Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Fiacikiem do bacy,...

Fiacikiem do bacy, czyli turystyka w czasach PRL

Błażej Brzostek w rozmowie z Błażejem Popławskim

„Jeszcze nie tak dawno większość polskiego społeczeństwa nie miała pojęcia nie tylko o urlopach, ale i o powszednim «czasie wolnym». Wstawano o świcie, kładziono się o zmierzchu, czas pomiędzy był pracą. Święto było świętowaniem. Siadano, oczywiście, na ławeczce przed domem, gadano – ale poczucia, że to czas wolny i w ten sposób wyodrębniony, nie było”, mówi historyk.

Błażej Popławski: Od kiedy Polacy wiedzą o istnieniu wakacji? Od kiedy przeciętny Polak dokonuje rozróżnienia na czas pracy i czas wolny? Nie chodzi tutaj o codzienny czas wolny po pracy, ale czas wolny od pracy.

Błażej Brzostek: O istnieniu wakacji wiedzą przede wszystkim uczniowie i nauczyciele. Inni wiedzą raczej o istnieniu urlopu. A płatny urlop ma na ziemiach polskich mniej więcej stuletnią tradycję. Był najpierw częścią ustawodawstwa niemieckiego i austriackiego, a w 1922 r. Sejm RP przyjął ustawę o urlopach. Pracownik miał prawo do ośmiu dni wolnych po roku zatrudnienia, a po trzech latach już do dni piętnastu (ale wliczano w nie soboty i niedziele). Pracownicy umysłowi mieli nawet dwa razy tyle.

To nie najgorzej…

Kłopot w tym, że tych uprawnionych było w Polsce międzywojennej bardzo mało. Trzy czwarte tego społeczeństwa żyło na wsi i pracowało na roli, a więc nie miało pojęcia nie tylko o urlopach, ale i o powszednim „czasie wolnym”. Na wsi nie wydzielano takiego czasu. Wstawano o świcie, kładziono się o zmierzchu, czas pomiędzy był pracą. Święto było świętowaniem. Siadano, oczywiście, na ławeczce przed domem, gadano – ale poczucia, że to czas wolny i w ten sposób wyodrębniony, nie było. Nicnierobienie uchodziło za występek wobec rodziny i wspólnoty. Nawet poważnie chorzy chodzili w pole, aby było ich widać przy pracy. W mieście zaś uprawnienia do urlopów mieli ci, którzy zachowywali ciągłość zatrudnienia. A to było niełatwe. Panowało bezrobocie. Zresztą pracodawcy, chcąc się wywinąć od zobowiązań, zwalniali ludzi przed upływem roku pracy i ponownie ich przyjmowali. Aby tylko nie dopuścić do tego urlopu, który oznaczał dla nich straty.

Ilustracja_1

Ale część pracowników urlopy dostawała. Jak je spędzano?

Urzędnicy, ludzie o pewnym statusie i dochodzie, i o aspiracjach inteligenckich, wiedzieli, że istnieje coś takiego, jak wilegiatura i wywczasy, czyli miejsca, w które się jeździ, aby odetchnąć świeżym powietrzem i zażyć zdrowia. Znali pojęcie wycieczek krajoznawczych. Ba, organizowali towarzystwa wycieczkowe i angażowali się w akcje kolonii dziecięcych. Latem zamieniali się w letników, to znaczy wynajmowali sobie pokoje w pensjonatach, chodzili na grzyby, robili pikniki, pływali kajakami. To były wzory jeszcze dziewiętnastowieczne, głównie angielskie i niemieckie. Robotnik jednak, który ten urlop dostał, często nie miał żadnych środków na wyjazd, nie miał też pojęcia, że mógłby gdzieś pojechać. Bo dokąd? Chyba że do rodziny na wieś. Ale na wieś jechało się po to, by pomagać przy pracy. W mieście też zresztą pracowano w czasie urlopów, by sobie dorobić. Można było uprawiać ogródek, jeśli się go miało. Ale można też było nicnierobić. I to właśnie, w odróżnieniu od świata wiejskiego, mieściło się w wyobrażeniach robotników. Było znakiem urbanizacji. Zmęczeni ciężką robotą ludzie chcieli się na urlopie wyspać, poleżeć, z rodziną posiedzieć, zalec nad jeziorem i łowić rybki. Mówię o mężczyznach, ale też oni stanowili większość pracowników uprawnionych do urlopu. Nie myśleli o żadnym aktywizmie wycieczkowym, ku ubolewaniom inteligencji.

Ogromną zmianę wniosła w życie urlopowe motoryzacja. Na szosy wyjechały fiaciki, w których rodzina z psem i stosem tobołów przywiązanych na dachu jechała – na kwatery prywatne nad morzem, do bacy, do rodziny mieszkającej na wsi, albo na pole biwakowe w Bieszczadach.

Błażej Brzostek

To kto zapoczątkował w Polsce modę na wyjazdy wakacyjne i jak zmieniał się ich charakter?

Wyjazdy wakacyjne, jeśli pomówimy już o PRL, oznaczały wysłanie dziecka na wieś do dziadków albo na kolonie. Wyjazdy urlopowe zaś oznaczały wczasy – i to był element „rewolucji społecznej”, jak to nazywano, która rozpoczęła się zaraz po wojnie. Społecznicy, korzystając z koniunktury politycznej (władze Polski Ludowej głosiły umasowienie kultury, w tym wypoczynku), już w latach 40. rozkręcili akcje wczasów pracowniczych. Polska zyskała długą linię brzegową Bałtyku, a także dużą ilość pensjonatów i ośrodków wypoczynkowych na ziemiach przyłączonych. Te w Karkonoszach były nietknięte, miały pościel i zastawę stołową. Zaczęto natychmiast organizować grupy urlopowiczów. Stan zdrowia społeczeństwa po latach okupacji był zły. Obiecywano to społeczeństwo wydźwignąć z biedy i chorób. Miało się urbanizować, etatyzować, a więc uprawnienia socjalne, w tym urlopowe, miały się upowszechniać. Zorganizowano Fundusz Wczasów Pracowniczych, który zorganizował masę ośrodków, ale i masę odebrał innym podmiotom. I rzeczywiście, akcja wysyłania ludzi na te wczasy szybko się rozkręcała: w 1950 r. uczestniczyło w nich pół miliona ludzi. Bardzo wielu po raz pierwszy zobaczyło góry albo morze, kupiło kartki pocztowe i wysłało do rodziny, chwaląc się, że widziało „górę śpiących rycerzy”.

Mówi pan jakby ten proces przebiegał wyjątkowo gładko i sprawnie.

W praktyce było, oczywiście, sporo problemów. Urlop dostawał tylko jeden z małżonków i miał jechać samotnie, mieszkać z przypadkowymi osobami w pokoju. Wiele osób w ogóle nie chciało takich wyjazdów i nie brało skierowań. Mężowie nie puszczali żon, kobiety nie chciały zostawić dzieci, a samotny urlop naruszał wyobrażenia o życiu. Z kolei pracownicy fizyczni, jeśli już pojechali, często urlop przesypiali i przelegiwali, nie mieli ochoty na żadną aktywność. W domach wczasowych mieszano różne grupy społeczne i to też nie zawsze dobrze wpływało na atmosferę, np. w czasie posiłków. Jednak bywały duże atrakcje: organizowano występy aktorów czy piosenkarzy, spotkania z literatami, wieczorki etc., choć także polityczne akademie. Ludzie oczekiwali jednak przede wszystkim, że będą mogli pojechać na wczasy z rodziną, co było znacznie kosztowniejsze, bo wymagało innej gospodarki urlopami, ośrodkami wczasowymi oraz znacznego rozwoju bazy.

Kiedy wyjazdy rodzinne stały się normą?

Gdy skończył się stalinizm, a wraz z nim agresywna centralizacja, wczasy dla pracowników zaczęły organizować w większym stopniu związki zawodowe i zakłady pracy. Niektóre, te zamożne, np. z branży węglowej albo stalowej, były w stanie budować wielkie ośrodki w atrakcyjnych miejscach, z widokami na wspaniałe granie, jeziora, przełęcze, z wielkimi stołówkami i salami dancingowymi. Te mało zamożne, np. szkoły, budowały domki z dykty w nadmorskich lasach. Były też wczasy wagonowe, spędzane w składach kolejowych ustawionych na bocznicach w miejscowościach wczasowych. To wszystko pozwalało na rozwój wczasów rodzinnych. Kolejną, ogromną zmianę wniosła w życie urlopowe motoryzacja. Mówimy już o epoce Gierka. Na szosy wyjechały fiaciki, w których rodzina z psem i stosem tobołów przywiązanych na dachu jechała – na kwatery prywatne nad morzem, do bacy, do rodziny mieszkającej na wsi, albo na pole biwakowe w Bieszczadach. To już były prawdziwie rodzinne wywczasy. Moja przyczepa campingowa jest moim zamkiem.

Autostop był wręcz doświadczeniem generacyjnym, doświadczeniem emancypacji, wolności lat 60. Gomułka wypowiedział się w 1968 r., że autostop to „bradiażenie, brud i zawszenie”, i że młodzież powinna uprawiać krajoznawstwo i piesze wycieczki.

Błażej Brzostek

Na urlopy zaczęli jeździć jednak nie tylko dorośli, ale przede wszystkim młodzież.

Racja. Prawdziwe wakacje to mieli studenci. Te kilka tygodni wolności. I to oni przede wszystkim tworzyli fenomen autostopu, w Polsce uznany oficjalnie już w 1957 r., gdy wprowadzono książeczki autostopowicza. Autostop był wręcz doświadczeniem generacyjnym, doświadczeniem emancypacji, wolności lat 60. Gomułka wypowiedział się w 1968 r., że autostop to „bradiażenie, brud i zawszenie”, i że młodzież powinna uprawiać krajoznawstwo i piesze wycieczki. Jak w dawnej Galicji, z której pochodził. A przecież ci autostopowicze to byli w ogromnej części prawdziwi krajoznawcy, którzy korzystali ze schronisk młodzieżowych, docierali do mniej znanych miejscowości, ruin, zamków – tylko że było to wszystko nieuporządkowane, żywiołowe. A władze PRL nigdy nie lubiły żywiołowości.

W czasach PRL organizowano liczne akademie, pochody, wyjazdy pracownicze. Dziś już tego nie ma, ale wielu ludzi z sentymentem wspomina tego rodzaju przedsięwzięcia. Jak pan ocenia społeczne konsekwencje takiego odgórnego zarządzania czasem wolnym obywateli?

Wyjazdy pracownicze istnieją. Nigdy zresztą nie były formą odgórnego zarządzania, bo organizowane były na poziomie zakładów pracy, z udziałem zainteresowanych. Ludzie często garnęli się do takich wycieczek. Chcieli uciec od codzienności, ponieważ była rutynowa i monotonna. W Polsce do początku lat 80. pracowało się 46 godzin w tygodniu, czyli zwykle pięć dni po osiem godzin i w sobotę sześć. W latach 60. w ZSRR był już tydzień 41-godzinny. W Czechosłowacji i NRD wprowadzano wolne soboty, a we Francji tydzień pracy miał tylko 36 godzin! W PRL pracowało się więc długo – dlatego „Solidarność” walczyć będzie w 1980 r. o wolne soboty. Człowiek miejski oczekiwał czasu wolnego. I święta mu go dawały, nie były bowiem, te państwowe, oficjalne, traktowane w kategoriach sacrum. Owszem, na pochód się szło. Owszem, to formowanie się kolumn i czekanie bywało męczące. Ale spotykało się znajomych, gadało, a potem były jakieś bufety, stoiska, piwo, oranżada, lody. Dzieci dostawały chorągiewki, baloniki. To był przede wszystkim dodatkowy dzień wolny od pracy. Stąd sentyment.

Oficjalna propaganda PRL kładła duży nacisk na wartość ciężkiej pracy, którego uosobieniem byli przodownicy, a przeciwieństwem piętnowani na plakatach bumelanci. Z drugiej strony w przekazie popkulturowym okres PRL prezentowany jest jako czas całkowitego braku poszanowania dla pracy, bylejakości i rozleniwienia. Jak pan odnosi się do tych dwóch narracji?

„Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Tak, ale to powiedzonko nie określa osobistego doświadczenia. W tym doświadczeniu PRL to były lata ciężkiej pracy. Często marnotrawionej, źle zarządzanej, ale też takiej, której owoce „rozkradziono” po 1989 r. To jest trzecia narracja, o której też trzeba wspomnieć. „Leżał” kto inny, „ja pracowałem, męczyłem się przez kilkadziesiąt lat – i co mam na starość?”. Istniała też duma z rozwoju kraju, niezależna od poglądów na temat jego elity politycznej i jego podległości. „My budowaliśmy te zakłady”. „Jaka to była nowoczesna fabryka, panie, eksportowaliśmy na wschód i na zachód, a teraz pusta hala stoi. Rozkradli!”. To jest opowieść o ludzkim przeżywaniu historii. A opowieść o bylejakości i rozleniwieniu to jest Bareja. Ona aktualizuje się właśnie w popkulturze.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 277

(17/2014)
29 kwietnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj