Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Jako historyczka idei...

Jako historyczka idei wolę pisać o Barbie niż o twórcy bomby atomowej

Helena Anna Jędrzejczak

Widziałam „Barbie” i „Oppenheimera”. Porównywanie ich uzasadnia jedynie zbieżny termin premier. Wolę pisać o „Barbie”, bo kwestie relacji władzy są dla mnie ciekawsze niż temat pragnienia zemsty.

„Ludziom pisany jest tylko jeden koniec. Idee żyją wiecznie”. Trudno o stwierdzenie brzmiące piękniej w uszach historyczki idei. To Platon? A może Arystoteles? Jakiś inny ważny myśliciel? Nie, to filmowa Ruth Handler, twórczyni najsłynniejszej lalki świata. Matka Barbie, kobieta, która sprowadziła na świat lalkę wyglądającą „jak dziwka”, obarczaną odpowiedzialnością za anoreksję nastolatek, rasizm, klasizm, konsumpcjonizm, ale także odejście od ról płciowych uświęconych tradycją. Albo wręcz przeciwnie, wtłoczenie w nie i nadmierną seksualizację. Dla każdego coś niemiłego, zakreślonego na różowo. Nikt jej nie lubi, ale każdy o niej rozmawia. 

„Barbie czy Oppenheimer” to pytanie, które zadaje sobie Ameryka i Europa, a wybór jednego lub drugiego filmu ma świadczyć o nas samych. Disclaimer: widziałam obydwa, a porównywanie ich uważam za możliwe do uzasadnienia jedynie zbieżnym terminem premier. W tym tekście będzie głównie o Barbie – tej filmowej, tej posiadanej przez dziewczynki na całym świecie i tej będącej obiektem badań naukowców i naukowczyń. No i jako (ponoć nadal) młoda doktorka nie będę zaprzątać swojej ślicznej główki poważnymi problemami bomby atomowej i pragnienia zemsty jako siły napędzającej świat, a zamiast tego zajmę się czymś różowym. Dlaczego? Bo mogę. Bo interesujące mnie relacje władzy, kwestie przemian społecznych i związanych z nimi lęków są znakomicie pokazane właśnie w filmie o różowym świecie Barbie. I dlatego, że co prawda Barbie żyją sobie w Barbielandzie, ale jego połączenie z naszą rzeczywistością nie jest tylko elementem fantasy z filmu Grety Gerwig.

W Barbielandzie życie płynie jak w bajce

Barbieland jest krainą wiecznej szczęśliwości, w której żyją spokojnie różne Barbie. Są dorosłymi kobietami mieszkającymi w pięknych domach. Pełnią wszystkie role społeczne i są samowystarczalne. Towarzyszy im mniej liczna grupa Kenów, którzy nie do końca wiedzą, czego chcą. Jak wiadomo, są tylko dodatkiem, bez którego można się obejść. Jest pięknie, Barbie są zróżnicowane, jest prezydentka, jest policjantka, jest noblistka, są członkinie sądu najwyższego. Dla nich wszystkich pełnienie tych funkcji przez kobiety jest oczywistością. Stanem zastanym niepodlegającym dyskusji i dającym gwarancję dobrego życia.

Na obrazie tej pięknej utopii są dwie rysy: faktycznie wycofana z produkcji koleżanka Barbie – Midge w ciąży i „Dziwna Barbie”, czyli ktoś w rodzaju wiedźmy. Ta ostatnia mieszka na wzgórzu na skraju Barbielandu, nie podkreśla swojej kobiecości (co robią wszystkie inne Barbie, niezależnie od figury), ma nierówno przycięte włosy, zmarszczki i… ogromną wiedzę o świecie. Po prostu: wiedźma. Ta, która wie. I która zdaje sobie sprawę z genezy Barbielandu i że nie wszędzie jest tak pięknie, a dla zyskania świadomości konieczny jest kontakt z Prawdziwym Światem (czyli amerykańską wersją tego, w którym żyjemy).

Zanim jednak wraz z Barbie wyjedziemy z Barbielandu, warto zatrzymać się na chwilę w tej różowej utopii. Barbie i Kenowie są przekonani, że świat po prostu jest tak urządzony, że rządzą nim kobiety. Do czasu przywiezienia z realnego świata książek pokazujących patriarchat, nikt nie ma co do tego wątpliwości. Można więc sądzić, że powszechna szczęśliwość została dana raz na zawsze. Tak jednak nie jest – ani w Barbielandzie, ani w naszym świecie. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na trzy kwestie: semantyczną, globalną i historyczną.

Nieodrobiona lekcja z dwudziestolecia

Pierwsza kwestia, o której nie można zapominać, to fakt, że prawa kobiet, w tym prawa wyborcze, nigdy i nigdzie nie zostały nam „dane”. Zawsze i wszędzie były wywalczone, okupione ciężką pracą, a niejednokrotnie ryzykiem i oskarżeniami o zaburzanie naturalnego porządku rzeczy. W polskiej historii walka o niepodległość łączyła się z walką o prawa kobiet. Podczas Zjazdu Kobiet Polskich w 1917 roku zwracała na to uwagę Justyna Budzińska-Tylicka, mówiąc:

„Moment dziejowy, który obecnie przeżywamy, zbyt jest doniosłym, byśmy, my kobiety, my Polki, nie miały zaznaczyć swego stanowiska, określić swych zadań i żądać niezbędnych reform prawno-politycznych w tworzącym się państwie polskim. […] mamy też głęboką nadzieję, że przedstawiciele naszych władz i stronnictw politycznych zechcą szczerze zaznaczyć swe stanowisko w sprawie kobiecej, która przestaje już być ciasnym zagadnieniem fanatyków, lecz jest koniecznością dziejową […] XX wieku. Bo jak nie ma zjazdów mężczyzn, tak i nie powinno być zjazdów kobiet, gdyby te kobiety nie były praw ludzkich i obywatelskich pozbawione”.

