Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Warsaw Gallery Weekend]...

[Warsaw Gallery Weekend] Jaka to używka, jaka to galeria

Wojciech Albiński

Temat wystawy uruchomił we mnie pewne skojarzenie, którym obdzielić by można zapewne wszystkie galerie wystawiające się w tym roku na Warsaw Gallery. Każda z nich ma swoją używkę.

Nie wiem, czy najlepszą, czy tylko ciekawą wystawę, bo nie oglądałem wszystkich, zrobił w tym roku Raster na Warsaw Gallery Weekend. „If I Were the Moon” – o alkoholu i artystach. Podobno jest też książka, wywiady z artystami i w końcu im się udało. Wystawa sam alkohol traktuje nieco minoderyjnie, wdzięczy się do niego, nawet jeśli miejscami przestrzega i grozi (Bujnowski), zawsze widzi też walor zabawy i toastu (Dawicki, Matecki). Warto zajrzeć.

Temat wystawy uruchomił we mnie pewne skojarzenie, którym obdzielić by można zapewne wszystkie galerie wystawiające się w tym roku na Warsaw Gallery. Każda z nich ma swoją używkę. Oczywiście to uproszczenie, bajka, ale jeśli potraktować na równi każdy ze sposobów transgresji, to samo można by powiedzieć o praktykach artystycznych co praktykach odurzania. Czym innym jest LSD i jego tradycja (jakże inaczej biorą i opisują swoje przygody Junger i hipisi), czym innym marihuana lub amfetamina przypisana do Andy’ego Warhola i dzwoniących zębami osiłkowatych nastolatków. O kokainie wystarczy powiedzieć, że jest droga i stoi za nią krew, ale jej pył wypełnia salony mieszczan niczym puder ich toalety. Heroina i inne opiaty (dla porządku wrzućmy tam kodeinę i całą aptekę), jest mefedron (popularny zamiennik kokainy) i cała chemia 2.0 obecna na hyperreal.info, biblii samotnych nastolatków. A wszystko pływa w dionizyjskim, orfickim alkoholu.

Nie da się obejrzeć całego Warsaw Gallery Weekend w weekend. Już wiecie dlaczego. Zatrucie gwarantowane. Ale po trochu – z przyjemnością. Zestawianie używek z artystami, ogólnym klimatem jednej stajni z drugą, dlaczego do Fundacji Galerii Foksal bardziej pasuje kokaina, do Czułości mefedron, do Stereo – heroina (te szaro-bure minimalistyczne prace!), a do wizytującej galerii Potencja z Krakowa, zwykła, a nawet nudna marihuana. Ostatecznie to spojrzenie z lotu ptaka, transgresja na tyle daleka, że nie widać najciekawszych szczegółów.

I tak w tym szampańskim nastroju udało mi się zobaczyć tylko kilka wystaw, zamierzam w kolejny weekend obejrzeć więcej. Póki co wszystkie, a właściwie cały klimat tegorocznego WGW miał coś właśnie z dionizji, jakby na raz dopisali goście, media, sponsorzy i artyści, którzy w końcu pokazali w każdej z galerii coś ciekawego. O Rastrze już było – i tak, warto zajrzeć, ale co kieliszek, co wystawa, świat wydawał mi się bardziej piękny, tajemniczy i pełen niezaprzeczalnego, wewnętrznego piękna, umiejętnie patroszonego na jaw przez artystów.

Krakowska galeria Potencja, gościnnie w Warszawie, na skwerku przy Pałacu Kultury, pokazała czy zorganizowała ni mniej, ni więcej tylko artystyczny flohmarkt. Można było kupić bigos i ziemniaki, kunsztowne artefakty (aniołowie z karabinami), zrobić sobie portret albo zakupić coś za grosze do kolekcji. Myślałby kto, co w tym zjawiskowego? Pół Europy ma to na co dzień. Możliwe, ale w Warszawie, między szklanymi wieżowcami, brakiem miejsc parkingowych nawet w niedzielę, był w tym powiew luzu, jakby jeszcze z Młodej Polski, z samego kopca z Krakowa. U nas, w Warszawie, to niesłychane. Co prawda i w młodych krakowiakach czuć było pewną chęć wbicia się w obowiązujący w Warszawie sznyt (rozmowy o cenach, sprzedaże), ale rodzimej metki już z siebie nie zedrą. Przyjechali na campowo, jakby w strojach ludowych.

Jeszcze lepiej było w Domu Słowa Polskiego przy Miedzianej, w miejscu po dawnych zakładach drukarskich, gromadzącym kilka galerii. Galeria Czułość pokazywała tam Ukraińców. Takich swoich, trochę samemu przygarniętych, wynalezionych, była w tym i tytułowa czułość z nazwy galerii i pewien, nawet bym powiedział (choć czuję się jak strażnik poprawności politycznej), paternalizm. Oto nie możemy brać i pokazywać artystów ukraińskich oficjalnie, ale musimy swoich, zdefiniowanych z charakterystyczną deklaratywną apolityczność. Wyszło świetnie – patchwork pomysłów, praktyk, zdjęć – wznosił się znaczeniami w górę, jak przeszyta na ludowy ukraiński kilim niedokończona drewniana wieża ze zdjęcia, bo „artystka jest zafascynowana niedokończonymi budynkami”. Ciekawe, jaka będzie przyszłość niedokończonej Ukrainy? Przychodzi do głowy myśl, wystawa pokazuje kompletnie odmienny od zjawisk w Polsce kosmos.

Co innego piętro niżej, w Galerii Wschód. Tu mowa o zachodzie. Przynajmniej Polski. Jest taka klasyczna myśl, że Polska „dorośnie” w jakiejś mierze do Zachodu, jeśli będzie potrafiła zadbać o spuściznę poniemiecką na swoich zachodnich rubieżach. Dzieje się to, jak wiadomo, z różnym skutkiem. Część dobytku materialnego jest ruiną trwałą, część odkupują Niemcy. Anna Orłowska w wystawie „Futerał” postanowiła fotografować detale, pomieszczenia poniemieckich pałaców po wojnie przekształconych w ośrodki wczasowe, instytuty rolnicze czy szkoły. To jest piękne. Nic więcej nie potrafię napisać. Jest tam jeszcze oczywiście o idei pałacu w ogóle, niemniej te zdjęcia, traktujące o zasiedlaniu, właśnie biorą się za tą myśl. O braniu w posiadanie, o byciu na swoim, nawet w cudzym do niedawna budynku. To trzeba zobaczyć.

Po sąsiedzku do Wschodu, dzieją się dwie wystawy jednej galerii Stereo, z której kuratorką, Zuzanną Hadryś, udało mi się uciąć pogawędkę o tym heroinowym porównaniu. Kuratorka nie podziela zdania co do metafory, niemniej sama przyznaje, że malarstwo (i tak stonowane, wewnętrzne, płaszczyznowe) Jakuba Czyszczonia („Późne echo”) jest chyba pierwszym pokazem koloru i jego możliwości w galerii. Sam jakby próbując iść w jej stronę, zaręczam w rozmowie, że no może pokazujecie jeszcze kolor obok na pracach Pawła Janasa, drugiej wystawie galerii, ale gdy tylko tam wchodzę, dostrzegam jeszcze raz to samo co niemal zawsze na jego pracach – wariacje na temat organów ludzkich, smoły, dymu i wracam do swojej metafory. Opiatowy, mroczny nastrój, przemawiający mocno, do głębi (a nawet wzdrygnięcia), podkreślony jeszcze ułożonymi torsami, głowami z wylanego żelbetonu na podłodze zawsze w podwójnej relacji z drugą głową czy tułowiem przewiązanym czerwonym szalem. I tak to wchodzi do krwi.

To raptem kilka wystaw. Zostało jeszcze ponad dwadzieścia galerii. Jest co świętować, dawno nie było takiego WGW. Wątek używki–galeria warto rozwijać.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: WGW.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ
(39/2018)
27 września 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj