Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Gdy światłość łączy...

Gdy światłość łączy się z ciemnością. Recenzja filmu „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”

Tomasz Gęsina

Film Zacka Snydera kondensuje superbohaterskie emocje, zderza światłość z ciemnością i pokazuje różnicę między półbogiem a uzbrojonym po zęby rycerzem sprawiedliwości. Jednak czy stylistyka przesady jest dobrym sposobem na doścignięcie klasycznych już filmów wyprodukowanych w studiu Marvela?

Każdy z superbohaterów to postać wyjątkowa – posiadanie nadnaturalnych mocy, wykorzystywanych w walce ze złem, czyni z nich szczególne indywidua, skupiające na sobie uwagę odbiorców. Komasacja kilkorga tego typu postaci w jednym filmie jest posunięciem ryzykownym, gdyż taki zabieg może wywołać u widza poczucie nadmiaru czy nawet konsternacji. Marvel Studios wyprodukowało udaną opowieść o drużynie superbohaterów „Avengers”, która zachwyciła zarówno krytyków, jak i szerszą widownię. Za ciosem postanowiło pójść Warner Bros. Pictures, które, konfrontując ze sobą kluczowe postaci współczesnej popkultury, Batmana i Supermana, podjęło się zadania tyleż odważnego, co wręcz szalonego.

BVS-03097-CC

Samson vs. Zorro

Autorami postaci Supermana byli Jerry Siegel i Joe Shuster, którzy inspirowali się opowieściami z gatunku science fiction i starożytnymi historiami o Heraklesie i Samsonie. Pierwszy komiks o przybyszu z Kryptonu pojawił się w 1938 r. Wykreowany po wielkim kryzysie, konsekwentnie wpisywał się w idee Nowego Ładu jako figura, która swym zachowaniem przynosi nadzieję i wymierza sprawiedliwość. Być może dlatego, jak zauważa Jerzy Szyłak, autor monografii „Komiks i okolice kina”, już w latach 80. Superman był obecny w świadomości społecznej raczej jako pewien ideał aniżeli główny bohater konkretnej opowieści [1]. Wśród wielu ekranizacji perypetii mieszkańca Kryptonu zdecydowanie wyróżnia się ta z 1978 r. w reżyserii Richarda Donnera, w której w tytułową postać zagrał Christopher Reeve. Niespełna czterdzieści lat później na ekranach kin zadebiutował „Człowiek ze stali” Zacka Snydera. Film zebrał mieszane recenzje, jednak nie przeszkodziło mu to zarobić ponad 600 mln dol. na całym świecie.

Postać Batmana, podobnie jak Supermana, została stworzona w latach 30. XX w. (1939 r.) przez Boba Kane’a i Billy’ego Fingera. Co ciekawe, powstała ona w opozycji do bardzo popularnego wówczas Supermana. Twórcy Batmana otwarcie przyznawali, iż podczas tworzenia człowieka-nietoperza, inspirowali się magazynami z historiami kryminalno-fanstatycznymi (tzw. pulp magazine) oraz takimi postaciami jak Zorro i Sherlock Holmes, którzy swoje zwycięstwa odnosili przede wszystkim dzięki inteligencji i wykorzystaniu różnego rodzaju gadżetów. Zwłaszcza Finger chciał podkreślić, że ich bohater nie posiada żadnych nadnaturalnych zdolności i wszystko, co osiągnął, jest efektem jego uporczywej pracy i samodyscypliny. Podobnie jak w przypadku Supermana, komiksy o Batmanie doczekały się wielu ekranizacji. Najbardziej znane to te, które wyreżyserowali Tim Burton i Christopher Nolan. Z kolei na tle aktorów, wcielających się w postać człowieka-nietoperza, bez wątpienia wyróżnia się Christian Bale, który potrafił znakomicie oddać dwoistą naturę bohatera Gotham City.

Bohaterów o tak długiej tradycji konfrontuje ze sobą w swoim najnowszym filmie Zack Snyder, któremu udało się z dość dobrym efektem opowiedzieć historię o symbolach współczesnej kultury popularnej.

 BVS-04260-CC

Superbohaterowie dwaj

Warto zaznaczyć na samym początku, że „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” nie jest filmem tak złym, jak wskazują recenzje zza oceanu. To przede wszystkim kontynuacja poprzedniego filmu Snydera „Człowiek ze stali”, w którym główny bohater ratował świat przed generałem Zodem. Początek „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” nawiązuje do jednej z kluczowych scen filmu z 2013 r., widzianej tym razem z perspektywy Bruce’a Wayne’a. Bitwa rozgrywająca się w Metropolis spowodowała śmierć wielu ludzi, w tym bliskich współpracowników najbogatszego mieszkańca Gotham City.

Osiemnaście miesięcy później, gdy Superman przyczynia się do tragedii w jednej z afrykańskich wiosek, społeczeństwo zaczyna wątpić w słuszne intencje swojego dotychczasowego bohatera. Snyder przedstawia stopniową demitologizację nieskazitelnej postaci Supermana, w którego zachowaniu Batman dopatruje się zagrożenia dla całego świata. To nieustanne balansowanie na granicy dobra i zła pojawia się niemal przez cały czas trwania filmu, zmuszając widza do dokładnego śledzenia fabuły w poszukiwaniu dowodów winy lub niewinności. Pomimo iż kreacja aktorska Henry’ego Cavilla, grającego Supermana, razi wręcz bezbarwnością, to sam koncept scenarzystów, aby ukazać mieszkańca Kryptonu jako wzbudzającego kontrowersję współczesnego boga, zasługuje na szczególną uwagę. Posługiwanie się licznymi symbolami odwołującymi się do sztuki chrześcijańskiej – wśród których najbardziej wyróżnia się scena nawiązująca do słynnej „Piety” Michała Anioła – nadaje postaci Supermana jeszcze większego rozmachu, podkreśla jego deistyczne pochodzenie. To bóg jednocześnie wielbiony i nienawidzony, niosący pomoc potrzebującym i oskarżany o spowodowanie śmierci wielu osób.

Superman walczy honorowo, natomiast Batman zdaje sobie sprawę, że w uczciwym pojedynku nigdy nie wygra, dlatego posługuje się wszelkimi dostępnymi „pomocami”.

Tomasz Gęsina

Przeciwieństwem Supermana jest Batman. Ben Affleck, wcielający się w tę rolę, jeszcze przed premierą filmu musiał zmierzyć się z nieprzychylnymi opiniami fanów ekranizacji komiksów, którzy nadal mają w pamięci jego nieudany debiut w kinie superbohaterów („Daredevil”). Jednak jego Batman wbrew licznym opiniom oponentów wypada dobrze. To bohater tajemniczy, mroczny, który na własną rękę wymierza sprawiedliwość. Affleck, na tle Cavilla, gra charyzmatycznie, jednocześnie intryguje i odpycha. Jako Bruce Wayne potrafi być szarmancki, a jako Batman – okazuje się bezwzględnym egzekutorem prawa, któremu służy.

Daniel P. Malloy zauważa, że duet Superman–Batman najlepiej pokazuje skrajności w świecie komiksów. Dlaczego? Ponieważ pierwszy z nich to ostatni potomek ginącej rasy, młody bóg, którego umiejętności i siła przekraczają możliwości śmiertelników. Z kolei Batman stanowi wzór samodyscypliny. To człowiek, u którego motywacja do walki złem wynika przede wszystkim z traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa [2]. Konfrontacje tych bohaterów to walka jasności z ciemnością.

W warstwie wizualnej film bazuje na tych dwóch skrajnych odcieniach. Dwugodzinny seans to bezustanne zmagania rzeczywistością mroku i jasności. Intrygującym połączeniem tych przeciwstawnych stylistyk jest finałowa scena z płomieniami (jej odbiór niestety zaburza wręcz kiczowata postać Doomsdaya). Wszystko to dopełnia muzyka Hansa Zimmera i Junkie XL, która swoją bombastycznością podkreśla rozmach produkcyjny filmu. Mężczyźni, jako superbohaterowie, najczęściej spotykają się w nocy – porze bliskiej Batmanowi, kiedy ten wyrusza walczyć z niesprawiedliwością. W znakomicie zrealizowanych scenach Superman walczy honorowo, nie wykorzystuje do końca swoich sił, natomiast Batman zdaje sobie sprawę, że w uczciwym pojedynku nigdy nie wygra, dlatego posługuje się wszelkimi dostępnymi „pomocami” technologicznymi, aby chociaż na chwilę uzyskać przewagę. Bohaterów łączy figura matki, która w ostateczności nakierowuje działania obu w stronę wspólnego wroga – Lexa Luthora.

BVS-CT-0110

Bohaterowie drugiego planu

W rolę szalonego naukowca wcielił się Jesse Eisenberg. Podobnie, jak w przypadku Afflecka, zachodnie media dość krytycznie oceniły jego rolę jako czarnego charakteru. Autor recenzji, zamieszczonej na łamach „The Hollywood Reporter”, wskazywał, że Eisenbergowi brakuje uroku właściwego poprzednim oponentom zarówno Supermana, jak i Batmana. Z kolei w „Entertainment Weekly” zarzucano mu aktorstwo zbyt przejaskrawione, które zamiast wywoływać uczucie grozy, wzbudza jedynie śmiech. Czy aby na pewno? Luthor, grany przez Eisenberga, to bohater psychopatyczny, wręcz demoniczny, u którego intelekt idzie w parze z szaleństwem. Jego nerwowe tiki (np. szybkie oblizywanie środkowej części górnej wargi) czy znakomita zmiana mimiki twarzy, potrafiącej w krótkim czasie wyrazić ironiczne zdumienie i obłąkane pragnienie zemsty, czynią z niego wroga godnego takich postaci, jak Batman i Superman. O ile ci dwaj balansują na granicy dobra i zła, o tyle Luthor nie ukrywa, że jego czyny służą spełnianiu jego egoistycznych pobudek. Szalony naukowiec w znacznej mierze przyczynia się do tego, że Batman i Superman postanawiają walczyć przeciwko sobie. Manipulując faktami, dąży do wykreowania Supermana jako wroga społeczeństwa, z kolei człowiek-nietoperz miał być egzekutorem jego sprytnego planu.

Wśród licznych bohaterów pojawiających się na drugim planie zdecydowanie wyróżnia się Wonder Woman, w którą wcieliła się Gal Gadot. W komiksach postać superbohaterki nawiązuje do greckiego plemienia Amazonek. Ubrana w kostium wzorowany na fladze amerykańskiej walczy z oddziałami państw Osi. Chociaż jej pojawienie się na ekranie początkowo wydaje się dla widza niezrozumiałe (wątek metaludzi być może stanowi luźne nawiązanie do fabuły kolejnego filmu), to jednak od razu przykuwa jego uwagę ze względu na tajemniczość i niedostępność. Wonder Woman sytuuje się pomiędzy Supermanem a Batmanem. Nie jest taka krystaliczna jak ten pierwszy, ale daleko jej również do krainy mroku, w której żyje człowiek-nietoperz. Mimo że pojawia się na ekranie raptem kilka razy, rola Gadot zachwyca i aktorka wypada bardziej przekonująco niż pozostali bohaterowie drugiego planu – mało wyrazista Rachel Adams jako Lois Lane, grający tylko epizod Laurence Fishburne jako szef młodych dziennikarzy czy wreszcie Jeremy Irons, którego Alfred J. Pennyworth nie jest już tak elegancki i dystyngowany jak Michael Caine z trylogii Nolana.

Pościg za Marvelem

Liczne wątki poboczne, czasem nienawiązujące bezpośrednio do akcji filmu (np. futurystyczna wizja Batmana wywołuje skojarzenia z „Mad Maxem. Na drodze gniewu” Georga Millera), sprawiają, że główny wątek historii umyka odbiorcy. Cechą scenariusza jest więc jego mozaikowość. To ogromna narracja składająca się z mikropowieści, które tylko sygnalizują o pewnych wydarzeniach, nie rozwijając ich. Dostrzega się to zwłaszcza w wątku poświęconym metaludziom, który – jak już wcześnie wspomniałem – być może zostanie wyjaśniony w kolejnej części. Odnosi się zatem wrażenie, że z fabuły filmu Snydera mogłoby powstać co najmniej kilka odrębnych historii o superbohaterach.

Snyder w swoim najnowszym filmie zmierzył się nie tylko z dwoma ikonicznymi superbohaterami, ale z historią popkultury. Jej dwie główne postaci – Supermana i Batmana – powiązał ze stereotypowymi wyobrażeniami dotyczącymi jasności i ciemności. To kino o współczesnych herosach, w którym żaden z nich nie okazuje się być lepszy od innego, zarówno moralnie, jak i fizycznie. Poprzecinana różnymi wątkami fabuła dezorientuje widza, jednak nie wpływa na całościowy odbiór filmu. Zrównanie się z poziomem Marvela jest na razie niemożliwe, twórcy DC są jednak na dobrej drodze, aby zagrozić jedynemu hegemonowi ekranizacji komiksów. Kolejna okazja już niedługo, ponieważ w sierpniu na ekrany kin wchodzi „Legion samobójców” z Jaredem Leto w roli szalonego Jokera, wroga Batmana.

 

Przypisy:

[1] J. Szyłak, „Komiks i okolice kina”, Gdańsk 2000, s. 16.

[2] D.P. Malloy, „Najlepsi na świecie… przyjaciele? Batman, Superman i natura przyjaźni”, [w:] „Batman i filozofia. Mroczny rycerz nareszcie bez maski”, red. M.D. White, R. App. Gliwice 2013, s. 237–238.

 

Film:

„Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, reż. Zack Snyder, USA 2016.

SKOMENTUJ

Nr 379

(15/2016)
12 kwietnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail