Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > BRZOZOWSKI: „Wstyd”, czyli...

BRZOZOWSKI: „Wstyd”, czyli w niewoli performansu. O filmie Steve'a McQueena (II)

Grzegorz Brzozowski

„Wstyd”, czyli w niewoli performansu. O filmie Steve’a McQueena (II)

Steve McQueen ponownie zrobił film o zniewoleniu. Choć opowieść toczy się tym razem nie w irlandzkim więzieniu, lecz w wyzwolonej obyczajowo stolicy świata, jej trzydziestoletni bohater – Brandon, człowiek sukcesu – tylko z pozoru znajduje się na wolności. Co jednak tworzy jego klatkę? Czy sprowadza się ona jedynie do psychologicznego mechanizmu seksoholizmu, czy jej fundamenty sięgają głębiej?

W większości recenzji „Wstydu” dominują psychologiczne interpretacje historii Brandona: staje się on przede wszystkim paradygmatyczną ofiarą uzależnienia, które rujnuje jego relacje z bliskimi. Za jego powikłania emocjonalne bywają obwiniani niekochający rodzice, domniemana kazirodcza przeszłość z siostrą czy ból niespełnionych aspiracji podczas nieudanego awansu społecznego z New Jersey do Nowego Jorku. Każda z tych interpretacji jest równie dobra, co niewystarczająca: możliwe wytłumaczenia zasygnalizowane są wszak tylko przez enigmatyczne stwierdzenie siostry bohatera, Sissy, że „nie są złymi ludźmi, a tylko przychodzą za złego miejsca”.

Być może przyczyn nieszczęścia Brandona należy zatem doszukiwać się jeszcze głębiej – w sięgającej rewolucji ’68 roku przemianie obyczajowej, która ze sfery seksualności uczyniła uciążliwy, a powszechnie obowiązujący, performans. Nieszczęście bohatera McQueena – niezdolność do czułości, emocjonalne wychłodzenie nawet wobec własnej siostry – można odczytać wówczas jako prywatny koszt ówczesnych przemian – cenę ponoszoną także przez szereg bohaterów powieści Michela Houellebecqa.

Houellebecq/McQueen: w cieniu 1968

 „Zawsze jestem starannie ogolony, trzymam się prosto; gdy koło trzydziestki zacząłem łysieć, postanowiłem ostrzyc sobie włosy bardzo krótko […] nie miałem ani stałej partnerki do łóżka, ani naprawdę bliskiego przyjaciela; jak tu o czymkolwiek pamiętać w takich warunkach? Dni mijają i tyle” – tak można by pokrótce scharakteryzować postać pracującego w nowojorskim biurze Brandona, który spędza wieczory (i znaczną część dnia) na przeglądaniu witryn pornograficznych oraz przypadkowych kontaktach seksualnych. W ten sposób opisuje samego siebie także Michel, bohater pierwszej powieści Michela Houellebecqa „Poszerzenie pola walki”. To wzorzec odbijający się zresztą w konstrukcjach bohaterów kolejnych jego książek: wyobcowanych trzydziestolatkach, balansujących na granicy depresji, dręczonych poczuciem nieutożsamiania się z własną pracą i nieudaną pogonią za seksualnym spełnieniem. W przypadku obu autorów trudno przy tym wyczuć, czy kolejne erotyczne ekscesy ich bohaterów – wizyty w klubach sado-maso czy seksturystyka w Tajlandii – przynoszą im jeszcze jakąkolwiek przyjemność. Swobodny tryb życia wiąże się raczej z emocjonalnym wyziębieniem; co ciekawe, Houellebecq – w przeciwieństwie do McQueena – rozciąga taką interpretację bohatera naszych czasów także na postaci kobiece.

Jak wielu bohaterów Houellebecqua, Brandon McQueena to postać, która odstręcza, ale której nie sposób nie współczuć. Między innymi dlatego, że został – tak jak one – skrzywdzony przez przemiany 1968 roku; wszyscy oni są dziećmi pokolenia, które w imię swobód obyczajowych zatraciło umiejętność budowania jakichkolwiek więzi emocjonalnych. Jak przyznaje podczas randki, to do tych właśnie czasów przeniósłby się najchętniej (jako doświadczająca nieograniczonych seksualnych przywilejów gwiazda rocka). Z tego pokolenia najpewniej pochodzą też wyparci z rozmów z siostrą rodzice (sam McQueen urodził się zresztą w 1969 roku). „Są przedstawicielami zła, wyprodukowali zło, ja akurat mogę to stwierdzić z całą pewnością” – mówi o swych rodzicach, przedstawicielach środowiska obyczajowych libertynów, jedna z bohaterek Houellebecqa. Piętno spoczywające na rodzeństwie bohaterów McQueena upodabnia je na swój sposób do braci z „Cząstek elementarnych”, którzy przyjęli radykalny styl skrajnych zachowań seksualnych – długotrwałej abstynencji lub poszukiwania perwersji (przerastających zresztą pułap transgresji osiągany przez bohatera „Wstydu”). Brandon zatrzymał się na stylu dość umiarkowanym: systematycznie poszukuje potwierdzenia swoich seksualnych możliwości. Kryterium seksualne stało się dlań jednak podstawą oceny wszelkich relacji, zagrażając nawet więziom rodzinnym.

W przeciwieństwie do prowodyrów z 1968 roku, dla ich potomków seksualność nie jest  częścią żadnego projektu zmiany społecznej. Brandon i jego rówieśnicy wcale nie pragną przez wielokrotne orgazmy otwierać wrót percepcji czy walczyć z nazizmem, jak czynią to opisani przez Tony’ego Judta w „Pensjonacie pamięci” europejscy rewolucjoniści. Dla dzieci bohaterów 1968 roku seks jjest raczej przymusowym, choć nie zawsze przyjemnym, zabiegiem; systematyczną, a czasami wyczynową, formą działania. To zarazem jedyny sposób na podtrzymanie  więzi społecznych i uniknięcie ryzyka radykalnej atomizacji.

Nie podlegają oni przy tym normom, które skutecznie zwalczyli ich rodzice. Brandon rzeczywiście nie ma się przed kim wstydzić. – W jego życiorysie nie widać wpływu jakichkolwiek wyraźnych tradycji religijnych czy etycznych. Wątpliwy jest także ograniczający wpływ relacji z siostrą. W tej pojawia się bowiem wystarczająco wiele momentów, by stawiać pod znakiem zapytania siłę antropologicznego zakazu kazirodztwa. Swoboda obyczajowa Brandona nie jest poddana jakiejkolwiek formie kontroli społecznej – jedyną normą okazuje się norm przekraczanie. Przymus ciągłej transgresji z czasem pozbawił ją  jakiejkolwiek zdolności przemiany struktur społecznych.  Za to wpasował się doskonale w rządzącą nimi zasadę. Zasadę tę można określić jako przymus performansu.

Seks jako performans

Jak zauważył jeden z czołowych performatyków, Richard Schechner, słowo performans funkcjonuje w języku angielskim w przynajmniej ośmiu kontekstach znaczeniowych – znajduje się wśród nich zarówno ekonomia, jak i erotyka. Co więcej, znaczenia te zazębiają się: „w świecie biznesu perform znaczy pracować produktywnie i jak najwydajniej […]. Jest coś seksualnego w wydajnym performansie biznesu, tak jak wiele jest biznesu w wydajnym performansie seksualnym. Ten ostatni ma też odcienie wzięte ze świata sztuk i sportu. Pomyślmy o wielości znaczeń zawartych w zwrotach: «uprawiać miłość», «jaki/a on/a jest w łóżku?» czy «wyczyn erotyczny»” [1]. Seksualne popisy nie muszą przy tym wcale przynosić spełnienia.

Na podobną zależność zwraca uwagę Jon McKenzie w wydanej niedawno książce „Performuj albo…”. Pojęcie performansu oddaje według niego zasadę wydajności, której po drugiej wojnie światowej podporządkowany został szereg sfer społecznej działalności – od eksperymentów teatralnych, przez styl zarządzania przedsiębiorstwami po innowacje technologiczne.  McKenzie przyjmuje za Lyotardem, że to właśnie performatywność stanowi kondycję ponowoczesną; jej źródeł dopatruje się w kładącym nacisk na wydajność kompleksie wojskowo-przemysłowego, narodzonym w powojennych Stanach Zjednoczonych. Echo tych przemian wciąż pobrzmiewa w tle pokazanego przez McQueena Nowego Jorku, gdzie oczekuje się, że efektywność gospodarcza musi spleść się z sukcesem matrymonialnym (obu sprzyja przy tym skuteczność nowoczesnych technologii). Podobne sprzężenie można zresztą zaobserwować także na rodzimym polu, w postaciach rozerotyzowanych, rozmiłowanych w zdrowym stylu życia i joggingu menedżerów, trafnie sportretowanych w osobie bohatera niesławnego spotu, reklamującego Warszawę z okazji Euro 2012.

Ciało Brandona, zmuszone do ciągłego dostarczania sobie przyjemności seksualnej, można zatem uznać w rzeczywistości za ucieleśnienie kulturowych przemian podyktowanych paradygmatem performatywności. Jego styl życia podporządkowany został zasadzie efektywności – dba o formę fizyczną, dość wysoki standard życia i wydajność zawodową. Nic nie oddaje lepiej zasady ciągłego potwierdzania przez Brandona swojej sprawności niż długa sekwencja biegu, do którego rzuca się, by uciec z mieszkania, gdzie pozostawił siostrę i szefa. Jego życie seksualne, pomimo pozorów kształtowania przez osobiste transgresyjne wybory, staje się zatem aktem głęboko konserwatywnym – reprodukuje bezwzględną zasadę optymalizacji wydajności, rządzącą całym systemem społecznym.

Jak słusznie zauważył bohater „Poszerzenia pola walki”, splot liberalizmu ekonomicznego z liberalizmem seksualnym nieuchronnie wiąże się z powstawaniem nierówności. „Niektórzy uprawiają miłość codziennie, inni pięć czy sześć razy w życiu albo nigdy. Niektórzy uprawiają miłość z dziesiątkami kobiet; inni z żadną. To właśnie się nazywa «prawami rynku»” [2]. O ile bohaterowie Houellebecqa są jednak najczęściej  poszkodowanymi w wyścigu, Brandon nie może narzekać na brak okazji do seksualnych ekscesów. Oba typy postaci, zniewolone przez tę samą zasadę, pozostają jednak tak samo nieszczęśliwe.

 Poszerzenie pola wstydu

 Historia Brandona to historia pozornego wyzwolenia w mieście otwartych możliwości. Zupełnie inaczej rzecz się miała z poprzednim filmem McQueena. Reżyser ukazał tam paradoksalny proces wewnętrznego wyzwolenia przez głodówkę przetrzymywanego w więzieniu Maze bojownika IRA. Cierpienie Bobby’ego Sandsa miało rysy swoistego rytuału. Główny bohater składał ofiarę, która w dalszej perspektywie budowała pewną więź między jego towarzyszami broni. W przeciwieństwie do niego Brandon skazany jest na pasmo monotonnych, nie budujących żadnej więzi wyczynów seksualnych, w których roztapia się jego osobowość. Jest to logiczna konsekwencja narzuconego mu wymogu wydajności.

Równie logicznej konsekwencji nie zachował jednak sam McQueen, sugerując w zakończeniu filmu, że istnieje szansa na przemianę bohatera pod wpływem osobistych doświadczeń. Reżyser oszczędził mu wprawdzie dramatycznego losu, który spotyka większość męskich postaci Houellebecqua: samobójstwa czy śmiertelnej choroby. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że zaproponowana przez McQueena końcówka nie odpowiada dramatycznemu potencjałowi postaci Brandona. Może problemem jest dostosowanie formy filmu do szczególnego charakteru monotonnej, wyjałowionej egzystencji postaci, z czym Houellebecq też się zmagał. Jak stwierdził w „Poszerzeniu pola walki”: „To postępujące zanikanie relacji międzyludzkich nie pozostaje bez wpływu na problematykę powieści. Jak w obecnej sytuacji posługiwać się narracją gwałtownych namiętności, które trwają przez lata i czasami odciskają piętno na kolejnych pokoleniach? […] Forma powieściowa nie jest jeszcze gotowa, by opisać obojętność i nicość, trzeba by wymyślić bardziej bezbawrny sposób wyrazu, bardziej zwięzły i bardziej monotonny” [3]. Również McQueena formy tej nie wynalazł. W jego filmie zabrakło nawet błyskotliwości pomysłów operatorskich, które znamy z jego debiutu. Choć rozpoznamy tu skłonność do wydłużonych, medytacyjnych ujęć, a kadry dobierane są niezwykle starannie, mało jest olśnień na miarę poprzedniego obrazu.

Tymczasem problem Brandona prawdopodobnie pozostanie nierozwiązany tak długo, jak długo niezmieniona jest struktura społeczeństwa, w którym się urodził. Inaczej niż w przypadku bohatera „Fight Clubu” Finchera – jego własne fantazmaty nie przebudzą go nigdy prawym sierpowym z apatycznej egzystencji trzydziestoletniego urzędnika. Pasmo bezładnych erotycznych transgresji utrzyma go raczej w stanie chłodnej emocjonalnej homeostazy – zamiast doprowadzić do aktu skruchy, zagłaszcze go raczej na śmierć. Performance must go on.

Przypisy:

[1] Schechner Richard, Performatyka. Wstęp., przeł. Tomasz Kubikowski, Ośrodek  Badań Twórczość Jerzego Grotowskiego i Poszukiwań Tetralno-Kulturalnych, Wrocław 2006, s. 49.
[2] Houellebecq Michel,  Poszerzenie pola walki,  przeł. Ewa Wieleżyńska, W.A.B., Warszawa 2005, s. 107.
[3] Ibid., s. 47.

Film:

„Wstyd”
reż. Steve McQueen
prod. Wielka Brytania 2011
dystr. Gutek Film

*Grzegorz Brzozowski, członek redakcji „Kultury Liberalnej”. Doktorant w Instytucie Socjologii UW, absolwent kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Pracuje nad rozprawą doktorską z zakresu antropologii widowisk i socjologii religii.

 Kultura Liberalna” nr 167 (12/2012) z 20 marca 2012 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ
(11/2012)
20 marca 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj