Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Jak wymienić rasizm...

Jak wymienić rasizm na klasizm. Recenzja „Nie jestem Twoim Polakiem” Ewy Sapieżyńskiej

Kacper Szulecki

W Norwegii książka-skarga Sapieżyńskiej wywołała dyskusję, choć nie obyło się bez krytyki. Polskie wydanie powiela słabo skrywany klasizm oryginału, a dodatkowo daje amunicję antyzachodnim populistom. Aż dziw bierze, że książkę wydało największe lewicowe wydawnictwo w kraju.

Długo wahałem się, czy sięgnąć po „Nie jestem twoim Polakiem” Ewy Sapieżyńskiej. Przed treścią książki jednak nie dało się uciec, bo liczne wywiady z autorką – najpierw w norweskich, a potem w polskich mediach po ukazaniu się tłumaczenia – były szeroko i burzliwie komentowane na internetowych forach polonijnych. Nie chciałem jednak zabierać głosu w dyskusji tylko na podstawie wywiadów. Jak się potem okazało, niepotrzebnie, bo niemal wszystkie anegdoty, które „niosą” książkę, zostały w wywiadach powtórzone, często po wielokroć.

W dużym skrócie – to bardzo osobista książka, w której autorka jest też główną bohaterką, a jej „ja” wybrzmiewa donośnie. Choć w zamierzeniu był to przede wszystkim mocno polityczny pamflet, polski podtytuł zapewnia czytelnika, że jest to „reportaż z Norwegii”. Słowo „reportaż” we współczesnym polskim dziennikarstwie coraz częściej znaczy „utwór mocno subiektywny” i w tym sensie pewnie taki opis pasuje do treści. Parafrazując jednego z czołowych przedstawicieli tej polskiej szkoły pisarskiej, „fakty muszą zatańczyć”. I rzeczywiście, w książce Sapieżyńskiej tańczą. Do melodii wyznaczonej przez tezę.

Nazwałem książkę pamfletem – to nie zarzut, raczej stwierdzenie faktu. Sapieżyńska chciała zwrócić uwagę na bardzo konkretny problem w norweskim społeczeństwie. Problem ten to stereotypizacja emigrantów, szczególnie Polaków, choć autorka częściej nazywa go rasizmem i dyskryminacją. Słowo na R jest oczywiście mocno nacechowane, więc w wielu miejscach Sapieżyńska nieco się kryguje – że przecież inni mają gorzej – ale jednak zestawia swoje doświadczenia z doświadczeniami czarnych Amerykanów albo pozaeuropejskich imigrantów, bo polskie „grey lives matter” [sic!]. Brak poczucia proporcji w antyrasistowksim pamflecie prowadzi też autorkę do dygresji na temat „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego, historii, która ma jakoś współbrzmieć z sytuacją Polaków w Norwegii, a jest – przypomnijmy – metaforą Holokaustu.

Historie pod tezę i nadinterpretacje

Pod tę tezę, to znaczy, żeby pokazać, jak bardzo i powszechnie Polacy są w Norwegii dyskryminowani, Sapieżyńska zbiera historie: własne, opowiedziane, zasłyszane. Wiele z nich brzmi znajomo, wiele jest nawet wstrząsających, niektóre czyta się raczej jak miejskie legendy. W pewnych przypadkach czytelnik znający Norwegię może mieć wrażenie, że ktoś trochę koloryzuje – czy to autorka, czy jej rozmówca, albo oboje po trochu. Na przykład gdy czytamy o Polce i Norweżce pracujących na tym samym stanowisku, choć ta druga zarabia „dwa razy więcej” przez ukryte dodatki. W kraju, w którym „dwa razy więcej” to różnica między pensją rektora uniwersytetu i doktoranta, byłby to z całą pewnością skandal wymagający interwencji inspekcji pracy. Może chodziło o to że „tak jakby dwa razy więcej” – nie wiem, ale dużo w tym tekście jest „tak jakby”.

Jako reportaż książka broni się tylko tak jakby. Sapieżyńska jest doktorką socjologii, a jednak pozwala sobie na typowy dobór danych pod tezę – cherry picking. To był zdecydowanie najbardziej powszechny zarzut na polonijnych forach, szczególnie ze strony emigrantów z dłuższym (tak jak i autorka) stażem.

Sama Sapieżyńska zdaje się kwitnąć, pracując i studiując w Ameryce Łacińskiej, gdzie wreszcie się realizuje, a nieodmiennie cierpi w Norwegii, gdzie w pracy spotyka ją, przynajmniej takie czytelnik odnosi wrażenie, permanentny mobbing.

Norwegia z jej opowieści jest nie do poznania dla kogoś, kto mieszka tu na co dzień. Oczywiście, można powiedzieć, że podważając jej tezę siłą naszych własnych osobistych doświadczeń, robimy dokładnie to samo, że są one równie niereprezentatywne, co jej historie. Tak, ale w formule, jaką Sapieżyńska wybrała, gdzie każda historia waży – to wystarczy.

Tak jak autorka, od wielu lat mieszkam w Norwegii. Nie odnajduję się w odmalowanym przez nią obrazie. Co więcej – z dużym wysiłkiem przeszukiwałem w pamięci lata spędzone w Oslo, żeby odnaleźć choćby jedną historię nadającą się do tej książki. Czytając książkę i przygotowując w głowie recenzję, postanowiłem też przeprowadzić minieksperyment, to znaczy doprowadzić do sytuacji, w której ktoś nieznajomy zapyta, skąd jestem, co według Sapieżyńskiej zdarza się obcokrajowcom stale. Nie było to łatwe, bo wbrew temu, co sugeruje autorka, takie sytuacje wcale nie zdarzają się często w mieście, w którym ponad jedna trzecia mieszkańców jest „skądinąd”. No ale udało się, trzy razy ktoś zapytał, skąd pochodzę. Gdy odpowiedziałem, że z Polski, nikt ani nie uciekł, ani nie westchnął z wyraźnym zawodem. Ani nie poczęstował mnie krzywdzącym komentarzem. Raz usłyszałem – „o, a myślałem, że z Niemiec”, raz dowiedziałem się, że interlokutor kocha Polskę, bo spędził pół roku na wolontariacie w Olsztynie, a raz, że ktoś w rodzinie studiuje w Poznaniu stomatologię. Nie najgorzej.

Dodajmy, nie mam na czole napisane, gdzie pracuję. Większość moich interakcji z nieznajomymi Norwegami odbywa się na boiskach piłkarskich w rozmaitych dzielnicach Oslo, gdzie jeżdżę z drużynami moich synów. Jestem tam zupełnie anonimowym gościem w czapce lokalnego klubu i dresowej bluzie. Może po prostu Oslo trochę się zmieniło przez te dwadzieścia lat, jakie upłynęły, odkąd autorka przeżyła swoje najgorsze spotkania z tubylcami.

Fakty to jednak często za mało. Autorka dokłada do nich swoją interpretację, która jest tyleż negatywna, co nieuprawniona. Napotkaną gdzieś urodzoną w Polsce emigrantkę, która według opisu spędziła na obczyźnie całe dekady i zdążyła dawno zmienić imię i nazwisko, autorka zagaduje po polsku. Zaskoczenie i brak chęci do rozmowy w tym języku interpretuje jako mechanizm obronny przed uprzedzeniami. Nie jako, powiedzmy, utratę swobody mówienia po polsku, która wielu zanurzonym w innym języku emigrantom przytrafia się czasem już po kilku latach bytności poza krajem. W innym miejscu twierdzenie, że „Polacy pracują jak konie” – które najprawdopodobniej miało być komplementem, bo takie wyrażenie istnieje w niektórych norweskich dialektach (my mówimy „jak wół”) odbiera jako krzywdzące porównanie do zwierząt domowych.

Nie jestem takim Polakiem

Selektywność doświadczeń Polek i Polaków, którym Sapieżyńska udzieliła głosu, nie był jednak problemem w norweskiej wersji książki. Tu może nawet dobrze sprawdza się pamfletowe przerysowanie. Każda taka historia ma boleć, zawstydzać, uwierać. Najpoważniejszy zarzut pod adresem norweskiego wydania jest inny. 

Tak naprawdę książka mogłaby być zatytułowana „Nie jestem takim Polakiem”. Bo w większości anegdot przytoczonych przez Sapieżyńską spotykamy polską klasę średnią, inteligencję, najczęściej z artystycznymi aspiracjami, która skarży się, że Norwegowie mylą ich z „tymi innymi Polakami” – przypisują im cechy dominującej liczebnie wśród emigrantów „klasy ludowej”. Sapieżyńska oburza się, że największy norweski dziennik opinii używa słowa „Polacy”, mając na myśli „robotnicy z Europy Wschodniej”, i że „czyni przedstawicieli całej nacji synonimem pracowników, którzy stoją na najniższym szczeblu norweskiej drabiny społecznej”, co prowadzi do tego, że polskość „w pewnych kontekstach [może] stać się obelgą”.

A przecież to nie tak! Osoba X przyjechała do Norwegii w poszukiwaniu pracy zgodnej  z wykształceniem, a proponuje jej się pracę fizyczną. I choć pewnie w swojej świadomej, deklarowanej lewicowości wszyscy bohaterowie powiedzą, że żadna praca nie hańbi, to jednak z kart książki bije wyrzut, niedocenienie, resentyment. Bo stereotyp Polaków w Norwegii budują ci najliczniejsi, a więc przede wszystkim, zgodnie z danymi demograficznymi, samotni pracujący fizycznie mężczyźni w wieku 30–50 lat. 

Gdy raz sama spotyka „takich Polaków” mieszkających w sąsiedztwie, pisze rozbrajająco: „zaskakuje mnie, że słuchają tej samej muzyki co ja”, a cel swojej książki przedstawia im jako pokazanie Norwegom, że „nie wszyscy Polacy są tacy sami, że jest wśród nas duża różnorodność”. Napięcie pomiędzy deklarowanymi celami książki a tym, co autorka naprawdę robi, jest widoczne na każdym kroku. Oczywiście, poznajemy ciekawe historie nietuzinkowych emigrantów, ale to nie w ich doświadczeniu kryje się prawda o realnej dyskryminacji Polaków na norweskim rynku pracy i w społeczeństwie. O tym Sapieżyńska niestety tylko wspomina pobieżnie, powołując się na dane i badania norweskich związków zawodowych. Szkoda, bo widać, że jej lewicowe zacięcie i socjologiczny warsztat, a także osobiste doświadczenia z bardziej spolaryzowanych społeczeństw latynoamerykańskich, mogłyby poskutkować naprawdę ciekawym reportażem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Biją naszych

Zamiast tego mamy zbiór historii, który został wydany po polsku i w Polsce zyskał nowe, inne życie. Zebrane w jednym miejscu historie o tym, jak źle żyje się Polakom w Norwegii, okazały się doskonałą pożywką dla goniących za clickbaitem mediów, bo temat „sąsiad wyjechał i ma gorzej” zawsze dobrze się klika. Co gorsza, w ten sposób Sapieżyńska niechcący dostarczyła amunicji rodzimym antyeuropejskim i antyzachodnim populistom, którzy zawsze chętnie dopowiedzą, że miejscem Polaków jest Polska, a Zachód w niczym nie jest lepszy – popatrzcie sami, rasizm na każdym kroku.

Taka wymowa książki może i jest niezamierzona, ale trudno uwierzyć, że ani autorka, ani wydawca o niej nie pomyśleli. Po co więc w ogóle powstało polskie wydanie? Sapieżyńska mówiła norweskiej publiczności, że chce „dać głos Polakom”, którzy według niej – choć są największą w Norwegii mniejszością – pozostają słabo słyszalni. Szum wokół polskiego wydania pokazuje raczej, jak słabo słyszalni i niewidzialni pozostają emigranci w społeczeństwie, które ma poza granicami kilka milionów krajan i jest wysoko na liście państw wysyłających za granicę swoich obywateli nie tylko w skali Europy, ale historycznie – świata. Czytając polską publicystykę, ale też internetowy „głos ludu”, można dojść do wniosku, że mimo dwóch wieków emigracyjnej tradycji Polacy nie rozumieją doświadczenia migracji. Bardzo trudno wyjść im poza proste schematy i – tak właśnie – stereotypy. Niestety, ta książka niekoniecznie w tym pomoże. Doda za to kilka opowieści do puli doświadczeń emigracyjnych. Szkoda, że w sposób tak pozbawiony kontekstu i właściwej skali.

 

Książka:

Ewa Sapieżyńska, „Nie jestem twoim Polakiem. Reportaż z Norwegii”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2023.

Na kogo warto zagłosować ...

... w najbliższych wyborach do europarlamentu? Żyjemy w dobie baniek medialnych i polaryzacji debaty publicznej. Zbliżające się wybory do parlamentu europejskiego są kluczowe dla przyszłości Polski i Europy, a prowadzona przez przeciwne strony polityczne kampania często odbiega od kluczowych dla wyborców tematów związanych z bezpieczeństwem, infrastrukturą krytyczną, solidarnością społeczną i zmianami klimatycznymi.

Każdy i każda z nas ma prawo do obiektywnych mediów i rzetelnych informacji, pozwalających podjąć odpowiedzialną decyzję wyborczą. Rzeczowe analizy pomagające nam wszystkim decydować o swoich prawach i obowiązkach warto wesprzeć nawet drobną kwotą. Choć nie pobieramy opłat za teksty, nasza praca ma swoją wartość. Nawet 50 złotych miesięcznie pozwala nam stale docierać do nowych osób poszukujących refleksyjnego, niezależnego dziennikarstwa. Wspólnie z naszymi Darczyńcami i Patronami zapewniamy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 763

(34/2023)
22 sierpnia 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj