W Polsce nie ma żadnego istotnego środowiska, które myśli o polexicie

Jakub Bodziony: Będzie weto?

Witold Waszczykowski: Ta decyzja nie zależy od nas, tylko od tego, czy propozycja niemiecko-komisyjna będzie zmodyfikowana zgodnie z prawem europejskim. Jej obecny kształt taki nie jest, co podkreślamy wspólnie z Węgrami. List w podobnym tonie wystosował również prezydent Słowenii. W tej chwili piłka jest po stronie niemieckiej prezydencji, która powinna wykonać mandat, jaki został powierzony jej i Komisji na lipcowym szczycie Rady Europejskiej.

W jaki sposób obecna propozycja łamie prawo europejskie?

Po pierwsze, ustala dodatkowe, pozatraktatowe warunki rozdysponowania funduszy europejskich. Obecnie jest to wielkość PKB i wielkość ludności danego kraju, nic więcej. Lipcowa Rada zgodziła się, że można ochronić jeszcze fundusze europejskie poprzez nałożenie pewnego parasola ochronnego dotyczącego sposobu wydatkowania, ochrony antykorupcyjnej, defraudacyjnej – tak żeby fundusze te mogły być jeszcze rozliczane i monitorowane przez Trybunał Obrachunkowy UE. Propozycja związana z rozszerzeniem mechanizmu praworządności daleko wykracza poza te ramy.

Ale to nie jest łamanie istniejącego prawa, tylko wprowadzenie nowego rozwiązania, które nie jest niezgodne z istniejącym prawem.

Jest, bo w traktacie nie ma takiego warunku, nie ma również definicji praworządności. Więc jeśli miałby być nowy warunek i nowa definicja praworządności, to trzeba zmienić traktat. To chyba oczywiste.

Nie ma pan wrażenia, że europejska polityka 38-milionowego kraju jest obecnie podporządkowana partii, która ma 2 procent poparcia? Zbigniew Ziobro nadaje ton całemu rządowi. 

Nie, dlaczego? To jest polityka, którą myśmy realizowali jeszcze od czasu Beaty Szydło. Odrzucaliśmy wszystkie zarzuty Komisji Europejskiej i Fransa Timmermansa, wtedy broniliśmy naszych reform Trybunału Konstytucyjnego. Potem nastąpiła zmiana rządu. Nowy rząd poszedł bardziej ugodową drogą i nabrał się na kompromisową propozycję KE. Doszło do kilku nowelizacji, reform wymiaru sądowniczego.

Marionetkowy Trybunał Konstytucyjny, z częściowo nielegalnym składem, dalej wydaje orzeczenia. Jednak wydaje mi się, że to nie jest prosty powrót do linii rządu Beaty Szydło. Nie po raz pierwszy nasza polityka zagraniczna jest wypadkową sytuacji wewnętrznej i kryzysu w obozie Zjednoczonej Prawicy. 

Kategorycznie nie zgadzam się z taką obraźliwą oceną Trybunału Konstytucyjnego. Kryzys to pan widzi. Czy rząd upadł? Jest jakaś rekonstrukcja? Coś się stało? PiS straciło większość w Sejmie? Było pewne zawirowanie w dyskusjach związanych z „piątką dla zwierząt”, ale wszystko się uspokoiło.

Zawsze są ups and downs, ale są trzy lata do wyborów. W obecnej chwili robienie sondaży to wyrzucanie pieniędzy.

Wróćmy do polityki europejskiej. Premier Morawiecki w lipcu świętował sukces po szczycie Rady Europejskiej, gdzie ustalony był mechanizm praworządności, a teraz sam sprzeciwia się jego ustaleniom.

Po pierwsze, zwycięstwo polegało na tym, że budżet został przyjęty w rozszerzonej formie, niż to zakładała tak zwana grupa skąpców z Holandią na czele. Po drugie, uchwalono Fundusz Odbudowy, który ma wynosić ponad 700 miliardów, co daleko wykracza poza propozycje Komisji. Wstępne założenia budżetowe i wstępne przymiarki do tego przydziału były bardzo korzystne dla Polski. I po trzecie, zakładano, że dojdzie do stworzenia formuły kontroli praworządności, ale opartej tylko o zasady dotyczące bezpieczeństwa finansowego tych funduszy. Niestety, w trakcie ostatnich miesięcy zaczęto interpretować to inaczej, no i jest problem.

Co to znaczy?

Rozszerzono formułę praworządności, która dzisiaj ma obejmować kwestie społeczne i obyczajowe. Chce się rozliczać, czy w krajach europejskich są małżeństwa LGBT.

Ale gdzie to jest zapisane? Nikt nie może narzucić Polsce legalizacji małżeństw homoseksualnych, przecież pan to wie.

Proszę przeczytać wrześniowy raport Komisji Europejskiej na temat przestrzegania praworządności w krajach członkowskich. Podnosi się tam na przykład fałszywy zarzut o strefach anty-LGBT.

Czytałem ten raport i jego znacząca część dotycząca Polski koncentruje się na reformach sądownictwa, stosunku władz do mediów i walki z korupcją.

Tam się wymienia kilkanaście, kilkadziesiąt zasad, które są bardzo niejasno sformułowane. To oznacza, że Komisja będzie je mogła swobodnie interpretować. Poza tym, jak KE może oceniać reformę sądownictwa, jeśli UE nie ma żadnych prerogatyw, żeby zajmować się wymiarem sprawiedliwości państw członkowskich?

Komisja ma takie prerogatywy jako tak zwana „strażniczka traktatów”, w których zapisana jest kwestia praworządności. W tej sprawie działał również Trybunał Sprawiedliwości UE, który interweniował w sprawie KRS czy reformy Sądu Najwyższego. 

Ale przecież mówię panu, że nie ma jednej ustalonej definicji praworządności – w każdym państwie członkowskim wymiar sprawiedliwości wygląda inaczej. Komisja i żadna inna instytucja UE nie ma uprawnień, żeby zajmować się wymiarem sprawiedliwości, bo jest on poza traktatami.

Jeśli kontrola praworządności będzie dotyczyć formuły wydawania funduszy i będzie to pod kuratelą Trybunału Obrachunkowego, to myślę, że jesteśmy w stanie to zaakceptować. Natomiast na tę szeroką formułę nie możemy się zgodzić.

Czyli kwestią sporną tutaj nie jest stricte kwestia praworządności, a jedynie jej doprecyzowanie?

Kwestią sporną jest sposób funkcjonowania Komisji, instytucji europejskich. Czy Komisja, jak głosi definicja, jest strażniczką traktatów, czy ma prawo zawłaszczać sobie, uzurpować władzę nad demokratycznymi państwami?

Przecież to nie KE będzie decydować o ewentualnym wstrzymaniu funduszy ze względu na łamanie praworządności, tylko państwa członkowskie. Mamy więc zapowiedź weta ze strony Polski i Węgier, jest również sygnał ze strony Holandii i Francji, że chętne państwa będą mogły obejść ten sprzeciw za pomocą umowy międzynarodowej, która będzie wykluczać Warszawę i Budapeszt. 

No to proszę spróbować to zrobić. Wie pan, skąd mają pochodzić pieniądze na Fundusz Odbudowy?

Ze wspólnego długu, który miałby zostać zaciągnięty w imieniu państw członkowskich.

Skąd mają mieć pieniądze na ten fundusz? Wie pan czy pan nie wie?

Z kredytu zaciągniętego na rynkach finansowych. 

Ano właśnie, mają być pożyczone i mają być zdobyte przez podatki. I kto ma to zrobić?

Miała to zrobić Komisja Europejska, której odpowiednie uprawnienia nadałyby jej państwa członkowskie. Pan pozwoli, że ja tu będę zadawał pytania.

Żeby powstał taki fundusz, Komisja musi zdobyć pieniądze poprzez pożyczki i podatki. Aby dostać pozwolenie na zaciąganie pożyczek i podatki, wszystkie państwa UE muszą się na to zgodzić i musi to być ratyfikowane przez 27 parlamentów, dlatego że potem te pożyczki trzeba będzie spłacać. Więc nie ma możliwości, żeby Komisja uzyskała mandat od części państw, zaciągała pożyczki, a potem cała Unia je spłacała.

Dlatego mówię, że te państwa dogadają się same i nie muszą tego robić z pomocą Komisji Europejskiej. Ten dług będzie zaciągnięty w ramach 25 krajów.

Bardzo proszę, niech spróbują. Nie będzie to wtedy fundusz unijny, gwarantowany przez całą Unię. Istnieje wiele grup państw wewnątrz UE, które ze sobą współpracują, na przykład kraje Beneluksu, Trójmorze czy Grupa Wyszehradzka. Też możemy stworzyć swój fundusz.

Tak, widziałem propozycję wiceministra Janusza Kowalskiego, który stwierdził, że możemy zorganizować podobny fundusz w ramach V4. Problem w tym, że cała grupa Wyszehradzka ma PKB mniejsze od Niemiec, poza tym Czesi i Słowacy nie wspierają nas w tym sporze. 

Na razie to science fiction. Od lat jesteśmy straszeni, że fundusze europejskie nie zostaną nam przyznane, bo twierdzi się, że traktujemy Unię jak bankomat. Wy też okłamujecie społeczeństwo, bo twierdzicie, że musimy przestrzegać jakichś norm, bo inaczej nie dostaniemy pieniędzy z UE.

Przepraszam, ale kto okłamuje społeczeństwo? Pan wyraża tak ogólne oskarżenia, że trudno na nie odpowiedzieć.

Mówię o części mediów, która nie tłumaczy, że fundusze europejskie to rekompensata za otwarcie naszych rynków jeszcze na początku 90., kiedy staliśmy się krajem stowarzyszeniowym. Kraje zachodnie zarabiają na tym ogromne pieniądze, więc to jest czysty ekonomiczny deal, który zakłada, że słabszym gospodarkom refunduje się straty.

To nie jest rekompensata, bo nasze firmy również w ogromnym stopniu korzystają z dostępu do wolnego rynku. Fundusze spójności nie pełnią takiej roli. 

No, niestety pełnią.

Nie, to jest pana interpretacja.

Przepraszam, ale ja jestem wykładowcą tych rzeczy, m.in. w programie Erazmus, zapraszam na moje studia i pan się dowie.

Pan wybaczy, ale już jestem po studiach i nikt nie uczył mnie podobnych tez. 

Nie mogli tego nauczać inaczej, widocznie pan źle usłyszał. Fundusze europejskie są rekompensatą za niekorzystny bilans handlowy, który mamy z większością krajów zachodniej Europy. Jest to normalny układ ekonomiczny związany tylko z PKB. Jeśli on jest poniżej średniej, to się kwalifikujemy, by dostać fundusze i wtedy rozmiar tych funduszy zależy od populacji – i nic więcej, proste.

To nieprawda, bo bilans dodatni mamy chociażby w handlu z Francją i Holandią. Wróćmy na polskie podwórko, jak pan ocenia ostatnie sejmowe wystąpienie premiera Morawieckiego? 

Bardzo dobrze. Pryncypialnie, jasno określił nasze interesy i jasno zapowiedział, czego oczekuje od Unii. To jest instytucja, która pomaga państwom, a nie odwrotnie — że państwa służą jakiejś biurokracji.

Szczerze mówiąc, gdybym, po treści samego wystąpienia, miał zgadywać, kto przemawia, to wytypowałbym raczej Zbigniewa Ziobrę, a nie Mateusza Morawieckiego.

To są członkowie tej samej koalicji, więc nic dziwnego, że mówią jednym głosem. Minister Ziobro gratulował premierowi Morawieckiemu.

Problem jest chyba w tym, że Mateusz Morawiecki stał się zakładnikiem retoryki Solidarnej Polski. 

Nie, to nadinterpretacja. Ta sama retoryka była używana w czasie rządów pani premier Beaty Szydło. Także w różnych materiałach, wypowiedziach i dokumentach programowych rządu Beaty Szydło przedstawialiśmy taką właśnie wizję Unii Europejskiej. Proszę sobie posłuchać chociażby jej wystąpienia z stycznia 2016 roku w Parlamencie Europejskim, kiedy w ten sposób broniła sposób naszych praw do reformy Trybunału Konstytucyjnego.

Zdjęcie: Andrzej Rembowski, źródło: Pixabay

Czy pana nie martwi ten obrazek, na którym umiarkowanie eurosceptyczna partia prawicowa pod wpływem niewielkiej frakcji radykałów zaczyna mówić o tym, że nasz naród powinien stawiać na siebie, a nie brukselskich biurokratów? Już to gdzieś słyszeliśmy. 

Nie ma żadnych tendencji antyeuropejskich w żadnych dokumentach programowych Zjednoczonej Prawicy.

W brytyjskiej Partii Konserwatywnej również nie było takich zapisów. 

Sam Boris Johnson parł twardo do brexitu, poza tym była tam silna partia UKIP, której nadrzędnym celem było wyjście Wielkiej Brytanii z UE.

Ale u nas istnieje Konfederacja, w której politycy wielokrotnie mówili o tym, że członkostwo Polski w UE szkodzi nam w większym stopniu, niż na nim zyskujemy. 

To jest zlepek różnych ugrupowań bez wspólnej i całościowej wizji programowej.

To samo mógłbym powiedzieć również o Zjednoczonej Prawicy. Poza tym, konfederaci przez dłuższy czas utrzymywali poparcie na poziomie 10 procent. 

Powtarzam, nie ma żadnej wiodącej partii z ciągotami antyeuropejskimi, dlatego że jest zupełnie inne podejście u nas niż na Wyspach. My traktujemy UE jako rozwiązanie geopolityczne, kulturowe. Pieniądze są ważne, ale nie są jedynym wyznacznikiem. Przez całe lata zakładaliśmy chęć powrotu do Zachodu, nie chcieliśmy budować żadnej trzeciej drogi. Natomiast możemy dyskutować, jak ma wyglądać przyszłość UE, obszaru transatlantyckiego, członkostwo Polski w Unii. To nie ma nic wspólnego z polexitem.

Czyli pan do tego rozwiązania nigdy by nie ręki nie przyłożył? 

Nie ma takich propozycji, więc…

Mówię o scenariuszu, który może zrealizować się w przyszłości.

W TVN-ach i TOK FM-ach są różni wariaci, którzy ciągle straszą polexitem. Wszędzie znajdzie się jakiś artykuł o polexicie.

To ciekawe, bo ja na przykład pamiętam wypowiedzi Pawła Lisickiego w „Do Rzeczy”, kiedy twierdził, że jeżeli Unia Europejska zacznie nam narzucać „ideologię LGBT”, to należy rozważyć polexit. O tym, że jak najbardziej powinniśmy przemyśleć możliwość wyjścia z Unii, mówi redaktor naczelny jednego z największych konserwatywnych tygodników.

Tam nie pada żadne zdanie o wyjście z Unii. Nie ma w Polsce żadnego istotnego środowiska, które myśli o polexicie.

Przed chwilą podałem panu przykład.

Nie ma tam żadnej dyskusji o polexicie. Pan się zachowuje jak dziennikarz „Wyborczej” albo TOK FM.

Właśnie zacytowałem panu tekst, który do tego zachęca.

Lisicki mówi o tym, że trzeba przeanalizować formę naszego uczestnictwa. Nie padają tam żadne słowa „polexit” i „opuszczenie UE”.

Nie, Lisicki sugerował dyskusję o opuszczeniu UE, co wynika wprost z jego wypowiedzi. Na koniec chciałbym zapytać pana o to, gdzie jest minister spraw zagranicznych? Bo podobnie jak w przypadku Jacka Czaputowicza, tak i w przypadku Zbigniewa Raua umyka mi jego aktywność. 

Chce pan powiedzieć, że tęskni pan za Waszczykowskim?

Panie ministrze, proszę mnie nie zmuszać do zbytniej empatii.

Kiedy wychodziłem z rządu, postanowiłem sobie, że nie będę krytykował kolegów. Jak się jest ministrem, to takie oceny potrafią być bolesne. Pamiętam, jak w 2017 roku różne osoby łaziły po mediach i na każde pytanie o rekonstrukcję sypali nazwiskami. Ja na ten temat nie będę dyskutował.

Jacek Czaputowicz już nie jest w rządzie, więc w tym wypadku może pan powiedzieć coś więcej.

Dostał na tacy kilka rozwiązań, kwestie bezpieczeństwa Polski zostały rozstrzygnięte w czasie rządów premier Szydło. Wtedy zapadły decyzje dotyczące NATO o rozlokowaniu grup batalionowych. Przekonaliśmy Baracka Obamę do tego, żeby wrócił do budowy tarczy antyrakietowej i żeby zlokalizować tutaj brygadę, a Donalda Trumpa przekonaliśmy do poparcia Trójmorza. Udało mi się zdobyć poparcie wszystkich krajów świata w ONZ dla naszego udziału w Radzie Bezpieczeństwa. Minister Czaputowicz dostał więc komfortową sytuację, miał instrumenty do realizacji naszej wizji. Natomiast proszę mnie zwolnić z komentowania tego, jak z tego wybrnął.

Wie pan, że milczenie też jest elementem recenzji. Gdyby poszło mu bardzo dobrze, to nie szczędziłby pan raczej słów pochwały. 

Nie chwalę, nie krytykuję ani nie wystawiam cenzury.

Wiele osób twierdzi, że PiS traktuje UE jak bankomat, pan temu zaprzeczył. Jaka więc jest wizja Unii z pana perspektywy?

Uważamy, że Unia powinna funkcjonować jako instytucja, która ma pomagać państwom w rozwoju społeczno-gospodarczym. Jej największym osiągnięciem jest wspólny rynek i swoboda przepływu usług, towarów, pracowników i kapitału. Istotną wartością jest też pewna standaryzacja czy uproszczenie procedur wymiany handlowej. Natomiast, od jakiegoś czasu UE ma ambicję, żeby stać się machiną polityczną czy tworem federacyjnym. To jest problem, ponieważ nie ma demokratycznego kryterium, które decydowałoby o zarządzaniu taką organizacją. Parlament Europejski jest niewystarczający, a partie, które się tam znajdują, nie operują na szczeblu narodowym. Nie udało się stworzyć tego politycznego centrum, które mogłoby tym efektywnie zarządzać.

Pan mówi, że brakuje tego politycznego centrum. Wydaje się jednak, że my nie aspirujemy do bycia w centrum, a znajdujemy się na marginesie. Symbolem tego jest zarówno obecna sytuacja, jak i słynne głosowanie 27:1 podczas wyborów na przewodniczącego Rady Europejskiej.

To nie było 27 przeciwko Polsce, tym jednym to byli Niemcy. Kanclerz Merkel już w Bundestagu, dzień przed szczytem Rady, ogłosiła, że Donald Tusk będzie przewodniczącym na drugą kadencję.

Przecież wielu innych przywódców przyznawało przed głosowaniem, że to dobra kandydatura.

I co z tego? Niech pan zapyta teraz tych przywódców europejskich, czy komukolwiek to pomogło w Europie. Ponadto, sam publicznie domagał się niekorzystnych rozwiązań dla naszego kraju, związanych z przyjmowaniem imigrantów.

Przewodniczący Rady Europejskiej nie występuje w imieniu swojego kraju, tylko UE.

To w czyim imieniu występował Tusk publicznie przeciwko rządowi polskiemu? Widział pan innego polityka niemieckiego, który krytykuje niemiecki rząd? Pani Ursula von der Leyen wystąpiła z krytyką niemieckich rozwiązań?

Jest na tym stanowisku krótko, zobaczymy.

Już rok, od grudnia. Nie zalecam wszczynania tych dyskusji.

To pan zaczął dyskusję o Tusku.

Nie, to pan mówił o 27:1, musiałem wyjaśnić.

Oczywiście, ja powiedziałem, że Beata Szydło przegrała głosowanie, a pan powiedział, że nie było takiego głosowania. 

Byłem wtedy ministrem i wiem, jak wyglądała ta Rada. Pan się zachowuje znowu jak w TOK FM. Mówię panu, jak wyglądały dane negocjacje, bo brałem w nich udział, a pan opowiada mi, że wcale nie, bo sobie pan przeczytał w „Gazecie Wyborczej”.

Nic takiego nie powiedziałem, panie ministrze, ani razu nie powołałem się na „Gazetę Wyborczą”. 

Ale pan się zachowuje zgodnie z narracją tego typu mediów.

Problemem dużej części polityków PiS-u jest to, że jeżeli ktoś nie zgadza się z obowiązującym partyjnym przekazem, to jest albo z „Gazety Wyborczej”, albo z TOK FM. Przykro mi, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Pan usilnie kwestionuje fakty, które panu przedstawiam jako uczestnik tamtych wydarzeń. 27 państw przegrało z panią Merkel, która miała swojego faworyta i zapowiedziała to dzień przed wyborami. Polskim kandydatem był Jacek Saryusz-Wolski. Pytanie, czyim kandydatem był Tusk, zostawiam bez odpowiedzi.

Kaczyński jak Joker

Od czwartkowego wyroku Trybunału Konstytucyjnego na ulicach setek polskich miast, od największych, przez takie miejscowości jak Zakopane, Garwolin, Nowy Dwór Mazowiecki i Kraśnik, dochodzi do masowych protestów społecznych. W poniedziałek na kilka godzin zostały zablokowane ulice największych aglomeracji.

Sytuacja pozostawała bez komentarza władz, aż do wtorku, kiedy wystąpili Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński. Z wypowiedzi Morawieckiego wynikało, że kobiety de facto nie wiedzą, dlaczego protestują –  więc premier musi im wytłumaczyć, że nie warto. Jednak Kaczyński zachował się jak chuligan, który pożar postanowił gasić benzyną.

We wtorek wieczorem Kaczyński wystąpił z przemówieniem, którego decorum przypominało ogłoszenie stanu wojennego przez Wojciecha Jaruzelskiego. Polityk oskarżył protestujących o chaos w państwie. Kaczyński ani razu nie odniósł się do powodów, dla których kobiety protestują w całym kraju. Stwierdził tylko, że w związku z pandemią „te demonstracje będę kosztowały życie wielu ludzi”, a „ci którzy do nich wzywają, ale także ci, którzy w nich uczestniczą, sprowadzają niebezpieczeństwo społeczne, a więc dopuszczają się poważnego przestępstwa”.

Kaczyński nie jest mężem stanu. Pogardza on dobrem obywateli oraz państwa, które targane jest zdrowotnym i gospodarczym kryzysem. Dzisiaj Kaczyński to Joker, który po prostu „lubi, jak świat płonie”.

Jakub Bodziony

Jednak chwilę później zaprzeczył sobie i zamiast tonować nastroje, namawiał swoich zwolenników do wyjścia na ulicę i „obrony kościołów za wszelką cenę”. W przeszłości niektórzy publicyści na wyrost nazywało PiS „katotalibanem”, ale w tym przemówieniu Kaczyński sam wszedł w rolę nacjonalistycznego, religijnego przywódcy, który podkreślał, że „moralność Kościoła, jest jedynym system wartości, który jest w Polsce powszechnie znany”. Prezes dodał, że protestujący wyglądają na „zbyt dobrze wyszkolonych”, a ich „akcje są bardzo dobrze skoordynowane”. Miało to sugerować ich niejasne powiązania, ale sprawiało dość paranoiczne wrażenie, skoro wielu z protestujących to po prostu rodzina i znajomi odbiorców przemówienia.

Wystąpienie Kaczyńskiego mnie zmroziło. W czasie mojego życia nie potrafię sobie przypomnieć bardziej nieodpowiedzialnego i destrukcyjnego działania członka rządu i osoby w rzeczywistości kierującej państwem. Niepojęte jest dla mnie, jak skrajnie cynicznym politykiem trzeba być, żeby najpierw za pomocą marionetkowego Trybunału Konstytucyjnego naruszyć aborcyjne status quo, a potem sprowokować jeszcze większy konflikt społeczny, zupełnie dezawuując setki tysięcy osób, które wyszły na ulice w całym kraju.

Dzisiaj ludzie walczą o swoje prawa obywatelskie. Wicepremier Kaczyński z pewnością był w pełni świadomy tego, że jego słowa zmotywują kolejne tysiące, które będą demonstrować po obu stronach, co sprawia, że jeszcze bardziej rośnie ryzyko kolejnych zakażeń. To on poniesie polityczną odpowiedzialność, jeżeli za dwa tygodnie ludzie będą umierać na szpitalnych korytarzach, skoro już teraz respiratory są na wyczerpaniu, a karetki stoją w wielogodzinnych kolejkach na izbę przyjęć.

Reakcje widać już teraz. Przemówienie Kaczyńskiego rozwścieczyło przeciwników PiS-u, którzy gromadzą się na ulicach. W chwili, gdy piszę te słowa, trwają kolejne protesty, a ich uczestnicy wykrzykują antyrządowe i antykościelne hasła. W poniedziałek w Warszawie doszło do starć pomiędzy faszystowskimi bojówkami ONR-u i protestującymi aktywistami. We wtorek w Gdyni jeden z uczestników protestów w obronie praw kobiet został zaatakowany przez nożownika i z ranami głowy trafił do szpitala.

W odpowiedzi Strajk Kobiet na swoich profilach w mediach społecznościowych podał adresy i numery telefonów osób, które były zaangażowane w rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego oraz prawicowych bojówkarzy. Fakt, że te dane były rozklejane w internecie przez prywatne osoby, nie zmienia tego, że udostępnianie ich przez organizatorów protestów może doprowadzić do kolejnych rękoczynów – należy temu zapobiegać. Chociaż wpis został szybko skasowany, to takie zachowanie jedynie eskaluje spiralę agresji, którą z lubością nakręca Kaczyński.

Nie można jednak porównywać działań aktywistów do tego, co zrobił prezes PiS. Jako szef komitetu bezpieczeństwa w rządzie to sprawuje nadzór nad resortami siłowymi i to jego słowa wpływają na tysiące, jeśli nie miliony osób. To on przez niektórych wciąż jest uważany za męża stanu. To przemówienie powinno być ostateczną cezurą dla takich ocen. Kaczyński nie jest mężem stanu. Pogardza on dobrem obywateli oraz państwa, które targane jest zdrowotnym i gospodarczym kryzysem. Dzisiaj Kaczyński to Joker, który po prostu „lubi, jak świat płonie”.

Zasadnicza część wystąpienia Kaczyńskiego była poświęcona Kościołowi. Dlatego protestujący nie powinni dać się sprowokować tym słowom. Marzeniem PiS-u byłoby uczynienie siebie obrońcą Kościoła, a demonstrujących jego wrogami. W ten sposób Kaczyński mógłby zrzucić odpowiedzialności za obecną sytuację na innych. Skierowanie protestów przeciwko kościołom mogłoby przechylić szalę społecznej sympatii na korzyść władzy. Jeśli protestujący chcą wyrazić swój sprzeciw wobec postawy hierarchów w tej sprawie, to w obecnej sytuacji lepiej skupić się na władzach instytucji, którzy ponoszą odpowiedzialność za jej politykę, a nie na zwykłych księżach i parafiach. Jednak zarówno jutrzejszy strajk, jak i kolejne manifestacje w obronie praw kobiet powinny być wycelowane tylko w jednym kierunku – w Jarosława Kaczyńskiego i jego partię.

[Polemika] Studia queer jak chłopiec do bicia

Trudno byłoby odpowiedzieć na każdy nieczuły osąd, nietrafioną krytykę i udające pytania słowa potępienia składające się na tekst Magdaleny Grzyb „Margot a sprawa kobiet. Szczęśliwie, nie muszę tego robić: doskonałej repliki wobec tego typu wypowiedzi (a przecież nie jest ich mało) dostarczyła już kilka tygodni temu na łamach „Dwutygodnika” Agata Sikora. Dlatego też pozwolę sobie tutaj na znacznie bardziej ograniczoną odpowiedź, skupioną wokół pewnego charakterystycznego przeinaczenia, którego dopuściła się Grzyb: jej charakterystyki studiów queer, które od kilku lat stanowią jeden z głównych przedmiotów mojego akademickiego zainteresowania i pracy.

Jak ośmieszyć queer

Według Magdaleny Grzyb, opierają się one na trzech założeniach: że „istnieje płeć społeczno-kulturowa (gender) i że nie ma ona związku z płcią biologiczną (sex) danej jednostki”, że „kluczowe dla określenia naszej płci społeczno-kulturowej nie są nasze cechy somatyczne, ale nasza autoidentyfikacja”, że „istnieje w społeczeństwie jasno określony binarny, czyli dychotomiczny podział na dwie płcie, w znaczeniu gender, czyli jasno określone cechy i role męskie i żeńskie”. Chociaż założenia te niewiele mają wspólnego z treściami możliwymi do znalezienia w przepastnej i wewnętrznie zróżnicowanej dziedzinie studiów queer, to znam je dość dobrze. To intelektualne karykatury, funkcjonujące przynajmniej od połowy lat 90, których funkcją jest nie tyle krytyka czy dialog, ale ośmieszenie studiów queer jako najnowszego wydania „modnych bzdur”.

Ich przykra skuteczność bierze się stąd, że, jak większość uproszczeń, są one łatwe do wypowiedzenia w przestrzeni publicznej, brzmią mocno i zawierają w sobie wystarczająco wiele odniesień do materiału, który parodiują, żeby sprawić wrażenie, że osoba, która je wypowiada, wie, co mówi. Znacznie trudniejsze jest udzielenie na nie odpowiedzi. W rzeczywistości studia queer to próba skomplikowania opozycji między pojęciami sex i gender. Grzyb twierdzi, że według studiów queer „płeć społeczno-kulturowa nie ma związku z płcią biologiczną”. Warto zaznaczyć, że przyjęte w Polsce tłumaczenie i rozróżnienie na płeć biologiczną oraz płeć kulturową jest wysoce niefortunne i utrwala różnicę, którą studia queer kwestionują. Nie zawsze jesteśmy w stanie rozgraniczyć między tym, co zawiera się w płci „biologicznej”, a tym, co w niej „kulturowe”. Studia queer to podejście w humanistyce i naukach społecznych, które przywiązane jest do niepewności, niejednoznaczności, do namysłu nad sposobami tego, jak pojęcia, którymi posługujemy się celem opisywania przestrzeni płci i seksualności, świat ten stwarzają. To fascynująca przestrzeń refleksji, ale często głęboko nieintuicyjna i nieprzystępna. Dlatego też zamiast próbować wytłumaczyć wszystkie powody, dla których opis studiów queer autorstwa Magdaleny Grzyb jest kompletnie mylny, warto zastanowić się, jaką funkcję pełni on we frontalnym ataku na Margot i osoby ją wspierające.

Margot chochołem

Margot trudno opisać jako teoretyczkę queer głęboko zanurzoną w akademickim żargonie, nie wydaje mi się też, żeby większość osób stających za nią murem robiło to w poczuciu jakiegokolwiek zaangażowania w akademickie studia queer. Z drugiej strony wojny kulturowej też niewiele widać zainteresowania tą tematyką: mało prawdopodobne jest, żeby Zbigniew Ziobro czy arcybiskup Marek Jędraszewski byli uważnymi czytelnikami Eve Kosofsky-Sedgewick, Lauren Berlant albo Jacka Halberstama. Po co więc w tym wszystkim Magdalenie Grzyb są studia queer?

Poza byciem wygodnym chłopcem do bicia, pełnią w jej eseju funkcję ważnego kontrastu, w opozycji do którego wypowiada ona swoją intelektualną postawę: mówienia „brutalnej prawdy”. Chodzi tutaj o stwierdzenia, które poprzez odniesienie do pewnej intuicyjnie rozumianej rzeczywistości „taką, jaką jest”, mają uzyskać status niemożliwych do zakwestionowania. Oto kilka z nich: Margot to osoba określona jako mężczyzna przy urodzeniu, nie przechodzi medycznej tranzycji i jest w związku z kobietą: nie jest więc LGBT. Transseksualiści przechodzą terapię hormonalną, nie są więc niebinarni. Studia queer nie dadzą wytchnienia kobiecie pracującej na dwa etaty (ten oficjalny i ten domowy) w Jeleśni koło Żywca.

Siła tych stwierdzeń opiera się na ich oczywistości, a właściwie to na ich łatwej banalności. Podobnie jak w przypadku ataku na studia queer, odpowiedź na nie wymagałaby znacznie więcej wysiłku i troski niż rzucenie ich w środek i tak zaognionej debaty. Bo przecież łatwiej jest zrozumieć komuś, że skoro Margot ma penisa, a jej partnerka nie, to żadnej gejowskości w tym nie ma, niż wytłumaczyć, że sam skrót LGBT jest skomplikowanym uproszczeniem, że nie jesteśmy do końca pewni, jak zdefiniować każdą z jego literek. Równie skomplikowane jest objaśnienie tego, że są osoby trans, które z rozmaitych przyczyn nigdy nie będą przechodziły medycznej albo prawnej tranzycji. Tak samo jak są osoby niebinarne, które taką tranzycję (często łącznie z korektą chirurgiczną) chcą przejść, ale w żaden sposób nie zmienia to ich braku identyfikacji z „nową” płcią. Wreszcie, nawet zakładając, że Margot „rzeczywiście” jest mężczyzną, to istnieją osoby biseksualne, o których też warto pamiętać.

Przeciwko intelektualnemu okrucieństwu

Tylko że tego typu tłumaczenia łatwo jest oskarżyć potem o rozmydlanie granic, o odwracanie oczu od tego, co „rzeczywiście istotne”, podczas gdy prawda, jaka jest, każdy widzi. W przestrzeni sztuki, amerykańska myślicielka i autorka Maggie Nelson określa taką postawę jako „okrutną”. Opiera się ona na założeniu, że istnieje pewna pierwotna, naturalna prawda o świecie, do której dostęp możemy uzyskać, jeśli pozbędziemy się typowej dla nowoczesnego społeczeństwa obłudy, ambiwalencji, tendencji do ukrywania się za wygodnym fałszem zamiast konfrontowania się z prawdą w całej jej brutalności. W takim „okrutnym” podejściu kluczowa jest właśnie niechęć wobec wszelkiej niejednoznaczności i niepewności, wobec każdej próby komplikacji oglądu świata, która z miejsca podejrzewana jest o próbę tego oglądu zafałszowania.

Takie „okrucieństwo” ma swój urok. Wątpliwości, namysł nad przypadkami granicznymi, niepewność: to dość frustrujące zjawiska. Przedstawienie ich jako rodzaju obłudy, który ustąpi, jeśli tylko otworzyć oczy na świat w całej jego brutalnej prawdzie, jest atrakcyjne. Własna niechęć do żmudnej i frustrującej pracy, empatii i zrozumienia staje się w takim wypadku cnotą wytrwałości, heroicznym odrzuceniem pokusy konformizmu.

Poza oczywistą intelektualną płytkością tego podejścia, problem z „brutalną prawdą” leży w tym, że często zdaje się ona bardziej zainteresowana „brutalnością” niż „prawdą”, mocnymi stwierdzeniami, ostrymi oskarżeniami, pewnym siebie ignorowaniem kolejnych to „złudzeń”, którym poddaje się łatwy do zmanipulowania aktywistyczny tłum. Taka „brutalność” jest rzeczywiście dużo bardziej atrakcyjna niż niewdzięczny, frustrujący i często nieprzynoszący wymiernych korzyści trud zrozumienia ludzi, których łatwiej po prostu uznać za wrogów sprawy kobiecej.

Ceną za wybór tej brutalności jest jednak nieczułość na to, co za Rolandem Barthesem Nelson nazywa „trzecimi sensami”, które, „jakkolwiek niestabilne i niepokojące zbijają jednak z tropu opresyjne siły redukcjonizmu, generalizacji oraz dogmatyzmu i zasługują, by zwać je łagodnością”. Łagodność ta wymaga od nas jednak czegoś więcej niż banalne, intelektualne okrucieństwo.

 

Ilustracja: Max Skorwider. 

[Azja w zbliżeniu] Tybet w rozgrywce mocarstw

W ostatnich dniach sierpnia władze chińskie zajęły się kwestiami Tybetu podczas siódmego ogólnochińskiego sympozjum poświęconego Wyżynie Tybetańskiej. Słuchaczami tego forum byli członkowie Komunistycznej Partii Chin oraz przedstawiciele armii. W programowym przemówieniu przewodniczący Xi Jinping wyraźnie podkreślił, iż należy dołożyć wszelkich starań, by coraz ściślej wiązać Tybet z państwem chińskim, prowadzić politykę sinoizacji Dachu Świata, a w tybetański buddyzm włączać idee socjalistycznych Chin. Innymi słowy, tradycyjna religia ma w zamierzeniu Pekinu stać się instrumentem umożliwiającym ugruntowanie wpływów chińskich w regionie. Jednak wskazań chińskiego prezydenta nie wysłuchali buddyjscy mnisi, nie zaproszono bowiem ich do uczestnictwa w obradach.

Czas przeprowadzenia sympozjum, którego zasadniczym celem było nakreślenie ram coraz bardziej brutalnej sinoizacji Tybetu i dalszego uzależniania Tybetańczyków od Chin, nie był przypadkowy. Od roku 2015 Pekin nie organizował tego typu zgromadzeń. Ale rok 2020 to czas chińsko-indyjskiego konfliktu granicznego, który rozgrywa się wokół himalajskiej granicy oddzielającej Tybet od Indii. W sytuacji ciągle niewygaszonego sporu o przebieg Line of Actual Control brutalna dominacja nad Tybetem oraz narodem tybetańskim ma dla Pekinu istotne znaczenie. Nie bez przyczyny prezydent Xi tak mocno podkreślał konieczność walki z jakimikolwiek przyjawami postaw określanych przez Pekin mianem separatystycznych. W przypadku konfliktu zbrojnego z Indiami pełne podporządkowanie Tybetańczyków Pekinowi jest kluczową kwestią dla chińskich przywódców.

Jednocześnie z zapowiedziami postępującej sinoizacji, Pekin realizuje w obozach o charakterze wojskowym politykę przymusowego przyuczania zawodowego tybetańskich rolników i pasterzy-nomadów. Po przeszkoleniu mieliby oni zostać siłą roboczą dla fabryk zlokalizowanych w Tybecie i w samych Chinach. Przymusowe przekwalifikowanie Tybetańczyków objęło już swym zasięgiem około pół miliona autochtonicznych mieszkańców regionu, co wzbudziło zaniepokojenie międzynarodowej grupy parlamentarzystów zajmujących się Chinami (Inter-Parliamentary Alliance on China – IPAC). Grupa ta powstała w czerwcu 2020 roku – niestety bez udziału polskich przedstawicieli. Już we wrześniu opublikowała raport dotyczący owych przymusowych obozów szkoleniowych, w których oprócz przysposobienia zawodowego kursanci poddawani są komunistycznej i narodowo-chińskiej indoktrynacji. Według autora raportu Adriana Zenza system organizacyjny obozów działających w Tybecie przypomina tak zwane obozy reedukacyjne działające w Sinciangu, w których indoktrynacji i wynarodowieniu poddawani są Ujgurzy.

Na wskazania wynikające ze wspomnianego już przeze mnie siódmego sympozujm na temat Tybetu zareagowały tybetańskie władze na wychodźstwie działające w Indiach. Przywódca tych władz dr Lobsang Sangay uznał wskazania owego sympozjum za błędne oraz nieralistyczne. „Chińska polityka sinoizacji buddyzmu tybetańskiego jest błędną próbą kontrolowania tybetańskich wierzeń religijnych oraz tybetańskiej wiary w reinkarnację. […] Dla Tybetańczyków buddyzm jest ważniejszy aniżeli komunizm. Zmuszanie ich, by uznać komunizm za ważniejszy aniżeli ich wiara, jest nie tylko łamaniem międzynarodowych praw wolności religijnej, ale również działaniem głęboko błędnym. Sinoizacja buddzyzmu tybetańskiego nie powiedzie się. Ostatnie 60 lat chińskiej władzy w Tybecie jest na to dowodem” – wyjaśniał w specjalnym oświadczeniu tybetański polityk na wychodźstwie.

Dr Lobsang Sangay zwrócił ponadto uwagę na rosnącą pod rządami chińskimi militaryzację Tybetu. Uznał ten proces za zjawisko niepokojące i niekorzystne, zarówno z punktu widzenia samych Tybetańczyków, jak i sąsiadów Chin i Tybetu. „Pekin uważa, iż ich bezpieczeństwo oraz stabilność zależy od bezpieczeństwa i stabilizacji w Tybecie. Rosnąca militaryzacja regionu jest poważnym źródłem zaniepokojenia Tybetańczyków, jak również Indii oraz całego systemu bezpieczeństwa w Azji. Odtworzenie statusu Tybetu, jako strefy pokoju z jego historycznymi, zdemilitaryzowanymi granicami z Indiami, jest jedyną drogą do trwałego pokoju w Azji”.

W kontekście tych oświadczeń Lobsang Sangay zwrócił także uwagę na potrzebę odnowienia i wzmocnienia indyjskiej polityki wobec Chin. Zdaniem tybetańskiego polityka dotychczasowe relacje indyjsko-chińskie opierały się na deklarowanej woli współpracy. Tyle tylko, że efekty tej współpracy były w gruncie rzeczy niewielkie. Dlatego, jak twierdzi Sangay, „Stany Zjednoczne, kraje europejskie, Japonia, Australia, a także wiele innych państw zmieniło już swoje podejście do Chin – przeszły od współpracy do rywalizacji”. Jako komentarz do tych słów trzeba postawić pytanie o to, czy Indie są w stanie rywalizować z Chinami. A jeżeli tak, to w jakich obszarach?

Trwająca od kilku miesięcy konfliktowa sytuacja na linii granicznej w Ladaku, w indyjskich Himalajach, sprawiła, iż Indie w sposób zdecydowany deklarują gotowość obrony ustalonej przed laty linii podziału, stanowiącej de facto himalajską granicę pomiędzy Indiami i Tybetem. Przerzucenie tysięcy żołnierzy oraz sprzętu wojskowego, łącznie z nowo zakupionymi samolotami wielozadaniowymi Rafaele, do Ladaku świadczy, iż New Delhi także demonstruje gotowość przejścia w polityce wobec Chin od współpracy do rywalizacji. Czy hipotetyczna indyjsko-chińska rywalizacja przyczyni się do poprawy sytuacji Tybetańczyków? Czy ma szansę skłonić Pekin do pozytywnej odpowiedzi na proponowaną przez tybetańskie władze na wychodźstwie autonomię Tybetu w sferze cywilizacyjnej, kulturowej, a także religijnej? Za wcześnie na odpowiedź. Nie ulega jednak wątpliwości, że indyjsko-chiński spór graniczny powinien zwrócić uwagę międzynarodowej opinii publicznej również na sytuację w Tybecie i położenie Tybetańczyków, wbrew własnej woli od dziesięcioleci poddanych chińskiej dominacji we swojej ojczyźnie.

 

Fot. Pxhere.com

Okrutny pomnik Jerzego Kaliny. O uzależnieniu sztuki od polityki

Szanowni Państwo!

Przed Muzeum Narodowym w Warszawie pojawiło się wyobrażenie Jana Pawła II, stojącego w czerwonej kałuży, zatrzymanego na ułamek sekundy przed rzutem głazem.

To rzeźba wyjątkowo okrutna w wymowie. Chociaż postać przedstawiająca papieża kamienia jeszcze nie upuściła – układ rzeźby i kojarząca się wielu osobom z krwią czerwona woda sugeruje, iż są lub będą jakieś ofiary przemocy fizycznej.

Rzeźba Jerzego Kaliny, w interpretacji samego twórcy, miała ukazać nam wyobrażenie papieża Polaka jako tytana o nadludzkiej sile oraz walkę z tak zwaną ideologią LGBT+.

Continue reading

Niedźwiedź niedźwiedziowi… człowiekiem. Recenzja filmu animowanego „Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię” w reżyserii Lorenza Mattottiego

„Dawno temu, gdy zwierzęta były dobre, a ludzie podli…” – tak zaczyna się opowieść o słynnej „inwazji” niedźwiedzi na Sycylię. Czy aby dziś jest inaczej? Czy zwierzęta już nie są dobre, a ludzie źli?

Pierwsza część filmu to klasyczna bajka – o nieszczęściu, które spotyka króla niedźwiedzi, Leonca. Podczas niewinnej zabawy (będącej jednocześnie treningiem podstawowej niedźwiedziej umiejętności – łapania łososi w rzece) syn władcy, Tonio, znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Ojciec na próżno szuka dziecka. Zrozpaczony, nie jest w stanie funkcjonować. Załamany, pogrąża się w wielotygodniowym letargu. Podwładni Leonca nie potrafią sobie sami radzić, cierpią głód, a w obliczu nadchodzącej zimy grozi im zagłada. Nakłaniają króla do zejścia z gór, sugerując, że Tonio może przebywać wśród ludzi zamieszkujących Sycylię. Masa kroczących w szpalerze dzikich zwierząt budzi panikę mieszkańców, ich pokojowy marsz odebrany zostaje jako inwazja. Bezwzględny książę wysyła wojska, by spacyfikować niedźwiedzie. Ludzie nie rozumieją mowy ani intencji zwierząt, zaczynają do nich strzelać. Te się jednak nie poddają, ale z każdym starciem nabywają coraz więcej atrybutów, a z czasem i cech ludzkich.

Co poszło nie tak? Czy współistnienie różnych środowisk w jednym państwie to utopia? A może jednak da się pogodzić odrębne światy, zachowując pierwotną tożsamość każdej z kultur?

Agnieszka Sawala-Doberschuetz

„Ludzie są podobni do niedźwiedzi – są wśród nich ci dobrzy, są i źli”

Niedźwiedzie nie są uprzedzone do ludzi, mądry niedźwiedź senior ostrzega jednak, że nie można generalizować i lepiej zachować ostrożność. Zwierzęta z wielką wiarą i szczerymi intencjami uparcie próbują zbliżyć się do mieszkańców Sycylii, by w pokojowy sposób wyłuszczyć swoje intencje. Bezskutecznie. Nie obywa się bez przemocy i przelewu krwi. Oraz odrobiny właściwej baśniom magii. Ostatecznie, jak to w bajkach, dobro zwycięża i wszystko zmierza ku „i żyli długo i szczęśliwie”.

Materiały Stowarzyszenia Nowe Horyzonty.

„Tak oto niedźwiedzie oswoiły ludzi” – konkluduje Gedeon, trubadur, z którego ust słyszymy opowieść o zajściach na Sycylii.

Wędrowny bard wraz z młodocianą asystentką, Almeriną, zatrzymują się pewnej nocy w przytulnej jaskini i natrafiają na starego niedźwiedzia, którego sympatię próbują zaskarbić sobie barwną opowieścią. Dobrotliwe zwierzę nie robi im krzywdy, z ciekawością wysłuchuje historii, a na koniec… dopowiada jej dalszy ciąg.

Tu rozpoczyna się druga część baśni – już nie sielankowo-bajkowa, a filozoficzna, z morałem. Zahaczająca klimatem o Orwellowski „Folwark zwierzęcy” – zwierzęta, żyjąc wśród ludzi, nabierają ich cech. Część z nich, skuszona przepychem i władzą, traci to, co niedźwiedzie ceniły sobie dotąd najbardziej: uczciwość i szlachetność. Knują, kradną, ulegają przyziemnym słabościom, snują intrygi i oszukują. Zanikają w nich zwierzęce instynkty, bo ich nie pielęgnują, a wręcz pogardliwie piętnują. Nie chcą już być dzikimi, „zacofanymi” zwierzętami, więc groteskowo naśladują ludzi. Pragną być jak oni. Manipulują przy tym dobrodusznym Leoncem, który traci ogląd sytuacji i kontrolę nad państwem.

Materiały Stowarzyszenia Nowe Horyzonty.

Co poszło nie tak? Czy współistnienie różnych środowisk w jednym państwie to utopia? A może jednak da się pogodzić odrębne światy, zachowując pierwotną tożsamość każdej z kultur? Odpowiedź reżyser pozostawia osądowi widza (choć niedźwiedzie podjęły własną, jednoznaczną, decyzję).

Tu rozpoczyna się druga część baśni – już nie sielankowo-bajkowa, a filozoficzna, z morałem. Zahaczająca klimatem o Orwellowski „Folwark zwierzęcy” – zwierzęta, żyjąc wśród ludzi, nabierają ich cech.

Agnieszka Sawala-Doberschuetz

Baśń nieoczywista

„Dajmy spokój starym historiom” – proponuje na koniec stary niedźwiedź z jaskini głosem Romana Gutka, który po raz pierwszy podjął się dubbingu. Specyficzna barwa i akcent początkowo zdają się nie pasować do filmu animowanego, ale po chwili głos i wizerunek starego, poczciwego misia stają się harmoniczne. Głęboki tembr Romana Gutka jest nowy w polskim dubbingu, nieosłuchany, intrygujący. Pozostałe wydają się znajome, naturalne dla filmów animowanych (Andrzej Chyra jako Leonce, Jarosław Domin – mag de Ambrosis czy Ryszard Olesiński między innymi jako Wielki Książę).

Nieoczywista jest też animacja baśni – z pozoru banalna, schematyczna, o płytkich kolorach i kanciastych, uproszczonych kształtach. Lorenzo Mattotti doskonale jednak wie, co robi – jego ręczna animacja, bazująca na oryginalnych ilustracjach Dina Buzzatiego, przy umiejętnej obróbce cyfrowej podkreśla najbardziej archetypiczne cechy bohaterów i scenerii: prostotę, skromność i przejmujące piękno natury; przepych i zbytek ludzkich osad, strojów, dekoracji; sztampowość żołnierzy (a raczej żołnierzyków niczym z baśni Andersena); brzydotę złych ludzi i piękno dobrych.

Materiały Stowarzyszenia Nowe Horyzonty.

Drugie dno, refleksja i zakamuflowane przesłanie to zresztą charakterystyczne cechy utworów Dina Buzzatiego, pisarza, dziennikarza, poety i malarza, przedstawiciela tak zwanego realizmu magicznego (jego najsłynniejsza książka, „Pustynia Tatarów” z 1940 roku, zajęła 29. miejsce na liście 100 książek XX wieku według „Le Monde”).

Całości dopełnia misterna ścieżka dźwiękowa nadająca filmowi musicalowego charakteru. Autorem muzyki jest francuski kompozytor i multiinstrumentalista René Aubry, znany między innymi z soundtracku do animowanych filmów o „Gruffalu”. Sycylijski skoczny folklor podkreśla kuglarską naturę opowieści barda, jest dodatkową – dźwiękową – ilustracją. Aubry łączy klasyczne instrumenty i kompozycje z elementami cyrkowymi i nowoczesnymi. Sugestywna, dynamiczna muzyka szczególnie podkreśla wydźwięk sceny bitwy, splecionej z przedstawieniem teatralnym, odbywającym się w tym samym czasie na książęcym dworze. Nałożenie dwóch skrajnie odmiennych sytuacji – wojny i rozrywki, toczących się synchronicznie w rytm tej samej melodii, to mistrzostwo animacji i metafory. Zdecydowanie smakowity kąsek dla dorosłych towarzyszących dzieciom w kinie.

Faszyzm – francuski wynalazek? Spór o tezy Zeeva Sternhella

W czerwcu tego roku zmarł Zeev Sternhell, izraelski historyk, który całą swoją karierę naukową poświęcił badaniu radykalnej francuskiej prawicy. W Polsce niemal żadne medium nie zająknęło się o tym wydarzeniu i w zasadzie nie ma się czemu dziwić. O jego dorobku słyszeli zapewne tylko specjaliści od historii Francji XIX i XX wieku oraz badacze ruchów skrajnie prawicowych. Postać tę warto jednak zapamiętać przynajmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze, rodzimego odbiorcę może zainteresować polski trop w życiorysie Sternhella. Przyszły historyk urodził się w 1935 roku w Przemyślu w rodzinie żydowskiej. W czasie okupacji w wieku siedmiu lat stracił rodziców. Udało mu się przeżyć wojnę we Lwowie (ukrywał go polski oficer). Po jej zakończeniu przeniósł się do wuja do Awinionu. W 1951 roku wyjechał do Izraela, gdzie ukończył studia historyczne. Brał udział kolejno w wojnie sześciodniowej i w wojnie Jom Kippur. W późniejszym okresie dał się poznać jako zagorzały zwolennik pokoju i uznania państwa palestyńskiego. Ten ostatni postulat o mało nie kosztował go życia. W 2008 roku ledwo uniknął śmierci w zamachu bombowym zorganizowanym przez izraelską ultraprawicę.

Po drugie, wydana w 1978 roku książka Sternhella „La Droite révolutionnaire, 1885–1914. Les origines français du fascisme” [Prawica rewolucyjna, 1885–1914. Francuskie źródła faszyzmu] zainicjowała jedną z najbardziej burzliwych dyskusji historycznych nad Sekwaną i odbyła się głośnym echem wśród prężnie rozwijających się wówczas badań nad faszyzmem. Autor postawił w niej śmiałą tezę, że początków europejskiego faszyzmu należy szukać nie gdzie indziej jak tylko w republikańskiej Francji belle époque. Jako dowód historyk przytaczał wczesną myśl Maurice’a Barrèsa – francuskiego eseisty, polityka i teoretyka nacjonalizmu; antyrepublikańskie hasła ruchu skupionego wokół generała Boulangera (tak zwanych bulanżystów); wreszcie, wypowiedzi różnego rodzaju przedstawicieli prawicy rewolucyjnej, takich jak zafascynowany bulanżyzmem socjalista Auguste Blanqui czy rewolucyjny syndykalista Georges Sorel, którego książkami zaczytywał się później Mussolini. Wszystkich ich miał spajać bunt przeciwko oświeceniu, demokracji liberalnej, parlamentaryzmowi, kapitalizmowi oraz indywidualizmowi, w niektórych przypadkach okraszony sporą dawką antysemityzmu.

Faszyzm, czyli co?

Tezy Sternhella nie tylko szły wbrew utartej opinii, że faszyzm powstał we Włoszech, lecz podważały również oficjalną francuską historiografię, która twierdziła, że Francja dzięki swojemu republikańskiemu dziedzictwu była impregnowana na faszystowską pokusę. To ostatnie przekonanie odzwierciedlała klasyczna typologia historyka René Rémonda, który w wydanej w latach 50. kanonicznej książce podzielił przedstawicieli prawicy francuskiej na trzy grupy: legitymistów, orleanistów i bonapartystów, nie pozostawiając żadnego miejsca na antysystemowy, populistyczny i antysemicki rys działalności części z nich. Sternhell uzupełnił ten podział o francuską prawicę faszystowską i co więcej – to jej przyznał prekursorską rolę w rozwoju faszyzmu w Europie.

Na reakcję środowiska historyków nie musiał długo czekać. Jedni go chwalili (między innymi Saul Friedländer), inni, zwłaszcza historycy francuscy – krytykowali. Zarzutów było wiele i część z nich rzeczywiście zasługuje na uwagę. Po pierwsze, według krytyków Sternhell w zasadzie ograniczył swoje badania do historii idei, tracąc tym samym z pola widzenia czynniki takie jak konkretne zależności polityczne, złożoność indywidualnych wyborów czy niespójności pomiędzy teorią a praktyką. Po drugie, myśl swoich bohaterów traktował wybiórczo. Na przykład we wspomnianym Barrèsie widział tylko lewicowego bulanżystę, pomimo tego, że sam teoretyk nacjonalizmu wyraźnie opowiadał się za katolickimi monarchistami. Po trzecie, Sternhell bardzo szeroko zdefiniował sam faszyzm. Kiedy w 1983 roku Bertrand de Jouvenel, filozof i ekonomista, który przed wojną był członkiem faszyzującej Francuskiej Partii Ludowej, pozwał izraelskiego historyka o zniesławienie, ponieważ ten opisał go niepochlebnie w głośnej książce „Ni droite ni gauche. L’idéologie fasciste en France” [Ani prawica, ani lewica. Ideologia faszystowska we Francji], zeznający jako świadek Raymond Aron stwierdził: „Książka [Sternhella – przyp. PK] jest tak ahistoryczna, jak tylko można to sobie wyobrazić: autor nigdy nie ukazuje rzeczy w kontekście. Definiuje faszyzm tak mgliście, że można pod nim rozumieć cokolwiek”.

Z drugiej strony, tezy Sternhella dawały spójny klucz do wyjaśnienia fenomenu rządów Vichy i rozmiarów francuskiej kolaboracji podczas wojny. „Czyż łatwość i naturalność – pytał retorycznie w «Ni droite ni gauche» – z jaką polityka [kolaboracji – PK] została zaakceptowana we wszystkich sektorach życia społecznego: stanowiskach publicznych, administracji, szkolnictwie – poczynając od szkół podstawowych, a na Collège de France kończąc – nie pokazuje, że opierała się ona na długiej francuskiej tradycji, nie mniej autentycznej i nie mniej obecnej i zakorzenionej niż tradycja demokratyczna i liberalna?”. Ideologia Vichy nie wzięła się znikąd. Podglebie było już przygotowane.

Linie podziału

Spór o Sternhella, który wybuchł z całą siłą w latach 80., trwa do dziś. Jego stawką w pierwszej kolejności była i jest oczywiście historyczna rzetelność. Bronią są tu argumenty odwołujące się do naukowego warsztatu, metodologii i last but not least – faktów. Jednak w owej debacie chodzi również o coś innego – o wizerunek Francuzów, ich autoidentyfikację, wyobrażenia o własnej wyjątkowości i narodowe mity. Na szali leży już nie tylko honor naukowca. Gra idzie tu o dobre lub złe samopoczucie wspólnoty politycznej, obecność lub brak zbiorowego dysonansu poznawczego.

W konsekwencji, w toku dyskusji o tezach Sternhella oprócz argumentów merytorycznych erystyczny arsenał adwersarzy zasiliły również pełne emocji oskarżenia: z jednej strony o stronniczość i złą wolę, z drugiej – o sekciarstwo i chronienie własnego interesu. Luminarze francuskiej historiografii, tacy jak Michel Winock (notabene redaktor „Ni droite ni gauche” w wydawnictwie Seuil), widzieli w Sternhellu obsesjonata, który na siłę i za wszelką cenę chce postawić Francuzów pod pręgieżem. Izraelski historyk nie pozostawał im dłużny. Oskarżał ich o spisek przeciwko niemu, którego centrum miał być Instytut Nauk Politycznych w Paryżu (tak zwane Science Po) – główny ośrodek uczniów René Rémonda. Linię podziału doskonale widać i dziś. We wrześniowym numerze miesięcznika „L’Historie”, w którego komitecie naukowym zasiada Winock, Grégoire Kaufmann oddał należny zmarłemu Sternhellowi hołd, ale w podsumowaniu nazwał jego sposób widzenia historii „manichejskim” i zupełnie odrzucił jego teorię. Z kolei Sonia Combe, specjalistka od dziejów najnowszych w Europie Wschodniej, w cyfrowym „En attendant Nadeau” pisała we wrześniu zeszłego roku o epigonach René Rémonda, dla których liczy się nie tyle prawda historyczna, ile obrona narodowego honoru.

Nie czas tu i miejsce roztrząsać, która ze stron tego francuskiego sporu ma rację. Sternhell słusznie pokazuje, że rządy Vichy nie były tylko wypadkiem przy pracy. Jego krytycy mają rację, gdy twierdzą, że nie wolno wrzucać wszystkich do olbrzymiego faszystowskiego worka. Można za to z pewnością stwierdzić jedno – dobrze, że ten spór rozgorzał. Sprowokował bowiem wszystkich do umysłowego wysiłku, a nade wszystko kazał jeszcze raz przyjrzeć się wielkim mitotwórczym kwantyfikatorom, które rzadko kiedy odpowiadają prawdzie. To przecież dzięki tej zmianie intelektualnego klimatu prezydent Jacques Chirac odważył się w końcu uznać odpowiedzialność państwa francuskiego za deportacje Żydów do nazistowskich obozów. Prezydent Francji zrobił to w 1995 roku – ponad pół wieku po pamiętnej wielkiej obławie Żydów w Paryżu, dokonanej przez francuską policję, i po ponad dziesięciu latach trwania zażartej dyskusji wokół tez Sternhella.

***

Niestety, żadna z książek Zeeva Sternhella nie została przetłumaczona na język polski. W polskim tłumaczeniu istnieją tylko wybrane artykuły opublikowane w czasopismach „Przegląd Polityczny” (numery 81, 132, 135) i „Le Monde Diplomatique” (numery 11 i 12), w znakomitej części poświęcone współczesnym nurtom antyoświeceniowym. Czytelnicy mogą za to przeczytać uzupełnioną wersję wspomnianej w tekście książki René Rémonda: „Prawica francuska dzisiaj”, przeł. Marian Miszalski, wyd. Iskry, Warszawa 2008.

 

* Zdjęcie użyte na stronie głównej: Zeev Sternhell w Berlinie, 2016. Fot. © Alexander Böhm. Źródło: Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0).

To już nie będzie męski świat, kiedy ona z nim skończy. O „Gambicie królowej” Waltera Tevisa

Powiedzieć, że to książka o szachach, to nie powiedzieć nic – zgrabnie zaprojektowana okładka wskazuje na to przy pierwszym kontakcie. W świecie Tevisa ruchy na szachownicy osiągają rangę równą poezji. A nawet wyższą! Gdy w powieści nauczyciel angielskiego z przejęciem deklamuje wiersze Williama Cullena Bryanta, główna bohaterka nie może się nadziwić, jak bardzo jest to głupie. Jednocześnie wertuje pod ławką złożoną na kolanach książkę „Współczesne debiuty szachowe”.

To jednak tylko zewnętrzna powłoka. W swojej głębszej warstwie „Gambit królowej” jest opowieścią o pasji i uzależnieniu, w której nie brak namysłu nad kulturowymi i historycznymi zjawiskami: feminizmem, samotnością współczesnego człowieka czy amerykańsko-radzieckimi napięciami w czasach zimnej wojny.

Ale od początku. Ośmioletnia Elizabeth Harmon ląduje w sierocińcu w Methuen, gdzie niemal natychmiast rodzą się w niej dwie namiętności: szachy i środki odurzające. W świat czarno-białych figur i pionów wprowadza ją pan Shaibel, mrukliwy woźny z wielkim brzuchem, z którym Beth rozgrywa pierwsze partie w zatęchłej piwnicy, przy świetle nagiej żarówki. Gdy wkrótce wygrywa symultanę z dwunastoma licealistami należącymi do miejscowego klubu szachowego, czytelnik jest już złapany na haczyk i z uwagą śledzi podróż tego cudownego dziecka w głąb zdominowanego przez mężczyzn świata.

Równolegle do wspinaczki na szczyt szachowych rankingów obserwujemy walkę, którą Beth toczy z własnym dążeniem do samozniszczenia. Ze środkami uspokajającymi zapoznają ją sami pracownicy placówki, którzy usiłując utrzymać rygor w Methuen, rozdają dzieciom zielone pigułki. Gdy władze odkrywają, co dzieje się w sierocińcu i przerywają ten proceder, ośmioletnia dziewczynka z ejdetyczną wyobraźnią, która szachowe partie rozgrywa w głowie, patrząc w sufit sypialni dziewcząt, doświadcza pierwszego narkotycznego głodu.

„Dziewczynki nie grają w szachy”

Wkraczająca w środowisko szacownych intelektualistów sierota niemal bez przerwy czuje się w nim intruzem. Uczucie to nie znika, gdy Beth zaczyna zdobywać zainteresowanie krajowych mediów, które „piszą głównie o tym, że jest dziewczyną”.

Bohaterka otwiera jednak z impetem zamknięte drzwi, za którymi nad stołami pochylają się poważni panowie o posępnych twarzach. Na pierwszym prawdziwym turnieju Elizabeth zaczyna miesiączkować. Ze zmajstrowaną naprędce podpaską wraca do sali i rozbija najlepszych graczy w stanie. Szybko staje się zatem jasne, że „dziewczynki też grają”. „To już nie będzie męski świat, kiedy ona z nim skończy”, myśli młoda dziewczyna, walcząca w alkoholowym ciągu z całą skrzynką burgunda, którą przytargała z monopolowego. I ma rację.

Tak rozpoczyna się rywalizacja z największymi szachistami świata, zręcznie opisana przez Tevisa, który w kunsztowny sposób wciąga czytelnika w lekturę – z pozoru nudnych – opisów kilkugodzinnych partii.

Zły Rusek z „Rocky’ego IV”

Wspomniana rywalizacja zaprowadzi Beth do Rosji, gdzie przyjdzie jej się zmierzyć z powieściowym odpowiednikiem Anatolija Karpowa. Podróż do Moskwy w czasach zimnej wojny napawa dziewczynę strachem. I to nie tylko ze względu na postać rosyjskiego arcymistrza – Wasilija Borgowa.

Oś konfliktu między dzielnymi, stojącymi na straży prawości Amerykanami i bezbożnymi komunistami jest być może najciekawszą stroną powieści. Autor powoli i subtelnie rozprawia się bowiem z wizją straszliwego Rosjanina, której źródłem była w Ameryce państwowa propaganda oraz niewiedza obywateli. Jeszcze w sierocińcu lekko zdezorientowana bohaterka „Gambitu królowej” musi sprawdzić znaczenie słowa „komunizm”, gdy jedna z nauczycielek przestrzega dzieci przed pochodzącą ze Związku Radzieckiego zarazą: „Beth nie do końca wiedziała, na czym właściwie polega komunizm. Musiał być czymś, w co wierzą niegodziwi ludzie w innych krajach, czymś jak bycie nazistą i masowe mordowanie Żydów”.

Tevis nie rozgrzesza radzieckich przywódców. Walczy jednak z uprzedzeniem Amerykanów wobec Rosjan poprzez ukazanie im Moskwy i jej zwykłych mieszkańców. Ci ostatni są ubranymi w szare, znoszone koszule robotnikami pochylonymi nad najtrudniejszą grą świata. Ich twarze, zamiast wykrzywiać się przez nienawiść, rozświetlają się nieoczekiwanie w bezzębnym uśmiechu, gdy rozpoznają w Beth „Jelizawietę Garmon”. Z kolei Moskwa, jak dowiadujemy się z ust głównej bohaterki, „wcale nie wyglądała groźnie, mogły to być przedmieścia dowolnego wielkiego miasta”. Kilka stron później zauważa, że wrzaski dzieci po rosyjsku brzmią dokładnie tak samo jak w każdym innym języku.

Zabieg autora wygląda jakby znajomo. We współczesnej amerykańskiej kulturze coraz częściej pojawiają się zabarwione ironią mrugnięcia w stronę odbiorcy, gdy mowa o ślepej niechęci wobec zwykłych Rosjan. Na przykład w „Młodym Sheldonie”, prequelu „Teorii wielkiego podrywu”, brat głównego bohatera pytany o komunistów odpowiada, że to „wielki blondyn, z którym musiał walczyć Rocky”. W tym kontekście Tevisa warto pochwalić za odwagę, bo „Gambit królowej” opublikowano jeszcze w latach 80., na osiem lat przed końcem zimnej wojny. I choć autor długo gra utartym schematem „niedobrzy Rosjanie – dobrzy Amerykanie” (Borgow to twardy, małomówny i budzący grozę obywatel ZSRR), na koniec kontestuje archetyp Złego Ruska.

Taniec z samotnością

Nie zawiodą się też ci, którzy w literaturze popularnej szukają ciekawych portretów psychologicznych. Tevisowi daleko być może do Dostojewskiego, jednak „Gambit” jest zręcznie napisaną opowieścią o samotności i walce z własną pokaleczoną psychiką. Samotności tragicznej o tyle, że zwykle przeżywanej w towarzystwie.

Już w placówce dziewczynka zaczyna odstawać od reszty. W czwartym zdaniu powieści autor informuje nas, że „Beth była po prostu nieładna”. Lekcje wychowania fizycznego wyraźnie ją nużą („Większość dziewczynek w czasie gry śmiała się i krzyczała, ale nie Beth”) i nie potrafi zrozumieć zainteresowania seksem, o którym z przejęciem opowiada jej koleżanka. Ta sama, która jakiś czas wcześniej – ku zdumieniu i mimo protestów ośmiolatki – wsuwa rękę pod jej majtki i zaczyna ją „masować”.

Poczucie niedopasowania (podsycane przez świadomość własnej wyjątkowości), wstręt do konieczności spełniania oczekiwań i wreszcie wybuchowy charakter Elizabeth – wszystko to zaowocuje problemami w utrzymaniu międzyludzkich relacji. „Gambit królowej” staje się tym samym 350-stronicowym tańcem między pragnieniem alienacji a silną, fizyczną niemal potrzebą bliskości. Beth, która, jak twierdzi, wszystkich ważnych rzeczy nauczyła się sama, a w Meksyku zazdrości zamkniętej w zoo, pogrążanej we własnych myślach i niezwracającej uwagi na ludzi gorylicy, przez całą powieść poszukiwać będzie kontaktu z drugim człowiekiem. I choć czasem „nie było żadnego filmu, który chciałaby obejrzeć, ani osoby, do której miałaby ochotę zadzwonić”, nic nie przeraża jej bardziej niż pusty, ciężki od alkoholowych wyziewów dom.

Opisując walkę i samotność głównej bohaterki, Autor nie sili się na to, by urzec nas stylem, ale to właśnie w chłodzie narracji (równie surowej jak młoda szachistka, która nie pozwala sobie na płacz i na wszystko odpowiada jednym zdaniem) tkwi być może siła tej powieści. Podobnie jak Beth przy szachownicy – nie wykonuje on niepotrzebnych ruchów. Nieco ociężały, gęsty i szarawy świat, który namalował dla nas Tevis, to naprawdę ciekawa pozycja na rozpoczynającą się jesień.

23 października w serwisie Netflix swą premierę będzie miał serial oparty na motywach książki Waltera Tevisa. W rolę Beth wcieli się znana z filmu „Split” Anya Taylor-Joy. W produkcji nie zabraknie i polskiego akcentu. Jako rosyjskiego arcymistrza Wasilija Borgowa na ekranie ujrzymy bowiem Marcina Dorocińskiego.

 

Książka:

Walter Tevis, „Gambit królowej”, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, wyd. Czarne, Wołowiec 2020.

Jak działa świat? – dla dużego i małego. Recenzja książki „Nauka. To Lubię” Tomasza Rożka [KL dzieciom]

W „Nauka. To Lubię” znaleźć można opisane w dość prosty sposób prawa fizyki – prawa rządzące otaczającym nas światem ziemskim i kosmicznym. Od zasad związanych z postrzeganiem kolorów, odbiorem dźwięków, poprzez kuchenne badania i obserwacje zjawisk geologicznych i atmosferycznych, po wizytę w przestrzeni kosmicznej. Publikacja przedstawia pełen zakres zainteresowań badaczy nauk ścisłych. Zawiera odpowiedzi na typowe pytania stawiane przez maluchy, takie jak: Co sprawia, że samoloty latają? Co klei piasek? Jak to się dzieje, że instrument gra? Dlaczego zimą pada śnieg? A także na te bardziej niecodzienne, frapujące starsze (i całkiem dorosłe) dzieci, na przykład: czy podróż w czasie jest możliwa?

„Napisałem książkę dla dorosłych, którzy chcą poznawać świat tak, jak to robią dzieci. […] Napisałem książkę dla dzieci, które chcą być traktowane jak dorośli – poważnie” – pisze we wstępie autor i tym samym wskazuje jej największy minus – brak jednoznacznego odbiorcy. Tom „Nauka. To lubię” jest zbyt trudny dla dzieci siedmio-, ośmio- czy dziewięcioletnich. Znajdują się w nim pojęcia takie, jak na przykład wiązanie międzycząsteczkowe, z którymi nie poradzą sobie bez dodatkowego wyjaśnienia. Dla nastolatków natomiast poruszane kwestie nie są już ciekawe, bo przecież o tym właśnie uczą się w szkole. Dorośli z kolei znajdą tu zbyt wiele treści banalnych, choć przyznać trzeba, że zmieszane zostały z naprawdę interesującymi ciekawostkami ze świata nauki. Szkoda, że nie wprowadzono podziału na część dla rodzica, oferującą treść uporządkowaną tak, aby łatwo można było przekazać ją swoim pociechom, oraz na część dla dziecka, którą samodzielnie lub wspólnie z rodzicem mogłoby eksplorować, zawierającą większą liczbę ilustracji i schematów. W obecnej formie to książka bardziej dla rodzica – „humanisty” według jej autora – pomocna w szybkim znalezieniu odpowiedzi na wiele pytań zadawanych przez ciekawe świata i eksplorujące go dzieci.

Młodych czytelników na pewno zainteresują zabawne ilustracje towarzyszące treści. Proste, niemal monochromatycznie rysunki są znakomitym jej dopełnieniem. Ich autorem jest Maciej Maćkowiak – popularny twórca dowcipnych komiksów, będący spostrzegawczym komentatorem społecznej rzeczywistości. Celowo uproszczona, miękka, dziecinna kreska i umiejętność uchwycenia gestów przedstawionych postaci to największe zalety rysownika. W tomie „Nauka. To lubię” jego prace przybierają formę wizualnych notatek, które pełnią funkcję zarówno ilustracji treści rozdzielających tekst, jak i zapisków na marginesach. Warstwę wizualną publikacji dopełnia duża liczba fotografii, jednak najbardziej znaczącym atutem są w tym kontekście rysunki Maćkowiaka.

Największą zaletą „Nauka. To lubię” są zawarte w niej projekty prostych eksperymentów. Można je z łatwością wykonać w domowych warunkach. Świetnie ilustrują one wcześniej opisane przez autora zagadnienia. Pobudzają ciekawość i kreatywność niezbędne do rozwoju nauki. Uczą badać otaczający świat i wymyślać własne eksperymenty, tak przecież uwielbiane zarówno przez małe, jak i większe dzieci. Z tych powodów jako swego rodzaju podręcznik dla rodzica, „Nauka. To lubię” jest publikacją godną polecenia. I nie jest to gołosłowne stwierdzenie. Zadania umieszczone w książce przetestowałam z własnymi dziećmi.

Kontynenty w kuchni (Fot. Magdalena Furmanik)

Badamy napięcie powierzchniowe (Fot. Magdalena Furmanik)

 

Książka:

Tomasz Rożek, „Nauka. To lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd”, il. Maciej Maćkowiak, wyd. Wilga, Warszawa 2020.

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

Pandemia może przeorganizować nasze wspomnienia

Zofia Majchrzak: Jak powstają wspomnienia?

Krystian Barzykowski: To fundamentalne pytanie, na które cały czas szukamy jednoznacznej odpowiedzi. Na najbardziej ogólnym poziomie, wspomnienie jest elementem procesu zapamiętywania, a więc utrwalania informacji w pamięci. To dzięki niemu możemy wydobywać informacje i wracać do nich później.

Istnieją dwa główne sposoby formowania wspomnień. Zapamiętywanie może zachodzić niejako automatycznie i bez udziału naszej woli. Choć możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, nasz system poznawczy spontanicznie zapisuje cały szereg bodźców. Z czasem zapamiętywanie uzależnione może być nieco bardziej od naszego aktywnego zaangażowania w ten proces. Zyskujemy nad nim większą kontrolę poprzez kierowanie uwagi na konkretne aspekty naszego życia, możemy je zapamiętywać w zamierzony sposób. W im mniejszym stopniu zwracamy uwagę na to, co się wokół nas dzieje, tym trudniej formowane są wspomnienia.

I potem katalogujemy je w głowie?

Zależnie od typu informacji, której są nośnikiem, pamięć dzieli się na cztery główne typy: pamięć semantyczną, epizodyczną, proceduralną i autobiograficzną. Pamięć semantyczna dotyczy abstrakcyjnych pojęć, faktów, idei, terminów. Pamięć epizodyczna wiąże się z elementami zlokalizowanymi w czasie i przestrzeni. Pamięć proceduralna jest tą najbardziej podstawową, odpowiedzialną za wykonywanie różnych czynności, jak na przykład, jazda na rowerze czy umiejętność pływania. W końcu, wyposażeni jesteśmy również w pamięć autobiograficzną, dotyczącą wspomnień naszej osobistej przeszłości. Wszystko to, co nam się przydarza, czego doświadczamy i czego jesteśmy świadkami, wchodzi więc w skład pamięci autobiograficznej.

Jak to potem przywołać? 

W tym kontekście możemy mówić o dwóch głównych procesach przypominania: zamierzonym i mimowolnym. Przypominanie zamierzone polega na aktywnym przywoływaniu z pamięci określonych elementów przeszłości. Dochodzi do niego, kiedy próbujemy przypomnieć sobie, czy wychodząc z domu, zamknęliśmy drzwi. Przypominanie mimowolne zachodzi natomiast, kiedy coś nam się przypomina bez naszego aktywnego udziału. I tak, różne wspomnienia mogą pojawiać się w głowach naszych czytelników i czytelniczek, pomimo tego, że aktywnie nie próbują sobie ich przypominać, wyszukiwać w pamięci. Przypominanie mimowolne jest uzależnione w dużej mierze od natrafiania przez nas na różnorodne wskazówki, związane z naszą przeszłością. Takimi wskazówkami mogą być obrazy, słowa, przedmioty na które natykamy się bardzo często przypadkiem. Z badań wiemy, że wspomnienia mimowolne najczęściej dotyczą przyjemnych i pozytywnych wydarzeń z przeszłości.

Możliwe, że osoby, których aktywność zawodowa wiązała się z wysokim ryzykiem zachorowania na koronawirusa, doświadczą zespołu stresu pourazowego w tym wspomnień intruzywnych.

Krystian Barzykowski

Czy w oparciu o wiedzę na temat pamięci autobiograficznej możemy przewidzieć, w jaki sposób zapamiętany zostanie czas pandemii? Co zapisze się w naszej pamięci najwyraźniej?

To, jak pamiętać będziemy pandemię, w dużej mierze zależy od tego, w jaki sposób ją spędziliśmy. Osoby, które w czasie pandemii doświadczyły ogromnego stresu, których aktywność zawodowa związana była z wysokim ryzykiem zakażenia, mogą zapamiętać ten czas w dużej mierze negatywnie. Możliwe nawet, że osoby takie doświadczą zespołu stresu pourazowego, który objawia się, między innymi, doświadczaniem wspomnień intruzywnych. Takich, które dotyczą wydarzeń nieprzyjemnych i stresujących, i od których trudno się uwolnić. Niezależnie od ich woli, notorycznie powracać będą do nich wspomnienia odwołujące się do tych trudnych przeżyć.

Jeżeli dla kogoś pandemia była czasem, choć wyjątkowym, to jednak spędzonym w domu we względnie bezpiecznych warunkach, to wspomnienia z tego okresu mogą być bardzo szczątkowe i mało zróżnicowane. W tym osobistym krajobrazie wspomnień może zabraknąć wspomnień związanych z wybijającymi się, konkretnymi wydarzeniami, do których można by wracać pamięcią. Wspomnienia będą miały charakter raczej uogólniony i rozciągnięty w czasie.

Wiele różnych zdarzeń może się zlewać w jednolitą masę?

Właściwie nie będą się pojawiać wspomnienia bardzo intensywne i wyraziste. Mogą się oczywiście zdarzać wspomnienia i tu odnoszę się do własnego doświadczenia, które będą się wyróżniać na tle innych. Będą się one wiązały najczęściej z sytuacjami robienia czegoś po raz pierwszy, podejmowania nowych aktywności, jak na przykład uczestniczenie w spotkaniach w formie online, Wielkanocy, podczas której najbliższa rodziną widoczna jest tylko na ekranie monitora. Tych wspomnień będzie jednak znacznie mniej, niż gdyby nasze życie nie zostało zakłócone przez pandemię. Wspomnienia autobiograficzne z czasu, w którym zostaliśmy ogołocone/ogołoceni z możliwości doświadczania różnorodności dnia codziennego, będą uboższe niż zwykle. Sam spędziłem część okresu pandemii we Francji i wiem, że gdyby nie lockdown, miałbym cały wachlarz zróżnicowanych wspomnień. Tak wiele chciałem zwiedzić, zobaczyć, spróbować. W tym momencie pamiętam więc moje plany i zamiary, ale nie ich realizację.

Czym było dla pana to doświadczenie?

Lockdown oznaczał dla mnie okres przeczekania, izolacji i kontunuowania dotychczasowej pracy w nieco innej formie. Poza tym, że nie mogłem opuszczać mieszkania, co było bardzo restrykcyjnie pilnowane, na płaszczenie zawodowej nie zmieniło się dla mnie zbyt wiele.

Pod tym i wieloma innymi względami byłem więc zabezpieczony i moje doświadczenie jest tego wypadkową. Choć nie byłem zaangażowany w działalność na pierwszym froncie walki z pandemią, to towarzyszyła mi ogromna niepewność, doskwierały brak wiedzy i rzetelnych informacji. Emocje takie jak strach i lęk wiążą się z ogromnym wysiłkiem poznawczym, psychicznym i adaptacyjnym. Próba adaptacji, zrozumienia tamtej rzeczywistości była trudna dla mnie i innych osób, z którymi rozmawiałem. Przez cały okres trwania pandemii bombardowani byliśmy sprzecznymi informacjami, co szczególnie na początku powodowało poczucie głębokiej dezorientacji i zmęczenia.

Co było najtrudniejsze?

Myślę, że w czasie pandemii pojawiał się cały szereg negatywnych emocji, takich jak lęk, złość, strach o bliskich, frustracja w reakcji na zachowanie osób prezentujących odmienne od nas postawy w stosunku do zagrożenia. Obserwowaliśmy również brawurę w zaprzeczaniu istnieniu problemu. Społeczeństwa podzieliły się na grupy osób, które traktowały koronawirusa poważnie, stosowały się do restrykcji i te które negowały jego istnienie i nie zważały na oficjalne zalecenia medyczne. Nie wiedzieliśmy, jak z takimi osobami koegzystować, a tym bardziej współpracować. Pewnie wiele osób ma doświadczenie prowadzenia ożywionych i emocjonalnych dyskusji, które mogły również utkwić nam w pamięci. Sam mam kilka związanych z tym wyrazistych wspomnień.

Wspomnienia z pandemii będą miały charakter raczej uogólniony i rozciągnięty w czasie. Wiele różnych zdarzeń może się zlewać w jednolitą masę.

Krystian Barzykowski

Czy pandemia może nas trwale zmienić?

Znaleźliśmy się w zamknięciu, które prowadzi do deprywacji szeroko rozumianych potrzeb. Mogą być one definiowane w bardzo różny sposób, począwszy od tych bardzo podstawowych, związanych z elementarnym poczuciem bezpieczeństwa, dostępnością do produktów pierwszej potrzeby, aż po potrzeby związane z relacjami i bezpośrednim kontaktem. Wcześniej dla wielu z nas dostęp do tych zasobów był w dużej mierze nieograniczony. Wiedzieliśmy, że idąc do sklepu, będziemy mogli zrobić zakupy. Tymczasem sytuacja zamknięcia wywróciła nasze życie do góry nogami. Kiedy widzieliśmy pustki w sklepach, ta deprywacja stawała się wręcz namacalna. Sytuacja zamknięcia była szczególnie odczuwalna i dotkliwa również dla osób mających duże potrzeby kontaktu z otoczeniem lub aktywności fizycznej. Dla niektórych ludzi są to elementy mające ogromny wpływ na samopoczucie, a nawet zdrowie. Przykładów jest wiele więcej – to, o czym rozmawiamy to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Czyli trauma i silne negatywne emocje, które pan opisuje, mogą mieć wpływ na nasze wspomnienia sprzed okresu pandemii?

Czas pandemii ma potencjał przekształcenia się w „historycznie definiowany okres autobiograficzny”. Może więc stać się trwałym punktem odniesienia w naszej pamięci autobiograficznej i sposobie, w jaki organizujemy wspomnienia. Jeśli tak się stanie, wiele osób zacznie dzielić swoje wspomnienia autobiograficzne na te dotyczące rzeczywistości przed pandemią, w jej trakcie i po pandemii.

Nie znaczy to jednak, że taka jednostka odniesienia będzie właściwa nam wszystkim. Okazuje się, że aby jakieś wydarzenie oddziaływało na sposób organizowania naszej pamięci, to musi ono w sposób trwały wpłynąć na konstrukcję naszego życia codziennego i prowadzić do wykształcenia się nowego sposobu bycia i funkcjonowania. Myślę, że w przypadku osób, które na skutek kryzysu związanego z covid-19 doświadczyły radykalnych zmian czy dotkliwych strat, taki proces reorganizacji pamięci będzie często występował. Pandemia to wydarzenie definiujące naszą epokę i choć na każdego z nas może wpłynąć trochę inaczej, to jej znaczenie jest uniwersalne.

 

Ważne jest też to, w jaki sposób będziemy poddawać pandemię refleksji. W jej trakcie wielu z nas stało się bardziej świadomych tego, w jaki sposób żyjemy. Jeżeli przeanalizujemy nasze doświadczenia i wykorzystamy do samorozwoju, pandemia może wpłynąć na to, jak doświadczamy pewnych emocji.

Czy wspomnienia z tego okresu mogą odegrać motywacyjną rolę?

Myślę, że tak. One mają umiejętność zwracania naszej uwagi na określone aspekty życia, mogą też pomóc lepiej rozumieć innych. Poczucie braku spowodowane kwarantanną będzie kierowało naszą uwagę na relacje interpersonalne, ale też na nas samych. Pandemia może sprawić, że z większą dbałością będziemy pielęgnować kontakty z bliskimi, których tak bardzo nam brakowało. Wspomnienie lockdownu może doprowadzić do zmiany priorytetów, celów. Myślę, że wiele osób mogło stać się w czasie pandemii bardziej świadomych swoich potrzeb. Mam nadzieję, że to doświadczenie sprawi więc, że będziemy podchodzić do życia bardziej proaktywnie.

Czy w zależności od uwarunkowań kulturowych pandemia zostanie różnie zapamiętana?

Najlepiej zapamiętywane jest często to, co najsilniej angażuje uwagę i wymaga głębokiej analizy. Wszystko więc zależy od tego, czym nasza uwaga i zaangażowanie żywiły się w czasie pandemii. Poza wspomnieniami osobistymi, pandemia wiąże się ze wieloma wspomnieniami wydarzeń publicznych i medialnych. Będzie zatem pamiętana również na poziomie kolektywnym, mowa wówczas o wspomnieniach kolektywnie podzielanych, doświadczanych, czy też pamięci kolektywnej. Jesteśmy w trakcie prowadzenia badań na ten temat w siedemnastu krajach. Wyniki są w fazie analizy, porównując jednak wyniki z Francji i Polski, widzimy wiele podobieństw. W jednym i w drugim przypadku pojawiają się wspomnienia związane ze śledzeniem informacji. Pamiętamy briefingi, mniej lub bardziej spektakularne przejawy zamykania się, odwoływanie lotów, opustoszałe przestrzenie publiczne, trudności związane z zakupami. Pojawiają się też obrazy związane z tym, co działo się we Włoszech. Jak na razie, nie zaobserwowaliśmy diametralnych różnic. Francuzi bardziej zawracali uwagę na szerszy kontekst tego, co dzieje się na świecie, często pojawiały się odniesienia do brexitu, kryzysu ekologicznego, czy też pożarów w Australii. W polskich wspomnieniach te elementy pojawiały się nieco rzadziej.

 

Fot. Pexels.com