Flash Feed Scroll Reader

W tym numerze:


Szybki komentarz


Temat tygodnia


Patrząc


Czytając


Słysząc


Spacerując


Smakując


Pytając


Archiwum






Meta


ŚPIEWAK, KOWALCZYK, KATARYNA, JANKE: Cenzura nasza powszednia?

26.10.2009 — 02:10

Szanowni Państwo, choć od ostatecznej likwidacji Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk minęło już niemal 20 lat, słowo “cenzura” wydaje się pojawiać w debatach toczonych w demokratycznej Polsce wcale nie rzadziej, niż za panowania poprzedniego ustroju. Choć zasadniczym polem walki pozostaje, podobnie jak wcześniej, kultura, główna oś sporów przeniosła się ze sfery polityki do sfery obyczajowej. Konflikty nie dotyczą już przede wszystkim odstępstw od linii politycznych, ale również odmiennych stylów życia, preferencji seksualnych, wierzeń religijnych oraz tożsamości. Czy cenzura stała się przez to bardziej dotkliwa, bo trudniejsza do wskazania za pomocą precyzyjnych kategorii prawnych oraz instytucjonalnych? Do jakiego stopnia sami cenzurujemy siebie – i w imię czego? A może mamy do czynienia ze swoistą banalizacją cenzury, płynącą z jednej strony ze stopniowego przyzwyczajania się do selektywności dostarczanych nam informacji, z drugiej zaś ze zmęczenia nadmiarem oskarżeń o zapędy cenzorskie, które to oskarżenia stają się kolejnym orężem w bogatym repertuarze narzędzi walki politycznej? Z problemem mierzą się dziś na łamach “Kultury Liberalnej” znakomici autorzy: Paweł Śpiewak, Izabela Kowalczyk, Kataryna oraz Igor Janke. Zapraszamy do lektury i komentarzy!

Redakcja

cenzura - oko w łyżce 6[1]

Paweł Śpiewak

Potrzeba właściwego języka

Zjawisko cenzury – czy to prewencyjnej, czy karnej – polega na tym, że państwo, zgodnie z napisanymi przez siebie paragrafami, ustala arbitralnie co powinno, a co nie powinno trafić do publicznego obiegu. Przypisuje sobie monopol na decyzje. Użycie tak zdefiniowanego pojęcia cenzury w odniesieniu do dzisiejszej rzeczywistości w Polsce nie miałoby sensu ze względu na zróżnicowanie mediów na publiczne i prywatne. Nie oznacza to jednak, że nie występują kontrola, próby ograniczenia dostępu do informacji, białe plamy – tak charakterystyczne dla ustroju komunistycznego. Trwają one w postaci ukrytej, jako funkcja kapitalistycznego etosu, zawziętości politycznej, czasem skrupułów piszących, a czasem – ich wyrachowania.

Można wskazać na następujące problemy związane z tak pojętym zjawiskiem ograniczania dostępu do informacji. Po pierwsze, łamanie standardów relacjonowania. Niekoniecznie chodzi o pisanie nieprawdy – znacznie częściej mamy do czynienia z konstruowaniem świata, wygodnego na przykład z punktu widzenia redaktora naczelnego. Po drugie, zjawisko dopuszczania czy niedopuszczania pewnych ludzi do publicznego komentowania wydarzeń. Oczywiście nie ma nic złego w tym, że redaktor wybiera tych ekspertów ciekawszych i lepiej przygotowanych, a nie słabszych. Karygodne jest jednak, gdy pewne osoby są ignorowane dlatego, że mogłyby się okazać krytyczne wobec konkretnych przedsięwzięć. Tak było na przykład za czasów Roberta Kwiatkowskiego w Telewizji Publicznej. Tak jest i dziś choćby w „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, które eksponują jednych ekspertów i pomijają lub ośmieszają innych.

Natrafiamy w ten sposób na pytanie o reguły etyczne, które powinny dotyczyć wszystkich zachowań związanych z pisaniem i publikowaniem. Na przykład dobrze wiemy, że manipulacja w obrębie fotografii może uczynić z kogoś albo karła, albo bohatera. Zdjęcia w gazetach mówią zatem coś o światopoglądzie osób, które je wybierają. Tak samo, jak można manipulować zdjęciem, można też manipulować tekstem: przez niedomówienia, nieuczciwą krytykę lub interesowną pochwałę. Regułę etyczną, która powinna zostać przeciwstawiona takiemu postępowaniu, nazwałbym wiarygodnością mediów i dziennikarzy albo po prostu dobrym dziennikarskim stylem.

Broniąc się przed powyższymi zarzutami, właściciele mediów często przytaczają argument z prywatyzacji. To znaczy, że jeśli na przykład właściciel „Gazety Wyborczej” czy innego medium jest prywatny, ma on prawo do pisania wszystkiego, co mu się podoba. Prawda jest jednak moim zdaniem inna. W istocie stacje radiowe i telewizyjne oraz gazety finansowane z prywatnych źródeł również na swój sposób są publiczne. W tym znaczeniu, w jakim coś, co dociera do szerokiej rzeszy społecznej, pełni z tego powodu misję. Nie wolno takiemu medium używać uwłaczającego języka. Ogólnopolska (i nie tylko) gazeta czy stacja radiowa musi brać pod uwagę interes zbiorowy i bezpieczeństwo państwa.

Niestety, właściwie żadna z wielkich gazet ogólnopolskich nie stosuje się dziś do tych reguł. Każda z nich uważa, że ma prawo prezentować to, co chce i tak, jak jej się podoba. Mamy więc do czynienia z konstruowaniem świata, a nie jego opisywaniem.

* Paweł Śpiewak, profesor socjologii.

* * *

Izabela Kowalczyk

Neoliberalny gorset i obrońcy moralności

W Polsce wciąż pojawiają się przypadki cenzurowania sztuki. Zajmujemy się tą kwestią na stronie naszej inicjatywy – Indeks 73. Trzeba jednak zaznaczyć, że kwestia ograniczenia wolności artystycznej w Polsce jest problemem skomplikowanym. Można mówić o różnych rodzajach niejawnej cenzury, o niepisanym przymusie nietworzenia dzieł, które dotykałyby kwestii religijnych czy obyczajowych. Można też wskazać na podwójne wiązanie, w którym tkwią artyści ze względu na dominację konserwatywno-religijnego systemu wartości oraz gorset neoliberalny, nałożony na system sztuki.

System neoliberalno-konserwatywny oddziałuje na wszystkie sfery życia społecznego w kraju, w tym również na sztukę. Oczywiście system ten nie wytwarza swoich jawnych nakazów i zakazów, nie funkcjonuje jako przymus, nie ma jasnych, ściśle określonych reguł. Powoduje to, że sytuacja staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdyż zależności, o których mowa, są ukryte, trudne do wyśledzenia, a niekiedy nawet – nazwania.

Problem niejawnej cenzury (inaczej cenzury pełzającej) pojawił się w latach 90. To wtedy przybrały na sile ataki na wolność artystyczną. Dotyczyły twórczości analizującej różne porządki władzy. Pojawiły się trzy obszary tabu, których naruszanie okazało się dla artystów niebezpieczne: religia, seksualność oraz traumatyczna historia (Holokaust). Później pojawił się czwarty obszar tematów niebezpiecznych, a mianowicie problem wielkich korporacji. Wszystkie te obszary związane są z władzą i z kontrolowaniem życia społeczeństwa (np. kontrola seksualności czy kontrola zbiorowej pamięci).

Nie dotykała więc sztuki cenzura urzędowa. Zamiast niej prowadzono nagonkę na twórców (tu dominowały głównie środowiska prawicowe czy prawicowi politycy). Ujawniła się także swoista autocenzura. To zjawisko wydaje się najgroźniejsze. Stosowanie autocenzury jest próbą uniknięcia konfliktu i jakichkolwiek nieprzyjemnych sytuacji, które mogłyby wyniknąć z pokazywania w galeriach kontrowersyjnych prac. Najczęściej autocenzury dokonują dyrektorzy galerii publicznych (niekiedy muzeów, a niekiedy nawet sami artyści). Czasami dzieje się to pod naciskiem tzw. obrońców moralności, a czasem sami szefowie instytucji wyprzedzają ewentualne ataki na wystawy czy poszczególne prace. Adwersarze sztuki współczesnej domagają się z kolei zamykania wystaw czy odbierania galeriom dotacji. Dążą w ten sposób do ograniczenia dostępu sztuki dla szerokiej publiczności, odmawiając tym samym odbiorcom prawa do samodzielnej oceny (często tę ocenę narzucając przez sugerowanie, że sztuka współczesna jest amoralna i patologiczna).

* Izabela Kowalczyk, historyk sztuki, krytyk i publicystka. Prowadzi internetowy blog „Straszna sztuka”: http://strasznasztuka.blox.pl/html.

* * *

Kataryna

Cenzura jest zbędna

Kiedy w 2002 roku Janina Paradowska w wywiadzie z ówczesnym premierem Leszkiem Millerem zadała mu niewygodne pytanie o aferę Rywina, ten poskarżył się Michnikowi, który interweniował u redaktora naczelnego „Polityki” i pytanie zostało z wywiadu wykreślone. Trudno to nawet nazwać cenzurą, bo odbyło się za obopólną zgodą, tak jak przez pół roku, zgodnie i solidarnie, politycy i dziennikarze utrzymywali aferę Rywina w tajemnicy przed społeczeństwem. Dzisiaj żyjemy w ulepszonej wersji tamtego państwa i żadne interwencje nie są już potrzebne, bo prawdziwie niewygodne pytania po prostu nie padają. Nawet jeśli są one oczywiste, a niezadanie ich naraża dziennikarza na kompromitację.

„Afera hazardowa” i „afera stoczniowa” uświadomiły władzy – jeśli jeszcze miała jakieś wątpliwości – że media są dla niej całkowicie niegroźne. A skoro są niegroźne, nie ma żadnej potrzeby uciekania się do cenzury, dziennikarze świetnie dyscyplinują się sami, to prawdopodobnie grupa społeczna, która jako ostatnia odwróci się do Platformy – ją najtrudniej będzie rozczarować. W każdym razie na tyle, żeby zrobiła cokolwiek, co mogłoby obecnej władzy realnie zaszkodzić. Nie mam oczywiście na myśli wszystkich dziennikarzy, ale ich sporą część, na tyle liczną i wpływową, że z powodzeniem dominującą w debacie publicznej zarówno jeśli chodzi o dobór tematów, jak i sposób ich przedstawiania. A ta mniejszość, która jeszcze nie zrozumiała, że pewnych pytań nie ma sensu zadawać, może być z powodzeniem neutralizowana w inny sposób, na przykład bojkotem. Premier czy minister mogą sobie przecież wybierać rozmówców. I jak mają problemy, pójdą się z nich tłumaczyć tam gdzie będą bezpieczni, gdzie dziennikarz da się wygadać, a to, co się mu nagada, przyjmie ze zrozumieniem. Po akcji ABW w sprawie „afery aneksowej” rok temu, gdy Jerzy Jachowicz zapytał ministra Ćwiąkalskiego, czy prokurator generalny nie powinien tego wyjaśnić z trybuny sejmowej, Ćwiąkalski odpowiedział:

Była na ten temat konferencja prasowa Prokuratury Krajowej. Z tego, co widziałem w telewizji, pytania zadawali tylko przedstawiciele „Naszego Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, chyba „Gazety Polskiej”, „Misji specjalnej” TVP. Natomiast dziennikarze innych środków masowego przekazu wysłuchali oświadczenia prokuratorów i odnieśli się do tego ze zrozumieniem – pytań nie mieli. [...] Ja nie dzielę dziennikarzy na dobrych i złych. Tylko na rzetelnych i nierzetelnych. Ci drudzy nie chcą nawet wiedzieć, jak było naprawdę, i chcę tylko podkreślić, kto zadawał pytania.

Władzy, której dziennikarze tylko „wysłuchują i odnoszą się ze zrozumieniem”, żadna cenzura nie jest potrzebna, bo i tak nie byłoby, czego cenzurować. A przypominam, że mówimy o bardzo dziwnej akcji służb specjalnych z użyciem dziennikarzy i przeciwko dziennikarzowi. Dzisiaj okazuje się, że jej odpryskami obrywają kolejni „przypadkowo” nagrani dziennikarze, których prywatne rozmowy stają się dowodem w prywatnych procesach wiceszefa służb specjalnych. I o ile wiem, nikt się premierowi nie każe z tego tłumaczyć. A przecież gdy wybuchła „sprawa Sumlińskiego”, dziennikarka „Rzeczpospolitej” Małgorzata Subotić pisała w polemice ze mną:

W dramatycznej historii Sumlińskiego dostrzegam nie tylko atak na niego, lecz przede wszystkim na całe środowisko dziennikarzy śledczych. To taki cyniczny sygnał wysyłany przez ludzi służb: jak nie będziecie grzeczni, to zrobimy z wami to, co zrobiliśmy z Sumlińskim.

I nawet trudno mieć pretensje do dziennikarzy, że wybierają grzeczne kariery. W Polsce dziennikarz niepokorny i zbyt dociekliwy jest skazany na funkcjonowanie na marginesie, bez szans na prawdziwą karierę i dziennikarskie laury, bo chcąc dociec do prawdy, co jest zawsze czasochłonne, będzie dużo mniej płodny niż jego kolega, którego praca sprowadza się do opatrywania pełnymi oburzenia wykrzyknikami „kwitu” podesłanego przez władzę (patrz: wałkowana od kilku dni sprawa „kłamstwa” Kamińskiego). A im bardziej poważnych rzeczy się dokopie, tym mniejsza szansa na cytowalność, bo media coraz częściej adresują swój przekaz do mało wybrednych i niewiele wymagających czytelników, których nie można męczyć wymagającymi samodzielnego myślenia tematami. Stąd krzykliwe „Kamiński kłamie!”, podparte przysłowiowym kwitem z pralni, zawsze będzie miało większą siłę przebicia niż nudna i żmudna analiza akcji wprowadzania córki biznesmena od hazardu do państwowej konkurencji.

Po ostatnich aferach jeszcze bardziej rośnie poczucie alienacji czytelnika, który media śledzi, i używa przy tym mózgu. Bo prędzej czy później musi dojść do wniosku, że ci, za pośrednictwem których poznaje świat, są albo głupsi od niego, albo świadomie nim manipulują. Nie wiadomo, co gorsze. Jedynym miejscem, gdzie z czasem cenzura będzie potrzebna, jest Internet, którego rosnące znaczenie jest poważnym zagrożeniem dla mediów. Nie dlatego, że blogerzy będą w stanie zastąpić dziennikarzy, bo to jest raczej niemożliwe. Mogą oni jednak – i coraz skuteczniej to robią – podważać zaufanie do mediów, wskazując ich manipulacje i zadając niezadane pytania. Im większe zaufanie do internetowych komentatorów, tym powszechniejsza świadomość przekłamań i przemilczeń mainstreamowych mediów. I tym mniejsza ich skuteczność w ogłupianiu i manipulowaniu. Myślę, że z czasem będziemy świadkami kolejnych ataków polityków i dziennikarzy na internautów – władza nie ma już problemu z mediami, ale władza i media mogą mieć coraz większy problem z obywatelami.

* Kataryna, autorka jednego z popularnych polskich blogów na temat polityki http://kataryna.blox.pl/html oraz http://kataryna.salon24.pl.

* * *

Igor Janke

Próby typowe, kuriozalne i groźne

Czy w Polsce istnieje cenzura? Jak wszędzie, jakaś istnieje. Raz mniejsza, raz większa. Tworzą ją, po pierwsze, niedoskonałe prawo, które pozwala blokować takie utwory, jak film Henryka Dederki; po drugie, naturalne zakusy polityków, by pod rozmaitymi pretekstami kontrolować rzeczywistość i blokować pewne inicjatywy; po trzecie – i to jest większy problem – poprawności polityczne kreowane przez wpływowe środowiska.

Przez całe lata 90. i początek następnej dekady debatę publiczną zdominował głos jednego środowiska, szeroko rozumianego kręgu „Gazety Wyborczej”. Oczywiście nikt nie miał nigdzie zakazu publikacji, była wolność, każdy mógł wydawać swoją gazetę czy pismo, ale obecność w mainstreamie była zarezerwowana tylko dla pewnej grupy. Wszyscy myślący inaczej niż dominująca grupa byli spychani na margines, publicznie wyśmiewani, pogardzani albo po prostu przemilczani. Wynikało to z wielu przyczyn, przede wszystkim z przekonania, że droga transformacji obrana przez środowisko dawnej Unii Demokratycznej jest jedyną i oczywistą. A że wpływowe miejsca w mediach drukowanych i elektronicznych zajęli ludzie wywodzący się z tego środowiska albo mentalnie mu bliscy, debata została zdominowana właśnie przez ten jeden głos.

Zaczęło się to zmieniać po wybuchu afery Rywina. „Gazeta” i jej środowisko zaczęły tracić wówczas swój monopol. Pojawił się „Dziennik”, zmieniła się „Rzeczpospolita” prezentując wyraziście inny punkt widzenia, TVP momentami różniła się tonem przekazu od TVN czy Polsatu.

Duże znaczenie miało otwarcie możliwości publikacji w Internecie przez szeroką publiczność. Okazało się, że ogromną popularność zyskują blogerzy głoszący poglądy, które jeszcze niedawno nie miałyby szans na pojawienie się w publicznej dyskusji.

Ciekawe jest, że w Internecie, wśród blogerów, dominują osoby o poglądach na prawo do centrum. Dlaczego tak się dzieje? Czy oznacza to, że obywatele o poglądach konserwatywnych są bardziej twórczy czy bardziej inteligentni od tych poglądach liberalnych czy socjaldemokratycznych? Myślę, że nie. Jedna z teorii (jej autorką jest chyba blogerka Kataryna) mówi, że dzieje się tak dlatego, że ci ludzie nie odnajdowali swojego głosu i swoich poglądów w mainstreamowych mediach i dlatego tak usilnie pracują nad tym, aby był on słyszany. Mówiąc w uproszczeniu: wyborcy Platformy nie mają wewnętrznego napędu, by prezentować swoje poglądy, bo odnajdują je na co dzień w prasie, radiu i telewizji. A wyborcy innych ugrupowań swoich poglądów nie odnajdują, więc zaczynają tworzyć własne media, bo technologia daje im dziś takie możliwości. To powinno nam dać do myślenia.

Co ciekawe w sieci aktywne też są środowiska radykalnie lewicowe, bo ich głos też jest znacznie mniej obecny w najważniejszych środkach przekazu.

Debata jest dziś dużo bardziej spluralizowana niż jeszcze kilka lat temu, ale to nie znaczy, że zagrożenia już nie istnieją. Politycy – i nie tylko oni – mają ciągle zakusy, by tę wolność ograniczyć. Czasem z powodu realizacji doraźnych interesów politycznych, jak to było w wypadku głośnej próby zablokowania publikacji książki dwóch historyków o przeszłości Lecha Wałęsy. Ale bywają też i próby bardziej groźne, próby zbudowania całego systemu kontroli nad tym, co dziś trudne do skontrolowania. A to pod pretekstem walki z przestępczością, terroryzmem, a to pod pretekstem walki z chamstwem w sieci. Kuriozalny i niezwykle groźny pomysł konieczności rejestracji blogów i wszelkich stron internetowych na razie upadł, ale nie mamy żadnej pewności, że za chwilę ktoś nie powróci do tego czy podobnego pomysłu.

* Igor Janke, dziennikarz, publicysta i komentator polityczny, dziennikarz „Rzeczpospolitej”. Szef serwisu blogowego Salon24.pl.

** Autor fotografii: Rafał Kucharczuk.
*** Autor koncepcji numeru: Paweł Marczewski.

Podobne teksty:

Kategoria: Temat tygodnia | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , Komentarzy 18 - dodaj swój »

Komentarzy 18 do “ŚPIEWAK, KOWALCZYK, KATARYNA, JANKE: Cenzura nasza powszednia?”

  1. Pawel D. dnia 26.10.2009 o godz. 10:10 mówi :

    Hmmm… widać, że niektórzy lubią dramatyzować i nie odróżniają cenzury (zakaz rozpowszechniania treści wydany przez państwo i egzekwowany pod jego przymusem) od normalnej w demokracji walki o rząd dusz.

    Jeśli komuś nie podoba się n.p. Michnik i „Gazeta Wyborcza” to niech założy własną gazetę zamiast marudzić o cenzurze. Niech to nawet będzie witryna w sieci. Ale cały czas ten niezadowolony ktoś może rozpowszechniać swoje poglądy. A marudzenie, że przykładowy Michnik w „Wyborczej” nie daje tekstów autorstwa niezadowolonych jest śmieszne. Wolność słowa na tym m.in. polega, że każda redakcja publikuje teksty bliskie swojemu światopoglądowi.

  2. Michał Krasicki dnia 26.10.2009 o godz. 11:10 mówi :

    Światopoglądy zinstytucjonalizowane oddziaływujące na rzesze obywateli (w tym gazety i stacje telewizjne)z istoty swej tworzą hierarchie władzy, która promieniuje poza ich strukturę. Decyzje jednego redaktora naczelnego i oddanych mu wspópracowników kształtujące przez lata linię określonej gazety stanowią z reguły zarówno czynnik stabilizujący (wprowadzający w życie szerokich mas pewne zasady) jak i czynnik petryfikujący w społeczeństwie całe obszary ludzkiej, także umysłowej, aktywności. Chyba każdy światopogląd ma swoją dynamikę i zgodnie ze zmiennymi kolejami losu powinien ewoluować. Jeśli ewolucja wiążąca się z napływem młodych twórczych jednostek i odmiennych poglądów do danej instytucji jest ograniczana, powstaje groźba społecznej stagnacji, dewaluacji wrażliwości, wyobraźni i myślenia, które mogą prowadzić do wstrząsów, tąpnięć i niekontrolowanych erupcji ludzkich emocji i działań zagrażających kruchej równowadze życia wspólnotowego.

  3. Maciej dnia 26.10.2009 o godz. 13:10 mówi :

    Potwierdzam, słyszałem o cenzurze w mediach. I to zupełnie serio. Zakłada się jakies organizacje. Czy to tylko retoryka czy moze polska histeria. Teraz mysle, ze to niecierpliwosc i niepewnosc co do wlasnych pogladow. Skoro az takie dziala trzeba wytaczac przeciw muchom… Ciekawe, ze ci, ktorzy pamietaja, jak rzeczywiscie dzialala cenzura, mniej sa sklonni do fantazji [choc zawsze sie znajdzie jakis "chlubny" wyjatek]. Jesli tak wyszloby z jakiegos sondazu, mogloby sie okazac, ze to sprawa pokoleniowa. Jedni cenzure znali, inni bajki opowiadaja. W jakims celu.

  4. Ariel dnia 27.10.2009 o godz. 18:10 mówi :

    Trafiło do mnie to, co napisał profesor Śpiewak. Cenzura miała kiedyś czyścić przestrzeń społeczną z materiałów niezdatnych lub sabotujących konstruowanie pożądanej wizji świata. Już od czasów rzymskich działała przecież w służbie „porządku” społecznego.

    Jak pisze, zmieniły się warunki to i zjawiska ze starego porządku zastępowane są nowymi – na miarę etosu dzisiejszych czasów – etosu kapitalistycznego.
    Dodałabym: i etosu czasów, to truizm, gdy rażąco szybko rozprzestrzeniająca się informacyjka może kreować lub niszczyć, zależy, stabilne wydawałoby się kariery i reputacje, czy to ludzi czy produktów. Przedstawiona jest zwykle bez osadzającego w realności kontekstu – jakże smakowita pożywka przez to dla kreatywnych konstruktorów światów! Najłatwiej konstruuje się nowe światy z luźno podanych kawałków semantycznych, nieprawdaż? Informacja może być wtedy ekranem, na który łatwo wyprojektować napierające na świadomość własne fantazje.

    Zmierzam do tego, że moim zdaniem cenzura przeżyła się. Jest nieskuteczna jako środek do stawianych przed nią celów, to i zanika w znanej poprzednio formie.

    Zastanawiam się, czy można by uznać, że teraz tzw. „promocja” jest ową „cenzurą-co do skutków” na miarę czasów kreatywnych ciułaczy wszelakich kapitałów etosu kapitalistycznego? Nie ma co cenzurować, wystarczy promować. To, co niepożądane zginie wtedy samoistnie przez swoją nieatrakcyjność nie-promowania.

    Wszak ten, kto nie jest „post-modern”,”sexy” i „correct”, do wyboru, jest przecież na społecznym cenzurowanym.

    Terror atrakcyjności i przynależności szaleje.

  5. Pawel D. dnia 27.10.2009 o godz. 23:10 mówi :

    „Terror atrakcyjności i przynależności szaleje.”?

    Wolne żarty.

    A co do meritum to szaleć mogą terroryści, a nie terror.

  6. mikromił dnia 28.10.2009 o godz. 06:10 mówi :

    Zupełnie nie zgadzam się z lansowanym tutaj brakiem cenzury w internecie.
    Cenzura ta odbywa się tak samo jak i w pozostałych mediach to znaczy
    poprzez własność forów. portali. blogów itp. gdzie „zawodowi cenzorzy”
    mają nieograniczoną ilość czasu na zajmowanie się urabianiem opinni.
    Także wchodzi tutaj w grę blokowanie niewygodnych tematów i osób
    co jest częstym zjawiskiem.

    Pamiętajmy tutaj o fakcie, że zwycięstwem tej formy kontroli/cenzury
    jest osiągnięci statystycznej przewagi jednych tematów czy opinii nad
    innymi. I to wszystko czego trzeba do kontroli.

    Powstaje też pytanie, czy służby nie prowadzą tutaj ożywionej działalności
    pacyfikowania niewygodnych osób, tematów czy poglądów. A to w taki sposób,
    że są po prostu założycielami takich głównych wysp informacji „niezależnej inaczej”
    gdzie kryją się za anonimowością w sieci a wykreowany tamże bałagan pozwala
    im na wszelkie działania bez potrzeby tłumaczenia się.

    Przykładem tutaj może być szczególne traktowanie pewnych tematów i osób
    na forach gdzie można rozpoznać prawidłowość takich działań przez ich ukierunkowanie
    na osiąganie określonych celów. Przy tym należy zauważyć, że jednym z głównych
    narzędzi wpływu na forach jest aktywne tworzenie chaosu wokół tematów niewygodnych
    lub szczególna wobec niego tolerancja.

    Najbrudniej jest tam gdzie nie sprawdzamy. A to właśnie temat kontroli internetu
    nie przez nakaz/zakaz a przez tworzenie głównego nurtu informacyjnego.

  7. Pawel D. dnia 28.10.2009 o godz. 07:10 mówi :

    „Zupełnie nie zgadzam się z lansowanym tutaj brakiem cenzury w internecie.”???

    Mikromił? A jaka tajna służba broni Ci założyć własne forum, moderować je jak chcesz i pisać w nim co chcesz?

  8. Witek Sz. dnia 28.10.2009 o godz. 10:10 mówi :

    Pawle D. – to jakieś nieporozumienie, choc ciekawe. Jesli rozumiem morał z wypowiedzi ekspertow, to rozproszone głosy nic nie zmieniają, to może być nawet „pusta” wolność słowa, bo w kakofonii nic juz nie slychac. Duze media podtrzymuja opinie o pewnych granicach swojej bezstronnosci, jest to ich kapitałem, a nawet istota czwartej władzy [mozliwosc zawieszenia sporow doraznych, gdy "ojczyzna w niebezpieczenstwie"; ujawniamy wielka afere, utrącamy złego prezydenta St. Zjednoczonych...]. Opinie umieszczone na tysiacach stron internetowych tylko wtedy przestaja byc wyrazem ekspresji danego autora i licza sie, gdy istnieja kanaly przepuszczania ich do mainstreamu. Jesli sa blokowane – nawet nie w imie tego, ze koncern medialny dziala tez na rynku jako spolka i musi wycinac konkurencje, lecz w imie swietej wiary we wlasne stanowisko… To na jedno wychodzi.

  9. Ariel dnia 28.10.2009 o godz. 11:10 mówi :

    @Paweł

    Promocja vs. cenzura

    Promocja w sieci vs. Twoja „cenzura” językowa?
    w Google określenie: „szalejący terror” ma odwołania do ponad 1500 dość sensownych stron.

    no cóż 1500: 1 na rzecz mediów a nie Twojego poglądu…

    wybór jest prosty, a język żywy…

  10. Pawel D. dnia 28.10.2009 o godz. 12:10 mówi :

    Witek,

    Nazywanie walki o rząd dusz cenzurą, to nie żadne nieporozumienie, tylko manipulacja. Przekaz dla którego nie ma odbiorców, lub którego nadawca nie potrafi skutecznie zakomunikować to nie cenzura, lecz zwykłe nieudacznictwo.

    Jeśli ktoś nie chce być lizusem establishementu to niech nie liczy na wydurkowane na kredowym papierze zaproszenie do mediów mainstreamu oraz gaże i apanaże. A po prostu umiejętnie skorzysta z wolności słowa, głosi własne poglądy i tworzy własne media.

    Każdy kto uważa, że ma coś wartościowego do powiedzenia może głosić swe poglądy na placach miast, w interencie, czy we własnych gazetach zamiast narzekać na „cenzurę”, lub czekać aż „kanaly przepuszczania ich do mainstreamu” wezmą jego poglądy i je upowszechnią za niego.

  11. Tłumacz dnia 29.10.2009 o godz. 01:10 mówi :

    Wolność słowa to i w konstytucji PRL zdaje sie była. A jej gwarancje nie za bardzo. Pod tym względem niewiele się zmieniło, bo to kwestia stopniowania.

    Chyba że ktos zaraz o wiezieniach i represjach zacznie pisac, ale nie o to chodzi. Mechanizm jest podobny – jak naprawde wyglada droga od haseł do mozliwosci dzialania. Nie ma co przesadzac z optymizmem, gdy sa tylko dwie gazety, na ktore sie ludnosc orientuje. Telewizje zas ida za nimi. A Internetem malo kto sie przejmuje.

  12. Pawel D. dnia 29.10.2009 o godz. 06:10 mówi :

    „Nie ma co przesadzac z optymizmem, gdy sa tylko dwie gazety, na ktore sie ludnosc orientuje.”

    To zamiast marudzić o braku wolności załóż trzecią gazetą na którą ludność się zorientuje…

    „Telewizje zas ida za nimi. A Internetem malo kto sie przejmuje.”

    A powyższe już jest sprzeczne z faktami. Internetem jest coraz bardziej popularnym medium.

  13. Marek dnia 29.10.2009 o godz. 22:10 mówi :

    Pawel D.: „Jeśli komuś nie podoba się n.p. Michnik i “Gazeta Wyborcza” to niech założy własną gazetę zamiast marudzić o cenzurze.”

    ^^^
    Strasznie mnie denerwuje, jak ktoś mówi coś takiego. Czy „Gazeta” osiągnęła swój status (rownież materialny) dlatego, że była dobrze przemyslanym i wypromowanym przedsięwzięciem komercyjnym, czy też może jednak dlatego, że miała ogromny kapitał zaufania i poparcia spolecznego?! „Wyborcza” miała takie rynkowe fory, jakich już nigdy żadne inne medium w tym kraju mieć nie będzie, więc mówienie: „swoją gazetę sobie załóżcie”, jest po prostu obłudne.

  14. Pawel D. dnia 30.10.2009 o godz. 12:10 mówi :

    Marek, wielkim fanem Michnika nie jestem, ale Michnik sam wypracowal sobie mozliwosc zalozenia Gazety Wyborczej przez lata propagujac swoje poglady tak jak mogl i potrafil.

    Wiec zamiast zazdroscic Michnikowi roku 1989 i sukcesu Gazety, badz duzym chlopcem, sam propaguj wlasne poglady, i nie przylaczaj sie do malkonetnow widzacych przyczyny wlasnych niepowodzen w cenzurze… moze tobie tez kiedys sie poszczesci.

  15. Curville dnia 30.10.2009 o godz. 12:10 mówi :

    Ua, wymiany zdań z inwektywami „bądź dużym chłopcem” i wykazywanie błędów stylistycznych w komentarzach KL? A jeszcze nie tak dawno było tu tak spokojnie.
    Fajnie ale trochę szkoda, że jednak trzeba przebrnąć przez te wszystkie wzajemne uszczypliwości, połajanki i sztorcowanie (najbardziej podoba mi się przysrywanie sobie z tym terrorem).
    TO chodzi tu o wymianę poglądów czy o udowadnianie sobie własnej wyższości w każdej dziedzinie?

    Oby nie było tu jak w komentarzach w gazecie.pl zatem do autocenzury panowie! Na prawdę polecam.

  16. Georgia dnia 31.10.2009 o godz. 01:10 mówi :

    Spory o GW sa rytualem, ktoremu niektorzy oddaja sie z luboscia. Powszechnie wiadomo, ze zalozenie Gazety nie bylo dzialaniem niewidzialnej reki rynku, tylko splotem decyzji prywatnych, nikt sie tego nie wypiera. Sukces wspieralo wielkie zaufanie (o czym pisala kiedys Kataryna).

    To dopiero dzis sa warunki rynkowe, gdy tort medialny zostal pokrojny. Nawolywanie do zakladania wlasnych gazet jest szlachetne, ale, sorry, jalowe intelektualnie. Zderzenie z barierami dopiero daje do myslenia o konkurencyjnosci.

    A tam czai sie pytanie o cenzure, nie w postaci instytcji sprzed 1989, to jasne, lecz mechanizmow auto-cenzury, utracania tekstow z powodow innych niz jakosc i tym podobne.

    To jednak proba analizy naszej rzeczywistosci z uwzglednieniem osrodkow opinii, uchwycenia prob oddzialywania na myslenie. Tego nie ma? A poza tym mozna sobie zakladac tytuly, wpisywac na dowolnym forum.

    Moze cenzura powinna byc opisana jako „cenzura”. To tyle.

  17. Pawel D. dnia 31.10.2009 o godz. 09:10 mówi :

    Georgia,

    Nie podoba mi się, ani cenzura, ani „cenzura” ponieważ sugerują istnienie jakiejś wielkiej siły, która niweczy szlachetne wysiłki o prawdę.

    Rzeczywistość adekwatniej opisuje „walka o rząd dusz”. Lecz każdy kto uzna ten termin za adekwatny, zmuszony będzie przyznać, że establishment skuteczniej walczy o dusze, niż ci co dopiero aspirują do establishementu.

    Konsekwencją opisu rzeczywistości opartego o cenzurę lub „cenzurę” jest uzasadnienie własnej bierności i malkontenctwa – nic nie trzeba robić bo nic się nie uda zrobić.

    Konsekwencją wyboru poetyki walki o rząd dusz jest konieczność walczenia o dusze i zmierzenia się z pytaniem: „jak działać skutecznie?”. A to pytanie jest niewygodne, gdyż większość prób będzie mniej skuteczna niż ambicje próbujących…

  18. Georgia dnia 31.10.2009 o godz. 12:10 mówi :

    Wlasnie tu tkwi potkniecie rozumowania:

    „Konsekwencją opisu rzeczywistości opartego o cenzurę lub “cenzurę” jest uzasadnienie własnej bierności i malkontenctwa”

    Nie ma takiej konsekwencji, nie ma takiej koniecznosci. O rozdzielaniu powinnosci i faktow pisal kto inny. Opis nie musi prowokowac „malkontenctwa”, to juz czysty stereotyp, rownie dobry jak te o GW, RP czy jak kto chce.
    Opis moze mobilizowac i demobilizowac.

    I na deser: ktokolwiek dziala przestaje sie ogladac przede wszystkim na tych, ktorzy zachecaja do dzialania. Potrzebuje opisu solidnego rzeczywistosci.

    Biznes jest biznes.


Zostaw swój komentarz