Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Wakar w środę]...

[Wakar w środę] Człowiek z szarości. O książce „Kieślowski. Zbliżenie”.

Jacek Wakar

Nie pierwszy raz piszę w „Kulturze Liberalnej” o Kieślowskim. Przyłapałem się na tym, siadając do zaczętego właśnie tekstu. Tak bywa, że najważniejsi w życiu artyści pozostają zakodowani gdzieś głęboko w pamięci. Uśpieni w świadomości, powracają przywoływani przez innych. Wystarczy czasem impuls, by sięgnąć znów do ulubionego filmu.

Tak było kilka lat temu, gdy w krakowskiej Łaźni Nowej Bartosz Szydłowski wraz z Małgorzatą Szydłowską zrealizowali „Przypadek Krzysztofa Kieślowskiego”, tłumacząc wielki film autora „Personelu” na nasz czas, na nasz język i na teatr. Pamiętam świetnie tamto poruszające przedstawienie jako Szydłowskich wariację o Każdym, tyle że wziętą od Kieślowskiego. Ten Każdy był może samym starym reżyserem, a może Witkiem Długoszem po latach. Siedział na antresoli wśród kwiatów i co chwila je podlewał, miał wyciągnięty sweter, kędzierzawe, a przy tym lekko przerzedzone włosy i myślącą, wrażliwą w każdym punkcie twarz Tomasza Schimscheinera.

Tamten „Przypadek” obudził we mnie mojego Kieślowskiego, który dzisiaj sprowokował mnie do pomyślenia o teatrze Szydłowskich wobec nagonki na nich toczącej się w przedwyborczym Krakowie. Oburza mnie niszczenie i zohydzanie dorobku, który stał się przez lata nie tylko wizytówką Krakowa, ale też własnością całego kraju. Bulwersuje przedmiotowe potraktowanie obojga twórców, co własnymi rękami Łaźnię Nową zbudowali, najbardziej obraźliwe jest zaś traktowanie jednej z najwybitniejszych polskich scenografek jako osoby wywindowanej do jakiejkolwiek rangi przez męża dyrektora. Trudno pogodzić się z takimi praktykami nawet wtedy, gdy ma się pewność, że racja i honor nieodmiennie zostaną przy Szydłowskich i koniec końców wyjdą oni z tej awantury silniejsi. Bo mam wrażenie, że są tacy, co już wydali własny wyrok i żadne argumenty ich nie obchodzą. Zarzuty, które stawia się szefowi Łaźni Nowej, brzmią absurdalnie, ich postawienie umożliwił może jedynie artystycznie chaotyczny charakter i brak dbałości o formalności. Nie jest tak, by ludzie sztuki byli obywatelami innej kategorii, ale warto byłoby zważyć wszystkie okoliczności. I zastanowić się nad ceną, jaką za Łaźnię Nową Bartosz i Małgorzata Szydłowscy już zapłacili.

Tyle na marginesie, teraz wracajmy do Kieślowskiego. Powtórne, któreś z kolei myślenie o nim zawdzięczam Katarzynie Surmiak-Domańskiej. Zdziwi się ktoś, bo przecież co łączy znakomitą reporterkę ze zmarłym przed ponad dwudziestoma laty reżyserem? Katarzynę Surmiak-Domańską znam z „Gazety Wyborczej” i uważam za jedną z najlepszych adeptek tamtejszej szkoły reportażu społecznego. O tym, że znalazła w tym gatunku własny charakter pisma, przekonała w dwóch swoich najważniejszych książkach – „Mokradełku” oraz „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”. Można zapewne dostrzec u Surmiak-Domańskiej wpływ mistrzyń gatunku, Małgorzaty Szejnert i Hanny Krall, co skutkuje oszczędnością stylu i nieufnością wobec wszelkich ozdób języka. Mam przy tym pewność, że w jej książkach nieodmiennie dominuje treść, a forma ma wobec niej funkcję wyłącznie służebną. To imponujące, bowiem nie zwodzą pisarki pokusy podobne do tych, którym raz na jakiś czas ulega na przykład Wojciech Tochman, szukając dla opisania okrucieństwa takich fraz, że stają się one celem samym w sobie, styl opowieści pokonuje samą opowieść. Surmiak-Domańska chowa się gdzieś w kąt, aby niepostrzeżenie obserwować bohaterów. Usuwa się w cień, aby nikt nie miał cienia wątpliwości, że to oni i tylko oni są najważniejsi. I mam poczucie, że bardzo uważa, by pozostać uczciwa, ale za nic w świecie ich nie skrzywdzić. To dokumentaliści ze szkoły Kazimierza Karabasza, a Kieślowski miał go za mistrza nad mistrzami, uważali, że kamera jest po to, by zapisywać świat, ale nie można posunąć się do działania na szkodę pojedynczego człowieka. Katarzyna Surmiak-Domańska wydaje się podobnie postrzegać swoją rolę.

Dziecko miejsca i czasu

Podobno na pomysł napisania o Kieślowskim nie wpadła sama, tylko przystała na propozycję wydawnictwa. I od tej pory zaczęła się jej podróż śladami artysty. Z początku przyznawała, że autor „Dekalogu” nie był dla niej szczególnie ważnym twórcą. Jeden jego film ceniła bardziej, drugi trochę mniej. Trzy lata pracy nad książką zaowocowały tym, co nieuchronne – pisarka zbliżyła się do swego bohatera, poznała go bliżej, zapewne jakoś zrozumiała, a przede wszystkim polubiła. Znać to w „Kieślowski. Zbliżenie”, ale ta niezwykła biografia nie jest w najmniejszym stopniu hołdem dla twórcy „Podwójnego życia Weroniki”, nawet nie próbuje udawać dla niego hołdu. „Kieślowski. Zbliżenie” przynosi jego portret namalowany wszystkimi kolorami, ale wśród nich dominują zapewne wszystkie odcienie szarości. Krzysztof Kieślowski zdaje się bowiem nieodrodnym dzieckiem miejsca i czasu, a te specjalnie barwne nie były.

O śmierci ojca najbardziej przejmująco powiedział sam Kieślowski w dokumentalnym filmie Krzysztofa Wierzbickiego „I’m so so”. Płakałeś? – zapytał go reżyser, a wcześniej wieloletni asystent. – Płakałem – odpowiedział Kieślowski i zapadła cisza, którą długo dźwięczała w uszach.

Jacek Wakar

Trudno powiedzieć, co porusza mnie w znakomitej pracy Surmiak-Domańskiej najbardziej. Znawcy życia i twórczości reżysera mówią, że najbardziej odkrywcze są fragmenty na temat dzieciństwa i wczesnej młodości, życia rodzinnego z jarzmem w postaci narastającej choroby ojca. Dzieciństwo z dala od rodziców, a jednak w poczuciu ich opieki i miłości, bliska relacja z siostrą, która musiała siłą rzeczy stać się najbliższym powiernikiem. Szybkie dorastanie, ale i akcentowanie tego, że dla mamy Krzysztof jest ciągle Krzysiem i opowiada w listach, jakie ubranie wkłada w zimne dni. Czytam w „Zbliżeniu” listy Krzysztofa do matki i nic na to nie poradzę, ale wzruszenie dławi mi gardło.

O śmierci ojca najbardziej przejmująco powiedział sam Kieślowski w dokumentalnym filmie Krzysztofa Wierzbickiego „I’m so so”. Płakałeś? – zapytał go reżyser, a wcześniej wieloletni asystent. – Płakałem – odpowiedział Kieślowski i zapadła cisza, którą długo dźwięczała w uszach. To ma niewiele do rzeczy, ale nieliczne wywiady autora „Trzech kolorów” zapamiętałem także ze względu na ich lapidarność. Odpowiadał pojedynczymi zdaniami albo wręcz półsłówkami. Niektórzy mówili, że ośmieszał w ten sposób dziennikarzy, okazując im całą swoją niechęć. Chyba nie miał takiego celu, ale rzeczywiście gadać o sobie nienawidził. Słusznie przypomina Surmiak-Domańska, że jego najsłynniejsze i najlepsze w życiu przemówienie składało się z trzech zdań. „Nie spodziewałem się tej nagrody. Mam nadzieję, że Polska jest w Europie. Dziękuję” – powiedział, odbierając Felixa za najlepszy europejski film roku za „Krótki film o zabijaniu”.

Książka, do której się wraca

Odmalowuje Surmiak-Domańska swego bohatera jako człowieka pełnego rozczarowań i kompleksów. Reżysera po wielokroć chcącego porzucić swą drogę, bo niewierzącego, że pozostawanie na niej ma jakikolwiek sens. Kieślowski sam się przedstawiał jako zdeklarowany pesymista, ale jak na artystę przystało z każdej strony oczekiwał i łaknął potwierdzenia swej wartości. Dlatego tak bolało go odrzucanie jego filmów w kraju – przeczytajcie koniecznie rozdział o „Bez końca” – tak raniła go wojna, jaką wytoczył mu Zygmunt Kałużyński. Dlatego też z niedowierzaniem z początku przyjmował swój sukces na Zachodzie. Ironizował, że potrzebował on proroka, a on się nadał jak nikt inny. Trudno godził się zarówno ze zwycięstwami, jak i przede wszystkim porażkami. Na kartach książki Surmiak-Domańskiej jawi się jako człowiek nie ze smutku może, ale na pewno z goryczy. No i z szarości, bowiem szczególnie wypada opowieść o szarości PRL i swoistym pragmatyzmie Kieślowskiego, za co był oskarżany o kolaborowanie z władzą, choć próbował prowadzić z nią własną grę. Kieślowski zdawał się wtedy także człowiekiem z szarości, bo wchłaniał w siebie całą szarość ówczesnego świata. I nosił ją w sobie, nie wierząc w żadne przełomy. Powtarzał zresztą wbrew radosnym przepowiedniom, że komunizm jest chorobą, której skutki odczuwać będziemy jeszcze przez pokolenia. Czyż nie miał racji?

W swym biograficznym reportażu znalazła Katarzyna Surmiak-Domańska metodę, którą nazwałbym dowolnie – obiektywną empatią lub empatycznym obiektywizmem. Zbliżyć się do Kieślowskiego, poszukać w nim rys i pęknięć, a potem odbudować jego obraz, używając pełnej palety barw. Wiem ponad wszelką wątpliwość, że „Kieślowski. Zbliżenie” to książka do czytania wielokrotnego, bo portretuje go z bliska, a jednak nie burzy tajemnicy. I każe zwrócić się ku filmom autora „Przypadku”, aby w nich szukać pytań, a nie odpowiedzi.

 

Książka:

Katarzyna Surmiak-Domańska „Kieślowski. Zbliżenie”, wyd. Agora 2018.

SKOMENTUJ

Nr 509

(41/2018)
10 października 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj