Kto obroni żydowskiego profesora?

Zawsze był gdzieś w tle, jak mityczny potwór, mogący zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie. Składałam sobie jego historię z kawałków, urywków rozmów, rodzinnych opowieści, codziennych wydarzeń i szokujących odkryć.

Mój ojciec nigdy nie przerywał czytania książki na 68. stronie. „Muszę doczytać, poczekaj”, mówił. Przyzwyczaiłam się, że „68” to gorzej niż „13”. Gdybyśmy mieli hotel, pokój nr 67 sąsiadowałby bezpośrednio z 69. Nikt nie świętował u nas w domu międzynarodowego dnia kobiet: żadnych goździków, zero uśmiechu. 8 marca był lokalnym świętem pamięci i tęsknoty za wszystkimi tymi, którzy wyjechali. Nie rozumiałam, co jest złego w emigracji, przecież poniekąd dzięki temu miałam świetne dżinsy z Ameryki i szwedzki piórnik. Jak żaden inny miesiąc, Marzec ciągle wracał w rozmowach: „jak w Marcu”, „to marcowy docent, wiesz”, „po Marcu”, „a pamiętasz, przed Marcem”. Ten miesiąc był dla mamy i taty jak memento, jak potop, jak katastrofa, po której nic już nie było i nie mogło być takie samo.

Ilustracja: Marianna Sztyma

Ilustracja: Marianna Sztyma

Od zawsze wiedziałam, że w 1968 r. marzec był wyjątkowo chłodny. To dlatego, wychodząc rano z domu, ojciec założył gruby kożuch. Wiedziałam, bo gdyby nie ta praktyczna decyzja, nie przyszłabym dziesięć lat później na świat. Po wydarzeniach na Uniwersytecie Warszawskim ojciec odprowadzał do domu dwie szacowne nestorki polskiej humanistyki: profesor Marię Ossowską i profesor Ninę Assorodobraj. Na Nowym Świecie zostali zaatakowani przez odział milicji. Ojciec wepchnął starsze panie w zamknięte wejście do sklepu i osłonił je własnym ciałem. Został bezlitośnie pobity przez milicjantów, gdyby nie ten gruby kożuch, pewnie by tego nie przeżył.

Od zawsze też wiedziałam, że właśnie w marcu 1968 moja matka usłyszała od swojej polonistki w renomowanym warszawskim liceum, że nie ma sensu, żeby zdawała na studia, bo jako wrogi, syjonistyczny element nie ma szans się na nie dostać. Miała 17 lat i właśnie w ten sposób dowiedziała się, że nie jest Polką, tylko Żydówką. I że wobec tego nie ma dla niej miejsca na Uniwersytecie Warszawskim, z którego dokładnie w tym samym czasie została wyrzucona moja babcia, adiunktka na Wydziale Chemii.

Po Marcu wyjechali przyjaciele, mistrzowie, rodzina. Kiedy słuchałam tych historii jako mała dziewczynka, wyobrażałam sobie kompletnie pustą Warszawę i że kiedy wiosna wreszcie przyszła, to nie było już nikogo. W latach 90. zaczął do mnie docierać tragizm określenia „bilet w jedną stronę”. Usłyszałam też wtedy o tym, że zabierano ludziom obywatelstwo i paszporty, a w zamian wydawano jednorazowy „dokument podróży”. I że właściwie niczego nie mogli ze sobą zabrać. A nawet, że nie wolno im było jechać razem ze swoimi rodzinami. Wielki przełom ’89 roku też był w Marcu skąpany: pozwolił niektórym nie tyle wrócić, ile chociaż wpaść z wizytą. Pamiętam tamte pierwsze, historyczne wykłady Kołakowskiego i Baczki na UW, na które zabrał mnie ojciec.

Od zawsze wiedziałam, że właśnie w marcu 1968 moja matka usłyszała od swojej polonistki w renomowanym warszawskim liceum, że nie ma sensu, żeby zdawała na studia, bo jako wrogi, syjonistyczny element nie ma szans się na nie dostać. Miała 17 lat i właśnie w ten sposób dowiedziała się, że nie jest Polką, tylko Żydówką.

Katarzyna Kasia

Kiedy zdawałam na studia, moja marcowa układanka była prawie gotowa. Dobrze wiedziałam, kto, co, kiedy, dlaczego. Ale nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że z pewnymi konsekwencjami tamtych wydarzeń przyjdzie mi się konfrontować bardziej bezpośrednio. Pamiętam, że gdy zastanawiałam się nad tym, jakie zajęcia na studiach najlepiej wybrać, rodzice mówili: „Tam nie idź, to marcowy docent”. Wtedy zrozumiałam, że wydarzenia sprzed 30 lat, trwale ukształtowały Uniwersytet, który poniósł straty właściwie nie do odrobienia, pozbawiony swoich najwybitniejszych intelektualistów.

Na zawsze utkwiła we mnie pewna noc w Uppsali, przerozmawiana do świtu z moją ukochaną ciotką Magdą, która opowiedziała mi dokładnie, jak tamte wydarzenia wyglądały dla naszej rodziny. Jej rodzice byli lekarzami, podczas wojny działali w podziemiu, potem brali udział w powstaniu warszawskim, ratując rannych w szpitalu polowym na Żoliborzu. Małą, kilkudniową Magdę, położyli obok stołu operacyjnego. Po klęsce powstania trafili do Żyrardowa, następnie do Łodzi, gdzie zostali. Pod koniec 1967 r. wuj Stefan zaraził się podczas operacji żółtaczką, do pracy wrócił na początku kwietnia 1968 r., żeby dowiedzieć się, że stoi na czele żydowskiego spisku. Dano im kilka tygodni na wyjazd, ale nie pozwolono jechać razem z rodziną. Odnaleźli się dopiero na miejscu, w Szwecji, której Magda nigdy naprawdę nie pokochała. Ale nie chciała też wrócić do Polski, miała do niej wielki, dobrze uzasadniony żal.

Nie, nie sądzę, żeby z Marca dało się zrobić przykład pozytywny. Nie da się o nim myśleć jako o jeszcze jednej pięknej, słusznej porażce. To wtedy, po raz kolejny miała miejsce wielka akcja pozbywania się z Polski intelektualistów. Tym razem miała ona obrzydliwą antysemicką mordę.

Katarzyna Kasia

Ciągle wracam do tamtych rozmów, do momentów olśnienia i załamania, do pytań, do wątpliwości. I nie ma chyba innej metody, bo to, co się w Marcu stało, nie tyle nawet powraca, ile raczej nieustannie wisi w powietrzu jako zawsze dostępna możliwość. Antysemityzm w Polsce nie śpi i często jest wykorzystywany przez siły rządzące: dowiódł tego Marzec, dało się to zauważyć w kontrowersjach wokół nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. „Elitarność” akademickiego buntu jest i była pozorna. Ważne jest zdanie sobie sprawy, że antyintelektualizm łączy się z antysemityzmem w niemożliwym do rozplątania węźle, wyłaniając powracającą w polskiej historii, stworzoną przez resentyment, figurę obcego: żydowskiego profesora, idealnego kozła ofiarnego. Kto chciałby ryzykować, stając w jego obronie? Tylko, że jeśli się nad tym chwilę zastanowić, okaże się, że to właśnie on czy ona jest uosobieniem autonomii uczelni wyższych. Marzec ’68 może być postrzegany jako synonim klęski, ale z drugiej strony, w kontekście akademickim, da się na niego spojrzeć jako na przykład oporu, walki o wolność słowa i zgromadzeń, uniwersyteckiej solidarności.

goldkorn

Nie, nie sądzę, żeby z Marca dało się zrobić przykład pozytywny. Nie da się o nim myśleć jako o jeszcze jednej pięknej, słusznej porażce. To wtedy, po raz kolejny miała miejsce wielka akcja pozbywania się z Polski intelektualistów. Tym razem miała ona obrzydliwą antysemicką mordę. Dla mnie Marzec jest ważny nie tylko osobiście, bo jak w soczewce skupiło się w nim to, co najbardziej paskudne, najtrudniejsze do zaakceptowania w mojej ojczyźnie. Myślę, że każdy musi go sobie poukładać samodzielnie, na własny rachunek – im wcześniej, tym lepiej. Z tych subiektywnych rekonstrukcji być może złoży się jakiś wspólny obraz, a może nawet wskazówka na przyszłość czy nadzieja. „Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego”, jak krzyczano w maju 1968 r. w Paryżu.

PiS zatopi reformę Gowina?

Jeśli przyjrzymy się kolejnym reformom forsowanym przez partię rządzącą, nie sposób nie zaważyć, że tzw. Konstytucja dla Nauki budzi stosunkowo mało kontrowersji w debacie publicznej. Być może wynika to z tego, że w porównaniu z kolejnymi „zaoranymi” ważnymi obszarami życia publicznego, dotyczy stosunkowo wąskiej grupy obywateli: studentów, doktorantów, pracowników naukowo-dydaktycznych i administracyjnych polskich uczelni wyższych. Ale to chyba nie jest jedyny powód.

Reforma zaproponowana przez Jarosława Gowina różni się od wcześniejszych dokonań legislacyjnych rządu w kilku istotnych szczegółach. Po pierwsze, poprzedziły ją, zakrojone na szeroką skalę, środowiskowe konsultacje społeczne. Wicepremier od początku przyjął zasadę, że należy rozmawiać z osobami piastującymi najważniejsze funkcje w polskiej akademii oraz z gremiami, którym los tejże leży na sercu i którzy mają moc podejmowania decyzji. Dialog doprowadził do tego, że władze najważniejszych dla polskiej nauki instytucji (m.in. rektor UW czy prezes PAN) popierają wprowadzenie proponowanych zmian. Po drugie, nowa ustawa o szkolnictwie wyższym jest w ogromnej mierze kontynuacją rozwiązań wprowadzonych za rządów Platformy Obywatelskiej przez ówczesną minister nauki, prof. Barbarę Kudrycką. Ten fakt potwierdziła zresztą inna platformerska minister, prof. Lena Kolarska-Bobińska. Tym samym mniej powinien dziwić punkt trzeci, czyli fakt, iż reforma Gowina największe kontrowersje budzi w gronie Zjednoczonej Prawicy, chociaż wicepremier pospieszył z zapewnieniem, iż projekt raczej nie doprowadzi do rozpadu koalicji i że zmiany popiera sam prezes Kaczyński.

Ilustracja: Grzegorz Myćka

Ilustracja: Grzegorz Myćka

Śmierć przez zagłodzenie?

Na „Ustawę 2.0” można patrzeć przynajmniej z dwóch perspektyw: merytorycznej i politycznej. Co ciekawe, mamy tu do czynienia z dwoma strumieniami narracji, które chociaż spotykają się w kilku punktach, właściwie są prowadzone niezależnie. Podstawowe zarzuty merytoryczne, wysuwane między innymi przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, dotyczyły postępującej marginalizacji mniejszych ośrodków akademickich. Faktycznie, przy proponowanych przez MNiSW rozwiązaniach oraz zaostrzeniu kryteriów parametryzacyjnych, wiele lokalnych uczelni właściwie nie ma szans na przetrwanie, ponieważ realnie grozi im całkowita utrata finansowania.

To nie znaczy, że dzisiaj sytuacja przedstawia się o wiele lepiej – jeśli jednostka akademicka nie uzyska oceny A+, A lub B, traci dużą część dotacji. Jeśli sytuacja powtórzy się w kolejnym okresie ewaluacyjnym, finansowanie zostaje odebrane w całości. Nie trudno zauważyć, że takie myślenie o nauce nie jest obliczone na wspieranie słabszych uczelni, lecz raczej na skazanie ich na powolną śmierć przez zagłodzenie. Zgodnie z projektem Gowina, ta polityka ma być kontynuowana, czemu będą towarzyszyć dodatkowe restrykcje, takie jak utrata uprawnień do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego. W przypadku małych, ale ważnych dla regionu ośrodków akademickich doprowadzi to z konieczności do zmniejszenia dostępności do edukacji wyższej, a co za tym idzie – do wyludniania się tych miejsc lub wzrostu nierówności społecznych. Znaczna część osób nie będzie mogła sobie przecież pozwolić na to, by dojeżdżać bądź przeprowadzić się do dużego miasta, w którym istnieje uniwersytet.

Przy proponowanych przez MNiSW rozwiązaniach oraz zaostrzeniu kryteriów parametryzacyjnych, wiele lokalnych uczelni właściwie nie ma szans na przetrwanie, ponieważ realnie grozi im całkowita utrata finansowania. To nie znaczy, że dzisiaj sytuacja przedstawia się o wiele lepiej.

Katarzyna Kasia

Ministerstwo odpowiada, że temu scenariuszowi ma zapobiegać wprowadzona po konsultacjach tzw. regionalna inicjatywa doskonałości. W ramach tego rozwiązania uczelnie, które nie mogą konkurować z największymi na wszystkich polach, ale w pewnych dziedzinach radzą sobie znakomicie, mają szanse na dodatkowe środki. Do rozdania na ten cel ma być 100 mln złotych.

Kolejną sprawą jest propozycja powołania na uczelniach rad posiadających niebywale rozbudowane uprawnienia, złożonych w większości z osób spoza szkół. Ten zapis budzi obawę, że naruszona zostanie autonomia akademii, uczelnie zostaną upolitycznione, a władzę nad rektorami zaczną sprawować bliżej niedoprecyzowane ciała kolegialne.

Śmiesznie króciutka kołderka

W ogóle warto dodać, że zaprezentowany we wrześniu projekt nie jest przesadnie precyzyjny i wiele jego zapisów można bardzo różnie interpretować. Faktem jest, że wicepremier podjął dalszy dialog ze środowiskiem, co zaowocowało wycofaniem się z kilku kontrowersyjnych pomysłów (między innymi związanych z listami czasopism punktowanych), lecz przy okazji zasiało konkretny niepokój tam, gdzie wcześniej dopiero kiełkował – na przykład pomysł „radykalnego zmniejszenia liczby dyscyplin naukowych” sprowokował pytania o to, które z nich zostaną wykreślone z listy? W pierwszej wersji „Ustawy 2.0” skreślone zostało na przykład kulturoznawstwo. Niewesoło wygląda też sytuacja tak szacownej dyscypliny jak historia sztuki.

Krytyka merytoryczna odnosi się do nadmiernej fetyszyzacji rankingów, zwłaszcza tych międzynarodowych. Marzeniem Jarosława Gowina jest, aby wreszcie jakaś polska uczelnia znalazła się w drugiej, a nie w czwartej (UW) czy piątej (UJ) setce listy szanghajskiej. Stąd pomysł tworzenia „uczelni flagowych”, na których finansowanie przeznaczono by lwią część budżetu, pozostającego w dyspozycji ministerstwa.

I tutaj pojawia się najbardziej palący problem nauki w Polsce: pieniądze. Jakbyśmy się nie starali, finansowa kołderka jest śmiesznie i strasznie krótka, a zapowiedzi, że na szkolnictwo wyższe ma być przeznaczone 1,8 proc. PKB, na razie z całą pewnością można włożyć między bajki. Tym bardziej, że w tej chwili nakłady wynoszą ok. 0,43 proc. Nie warto chyba podnosić sobie ciśnienia porównaniami, ale jeśli ktoś nie wypił jeszcze kawy, to proszę bardzo: na badania i rozwój przeznacza się w Polsce 1,003 proc. PKB, 4,4 w Izraelu, 2,794 w Stanach Zjednoczonych czy 3,26 proc. w Szwecji.

Polityka, głupcze!

O tym, jaki procent produktu krajowego brutto będzie przeznaczony na naukę, decydują rządzący. Dlatego łatwo można w tym miejscu przejść do politycznego kontekstu proponowanej reformy, która, co bardzo symptomatyczne, wydaje się budzić o wiele większe kontrowersje w obozie Zjednoczonej Prawicy niż poza nim. Wspomniałam wcześniej, że pocałunek śmierci na czole Jarosława Gowina złożyła prof. Lena Kolarska-Bobińska, chwaląc założenia Konstytucji dla Nauki. Kilka dni później Ryszard Terlecki z PiS-u na pytanie dziennikarza o prace nad reformą, stwierdził, że nie była ona konsultowana z politykami rządzącej koalicji, a nawet, że jest „dziwna”.

Wypowiedzi jego kolegów z partii szły dalej, przeciw ustawie wytoczono nawet najcięższą armatę w postaci zarzutu, iż nie współgra ona z „dobrą zmianą”. W związku z taką wewnętrzną krytyką, wicepremier wydłużył konsultacje o kolejne miesiące, równocześnie starając się wzmocnić swój polityczny potencjał: powołał nowe ugrupowanie, Porozumienie, które zastąpiło Polskę Razem. Gowin uzasadniał tę zmianę poszerzeniem spektrum ewentualnych członków, chociaż dosyć ewidentne jest nawiązanie w nazwie do Porozumienia Centrum braci Kaczyńskich przy jednoczesnym wyeliminowaniu słowa „razem”, kojarzącego się wyborcom z partią zdecydowanie odcinającą się od politycznej wizji proponowanej przez wicepremiera. Wicepremier skrupulatnie pracował też na zaufanie Jarosława Kaczyńskiego (przypomnijmy sobie słynne głosowanie nad ustawą o Sądzie Najwyższym, w którym Gowin głosował za, ale nie przyłączył się do oklasków).

muller

Teraz zresztą wicepremier przypomina o swoich zasługach, a w wywiadzie udzielonym Radiu Gdańsk powiedział: „Chcę przypomnieć, że wszystkie sześć ustaw, które moje ministerstwo przygotowało w tej kadencji, zostało poparte nie tylko przez klub Zjednoczonej Prawicy, ale także przez wszystkie kluby opozycyjne. Bardzo się cieszę, że udaje nam się budować takie ponadpartyjne porozumienie i wierzę, że podobnie będzie z Konstytucją dla Nauki”.

W tym kontekście, pytanie o powody oporu w łonie Zjednoczonej Prawicy jest bardzo interesujące. Z jednej strony komentatorzy zwracają uwagę na znaczne wzmocnienie pozycji Jarosława Gowina i jego ludzi w zrekonstruowanym rządzie Mateusza Morawieckiego oraz na to, że pojawiła się tu ewidentna dysproporcja w stosunku do tego, jak potraktowano Zbigniewa Ziobrę. Z drugiej strony, szczerze mówiąc, trudno byłoby jeszcze bardziej dowartościować tego drugiego, skoro dzięki „reformie” jednoosobowo trzyma w ręku cały wymiar sprawiedliwości.

Powodem oporu nie jest również nagle obudzona troska o los nauk humanistycznych, bo chociaż ten wątek przewija się w wypowiedziach polityków PiS-u, zdecydowanie na pierwszy plan wybija się troska o dobro małych uczelni – ze szczególnym uwzględnieniem jednostek niepublicznych. Podczas posiedzenia sejmowej podkomisji to posłowie partii Jarosława Kaczyńskiego najbardziej krytykowali projekt, zarzucając mu, że jest neoliberalny (a nie oparty na społecznym nauczaniu Kościoła), wykluczający słabsze, mniejsze ośrodki akademickie oraz, jak powiedział profesor Włodzimierz Bernacki z PiS: „zły i niedobry”.

Rydzyk broni… humanistyki

Dodatkowo, w debacie o reformie nauki bardzo głośno brzmi głos z Torunia. W rozmowie z prezydentem Andrzejem Dudą na antenie Telewizji Trwam, Tadeusz Rydzyk, w swoim niepowtarzalnym stylu, zdecydowanie występował przeciw „Ustawie 2.0”, broniąc… polskiej humanistyki. „Wszystko z tą reformą idzie w kierunku dehumanizacji”, zauważył, krytykując „technokrację” oraz „automaty wychowywane”. Nie brakowało również odniesień do ciężkiego losu uczelni niepublicznych, których finansowanie ma być znacząco ograniczone, chociaż, jak stwierdził „katolicy też płacą podatki”.

Jak wiadomo, fundacja Tadeusza Rydzyka, Lux Veritatis, prowadzi własną uczelnię, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej, której los może być zagrożony przez reformę. Podejrzewam, że nagłe zainteresowanie losem polskiej humanistyki wyrażane przez posłów PiS-u ma z tym faktem całkiem dużo wspólnego, a w najlepszym razie możemy je potraktować jako ukłon w stronę najtwardszego, radiomaryjnego elektoratu tej partii (nawiasem mówiąc, mocno podrażnionego przez dymisję Antoniego Macierewicza).

W rozmowie z prezydentem Andrzejem Dudą na antenie Telewizji Trwam, Tadeusz Rydzyk, w swoim niepowtarzalnym stylu, zdecydowanie występował przeciw „Ustawie 2.0”, broniąc… polskiej humanistyki.

Katarzyna Kasia

Podsumowując tę bardzo ogólną analizę: Jarosław Gowin znalazł się między młotem a kowadłem. Z jednej strony zarzuca się firmowanemu przez niego projektowi błędy merytoryczne i liczne nieścisłości – niejasny jest na przykład los uczelni artystycznych, nie wiadomo, co z obowiązkiem habilitacyjnym ani jak ma wyglądać lista czasopism punktowanych czy wydawnictw – z drugiej, musi wyjść naprzeciw bezpardonowej krytyce ze strony zwolenników Tadeusza Rydzyka.

Na razie minister zdecydował się na pewne ustępstwa i w czasie prezentacji najnowszej wersji projektu podkreślał, jak bardzo leży mu na sercu dobro uczelni regionalnych, ale obawiam się, że bez paragrafu dotyczącego specjalnego traktowania jednostek akademickich o charakterze wyznaniowym, a zwłaszcza katolickich, prace nad Konstytucją dla Nauki nie tylko nie ruszą pełną parą, lecz w ogóle się serio nie rozpoczną.

PiS inwestuje w narodowców

Warszawska ulica, niedzielne popołudnie, ruch jest niewielki. Stoję na czerwonym świetle. Przede mną trzy samochody mieszczące się w statystycznej średniej, nic specjalnego, wyglądają na pojazdy z drugiej albo nawet trzeciej ręki, w rodzaju „Niemiec płakał, jak sprzedawał”. Zauważam, że na dwóch z nich naklejony jest symbol Polski Walczącej, a pod nim „Powstanie’44. Pamiętamy!”. Właściciel trzeciego auta, nieco kontrowersyjnie, zdecydował się na nalepkę z chrześcijańską rybą.

W sklepie spożywczym też wszystko jest „polskie”: masło, śmietana, „prawdziwy polski chleb”. Przyglądając się tym produktom, myślę o tym, że kiedy byłam mała, wszyscy na podwórku najbardziej cenili właśnie rzeczy „niepolskie” (fajny masz piórnik, niepolski!), bo polskość kojarzyła się nam z paździochem, bylejakością wyrobów czekoladopodobnych, szarością nieodmalowanych blokowisk i okładek szkolnych zeszytów. A teraz mogę ściągnąć sobie na telefon apkę, dzięki której będę mogła zweryfikować polskość wszystkich produktów, by nawet podczas banalnych zakupów dawać wyraz „świętej miłości kochanej ojczyzny”.

nacjonalizm kasia

Ilustracja: Joanna Witek

Od kilku tygodni spędzam czas nad przygotowaniem raportu zdającego sprawę z pracy mojego wydziału dla Komisji Akredytacyjnej, która do niedawna nazywała się „państwowa”, ale zmieniła nazwę na „polska”. To samo odnosi się do nazwy zbioru wytycznych zawartych w tak zwanej Ramie Kwalifikacji – niegdyś „krajowej”, teraz „polskiej”. Media publiczne również zmieniły nazwę. Teraz są „narodowe”.

calhoun

Co jest dziś patriotyczne?

Słowo „patriotyzm” odmienia się przez przypadki od rana do wieczora. Jedni drugim go odmawiają lub odwrotnie – podziwiają jego wytwory. Czy kupowanie polskiej śmietany jest patriotyczne? Czy naklejanie na zderzak symbolu Polski Walczącej mieści się w katalogu patriotycznych zachowań? Czy odpowiednio wyrażę swój patriotyzm, jeśli wytatuuję sobie na łydce Małego Powstańca albo szarżę husarii na plecach? Strona jednego z patriotycznych salonów tatuażu reklamuje się hasłem „Znajdziesz tutaj setki polskich, narodowych dziar, które wyrażają przywiązanie do ojczyzny”. Nie mam żadnego tatuażu, bo trudno mi się zdecydować na wzór, który miałby ozdabiać moje ciało do końca życia, więc może powinnam „wyrazić przywiązanie do ojczyzny”, kupując sobie jakieś patriotyczne ubranie?

Po wpisaniu w wyszukiwarkę Google słowa „odzież patriotyczna” od razu trafiam na firmę reklamowaną przez samą głowę państwa. Ale sklepów jest o wiele więcej, a wybór odzieży imponująco szeroki. Nie będę miała problemu z dobraniem fasonu bluzy, koszulki czy nawet czapki-kominiarki. Szukam więc dalej, skupiając się na hasłach „Żołnierze Wyklęci”, „Bóg Honor Ojczyzna”, „Husaria”, „Rotmistrz Pilecki”, „Nie wstydzę się Polski nigdy i za żadne skarby”, „Wielka Polska”, „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Każdemu z wstukiwanych przeze mnie haseł towarzyszą biało-czerwone flagi, orły, podobizny bohaterów, symbole Polski Walczącej, motywy o charakterze militarnym. Na dłuższą chwilę mój wzrok przykuwa, wychodzące nieco poza schemat, hasło w języku angielskim: „Don’t flirt with me, I love my woman, she’s a crazy POLISH GIRL, she will murder you”, w tle niezobowiązująca biało-czerwona flaga. Zastanawiam się też nad bluzą imitującą zbroję. W tych samych sklepach można nabyć również ubrania z nieco mniej patriotycznymi hasłami, wywodzącymi się z kręgu kultury penitencjarnej „Na psach sprzedałeś, grób sobie wykopałeś” albo „Dla brata bratem, dla frajera katem”.

Doroczną galą mody patriotycznej jest organizowany jesienią Marsz Niepodległości. Z uwagi na obawę przed płonącymi racami, oglądam go w telewizji, chociaż na pewno wiele tracę. Warszawiacy i przyjezdni manifestują swoje przywiązanie do ojczyzny nie tylko strojem (choć i tak sporo musieli zainwestować we wspieranie firm odzieżowych lansujących patriotyzm, bo zwykły T-shirt kosztuje od 50 do ponad 100 zł). Skandują również hasła mówiące na przykład o tym, że w naszej ojczyźnie „na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” oraz prezentują transparenty, na których przeczytać można o „białej sile”, o Europie, która stoi wobec dramatycznego wyboru – albo będzie „biała”, albo „nie będzie jej wcale”, o zagrożeniu „islamizacją”, niesioną przez zalewającą nas falę uchodźców. Podobno w tym roku w marszu brały udział nawet rodziny z dziećmi. Jeśli tak, to były one bardzo postępowe, wręcz transgresyjne, ponieważ na zdjęciach widzę przeważnie młodzieńców o skąpych fryzurach. Podobno w tym roku maszerowała również była lewicowa kandydatka na urząd prezydenta RP, która potem zdobiła okładkę jednego z bardziej patriotycznych tygodników bezpretensjonalnie spowita w polską flagę.

Nacjonalizm=patriotyzm?

Coś mi w tym wszystkim jednak nie gra: czy patriotyzm na pewno powinien tak wyglądać? Czy miłość do ojczyzny musi z konieczności zakładać przekonanie o wyższości mojego narodu nad innymi? Czy musi oznaczać epatowanie na każdym kroku wojną? Może należałoby się odczepić od tej kategorii i przywołać inną – nacjonalizm. Mimo fatalnych konotacji historycznych, to pojęcie pojawia się w Polsce coraz częściej nie tylko jako element krytyki pewnych zachowań, ale również bez odcienia pejoratywnego. Bycie nacjonalistą ma szansę stać się równie popularne i mainstreamowe jak bycie patriotą. A dokładniej mówiąc, tym szczególnym rodzajem patrioty, który odziany w patriotyczną odzież bohatersko broni Polski przed „obcymi”. Tym rodzajem patrioty, który nie widzi sprzeczności między biblijnym nakazem miłości bliźniego a nienawiścią do uchodźców. Tym, który powtarza antysemickie hasła. Trawestując słynny modowy bon mot: brunatny w następnym sezonie ma szansę stać się nowym biało-czerwonym.

Ta zmiana wiąże się z radykalizacją postaw oraz przyzwoleniem ze strony aparatu państwa na przemoc i głoszenie treści otwarcie nienawistnych. Zapytany po 11 listopada o rasistowskie hasła z warszawskiego Marszu Niepodległości, minister spraw wewnętrznych, Mariusz Błaszczak, odrzekł, że „osobiście ich nie widział”. Nieco ponad dwa tygodnie później, w Katowicach, policja nie zauważyła, że członkowie Ruchu Narodowego wieszali na szubienicach zdjęcia eurodeputowanych z Platformy Obywatelskiej. Postępowanie w tej sprawie zostało przez prokuraturę wszczęte dopiero po pięciu dniach i nie bez znaczenia był tu też chyba dramatyczny list przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Antonio Tajaniego, do premier Beaty Szydło. Od dwóch lat stale rośnie liczba aktów przemocy wobec obcokrajowców, zaś sprawcy coraz częściej pozostają bezkarni. Przesuwanie się granic sprzyja wprowadzaniu gradacji tej nowej „miłości do ojczyzny” – nowy polski nacjonalizm ma co najmniej 50 odcieni, od tego najciemniej brunatnego po wersję „light” czy „soft”, do której przyznają się niektórzy prawicowi intelektualiści, zdający sobie sprawę z tego, że ich poglądy dalece wykraczają poza granicę patriotyzmu, tak samo jak koszulka z hasłem „Śmierć wrogom Ojczyzny”.

Łagodzenie to przyzwolenie na przemoc

Problem polega na tym, że zawłaszczone przez prawicę symbole narodowe zostały nie tylko strywializowane, ale wręcz ośmieszone. Przerabianie wszystkiego na „polskie” jest tylko marketingowym zabiegiem, który przez jakiś czas może być skuteczny, lecz w końcu doprowadzi do narodzin tęsknoty za „niepolskim”. Przymiotnik „patriotyczny” jest dzisiaj tak samo żałosny jak opisane wyżej ubrania, Polska Walcząca na zderzakach czy hasło „nie wstydzę się”, wpisujące się doskonale w ksenofobiczną politykę spod znaku „wstawania z kolan”. Jest śmieszny i straszny zarazem, jak media „narodowe”, jak przywracanie przedwojennych stopni wojskowych przez ministra obrony narodowej, jak oddawanie hołdu Narodowym Siłom Zbrojnym przez Sejm RP. Nacjonalizm jest najgorszym wrogiem patriotyzmu. Próby odwrócenia uwagi od jego niszczycielskiego działania poprzez łagodzenie przekazu są skazane na niepowodzenie. Czy przejawem nacjonalizmu „light” miałoby być spanie pod „patriotyczną” kołdrą za jedyne 169 złotych czy zabranie dziecka na Marsz Niepodległości, żeby mogło sobie posłuchać o wyższości „białej rasy”? Dziecku należałoby raczej wytłumaczyć, że „biała Europa” z transparentów oznacza tak naprawdę Europę brunatną, zainfekowaną wirusem faszyzmu.

Odpowiedzią na radykalizację postaw nacjonalistycznych nie jest łagodzenie narracji, ale całkowite jej odrzucenie. Bo łagodzenie oznacza przymykanie oczu i przyzwolenie, którego konsekwencje mogą przerosnąć najgorsze wyobrażenia. Ekipa aktualnie rządząca Polską bardzo dużo ryzykuje, wdając się we flirt z narodowcami, ponieważ inwestuje w ten sposób w tworzenie ich politycznego potencjału.

O sztuce zrzucania z cokołu. Recenzja filmu „Manifesto” Juliana Rosefeldta

Manifest to wypowiedź dająca jasny wyraz idei, programowi, przekonaniom, celom bądź polityce jakiejś grupy, organizacji lub osoby. Manifest musi być jednoznaczny. W manifeście formułuje się stanowisko, które stanowi punkt wyjścia dla działalności (bądź właśnie jej braku). Manifest bardzo często przekreśla przeszłość, oddzielając to, co było, od tego, co nadejdzie; świat, który się kończy, od świata, który ma dopiero powstać. Manifest to tekst-fundament, punkt zero, nowe otwarcie. Jest jednak czymś więcej niż tylko grubą kreską oddzielającą stare od nowego, ponieważ jednoznacznie określa wartość tego, w czym żyjemy, wychylając się ku przyszłości, ku obietnicy spełnienia najdzikszych, najwspanialszych, najbardziej przełomowych marzeń. Nawet jeśli niczego ma już nie być, bo wszystko się skończy, odejdzie w niepamięć. Jeśli jedynym, co nam pozostaje, jest zwątpienie, niech przynajmniej będzie ono szczere i samoświadome. Manifest powinien porywać. Powinien być piękny.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Czy pomiędzy kolejnymi aktami ostatecznego zerwania istnieje jakaś łączność? To znaczy: czy można je ze sobą powiązać tak, by stworzyć koherentną opowieść? Możemy spróbować ułatwić sobie nieco sprawę i ograniczyć się wyłącznie do tekstów manifestów artystycznych: czy da się za ich pomocą opowiedzieć historię sztuki? Czy ich konsekwencje były rzeczywiście na tyle doniosłe, żeby traktować je z powagą, jakiej żądają? Co nam zostaje po manifestach? Może były tylko orężem bitew, które dawno temu się skończyły? A sztuka powinna bronić się sama? Może powinno się je oddzielić, potraktować jako narzędzie zbyt polityczne w swojej jednoznaczności?

Najważniejszym i najbardziej udanym zabiegiem reżysera okazuje się to, że wszystkim manifestom nadaje jedną twarz: Cate Blanchett. Tak naprawdę to ona jest manifestem.

Katarzyna Kasia

Niepewny okrzyk

Julian Rosefeldt, reżyser filmu „Manifesto”, zdaje sobie sprawę z tego, że manifest jest formą anachroniczną i utopijną, jednak równocześnie daje się porwać tym nieznoszącym sprzeciwu narracjom, odnajdując w nich młodzieńczy, nieustępliwy entuzjazm i pragnienie zmiany niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za nią zapłacić. „Te manifesty były nie tylko tekstami, chcącymi sztukę – a w ostatecznym rozrachunku cały świat – wywrócić do góry nogami, zrewolucjonizować, ale także świadectwami poszukiwania tożsamości, wykrzykiwanymi z wielką niepewnością”. To pozornie wewnętrznie sprzeczne „wykrzykiwanie z niepewnością” jest tu zresztą symptomatyczne: łączy w sobie wrażliwość ludzi, którzy widzą więcej, z nieustannym poszukiwaniem samych siebie, z ciągle ponawianym pytaniem o to, kim właściwie jestem i co mam światu do zaproponowania. Rosefeldt decyduje się przyjrzeć manifestom na nowo, umieszcza je w nieoczekiwanych kontekstach, przeważnie poza światem sztuki, do której się odnoszą. Jest w tym próba przetestowania ich, sprawdzenia, czy mogą jeszcze zabrzmieć aktualnie. Rosefeldt bada, czy można dalej odbierać je jako przekonujące wezwania do rewolucyjnego czynu.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Najważniejszym i najbardziej udanym zabiegiem reżysera okazuje się to, że wszystkim manifestom nadaje jedną twarz: Cate Blanchett. Tak naprawdę to ona jest manifestem. W filmie aktorka wciela się w trzynaście różnych postaci. Gra bezdomnego, maklerkę giełdową, matkę rodziny z wyższej klasy średniej, robotnicę, prezenterkę telewizyjną, reporterkę, lalkarkę, naukowczynię, osobę przemawiającą na pogrzebie (wdowę?), rosyjską choreografkę, brytyjską punkówę, managerkę i nauczycielkę ze szkoły podstawowej. Trzynaście różnych ról oznacza trzynaście różnych akcentów, historii życiowych, problemów, światopoglądów. Trzynaście perfekcyjnie dopracowanych postaci, które mimo tego, że pojawiają się na ekranie na krótko, zostawiają trwały ślad, a ich los nie jest widzowi obojętny. Trudno wyobrazić sobie kogokolwiek innego, kto mógłby to udźwignąć. Nie waham się napisać, że w tym filmie Cate Blanchett dowodzi, że jest aktorką genialną.

Na każdy manifest da się odpowiedzieć innym. W ten sposób zakwestionowana zostaje jedyna słuszność, a dzięki temu horyzonty odbiorcy ulegają znacznemu poszerzeniu.

Katarzyna Kasia

Przewrotność koncepcji reżysera objawia się w tym, że chociaż autorami lwiej części obecnych w filmie manifestów byli mężczyźni, decyduje się on w roli głównej obsadzić kobietę. Na dodatek żadna z postaci nie przemawia z pozycji władzy. Wygłaszają fragmenty manifestów bardzo często w sytuacjach trywialnych, codziennych, bez nadmiernego namaszczenia. Czasami kontrast między tekstem a okolicznościami jest wręcz komiczny. W efekcie same manifesty mają szansę ożyć, nawet jeśli dzieje się to tylko po to, żebyśmy dostrzegli ich zbędność, patetyczność, zbytnie oddalenie od realiów naszego życia. Niektóre z nich zaś mają szansę bardzo skutecznie się obronić.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

Manifest niestałości

„Manifesto” to kolaż z tekstów i nie usłyszymy tu żadnego manifestu w całości. Rosefeldt wyrywa z nich zdania, składając fragmenty na nowo. Miksuje tu między innymi założenia programowe futurystów, sytuacjonistów, abstrakcjonistów, suprematystów, dadaistów, surrealistów czy konceptualistów. Wcześniej praca była prezentowana jako instalacja wideo złożona z trzynastu oddzielnych etiud. Nadanie filmowi aktualnego kształtu to zabieg odważny i uwieńczony sukcesem. Na pewno – oprócz hipnotycznej Cate Blanchett – ogromną rolę odegrały tu znakomite zdjęcia Christopha Kraussa i montaż, za który odpowiada Bobby Good. Nie sposób również nie zwrócić uwagi na kostiumy zaprojektowane przez Binę Daigeler i na wspaniałą charakteryzację. „Manifesto” jest dziełem spójnym, które – wbrew naturze samych manifestów – raczej zadaje pytania, niż daje odpowiedzi.

Materiały dystrybutora Gutek Film

Materiały dystrybutora Gutek Film

W czasach ostrych walk politycznych, kiedy najróżniejsze manifesty wykrzykuje się na ulicach, a szukanie zgody pozostaje raczej postulatem niż faktem, film Rosefeldta ma jeszcze jedną zaletę: zwraca uwagę na wielość ujęć i na to, że jeśli zdejmie się tekst manifestu z cokołu, na którym został ustawiony przez swojego autora czy autorów, mimo wszystko może nas zainspirować. I jeszcze: na każdy manifest da się odpowiedzieć innym. W ten sposób zakwestionowana zostaje jedyna słuszność, a dzięki temu horyzonty odbiorcy ulegają znacznemu poszerzeniu. Piękne i hipnotyzujące teksty nie tracą w tym filmie mocy, ale w większym stopniu zarysowują kontury możliwych interpretacji, niż są ostatecznym wyrazem idei. Wypowiedziane głosem Cate Blanchett poruszają serce, ale w tej masie trafiają również do rozumu, zadając pytanie, czy na pewno powinno się traktować je poważnie. I chociaż kiedy Marks i Engels pisali w „Manifeście Partii Komunistycznej”, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, mieli na myśli rozpad wyczerpanej struktury dotychczasowego świata, w kontekście filmu Rosefeldta to same manifesty się rozpływają w wielości perspektyw, w dialogiczności, w tym, że mocne stanowiska okazują się być pytaniami. Jeśli takie osłabienie budzi w kimś tęsknotę za jednoznacznym przekazem, wystarczy wybrać sobie jeden z nich i wierzyć w niego żarliwie, tak długo, aż się nam nie znudzi.

 

Film:

Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, Australia, Niemcy 2015.

[Polska] „Brzydkie Dziewczyny”, walczmy o prawa!

Na pytanie o to, dlaczego rok po czarnym proteście dalej nie składamy parasolek, najlepszą odpowiedź dała policja, rewidująca biura organizacji wspierających kobiety w całej Polsce.

We wtorek, 3 października, odbyły się liczne manifestacje, w ramach których podpisywano obywatelski projekt ustawy liberalizującej dostęp do legalnej aborcji oraz protestowano przeciw wycofaniu z aptek dostępnej bez recepty antykoncepcji awaryjnej. W środę, dzień później, policja, działająca na zlecenie prokuratury, złożyła wizyty w siedzibach pozarządowych organizacji działających na rzecz kobiet. Nie trzeba mieć manii prześladowczej, żeby te dwa fakty ze sobą powiązać. Nie musimy paranoicznie tropić spisków i układów, aby zastanowić się poważnie, czy nie mamy przypadkiem do czynienia z zastraszaniem środowisk prokobiecych. Trudno przypuszczać, że ogólnopolskie protesty nie mają nic wspólnego z tym, co wydarzyło się następnego dnia.

Czarny protest 2016 pokazał, jak wielką siłę polityczną mają kobiety. Jeden dzień strajku, spędzony na tłumnych manifestacjach, sprawił, że wycofano z Sejmu projekt ustawy zaostrzającej prawo antyaborcyjne. Niestety „obrońcy życia” bardzo szybko wrócili do swoich haseł, ograniczając na razie swoje żądania do tego, by zakazać przerywania ciąży w przypadku stwierdzenia nieuleczalnych wad płodu. Być może zaostrzenie ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży w tym punkcie stanowi jakiś element politycznych targów między partią rządzącą a radykalnymi katolickimi środowiskami opiniotwórczymi. Powstrzymanie tej nowelizacji było pierwszym powodem, dla którego Polki ponownie zaprotestowały. Drugim była decyzja ministra Radziwiłła o wycofaniu z aptek dostępnej bez recepty pigułki „dzień po”, która – przypominam – nie jest pigułką wczesnoporonną, jak twierdzą jej przeciwnicy. Decyzję tę jako słuszną w sposób mniej czy bardziej kuriozalny komentowali politycy PiS-u, wśród których największą empatią wykazał się poseł Suski, który stwierdził, że „on tego nie łyka”. Gdyby łykał, to co innego. Wtedy należałoby EllaOne rozdawać za darmo. A tak, to nie ma potrzeby, warto natomiast, aby generyki Viagry były dostępne niedrogo i bez recepty, najlepiej na stacjach benzynowych.

Słowo, nawet posła PiS-u, jest jednak, jak twierdził Heraklit z Efezu, zaledwie „cieniem czynu” i dlatego nie powinnyśmy tracić z oczu ministra zdrowia, który nie tylko skutecznie zmniejszył dostępność antykoncepcji awaryjnej, lecz także nie ułatwił Polkom dostępu do profesjonalnej opieki ginekologicznej. Podjął za to działania mogące wpłynąć na obniżenie standardów opieki okołoporodowej oraz zmniejszył dostępność diagnostyki prenatalnej. Powinniśmy również pamiętać o ministrze sprawiedliwości, który odmawia finansowania Centrom Praw Kobiet, argumentując, że ich „oferta pomocy skierowana jest tylko do kobiet pokrzywdzonych” i o pani minister rodziny, pracy i polityki społecznej, której resort pracował nad wypowiedzeniem przez Polskę europejskiej Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet.

Czy naprawdę lekiem na to całe zło ma być program 500+ oraz obniżenie wieku emerytalnego? A co, jeśli zastanowimy się nad tym w kontekście skutecznego eliminowania kobiet z rynku pracy? Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy raczej do czynienia ze zmasowanym atakiem na suwerenność Polek, mających ograniczyć swoją aktywność do rodzenia dzieci i jak najwcześniejszego zaprzestawania działalności zawodowej, by opiekować się za darmo wnukami. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że pisząc powyższe, narażam się co najmniej na niechęć ze strony tych, którzy uważają, że prorodzinne działania rządu pani premier Beaty Szydło służą niesieniu skutecznej pomocy matkom i coraz młodszym babkom, pragnę jednak wszystkich uspokoić: w oficjalnej narracji istnieje zasadnicza różnica między kobietami, którymi należy się opiekować, i tymi, które protestują na ulicach. Rok temu, minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, pogardliwie skomentował demonstracje słowami: „Niech się bawią”. W tym roku, poprzeczkę podniósł ekspert z TVP, twierdząc, że źródłem feminizmu jest frustracja seksualna przeżywana przez brzydkie kobiety. Do wyrażenia tej światłej diagnozy użył języka, którego nie zniosłaby moja klawiatura.

W tym kontekście mogę tylko powiedzieć: trudno. Bawmy się na ulicach, Brzydkie Dziewczyny. Bawmy się, walcząc o prawa naszych córek, o zapobieganie przemocy w rodzinie, o Niebieską Linię, o godne warunki rodzenia dzieci, o możliwość decydowania o tym, czy w ogóle chcemy je mieć. Chociaż obawiam się coraz poważniej, że te nasze parasolki to ostatnie reduty obywatelskiego oporu, który będzie tłumiony przez coraz bardziej opresyjny aparat państwa.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Wikimedia Commons

Polska – krajobraz po bitwie

„Ale żebym ja stał i śpiewał hymn na ulicy?!”, powiedział do mnie wstrząśnięty przyjaciel, którego spotkałam na demonstracji pod gmachem Sądu Najwyższego. A przecież nie tylko śpiewaliśmy: staliśmy tam (przed Sejmem, Senatem i Pałacem Prezydenckim) ze świecami i transparentami, krzycząc, że „Nie ma wakacji od demokracji” i że my tę demokrację obronimy, bo wolność, równość, demokracja to sprawy fundamentalne. Spotykaliśmy znajomych i nieznajomych, których z domów wyciągnęła wspólna sprawa i przekonanie o tym, że nie możemy sobie pozwolić na to, aby na naszych oczach dokonano demontażu państwa prawa. Byliśmy, bo czujemy się odpowiedzialni nie tylko za nasze tu i teraz, ale też za następne pokolenia.

Siła obywatelskiego sprzeciwu przerosła wszelkie oczekiwania: protestowano wszędzie. Wobec powagi sytuacji na chwilę zniknął podział na Polskę A i B. Odzyskaliśmy symbole i wartości, na których te symbole zostały zbudowane. W tle protestów przewijała się nadzieja, oparta na sukcesie „czarnego protestu”, który doprowadził do wstrzymania prac nad nieludzkim projektem całkowitego zakazu aborcji. Może, skoro wtedy się wycofali, teraz mamy jakąś szansę? Może odrzucą projekt, odeślą go do komisji, przemyślą, zastanowią się? Kolejne możliwości upadały jedna za drugą, została ostatnia, w którą mało kto wierzył. Tymczasem prezydent Duda zaskoczył wszystkich i zawetował dwie spośród trzech ustaw o sądach, wprowadzając niemały zamęt w obozie tzw. dobrej zmiany.

Ilustracja: Olek Pujszo

Ilustracja: Olek Pujszo

Dlaczego właściwie prezydent to zrobił? Od razu pojawiły się teorie równie liczne, co trudne do zweryfikowania, prezentujące szerokie spektrum postaw: od skrajnej nieufności („ustawka”) po dostrzeżenie na horyzoncie jutrzenki zmiany, może już nie takiej, na całe szczęście, „dobrej”. Czytałam w tej sprawie analizy polityczne, socjologiczne, prawnicze, ale również psychologiczne, czy wręcz ezoteryczne (za takie uznaję rozważania czysto probabilistyczne, nieoparte na faktach, nawet tych powszechnie znanych). Kolejną istotną kwestią jest to, jakie będą konsekwencje decyzji prezydenta dla obozu władzy. Czy mamy do czynienia z rozłamem? Buntem? „Wojną na górze”? Czy nagłe usamodzielnienie się prezydenta oznacza koniec monowładzy Jarosława Kaczyńskiego? Co właściwie ustalono podczas błyskawicznie zwoływanych spotkań na Nowogrodzkiej? Czy PiS straciło zaufanie do Andrzeja Dudy i czy w związku z tym, odmawiając mu poparcia, skaże go, niczym Kazimierza Marcinkiewicza, na polityczny czyściec? Czy decyzja prezydenta jest pierwszym krokiem ku radykalnemu osłabieniu obozu władzy?

Mogłabym mnożyć podobne pytania, odwołując się do różnych autorytetów, ale mam wrażenie, że bardzo trudno tu o jakiekolwiek sensowne odpowiedzi. Napisanie, że „wszyscy jesteśmy zaskoczeni” albo że „nie wiemy, czego się spodziewać” nie jest zbyt wartościowe, tym bardziej, że na skutek prezydenckiego weta oraz zapowiedzi przedstawienia przez prezydenta własnych projektów ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, tak naprawdę nie wiemy, na czym stoimy. O wiele bardziej interesująca wydaje się kwestia samych protestów, ich skali i intensywności oraz energii, z którą tak wiele osób wspólnie stanęło w obronie demokracji.

Bez popadania w apokaliptyczny ton dosyć łatwo można się zorientować, że jak na razie protestujący wygrali, i to na chwilę, zaledwie 2/3 jednej bitwy. Bez wątpienia czekają nas kolejne.

Katarzyna Kasia

I tu jedno jest pewne: nie wolno nam tego potencjału zmarnować. Niezależnie od niejasnych relacji na linii rząd–parlament–prezydent, okazało się, że istnieje fundament, którego chcemy razem bronić. W odróżnieniu od wcześniejszych społecznych mobilizacji, w demonstracjach w obronie sądów brało udział wielu młodych ludzi, doskonale rozumiejących, na czym polega zagrożenie i jak bardzo jest realne . Protestom towarzyszył ogromny opór wobec przejmowania ich przez polityków. Często nie organizowała ich parlamentarna opozycja (zjednoczona czy nie). Szyldy partyjne nie były tu nikomu do niczego potrzebne. „Spacerowicze” jednogłośnie podkreślali, że mówią i działają wyłącznie we własnym imieniu. Pojawia się jednak pytanie o polityczny potencjał zgromadzenia „no logo”: czy, i ewentualnie w jaki sposób, można go nie tyle budować (ponieważ już istnieje), ile raczej zachować, utrwalić? Jaką formułę przywództwa przyjmiemy? Czy liderzy są tu w ogóle potrzebni? Czy bez struktury taki ruch jest skazany na wypalenie? W jaki sposób zwiększać skuteczność protestów?

Są to kwestie absolutnie kluczowe, gdyż bez popadania w apokaliptyczny ton, dosyć łatwo można się zorientować, że jak na razie protestujący wygrali, i to na chwilę, zaledwie 2/3 jednej bitwy. Bez wątpienia czekają nas kolejne, a wśród nich najważniejsza: walka o to, żeby Polska pozostała pełnoprawnym krajem członkowskim Unii Europejskiej. Nazwanie obozu władzy „eurosceptycznym” jest bowiem daleko idącym niedopowiedzeniem, jest on radykalnie antyeuropejski.

Sienkiewicz

Dyktowane wynikami sondaży populistyczne oświadczenia prezesa Kaczyńskiego, wedle których Polacy są jednym z najbardziej euroentuzjastycznych krajów Wspólnoty, służą wyłącznie ukojeniu słusznego niepokoju, podczas gdy kolejne działania rządzących są jednoznacznie ukierunkowane na wyprowadzenie nas, w taki czy inny sposób, z UE. Strategie propagandowe są oparte z jednej strony na nieustannym straszeniu imigrantami i uchodźcami, z drugiej zaś na budowaniu i umacnianiu niechęci do innych państw Wspólnoty – w tym kontekście symptomatyczny jest powrót do sprawy reparacji wojennych, których Polska ma się domagać od Niemiec. Oprócz tego należy pamiętać o wszczętej przez Komisję Europejską procedurze kontroli praworządności, skoncentrowanej wokół spraw Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i KRS. Na to dodatkowo nakłada się niezastosowanie się przez polski rząd do decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE, nakazującej natychmiastowe zaprzestanie wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. Lekceważenie przez obóz władzy kolejnych decyzji ciał unijnych doprowadzi prędzej czy później do mniej lub bardziej dotkliwych reakcji z ich strony. Budowanie poczucia bezpieczeństwa na wsparciu obiecanym polskiemu rządowi przez Węgry może się okazać chybione, na co wyraźnie wskazuje chociażby wynik ostatniego głosowania na Przewodniczącego Rady Europejskiej – 27:1.

To głosowanie i kwiaty wręczone przez Jarosława Kaczyńskiego premier Beacie Szydło pokazują, że PiS świetnie się odnajduje w sytuacji, w której może postawić Polskę w roli oblężonej twierdzy. Od wstawania z kolan dawno zakręciło się w głowach: zła Europa chce odebrać to, co się nam słusznie należy, zatem jej nie potrzebujemy. W najgorszym wypadku cała publiczna maszyna propagandowa zostanie uruchomiona, aby doprowadzić do polexitowego referendum. W najlepszym Polska zostanie w Unii, ale nawet nie jako kraj „drugiej” czy „trzeciej prędkości”, tylko jako pozbawiony większości realnych praw satelita, samodzielnie skazujący się na coraz większą marginalizację.

W tym kontekście jeszcze wyraźniej widać, o jak gigantyczną stawkę walczymy i że nie możemy pozwolić sobie nawet na chwilę nieuwagi ani w przestrzeni polityki krajowej, ani zagranicznej. Tylko permanentna społeczna mobilizacja może dać nam cień szansy na to, aby uratować demokrację, państwo prawa, swobody obywatelskie i pozycję Polski na świecie. Bądźmy „no logo”, Dziewuchami, Obywatelami RP, Akcją Demokracją, Spacerowiczami, Ruchem 20 lipca albo zakładajmy inne przytomne ugrupowania lub partie, pamiętając, że w aktualnej sytuacji na jedną zawetowaną czy odrzuconą złą ustawę przypada średnio dziesięć uchwalonych.

Polki i feminizm. Co będzie dalej?

Po fenomenalnym sukcesie „czarnego protestu” pojawiły się różne dyskusje na temat tego, jak powinien w Polsce wyglądać feminizm, a nawet, czym w ogóle on jest. Tak oto z bardzo konkretnej debaty, o tym, co możemy zrobić, żeby zapobiec niekorzystnym dla kobiet rozwiązaniom prawnym, zrodziła się dyskusja o tym, kim naprawdę – jako kobiety – jesteśmy i jak powinnyśmy walczyć o swoje prawa. Część osób twierdzi, że feminizm jest czymś oczywistym. Inni uważają, że raczej czymś heroicznym. Są też osoby uznające feminizm za zbędny. Ich zdaniem deklarowanie się jako feministka czy feminista jest błędem, bo to nic więcej jak tylko przyszywanie sobie łatki, z której tak naprawdę nic nie wynika.

Jest to o tyle paradoksalne, że feminizm ma długą i piękną historię, a wiele jego osiągnięć tak głęboko weszło w społeczny krwiobieg, że uznajemy je za oczywiste. Jeśli ktoś mówi, że nie lubi feministek albo nie chce feministką być, to z mojej perspektywy jest to tożsame ze stwierdzeniem: „nie przepadam za moimi prawami wyborczymi”, czy twierdzeniem, że to mężczyźni powinni decydować, w jakim ustroju żyjemy i kto nami rządzi. Deklaracja: „nie jestem feministką”, to uznanie, że tylko chłopcy powinni chodzić do szkoły, a dziewczynki należy od dziecka przygotowywać do wykonywania prac domowych. Niektóre osiągnięcia feminizmu są tak oczywiste, że traktujemy je jak powietrze, którym oddychamy. A przecież tak wiele zawdzięczamy tym szalonym sufrażystkom, które chodziły na demonstracje i paliły gorsety.

Nie oznacza to, że celem wszystkich kobiet powinno być wypracowanie „feminizmu środka”. Już w „Drugiej płci” Simone de Beauvoir pisała, że emancypacja kobiet jest o tyle trudna, że nie ma takiego podmiotu zbiorowego jak „kobiety”. To znaczy, że trudno wyodrębnić połowę gatunku ludzkiego i powiedzieć: „teraz będziemy jedną grupą – koherentną, spójną i jednolitą”. Radykalizmy w feminizmie będą występować zawsze i są wyrazem tej różnorodności. Chodzi raczej o to, aby zachować zasadę solidarności i poczucia, że łączą nas wspólne interesy, które są o wiele bardziej istotne niż to wszystko, co nas dzieli. „Czarny protest” wyraźnie pokazał, że istnieją postulaty w dużej mierze niezależne od przekonań, poglądów, wyznania; łączące kobiety, tak jakby to nie była heterogeniczna, zróżnicowana i wieloaspektowa grupa.

 

Ilustracja: Joanna Witek

Ilustracja: Joanna Witek

 

Propozycja złożona jesienią przez Ordo Iuris, postawiła polskie kobiety w sytuacji bezpośredniego zagrożenia utraty tych nielicznych praw, które udało się zagwarantować na samym początku III RP, po transformacji. Narodził się ruch kobiecy, który miał bardzo jasno sprecyzowany cel i bardzo jasną strategię. Siłą „czarnego protestu” była, paradoksalnie, siła słabości, wola oporu wobec władzy.

Kiedy uczestniczki marszu policzyły się na placu Zamkowym i ulicach wielu innych polskich miast, okazało się, że jest nas bardzo, bardzo dużo. W rezultacie zrodziło się poczucie, od którego polskie kobiety są całkowicie odcinane. Poczucie siły sprawczej, poczucie, że cokolwiek mogą w sensie politycznym. Tego przekonania do tej pory właściwie nie było, a co więcej, bieżąca polityka rządu dąży do tego, aby w sferze politycznej odebrać je Polkom całkowicie. Kobiety mają „siedzieć” w domu i tylko tam mogą rządzić. To bardzo tradycyjne, wręcz patriarchalne ujęcie roli kobiety prowadzi do wykreowania – jak to określiła Sławomira Walczewska – „matki gastronomicznej”. Sprawuje ona władzę przez to, że karmi, wydaje posiłki i zmusza wszystkich, żeby razem je jedli. Ale kiedy tylko wychodzi z domu, odprowadza dzieci do przedszkola lub idzie z siatami ze sklepu, jest już zupełnie kimś innym. Już nie ma tej mocy, nie ma tej władzy.

Wzmacnianie tego wizerunku Polek jest w tej chwili ewidentną tendencją. Przez obniżenie wieku emerytalnego kobiety są eliminowane z rynku pracy. Program 500+, który ma wiele zalet jako program bezpośredniego wspierania rodzin, także nie zachęca kobiet do podejmowania działalności zawodowej. Kolejnym czynnikiem jest nauka Kościoła katolickiego, która skupia się na zamknięciu i atomizacji rodziny. Przykładem tego jest pomysł wypowiedzenia konwencji przeciw zapobieganiu przemocy domowej, czyli w znacznym stopniu przemocy wobec kobiet, co uzasadnia się tym, że takie sprawy powinny być regulowane przez samą rodzinę. To tylko niektóre z wielu czynników, które nakładają się na przywiązanie kobiety do domu i odebranie jej jakiegokolwiek poczucia sprawczości w kwestiach politycznych.

„Czarny protest” wyraźnie pokazał, że istnieją postulaty w dużej mierze niezależne od przekonań, poglądów, wyznania; łączące kobiety, tak jakby to nie była heterogeniczna, zróżnicowana i wieloaspektowa grupa.

Katarzyna Kasia

Chciałabym, aby po „czarnym proteście” pozostał konkretny efekt w postaci trwałego zarzucenia prac nad ustawą antyaborcyjną w tak zradykalizowanej wersji. Ale to tylko jeden sukces. Równie istotne jest utrwalenie poczucia sprawiedliwości i sprawczości, które pojawiło się w następstwie tej akcji. Zrozumienie tego, że coś od nas zależy. „Czarny protest” stał się największym od lat – może nawet od protestów opozycji z lat 80. – dowodem siły demokratycznego społeczeństwa. Tego, że oddolnie można zaprowadzić bardzo poważną zmianę. Chciałabym, aby to w nas zostało. Przekonanie, że jeżeli mamy sprawę, to jesteśmy w stanie doprowadzić ją do końca. I nie będziemy czekać, aż ktoś to zrobi za nas. Jeden cel został osiągnięty. Pytanie – co będzie dalej?

Żale młodej prawicy

W sierpniu 1935 r., mój pradziadek zanotował w pamiętniku: „Byliśmy z Mydusią w Rzymie. Widzieliśmy marsz faszystów”. Przypomniało mi się to zdanie podczas lektury wywiadów z młodymi polskimi intelektualistami o prawicowych poglądach. Nie dlatego, żebym uważała ich za faszystów – w żadnym razie. Raczej dlatego, że prezentowana przez nich wizja państwa narodowego o silnej tożsamości wydaje mi się równie archaiczna i niepokojąca co manifestacje potęgi Il Duce w latach 30. XX w. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że tamte sny o potędze z jakichś powodów powracają w dzisiejszym świecie. Mam nadzieję, że odbiją nam się co najwyżej czkawką, a nie poważną katastrofą.

Slogany, czyli brak wizji

Obserwacja dzisiejszej sceny politycznej pod kątem jej przyszłości prowadzi do zaskakujących wniosków. Z jednej strony podobno młodzi ludzie coraz częściej uznają ofertę prawicy za bardziej atrakcyjną. Być może dzieje się tak dlatego, że w płynnej, nieoznaczonej późnej ponowoczesności desperacko szukają zaczepienia w konkretach: zamiast niejasnego statusu wielonarodowej UE, wybierają mocne korzenie, jednoznaczną tożsamość narodową i prostą logikę, w ramach której za własne nieszczęścia, biedę, wykluczenie społeczne trzeba czynić winnymi innych – chociażby nieprzyjętych uchodźców. Mentalność oparta na prostych kontrastach i aksjologia zbudowana na resentymencie sprzyjają dokonywaniu radykalnych wyborów. W ich efekcie do władzy doszło PiS, a ugrupowanie Kukiz’15 odniosło sukces, chociaż poza generalnym sprzeciwem wobec elit oraz postulatem utworzenia jednomandatowych okręgów wyborczych nie prezentuje żadnego programu (co zresztą jego lider z dumą podkreśla przy każdej okazji). Żaden z tych politycznych organizmów w warstwie ideologicznej nie ma do zaproponowania niczego poza garścią „prawackich” sloganów, o których powierzchowności najlepiej świadczy brak troski o interesy Polski, z którego przejawami mamy nieustannie do czynienia. Co można powiedzieć? Pewnie tyle, że młodych wyborców oszukano, a do władzy doszło pokolenie ich ojców i dziadków, którzy naprawdę gdzie indziej sytuują priorytety. Nie widzę na polskiej scenie politycznej prawicy młodej i prężnej, widzę raczej rozpięty między oportunizmem Misiewicza a ziejącym nienawiścią radykalizmem Międlara brak całościowej, spójnej koncepcji, dającej perspektywę na następne dziesięciolecia.

Z drugiej strony nieobecność lewicy na scenie politycznej jest w aktualnym rozkładzie sił w parlamencie doskonale widoczna. O jej przyczynach dyskutowano już tak wiele, że została jako fakt przypieczętowana. Łabędzim śpiewem SLD-owskiego establishmentu było bez wątpienia wystawienie pani Ogórek jako kandydatki na prezydenta. Niemniej na horyzoncie bardzo wyraźnie rysuje się młoda lewica, która potrafiła wyciągnąć wnioski, radykalnie odcinając się od starszego pokolenia. Przed partiami takimi jak Razem, z ich brakiem zakorzenienia w skompromitowanych strukturach i koncentracją na autentycznych, a nie wydumanych problemach, ważnych tu i teraz, widzę perspektywy rozwoju. Nie dostrzegam natomiast żadnego podobnego ugrupowania po prawej stronie.

Obawy o przyszłość

Postulaty uzdrowienia państwa, budowania wspólnoty, walki z rozmaitymi grupami interesów bez żadnych skrupułów realizującymi swoje cele są dla wszystkich raczej oczywiste. Wiemy, że polskiej polityce brakuje dojrzałości, jasno określonych zasad, jednoznacznych i ważnych dla wszystkich punktów odniesienia. O słabości systemu młodej demokracji może świadczyć chociażby łatwość, z jaką rząd Prawa i Sprawiedliwości dokonuje demontażu kolejnych instytucji, mając odwagę uderzać nawet w fundamentalnie ważny dla ustroju trójpodział władzy. Destrukcja prowadzi z konieczności do destabilizacji i powoduje coraz częstsze powtarzanie pytania o to, co dalej. Być może wynika to z niedostatków w samym obozie władzy: często słyszy się, że wątpliwa jakość decyzji politycznych wynika z nienajlepszej jakości kadr, jak gdyby nie było chętnych do sensownego rządzenia Polską. Jeśli jednak popatrzymy na to z drugiej strony, można popaść w manię prześladowczą godną samego Prezesa: może w tym wszystkim właśnie jest jakiś plan, realizowany poprzez pozornie bezładne, choć spektakularne blamaże ministra Waszczykowskiego, zaskakujące wypowiedzi i wybory personalne ministra Macierewicza, „wygaszanie” gimnazjów dokonywane przez minister Zalewską i kolejne drzewa ścinane dzięki ustawie ministra Szyszki. Patrząc na poszczególne działania przedstawicieli rządu, można się nawet czasem przez łzy uśmiechnąć, ale dostrzeżenie w nich pewnego wzoru, rodzi o wiele więcej niż rozczarowanie. Rodzi poważne obawy.

Pojawia się w tym kontekście pytanie o to, skąd właściwie się ten suweren wziął. Zaznaczę tu na marginesie, że nazywanie obywateli „suwerenem” jest daleko idącym nadużyciem: to władza jest suwerenem, ponieważ w akcie wyborczym przekazaliśmy jej uprawnienie do rządzenia krajem. Jesteśmy w związku z tym poddanymi tak długo, jak długo nasi sprawujący rządy reprezentanci są w stanie zapewnić nam bezpieczeństwo. Gdyby to naród był przy władzy, wszystkie decyzje w państwie należałoby podejmować na zasadzie zgody powszechnej, przez konsultacje, referenda, cierpliwe wypracowywanie kompromisów. Z oczywistych powodów w państwie zamieszkiwanym przez 38 mln obywateli taki partycypacyjny system sprawowania rządów byłby niezwykle trudny do wprowadzenia. Dlatego właśnie delegujemy prawo do sprawowania władzy na naszych przedstawicieli, respektując decyzje większości.

Dlaczego w Polsce nie ma prawicy?

Wracając do pytania o to, jak PiS doszło do władzy, zwracam się do w różnym stopniu rozczarowanych młodych prawicowych intelektualistów: dlaczego w Polsce nie powstała prawica z prawdziwego zdarzenia? Dlaczego dopuściliście, żeby zamiast niej ukształtowała się populistyczna hybryda, łącząca postulaty socjalne ze źle pojmowaną dumą narodową (manifestującą się przeważnie w celebrowaniu dawnych i aktualnych porażek)? Naprawdę wiązaliście nadzieje z tym rządem? W sytuacji, kiedy faktyczny przywódca ukrywa się za marionetkowym gabinetem niepodejmującej własnych decyzji pani premier i legendarnie już uległym prezydentem? Jak się do tego stanu rzeczy ma wciąż obecna wizja Wielkiej Polski, której „wskrzeszenie” ma się na naszych oczach dokonać, a jego ważnym elementem miałaby być intronizacja Jezusa Chrystusa na króla? Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że konsekwencje działań tej pseudoprawicy poniesiecie przede wszystkim wy?

O niepokoju wśród awangardy młodych prawicowych intelektualistów świadczą przede wszystkim coraz liczniejsze głosy radykalnie odcinające się od linii programowej partii Jarosława Kaczyńskiego. Kontrowersje może budzić fakt, że bardzo wielu z nich (oczywiście, podkreślam to – nie wszyscy) raczej zyskało, niż straciło na „dobrej zmianie”. Czy to dzięki hojnym ministerialnym dofinansowaniom czasopism (np. „Pressje”), czy też dzięki posadom w bezpardonowo przejętych mediach publicznych. Trudno odrzucać rękę, która karmi, ale obawiam się, że to jedyna szansa na zachowanie twarzy. Jeszcze trudniej przyznać się do błędu i do tego, że dzięki wsparciu, którego się bezkrytycznie na pewnym etapie udzieliło, do władzy doszło ugrupowanie, które nie działa w interesie Polski. Nadszedł czas, aby przestać powtarzać frazesy o fundamentalnej roli dziedzictwa i znaleźć odwagę niezbędną do konfrontacji z aktualnymi problemami. Z całą pewnością wymaga to wzięcia na siebie odpowiedzialności, a może nawet wielkopostnego posypania głów popiołem.

* Śródtytuły pochodzą od redakcji.
** Fot. Pixabay, Public Domain.