Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > JASINA: Seks w...

JASINA: Seks w polskim kinie, czyli sztuka szybkiego przewracania aktorek na podłogę

Łukasz Jasina

Seks w polskim kinie, czyli sztuka szybkiego przewracania aktorek na podłogę

Polacy też czasem są wśród przodowników. Jak nikt na świecie potrafiliśmy pokazać na ekranie cierpienie i krzywdę, rozliczyć się z nieudanymi historycznymi wyborami, spotykającymi nasz naród krzywdami, a nawet krzywdami przez nasz naród zadanymi nam samym i innym wokoło. Polscy filmowcy potrafili pokazać na ekranie bogactwo naszego skomplikowanego dziedzictwa historycznego, walnie dokładając się do zbudowania tezy o specyfice Europy Środkowo-Wschodniej, jaką podtrzymuje chociażby Timothy Snyder. Przyszły badacz-historyk będzie miał z naszego kina wielki pożytek. Gorzej jednak ze sprawami mniej górnolotnymi niż specyfika środkowoeuropejskiego losu. Bo czyż Polacy w poprzednim stuleciu jedynie walczyli i myśleli o przetrwaniu?

Już w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy to wybuchła nasza niepodległość, a komunistyczny totalitaryzm i jego kompleksy również w sprawach obyczajowych jeszcze nas nie gnębiły, Polacy wyżywali się raczej w zupełnie innym „przodowaniu”. Koncentrowano się na budowie Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego i nadajnika telewizyjnego na warszawskim „Prudentialu”, a tymczasem związki kobiet i mężczyzn na taśmie celuloidowej reprezentowali szarmanccy Brodzisz i Żabczyński oraz eleganckie Smosarskie i Barszczewskie. Gdy w Czechosłowacji w „Pokusie” Hedy Lamarr pokazywała, że istnieje kobiecy orgazm (a było to w roku 1933!), u nas filmowej Barbarze Radziwiłłównie musiał wystarczyć mocny uścisk króla Zygmunta Augusta. Nawet zapowiedzi seksu były u nas jakby ograniczone. U Fritza Langa w „Metropolis” prowadząca mężczyzn na dno femme fatale eksponowała swoje wdzięki cokolwiek odważnie. U nas Loda Halama tańczyła ubrana i śpiewała nie tyle o pociągu fizycznym, ale pociągu do alkoholu.

Jedynie transwestytyzm miał się u nas lepiej. Sporo w przedwojennym kinie przebieranek. Panowie udają panie, a panie panów dość często. Ale zamiana odzieży musiała wystarczyć za inne rodzaje perwersji.

Po wojnie też mieliśmy inne sprawy na głowie. W Aleksandrze Śląskiej w „Piątce z ulicy Barskiej” czy Lidii Korsakównej w „Przygodzie na Mariensztacie” wystarczyć nam musiał uścisk ręki. No cóż, odbudowa Warszawy męczyła i nawet Nina Andrycz po wyrobieniu dwustu procent normy była już tylko przyjaciółką.

Poważnie…

Po 1956 roku ukazywanie na ekranie międzyludzkich relacji intymnych stało się zjawiskiem poważniejszym i autentyczniejszym. Nie był to już jedynie przyczynek do prezentacji politycznych teorii. Pojawiły się zdrady i niedoskonałości. To również za wczesnego Gomułki pojawia się po raz pierwszy na ekranie nagość. Do filmowej rewolucji obyczajowej, która ma nadejść pod koniec lat 60., byliśmy już lepiej przygotowani.

Ale nawet wtedy musieliśmy się maskować. W roku 1972 przez świat jak burza przeszło „Ostatnie tango w Paryżu” Bernardo Bertolucciego. Męską i kobiecą seksualność rozkłada się tam na czynniki pierwsze. Film ten nie miał okazji zaszokować polskiego widza we wczesnej epoce gierkowskiej. U nas szok powodował melodramat Romana Załuskiego „Anatomia miłości”, z najodważniejszymi scenami erotycznymi polskiego kina. Cóż, właściwie na ekranie nie działo się nic straszliwego. Nadzy Jan Nowicki i Barbara Brylska zajmowali się delikatnymi pieszczotami, a w tle wyśpiewywane były metaforyczne piosenki, do których tekst napisał Ireneusz Iredyński (notabene autor scenariusza). Najodważniejsze sceny w polskim kinie lat 70. zaspokoić mogły co najwyżej intelektualistów poszukujących w kinie głębszej refleksji nad kondycją człowieczeństwa.

O ile czasy gierkowskie udowadniały, że Polacy znają się li-tylko na dobrej grze wstępnej, a na więcej nie mają czasu, gdyż są zmęczeni (vide: „Anatomia miłości”) albo ewentualnie poświęcają się dla ukochanej (vide: „Con Amore” Jana Batorego), o tyle tragedia stanu wojennego doprowadziła do eksplozji cielesności na ekranach z niespotykaną dotąd siłą. Można by wręcz zaryzykować twierdzenie, że ograniczenie swobód obywatelskich zrekompensowano obywatelom w inny sposób. W kinach i telewizorach nagle pojawia się ostry seks (choćby – co prawda niepolski – wspomniany film Bertolucciego wywołujący dziwne reakcje wśród przemęczonych rygorami kolejek widzów), a i polscy twórcy chcą nadążyć za zachodnimi prądami. Widzów do kina przyciąga się już nie moralnymi rozliczeniami, ale nagością i godowymi okrzykami.

Polska erotyka lat 80. nie mogła jednak zabłysnąć. Twórcom brakowało zwyczajnie talentu i praktyki. Materia, czyli aktorzy, nie umieli się otworzyć, a reżyserzy nie byli im w stanie pomóc. Wieloletnich zaniedbań nie wyeliminują w ciągu kilku lat honoraria i pozorowana tolerancja. Zasadniczo seks wyglądał jak zbliżenie Ewy Wiśniewskiej i Dariusza Siatkowskiego w niezamierzonej parodii Stendhala: „Scenach dziecięcych z życia prowincji” Tomasza Zygadły. Aktor w sprawny sposób wywrócił swoja partnerkę na podłoże, łapiąc ją za biust, a całość okrasił spora ilością jęków. Gra ciała aktorów przypominała raczej sceny gwałtu niż niebotyczną namiętność. Nieudolność techniki w filmach takich jak „Kingsajz” czy „Magnat” maskowały scenariusz i muzyka. Obraz seksu w kinie polskim tamtej dekady przypominał raczej sądowe protokoły i nie miał nic wspólnego ze sztuką, jaką zdaje się film jest od jakiegoś przynajmniej czasu.

…i nieudolnie

Po roku 1989 sytuacja się nie zmieniła. Podstawową cecha polskiego kina i jego stosunku do sfery ludzkiej seksualności pozostał drastyczny brak fachowości. Nie dotyczy to tylko kina fabularnego. Jak głoszą niektórzy znawcy, brak umiejętności erotycznych jest również wszechświatową marką polskiego kina porno. Jak widać, Polacy przegrywają nie tylko na stadionach piłkarskich.

Podstawową cechą seksualności Polaka wykreowanej przez nasze kino już w dobie niepodległości jest jej całkowita reaktywność wobec tego, co przychodzi zza granicy. Gdy próbujemy pokazywać ostry i drastyczny seks zbuntowanych nastolatków, robimy to za pomocą środków teledyskowo-lynchowskich. Jedynie w dyskursie poświęconym naszej nieudolności erotycznej jesteśmy oryginalni. Od „Porno” Koterskiego aż po „Kac Wawa” święci tryumfy obraz Polaków jako ludzi pozbawionych jakichkolwiek talentów do ars amandi. Obce pozostają nam pocałunki i technika ich wykonywania, gra wstępna, a nawet zdolność do mówienia o seksie w zakresie obejmującym choćby najbardziej podstawowe świntuszenie. Polak zna jedynie określenia rodem z wulgarnego słownika dzieciaków z blokowiska. Względnie, gdy się wykształci, przechodzi na terminologię z „Małego atlasu anatomicznego”.

Relatywne zamknięcie Polaków zaskakuje zwłaszcza w środkowoeuropejskim kontekście. Praga, Bratysława czy Budapeszt stały się centrami światowego przemysłu filmowo- pornograficznego (zarówno homo-, jak i heteroseksualnego). A i tamtejsza kinematografia mainstreamowa prowadzi debatę o sprawach ludzkiej seksualności nieco odważniej i nie chodzi w niej tylko o ukazywanie aktów erotycznych, ale i coś znacznie ważniejszego – zrozumienie znaczenia seksu.

Czy polski seks jest taki, jak w naszym kinie? Jeśli tak – Polsko, idź na zbiorową terapię!

* Łukasz Jasina, doktor nauk humanistycznych, członek zespołu „Kultury Liberalnej”. Mieszka w Hrubieszowie.

„Kultura Liberalna” nr 182 (27/2012) z 3 lipca 2012 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(27/2012)
3 lipca 2012

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj