Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Sorry, taki mamy...

[Sorry, taki mamy klimat] Jądrowa numerologia

Kacper Szulecki

Zwolennicy energetyki jądrowej jak ognia unikają kwestii kosztów, zamiast tego starają się zamknąć dyskusję, wątpliwości zbywając jako „nieracjonalne” i „nienaukowe”. Niektóre argumenty, które sami proponują, są jednak zgoła ezoteryczne.

Elektrownia jądrowa ma wszystko, czego trzeba wielkiemu infrastrukturalnemu projektowi w starym stylu. Jest monstrualnie kosztowna, wymaga scentralizowanego planowania i takiegoż zarządzania systemem energetycznym; potrzebuje kontroli państwa i można ją przedstawić w kategoriach „postępu” – przynajmniej tak jak był on definiowany w połowie XX wieku.

Język postępu i cywilizacji pojawia się w dyskursie wokół polskiego programu jądrowego często. Jeszcze na długo przed wyborami parlamentarnymi we wrześniu 2005 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński deklarował: „Polska potrzebuje elektrowni atomowej, bo energia atomowa ma przed sobą przyszłość. […] Nowoczesne państwo, dbające o swe bezpieczeństwo energetyczne, powinno mieć u siebie elektrownię atomową”.

Piętnaście lat minęło, zmiany technologiczne w energetyce postępują, ale politycy PiS-u wciąż widzą w atomie wyznacznik cywilizacyjnego być albo nie być. Pełnomocnik rządu do spraw infrastruktury energetycznej, Piotr Naimski, nazwał kilka dni temu projekt jądrowy „programem cywilizacyjnym”, a sześć jednakowych reaktorów, które Polska miałaby wybudować na zagranicznej licencji, według niego „wymagać będzie stworzenia całego nowego sektora w Polsce, przygotowania systemu kształcenia kadr technicznych na całe pokolenia […] będzie kołem zamachowym dla pokrewnych badań i rozwoju”. Ze stosunkowo niewielkiego wycinka transformacji energetycznej robi się sedno polityki gospodarczej i przemysłowej państwa, bo „budując całą serię reaktorów, polskie firmy będą mogły nabyć niezbędne kompetencje, rozwinąć produkcję specjalistycznego sprzętu, usług i aplikacji, tak by skutecznie konkurować w globalnych łańcuchach dostaw o wysokiej wartości dodanej. Równolegle realizacja programu przyniesie nowe inwestycje zagraniczne, które napłyną wraz z rozwojem nowego sektora przemysłu”.

Ten megalomański rys jest charakterystyczny dla PiS-owskiej konserwatywnej innowacyjności, podszytej tym, co kiedyś nazwałem „energetyczną ksenofobią”, a przede wszystkim dla myślenia o rozwoju w kategoriach Mega-Projektów – obok przekopu Mierzei Wiślanej, Kanału Odra–Dunaj i Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Jednak wątek cywilizacji pojawia się w komunikacji entuzjastów atomu także w innym kontekście – jako straszak, bo nie chodzi tylko o rzekome zapóźnienie technologiczne Polski, ale także o rolę energetyki jądrowej w utrzymaniu poziomu cywilizacji, „jaki znamy”.

Pomiędzy prawami termodynamiki a archeologią

Entuzjaści atomu nie lubią rozmów o kosztach. Zamiast tego wolą używać bardziej abstrakcyjnej miary – EROEI [Energy Returned on Energy Invested], czyli stosunku energii potrzebnej do wytworzenia do tej, którą się z danego źródła uzyskuje. Na EROEI powołują się też atomowi sceptycy, na przykład Edwin Bendyk w swojej ostatniej książce „W Polsce, czyli wszędzie” używa tej miary, żeby pokazać korzenie stopniowej zapaści gospodarki PRL, w której dużą rolę odegrała przeraźliwie nieefektywna energetyka. Jednak w argumentacji entuzjastów atomu, EROEI staje się wręcz miarą magiczną, bo dla elektrowni jądrowych jest stosunkowo wysoki i ma bić na głowę całą konkurencję.

Problem w tym, że EROEI nie nadaje się do porównywania różnych technologii w skali globalnej. Można go skutecznie używać albo do porównywania na przykład lokalizacji, w których chcemy zainstalować jakieś źródło energii – powiedzmy turbinę wiatrową na nizinie lub na wyżynie. Może też pokazać, jakie źródło energii byłoby najbardziej efektywne w danym miejscu, czyli biorąc pod uwagę nasłonecznienie i wiatr, czy efektywniej będzie na naszej działce postawić wiatrak czy panele fotowoltaiczne. Ale EROEI nie może być głównym, a już na pewno nie jedynym wyznacznikiem dla strategii energetycznych całych państw – bo jego uśrednione wartości dla różnych technologii tak naprawdę niczego istotnego nam nie mówią.

Choć międzynarodowy panel klimatyczny IPCC faktycznie widzi dla energetyki jądrowej ważną rolę w osiągnięciu globalnej neutralności klimatycznej, to ani on, ani żadna inna znacząca instytucja zajmująca się modelowaniem transformacji energetycznej nie widzi atomu w roli głównego motoru dekarbonizacji.

Jednak entuzjaści atomu nadają EROEI wymiar niemal ezoteryczny, bo do klimatycznego katastrofizmu dokładają jeszcze straszenie końcem cywilizacji, jaką znamy. Jak pisze Łukasz Dąbrowiecki, EROEI nie może być niższy niż 10:1, a „wedle istniejących szacunków poziom współczynnika, który umożliwiałby przetrwanie cywilizacji na tym samym poziomie złożoności, wynosi 7:1”. Skąd ta magiczna granica?

Źródłem tego katastroficznego myślenia jest wydana w 1988 roku książka „The Collapse of Complex Societies” [Upadek społeczeństw złożonych] autorstwa antropologa z Utah State University, Josepha Taintera. W tej opartej na badaniach archeologicznych pracy Tainter tłumaczy upadek państwa Majów i kultury Chacoa, a także Cesarstwa Zachodniorzymskiego poprzez wzrost złożoności i jednoczesny spadek efektywności energetycznej ich gospodarek.

Choć jest to oczywiście interesująca teoria na temat historii starożytnej, trudno uznać, że cokolwiek z pracy Taintera daje się łatwo przełożyć na prognozowanie przyszłości globalnej gospodarki o nieporównywalnie większej złożoności i wciąż niewyczerpanej mocy innowacyjności.

7:1 i inne liczby, o których warto pamiętać

W ten sposób jednak, łącząc prawa termodynamiki z archeologią starożytności, entuzjaści atomu uzasadniają wyższość tej technologii i odrzucają inne ważne miary efektywności inwestycji, a wszystko to w imię uniknięcia magicznego progu 7:1, za którym czeka nas rzekoma przepaść, tak jak Majów i Rzymian.

Jednak w związku z tym, że liczby zdają się mieć tak duże znaczenie, poniżej proponuję dziesięć innych, które także warto wziąć pod uwagę, dyskutując o roli energetyki jądrowej w Polsce.

35 – tyle lat minęło od otwarcia pierwszej elektrowni jądrowej we Francji w 1962 roku do osiągnięcia szczytu produkcji elektryczności z reaktorów w tym kraju w 1997 roku. Do tego należałoby dodać jeszcze lata potrzebne na zaprojektowanie i budowę pierwszego reaktora. Entuzjaści atomu często wskazują na Francję jako przykład „szybkiej dekarbonizacji”, kontrastując ja z niemiecką transformacją energetyczną, której przyspieszenie nastąpiło w 2011. Jeśli nawet przyjąć za punkt zwrotny Plan Messmera z 1974 roku, który przewidywał pełną „atomizację” francuskiej energetyki do końca XX wieku, to osiągnięcie maksimum swoich możliwości zajęło Francji 23 lata. Trzeba jednak zauważyć, że Francja nigdy głębokiej dekarbonizacji nie dokonała, a od ćwierć wieku udział energii jądrowej nie przekracza 75 procent produkcji energii elektrycznej, a w całości konsumpcji energii pierwotnej (pozyskiwanej z zasobów naturalnych) to wciąż jedynie około 40 procent. Zatem, zaczynając prace dziś, Polska miałaby szanse wyrobić się z budowa reaktorów do 2043, ale…

12 – o tyle lat opóźniona jest budowa fińskiego reaktora Olkiluoto 3, który miał pierwotnie rozpocząć pracę w 2009 roku, a w sierpniu bieżącego roku komercyjny start przeniesiono na luty 2022. Ponad 10 lat jest także opóźniony drugi z europejskich reaktorów EPR – we francuskim Flamanville. Jeśli uda się oddać go w 2023 roku, jego budowa domknie się w 17 latach. W międzyczasie koszt budowy podrożał z początkowo zakładanych 3,9 miliarda do 14,6 miliarda dolarów, a francuska minister energii nazwała projekt „kosztownym bałaganem” i potwierdziła plan redukcji udziału atomu we francuskiej energetyce do 50 procent w 2035 roku.

145 – tyle razy od początku 2010 roku doszło do nieplanowanych wyłączeń któregoś z ośmiu belgijskich reaktorów jądrowych (według bazy danych Engie). Dodając do tego wyłączenia planowe, czyli na przykład naprawy, od 2012 roku niewiele było okresów, w których dostępna byłaby cała belgijska flota jądrowa, a wielokrotnie dostępna była najwyżej połowa mocy. Wbrew temu, co utrzymuje na przykład polska grupa entuzjastów atomu, Fota4Climate, to właśnie zły stan techniczny i niestabilność, a nie „polityka”, są powodem decyzji o wygaszaniu większości reaktorów. Przykład Belgii pokazuje też, że bezpieczeństwo dostaw energii z reaktorów nie jest bynajmniej oczywiste.

92,50 – to stała cena w funtach brytyjskich za megawatogodzinę energii, jaką uzyska budujący EJ Hinkley Point C francuski EDF, kiedy ta wreszcie powstanie. Brytyjski rząd zagwarantował tę cenę na 35 lat w ramach tak zwanych kontraktów różnicowych. Oznacza to, że jeśli cena rynkowa energii będzie niższa, różnicę do poziomu 92 i pół funta dopłacą brytyjscy podatnicy. Przykładowo, w latach 2016–2019 cena hurtowa energii w Wielkiej Brytanii wahała się pomiędzy 34 a 67 funtów, a w 2020 wynosi około 33 funtów. Czyli w tym roku, za każdą MWh rząd dokładałby EDF dwukrotność ceny rynkowej. Nic więc dziwnego, że w ocenie polskiego rządu model kontraktu różnicowego jest „zbyt kosztowny, dlatego rozpoczęto prace nad alternatywnymi modelami finansowania”. Alternatywnych modeli na razie jednak brak.

8 – na tyle milionów dolarów wycenia amerykański Nuclear Energy Institute koszty składowania odpadów z jednego reaktora. Rocznie. Przez sto lat. Przy założeniu, że uda się rozwiązać problem składowania najbardziej kłopotliwych odpadów. To wciąż najważniejszy nierozwiązany problem sektora jądrowego, a jedynie trzy kraje (Finlandia, Francja i Szwecja) mają plany dotyczące długoterminowego składowania najbardziej niebezpiecznych odpadów. Inwestorzy budujący elektrownie jądrowe są zobowiązani do tworzenia specjalnych funduszy, które mają potem służyć do opłacenia demontażu reaktorów i przechowywania odpadów. Niestety, o ile fundusze te pokryją zapewne koszt demontażu, to na przechowywanie już nie starczy, a to oznacza kolejny, dodatkowy długoterminowy koszt, który należy doliczyć do energii jądrowej.

35 000–150 000 – Na tyle szacuje minimalną liczbę ofiar katastrofy w Czarnobylu prof. Kate Brown, historyczka technologii z bostońskiego MIT. Jej nagradzana, wydana także w Polsce książka jest pierwszą próbą zebrania całości wiedzy o katastrofie i jej skutkach na podstawie stopniowo odtajnianych dokumentów oraz wywiadów z sowieckimi naukowcami i decydentami. Oficjalna, ogłoszona między innymi przez ONZ liczba ofiar to 54 i to na niej opiera się argument o „ryzyku, jakie jesteśmy w stanie ponieść”, czyli mit założycielski współczesnej energetyki jądrowej. Skąd ten rozrzut? Brown opisuje praktyki zaniżania i utajniania raportów na temat chorób i śmierci oraz poziomów radiacji. Dodatkowo, ONZ mówi o bezpośrednich ofiarach, czyli takich, które poniosły śmierć w wyniku eksplozji i ciężkiej choroby popromiennej. Nowotwory i inne choroby, które zlicza Brown, są z dużym prawdopodobieństwem wynikiem katastrofy, ale w warunkach normalnego życia, a nie sytuacji eksperymentalnej, nie da się jednoznacznie potwierdzić przyczynowo-skutkowości. Entuzjaści atomu chętnie więc te dane dyskredytują, sami jednak używając podobnych szacunków na temat przedwczesnych śmierci spowodowanych smogiem i paleniem węgla – choć ich „status epistemologiczny” jest dokładnie taki sam.

85 000 – tyle litrów bogatej w uran cieczy wydostało się z przeznaczonego dla niej układu w ośrodku przetwarzania odpadów jądrowych w Sellafield w Wielkiej Brytanii między sierpniem 2004 a kwietniem 2005 roku. Awaria pozostała niezauważona, choć układ zaopatrzony był w alarm, który powinien odnotować wyciek już na poziomie 15 litrów. Jednak kontrolerzy do tego stopnia przywykli do dźwięku ciągłych alarmów, że nauczyli się je kompletnie ignorować, a rutynowe kontrole instalacji uznawali za zbyt częste. Wyciek został zauważony jedynie dzięki pracy działu księgowości, który odnotował 10 procentowy spadek efektywności. Jak widać, nawet w nowoczesnej instalacji, w wysoko rozwiniętym państwie o dużym doświadczeniu z atomem, przez osiem miesięcy niezauważony może pozostać wyciek 22 ton uranu, o czym warto pamiętać, postulując budowę sześciu reaktorów w ojczyźnie tupolewizmu.

55,6 – tyle milionów metrów sześciennych wody potrzebuje rocznie do chłodzenia swoich reaktorów czeska EJ w Dukovanach. Czerpie je z zapory na stosunkowo niewielkiej rzece Igławie. Plany rozbudowy Dukovan, podobnie jak drugiej czeskiej EJ Temelin, chłodzonej wodą górnego biegu Wełtawy, stają pod znakiem zapytania z powodu coraz mniejszej dostępności wody – od kilku lat Czechy co roku zmagają się z suszami. Nowe bloki w Dukovanach mogłyby wysuszyć Igławę całkowicie, a obniżony poziom wody podczas upałów uniemożliwi pracę reaktorów. Czeski gigant energetyczny ČEZ od lat stara się ograniczyć zużycie wody w obu elektrowniach, ale zmiany klimatu mogą okazać się szybsze niż innowacja technologiczna. Z podobnymi problemami borykają się Francuzi i Węgrzy, zmuszeni latem do wyłączania części reaktorów, bo woda w rzekach staje się zbyt ciepła. Polska jest jednym z najuboższych w wodę krajów Europy, a przedstawiając atom jako narzędzie walki ze zmianami klimatu warto się zastanowić, czy nie padnie on szybciej ich ofiarą.

191,8 – tyle minut polscy odbiorcy pozostawali bez prądu (średnio) w ciągu 2016 roku. Polska sieć jest jedną z najmniej stabilnych w Europie. Zastąpienie węgla atomem samo w sobie niewiele tu zmieni. Stabilność sieci w mającej spory udział atomu Szwecji jest średnia (75,6 minut przerw), francuska sieć trzyma się lepiej (52,6), natomiast najwyższy poziom bezpieczeństwa dostaw zapewniają odbiorcom Dania i Niemcy (odpowiednio 15,1 i 13,3 minut przerw), mimo iż atomowi przeciwnicy OZE mają w swoim katastroficznym repertuarze także straszenie „blackoutem”. Co ciekawe, od 2011 roku, kiedy to Niemcy zaczęli przyspieszać wygaszanie reaktorów i instalować więcej OZE, czas wyłączeń wciąż maleje.

15 – tyle według przedstawionego w listopadzie 2020 przez analityków BloombergNEF scenariusza może pozostać w polskim miksie energetycznym węgla już w 2030 roku. Ten scenariusz, wymuszony wysokimi kosztami emisji w unijnym systemie handlu, oznacza o wiele szybsze tempo dekarbonizacji polskiej energetyki niż ostrożne prognozy rządu przedstawione w strategii PEP2040. Oczywiście, model i scenariusz to nie rzeczywistość, ale należy liczyć się z tym, że nawet gdyby udało się dotrzymać terminów oddania planowanych przez rząd reaktorów po 2045 roku, mogą się w perspektywie ćwierć wieku okazać w systemie zupełnie nieprzydatne.

***

Oczywiście, takich liczb można wymieniać jeszcze wiele. Sednem jest to, że ultrakonserwatywne myślenie o transformacji energetycznej, zakładające, że da się po prostu węgiel zastąpić atomem, a wszystko w sektorze elektroenergetycznym, w gospodarce i w naszym życiu pozostanie po staremu – jest całkowicie błędne. Zmiany klimatu i nieuniknione zmiany w systemie energetycznym przeorają nasze społeczeństwa i „cywilizację”, a kurczowe trzymanie się starych odpowiedzi w obliczu nowych pytań i wyzwań, nie jest miarą postępowości tylko skostnienia i zapóźnienia właśnie.

 

[Tekst jest pierwszą częścią nowego cyklu „Sorry, taki mamy klimat”, który co dwa tygodnie będzie ukazywał się na stronach „Kultury Liberalnej].

 

Fot. Pexels.com

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 620

(50/2020)
25 listopada 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj