szczepień nie powinno się odbywać w atmosferze pokrzykiwania na „nieoświeconych” i tworzenia polaryzacji: „znowu Podkarpacie!”. W Polsce niechęć do naukowców może być większa niż na przykład we Francji, bo naukowiec to człowiek, który strofuje, poucza, a czasem nawet piętnuje. Homo sovieticus stało się przecież kategorią naukową…

A co z zaufaniem do instytucji publicznych? Wiele osób łączy brak zaufania do państwa i jego instytucji z niechęcią do szczepienia się.

Rozmawiałyśmy już o indywidualizujących politykach publicznych. Na pewno zabrakło też konkretnych i wymownych działań, które pokazałyby, że naszym priorytetem może być tym razem troska o najsłabszych i że to wokół nich „kręci się świat”. Bez wątpienia osoby z niepełnosprawnościami powinny być potraktowane priorytetowo, jeśli chodzi o szczepienia.

Fot. Pexels.com

W teorii – dla takich osób przewidziane są szczepienia z dojazdem. W praktyce słyszymy, że brakuje lekarzy, zespołów, którzy mogli by do nich wyjeżdżać i mało kto taką pomoc otrzymał.

Nasze instytucje publiczne zbyt często funkcjonują jak prywatne, co pokazuje chociażby przyjmowanie pacjentów poza kolejką. A nepotyzm jest dowodem na to, że brakuje zdolności do tworzenia instytucji publicznych, bo wynika on z wiary, że jedyną więzią wartą kultywowania jest więź biologiczna. Tymczasem tworzenie sprawnych instytucji publicznych wymaga wiary w pokrewieństwo symboliczne czy duchowe, czyli nieuwarunkowane przez rzeczywistość biologiczną.

Jakimi argumentami albo jakim językiem powinniśmy przekonywać do szczepień?

We Francji się mówi: przekonywanie nie pokonywanie. Dla mnie dobrym argumentem – bo przekonującym, że społeczeństwo istnieje – byłaby obietnica odbudowy sektora publicznego. Na początek: telefon dla osób, które obawiają się, że będą miały jakieś dolegliwości po szczepieniu. Tak żeby każdy, kto chce porozmawiać – na przykład upewnić się, co przygotować na noc albo że temperatura 37,5 to nie jest prosta droga do śmierci – mógł otrzymać takie wsparcie. Trzeba pamiętać, że wśród osób niezaszczepionych zapewne są ludzie, którzy od lat nie byli u lekarza. Do obsługi takiego telefonu można by zatrudnić chętnych studentów socjologii czy medycyny. Wielu z nich przez pandemię straciło pracę.

Można powiedzieć, że pewnie ludzie będą dzwonić, żeby się „wygadać”, że będą zawracać głowę „głupotami”. Ale państwo powinno być przygotowane na to, że dzwonią ludzie i zawracają głowę. To byłoby wspieranie w sposób dojrzały, odpowiadający na naszą potrzebę odzyskania wiary w istnienie społeczeństwa – w przeciwieństwie do infantylizującej nas loterii.

Czarnek daje przyzwolenie na antyszczepionkowców i płaskoziemców na uczelniach

W lipcu bieżącego roku Rada Ministrów przyjęła tak zwany Pakiet Wolności Akademickiej – jedno z flagowych przedsięwzięć resortu Przemysława Czarnka. Jego celem jest zagwarantowanie pracownikom polskich uczelni wolności wypowiedzi. Choć wydaje się, że taka wolność jest w interesie nauki i naukowców, przeciwko ustawie protestują w zasadzie wszystkie środowiska akademickie, z Konferencją Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i Radą Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego na czele.

Ministerstwo Edukacji i Nauki na swojej stronie internetowej reklamuje projekt takimi słowami: „Głównym celem Pakietu Wolności Akademickiej jest zagwarantowanie nauczycielom wolności nauczania, wolności słowa, wolności badań naukowych, ogłaszania ich wyników, a także wolności debaty akademickiej na zasadach pluralizmu światopoglądowego”.

Wydaje się, że założenia te są spójne z oczekiwaniami środowiska akademickiego: wolność prowadzenia badań dość powszechnie uchodzi za jeden z warunków sine qua non rozwoju nauki. Środowiska naukowe zwracają jednak uwagę, że zaproponowane przez ministerstwo rozwiązania prawne są w najlepszym wypadku zbędne, w najgorszym – szkodliwe. Jeden z najmocniejszych głosów w sprawie sformułowała prof. Ewa Łętowska, która na organizowanej przez KRASP konferencji nazwała pakiet „przykładem manipulacji”, która w praktyce doprowadzi do ograniczenia, a nie poszerzenia wolności akademickiej.

Czym jest projekt

Cały Pakiet Wolności Akademickiej, będący formalnie nowelizacją ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce, liczy raptem trzy strony, które w dodatku w większości rozwijają i precyzują jedno tylko kluczowe zdanie. Proponuje się, by w artykule ustawy mówiącym o odpowiedzialności dyscyplinarnej nauczycieli akademickiej dopisać słowa: „Nie stanowi przewinienia dyscyplinarnego wyrażanie przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych”. Celem realizacji tej wolności ustawa przewiduje: automatyczne umorzenia już toczonych spraw dyscyplinarnych łamiących to założenie, a także procedurę odwoławczą do komisji dyscyplinarnej przy Ministrze Edukacji. Dodatkowo, ustawa nakłada nowe obowiązki na rektorów, którzy odtąd mają „zapewniać w uczelni poszanowanie wolności akademickiej”.

Podstawowy zarzut wobec ustawy to jej całkowita zbędność. Jak zauważył przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, prof. Zbigniew Marciniak, uczelnie już teraz dobrze radzą sobie z przypadkami naruszeń wolności słowa. Przypadki, na które powołuje się Ministerstwo (o których za chwilę) są incydentalne, zatem nie stanowią dostatecznego uzasadnienia tworzenia dla nich osobnej regulacji prawnej. Ponadto, dobrą praktyką jest rozwiązywanie tego rodzaju sporów wewnątrz uczelni, bez sięgania do zewnętrznego arbitra, zwłaszcza zlokalizowanego przy ministrze.

Po drugie, istnieje ryzyko, że wprowadzenie ustawy ograniczy autonomię uczelni, będącą – nawet w obowiązującej ustawie – fundamentem jej funkcjonowania. Szkoły wyższe nie będą miały prawa do zatrudniania osób wygłaszających kontrowersyjne sądy, ale taki obowiązek. Po trzecie, ustawa nadaje rektorom dodatkowe obowiązki „zapewniania poszanowania wolności”, ale nie daje im absolutnie żadnych instrumentów do realizacji tego zadania. Co jeszcze pogłębia zagrożenie dla autonomii: jeśli rektor odpowiada za coś, na co nie ma wpływu, to zewnętrzne organa uzyskują dodatkowy mechanizm nacisku na jego decyzje.

Wreszcie – i długofalowo to może mieć najpoważniejsze skutki – tak sformułowana ustawa zamazuje różnicę między tym, co naukowe, a co nienaukowe. Nigdzie w ustawie ani w obowiązującym porządku prawnym nie jest zdefiniowane, czym są „przekonania światopoglądowe czy filozoficzne”. Powstaje zatem uzasadniona obawa, że w ślad za tymi zapisami na uczelniach pojawią się płaskoziemcy czy antyszczepionkowcy. Politycy Prawa i Sprawiedliwości podczas posiedzenia komisji sejmowej bagatelizowali te obawy twierdzeniem, że to wydumany problem i żaden naukowiec nie jest tak głupi, by wierzyć w płaską ziemię. Cóż, taka wypowiedź świadczy albo o tym, że jej autor niewiele widział, albo o tym, że jest bardzo cyniczny.

Biedni, prześladowani homofobowie

Dlaczego zatem, pomimo jawnego oporu bezwzględnie całego środowiska akademickiego, Prawo i Sprawiedliwość tak mocno forsuje tę ustawę? Jest to w dużej mierze efekt lobbingu Ordo Iuris (które przygotowało pierwszą jego wersję) i głęboko zakorzenionego przekonania o prześladowaniu prawicy na uczelniach. W uzasadnieniach do ustawy polityce prawicy powtarzają tezę, jakoby przypadków „prześladowań” osób związanych z prawicą było w ostatnich latach kilkanaście, choć proszeni o konkrety, niemal zawsze wskazują tylko dwa nazwiska: prof. Ewy Budzyńskiej oraz prof. Aleksandra Nalaskowskiego. Są to przypadki różne, ale pokazują różne problemy, więc warto przyjrzeć się im bliżej.

Ewa Budzyńska z Uniwersytetu Śląskiego – po rocznym postępowaniu – ukarana została naganą za sądy wygłaszane podczas wykładów. Według studentów, którzy złożyli na nią donos, w trakcie zajęć z socjologii rodziny głosiła ona poglądy typu: „rodzina to zawsze związek kobiety i mężczyzny”, „aborcja to zawsze zabójstwo” oraz porównywała żłobki do obozów koncentracyjnych. Co ciekawe, w tej sprawie prawica wytoczyła najcięższe działa – nie tylko w obronie wykładowczyni stanęli prawnicy Ordo Iuris, ale do akcji przystąpiła również prokuratura, która prowadzi postępowanie w sprawie rzekomego przekroczenia uprawnień przez rzecznika dyscyplinarnego uczelni, prof. Ryszarda Koziołka.

Nalaskowski z kolei został zawieszony przez rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika za napisanie felietonu w tygodniku „Sieci” na temat marszów równości. Do opisu, jak obrzydliwy jest to tekst, wystarczy przytoczyć jego tytuł: „Wędrowni gwałciciele”. Ten przypadek jest o tyle trudniejszy do oceny, że jakkolwiek oburzający by ten tekst nie był, Nalaskowski popełnił go nie jako pracownik uczelni, ale jako osoba prywatna. Wydaje się jednak, że uczelnia powinna mieć prawo do dbania o swój wizerunek poprzez niezatrudnianie osób głoszących nienawistne poglądy, podobnie jak było w głośnym przypadku zwolnienia pracownika Ikei. Ostatecznie, ta sprawa dyscyplinarna zakończyła się umorzeniem, uporczywe przywoływanie jej w uzasadnieniu może zatem budzić zdziwienie.

W ostatnich dniach pojawił się jeszcze jeden przypadek, który zapewne będzie jeszcze wielokrotnie przytaczany: sąd w Kolonii skazał na karę grzywny ks. prof. Dariusza Oko, za publikację w piśmie „Theologisches” artykułu o domniemanej homoseksualnej mafii działającej w Watykanie. W obronie „wolności słowa” – jak zwykle – stanęło Ordo Iuris, które twierdzi, że został on skazany za przywołanie wypowiedzi papieży i kardynałów. To, czego Ordo Iuris w swoim apelu o uniewinnienie nie mówi, to fakt, że Oko użył w swoim artykule określeń takich jak „plaga”, „kolonia pasożytów” i „wrzód rakowy” [Krebsgeschwür].

Co ciekawe, więcej przypadków przytoczył wiceminister Włodzimierz Bernacki, będący twarzą tego projektu. Wymienił on między innymi sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Justyna Piskorskiego czy Jakuba Stelinę, którzy szczególnie po wyroku w sprawie aborcji spotykali się z ostracyzmem na zatrudniających ich uczelniach, a także Andrzeja Zybertowicza i Marka Migalskiego, którym odmówiono nadania – odpowiednio – profesury i habilitacji, rzekomo z powodu wyrażanych przez nich poglądów. Tyle tylko, że – jakkolwiek przynajmniej przypadek Zybertowicza, bo Migalski dostał habilitację później, zasługuje na poważną dyskusję – proponowana ustawa, zakazująca postępowań dyscyplinarnych, nie jest w stanie zmienić ich sytuacji.

Przykład prof. Nalaskowskiego pokazuje jednoznacznie, że nawet wypowiedzi, których trudno bronić, pozostają w dzisiejszym polskim szkolnictwie wyższym bezkarne. Jeśli nawet nazywanie homoseksualistów „tęczową zarazą” (ta fraza pada w jego niedługim felietonie pięciokrotnie) kończy się umorzeniem postępowania, to jasne jest, że skala problemu jest niewspółmierna do podjętych działań.

Zresztą, działania ministra Czarnka niezbicie dowodzą, że przeszkadza mu naruszanie wolności słowa tylko wtedy, gdy chodzi o poglądy homofobiczne i antyfeministyczne. W listopadzie ubiegłego roku wysłał on list do rektora Uniwersytetu Szczecińskiego, w którym domagał się ukarania prof. Ingi Iwasiów za skandowanie hasła „Wypierdalać” podczas Strajku Kobiet. Wcześniej, jeszcze jako wojewoda lubelski, zasłynął doniesieniem do prokuratury na dr. Grzegorza Kuprianowicza za to, że podczas obchodów rocznicy zbrodni wołyńskiej wspomniał o zamordowaniu Ukraińców przez Polaków w Sahryniu. Zupełnie inne jest też podejście Czarnka względem nauczycieli nieakademickich: nauczyciele biorący czynny udział w Strajku Kobiet spotykali się z zainteresowaniem podległych ministrowi kuratorów oświaty, z kolei dyrektor liceum w Łodzi, który zakazał uczniom posługiwania się błyskawicami w awatarach, został przez niego odznaczony medalem Komisji Edukacji Narodowej.

Makroproblem z mikroagresją

Fikcyjność obecnych zarzutów nie zmienia jednak faktu, że w bliższej lub dalszej przyszłości czeka nas poważna debata na temat wolności słowa na uczelniach, podobna do tej, która toczy się obecnie w Stanach Zjednoczonych. Nie jest tajemnicą, że wśród naukowców dominują osoby o poglądach liberalnych i lewicowych. Z polskiej perspektywy zaskoczeniem może być skala tego zjawiska: w Stanach Zjednoczonych w naukach społecznych ekonomia uchodzi za naukę konserwatywną i reakcyjną. Tymczasem wśród osób, które się nią zajmują, stosunek liczby osób popierających demokratów do zwolenników republikanów wynosi 5:1. W socjologii czy psychologii jest to 15 czy nawet 20:1. Samo w sobie nie stanowi to oczywiście problemu, choć można zadawać pytanie, czy tak jednolita grupa jest w stanie rzetelnie opisać wszystkie zjawiska społeczne. Dużo dyskutujemy w nauce o właściwej reprezentacji kobiet, osób innych ras czy nieheteronormatywnych, a prawie nigdy o reprezentatywności poglądów politycznych.

Jonathan Haidt i Greg Lukianoff w ważnej książce „The Coddling of the American Mind” opisali dziesiątki przypadków naruszania swobody wypowiedzi na amerykańskich uczelniach. Część głośnych przypadków jest trudna do obrony, tak jak odwoływanie pod wpływem protestów gościnnych wykładów Milo Yiannopoulosa, skrajnie prawicowego dziennikarza związanego z pismem „Breitbart”. Czasem jednak „cenzura” dosięga osób niemających nic wspólnego ze skrajnymi prawicowymi poglądami.

Trend ten umocnił się wraz z wejściem do dyskursu pojęcia „mikroagresji”, wywodzącego się pierwotnie z tak zwanej krytycznej teorii rasy [critical race theory]. Teoria ta głosi, że rasizm w społeczeństwie jest tak głęboko zakorzeniony, że jego przejawy mogą być niezauważane. Wskutek tego osoby czarnoskóre mogą doświadczać przejawów mikroagresji, polegających na krzywdzących gestach lub słowach. Tym, co różni mikroagresję od agresji „normalnej”, jest to, że liczy się w niej wyłącznie skutek, dochodzi do niej wtedy, gdy ofiara odczuje dyskomfort, niezależnie od tego, jaka była intencja sprawcy.

Jeden z najbardziej obrazowych przypadków opisanych we wspomnianej książce dotyczy uczelni Claremont McKenna College. Studentka o meksykańskich korzeniach napisała list do dziekan do spraw studenckich, w których dzieliła się swoim dyskomfortem, wynikającym z faktu, że niemal wszyscy Latynosi, jakich spotyka na uczelni, to pracownicy niewykwalifikowani jak na przykład sprzątacze. W odpowiedzi otrzymała list, że uczelnia usilnie pracuje nad tym, by dbać o studentów, szczególnie tych, którzy „nie pasują do modelu naszego studenta” [don’t fit our CMC mold]. Użycie tych niewinnych słów zostało odebrane jako sugestia, że ktoś może nie pasować do uczelni, co wywołało strajki studentów, które ostatecznie doprowadziły do odwołania dziekanki z piastowanej funkcji.

Haidt i Lukianoff łączą narastanie takich sytuacji z wejściem w dorosłość i życie studenckie pokolenia nazwanego przez Jean Twenge „iGen”, którego jedną z cech charakterystycznych jest wychowanie w kulturze „bezpieczniactwa” [safetyism]. Twenge przytacza w swojej książce, list studentów do władz jednej z uczelni, w którym formułują oczekiwanie, że uczelnia nie tyle dostarczy im rzetelnej wiedzy i przydatnych umiejętności, ile że będzie stanowiła dla nich dom. Skutkiem takiego podejścia jest nie tylko odwoływanie wykładów osób, których poglądy mogą urazić odczucia niektórych studentów, ale także rozpowszechnienie tak zwanych trigger warnings – ostrzeżeń, że prezentowane na wykładzie lub w książce treści mogą wywoływać traumy u niektórych osób. Takie ostrzeżenia formułowano między innymi względem powieści „Wielki Gatsby” Francisa Scotta Fitzgeralda czy większości twórczości Marka Twaina. Haidt i Lukianoff w swojej książce formułują uzasadnioną obawę, że jeśli będziemy odcinać studentów od nieprzyjemnych treści, główny cel nauki, jakim jest poszukiwanie prawdy, będzie niemożliwy do osiągnięcia.

***

W polskiej akademii tego rodzaju problemy są rzadkością, jeśli już się pojawiają, to częściej – odwrotnie niż na Zachodzie – dotyczą ataków prawicy na lewicę. Wystarczy tu przypomnieć chociażby sabotowanie wykładów Zygmunta Baumana przez wrocławską Młodzież Wszechpolską. Pokolenie iGen dorasta jednak także u nas i dobrze byłoby, gdybyśmy na dyskusję o jego potrzebach i zagrożeniach wynikających z realizacji tych potrzeb dyskutowali zawczasu. Oczywiście, postulowana ustawa na te problemy w żaden sposób nie odpowiada, raczej wygeneruje inne.

Trzeba też pamiętać, że granica między tym, co na uczelni wypada mówić, a czego się nie powinno, zawsze jest płynna. Kilka lat temu Szkoła Główna Handlowa gościła w swoich progach ówczesnego prezydenta Republiki Czeskiej, Vaclava Klausa. Wizyty głów państw w murach uczelni zawsze mają istotny wymiar prestiżowy, mogą też być przyczynkiem do dyskusji czysto akademickiej. Tamto spotkanie miało dość niespodziewany przebieg. Zamiast – jak oczekiwali obecni na wykładzie studenci i zapraszające go władze uczelni – opowiedzieć o dyplomacji czy o stosunkach polsko-czeskich, Klaus zajął się reklamowaniem swojej książki, w której podważa naukowy konsensus na temat globalnego ocieplenia. Zagrożenia powielania poglądów sprzecznych z wiedzą naukową czyhają z każdej strony.