Było to bolesną prawdą w 1917. I pozostało nią w 2023, kiedy Polki pozbawiane są elementarnych praw, w tym prawa do życia, w imię ideologii wyznawanej przez garstkę (13 procent) społeczeństwa, uważającą, że nawet zagrożenie życia kobiety nie może pozwalać na aborcję. Jednak nie tylko brak prawa do aborcji sprawia, że to, co oczywiste w Barbielandzie i o co walczyły polskie działaczki niepodległościowe i feministyczne, nadal pozostaje problemem. Mamy prawa wyborcze i teoretycznie takie same możliwości robienia kariery zawodowej, mało zróżnicowane zarobki na tych samych stanowiskach i… nadal wśród 100 najbardziej wpływowych osób w Polsce jest tylko 31 kobiet, podczas gdy w słynnej liście „TIME’a” 100 najbardziej wpływowych osób na świecie jest ich 46. Spora różnica. W polskiej Radzie Ministrów kobiety stanowią tylko jedną siódmą, 4 z 28 członków i członkiń rządu. Lekcja dotycząca równouprawnienia nie została odrobiona. „Sprawa kobieca” jak była, tak jest „koniecznością dziejową”. Bo co prawda mamy prawo zostać nawet prezydentką, ale… jakoś nie zostajemy.

Ten straszny parytet

Powodów tego, że jakoś nie zostajemy prezydentkami, z rzadka jesteśmy rektorkami i raczej nie kierujemy największymi firmami, jest wiele, a zainteresowane i zainteresowanych odsyłam do książki Caroline Chiado Perez „Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn” [1]. Autorka pokazuje szereg wyników badań dotyczących między innymi projektowania rozwiązań teoretycznie równościowych lub niezwiązanych z płcią, dotyczących tak różnych obszarów jak kształt przestrzeni publicznych, testy leków i samochodów, a także życie społeczne. Tematów jest wiele, ale wyniki są przygnębiająco spójne: to, co miałoby być neutralne, często dyskryminuje kobiety, a rozwiązania mające je wspierać, bywają nieskuteczne lub spotykają się z protestami.

Sztandarowym przykładem tego ostatniego, oprotestowywanego także przez część kobiet, są parytety płci na listach wyborczych, w składach zarządów, rad nadzorczych i innych gremiów decyzyjnych. O zaletach parytetów napisano wiele, ale pomimo tego w debacie co jakiś czas powraca „argument” o zabijaniu wolności przez zapisanie w regulacjach obowiązku umieszczenia na listach wyborczych lub w gremiach zarządczych określonego odsetka przedstawicieli obydwu płci. Po długich pracach Rada Unii Europejskiej przyjęła dyrektywę, zgodnie z którą w 2026 roku w dużych przedsiębiorstwach kobiety będą musiały stanowić od 33 do 40 procent składów zarządów. 

Na szczęście „argument” o zabijaniu wolności powoli odchodzi do lamusa. O ile 10 lat temu zdarzało się jeszcze używać go publicystom i publicystkom mediów liberalnych i lewicowych (i sama nie dam głowy, że go nie używałam, wierząc, że wystarczą kompetencje), o tyle dziś to raczej domena niezawodnego Ordo Iuris, które rozpacza nad „centralnym sterowaniem” gospodarką, wprowadzaniem dyskryminacji ze względu na płeć i szkodami dla przedsiębiorstw. Odnośnika nie wstawiam celowo – kto chce, niech szuka tych rewelacji na własną rękę. Interesująca jest zmiana, która nastąpiła w narracji mediów centrowych, liberalnych i lewicowych na temat wprowadzenia parytetów na listach wyborczych i w gremiach zarządczych. O ile kiedyś obawiałyśmy się ich, bo miały rzekomo promować osoby słabsze merytorycznie, o tyle dziś wielki biznes przekonał się, że zróżnicowanie się po prostu opłaca, a w polityce po prostu nie wypada nie dostrzegać, że niedoreprezentowanie kobiet wynika z przesłanek kulturowych, a nie merytorycznych.

Pomimo tego w kontekście parytetów nadal można zaobserwować zjawisko gate keepingu – sytuacji, w której osoby, które osiągnęły wiele na przykład w życiu zawodowym, nie dopuszczają do podobnego sukcesu osób podobnych sobie. Jednocześnie wmawiają im, że sam fakt własnego sukcesu przyczynia się do zmiany sytuacji innych. Widać to w zjawisku girlboss, nawet jeśli odrzucimy jego antykapitalistyczny wydźwięk. Żadna kobieta nie osiągnęłaby wysokiego stanowiska, gdyby miała tylko kompetencje i samozaparcie. Bez pokoleń sufrażystek i feministek nie znalazłaby się wysoko w hierarchii władzy, a opowiadanie, że każda kobieta może osiągnąć to samo i nie potrzebuje wsparcia w postaci parytetów, feminizmu nie wspiera, tylko mu szkodzi.

W Barbielandzie parytetu nie ma. Sto procent władzy należy do kobiet, a wszystkie Barbie i Kenowie uważają, że taki jest porządek świata. Barbie grana przez Margot Robbie i Ken grany przez Ryana Goslinga są zszokowani, kiedy przekonują się, że w Prawdziwym Świecie kobieta może być raczej uczestniczką konkursu piękności lub sekretarką. Czy brak parytetów płci w Barbielandzie jest zły dla tamtejszego społeczeństwa? Tak, oczywiście. Czy jest szokujący dla nas? Tak, ale głównie dlatego, że jest przeciwieństwem tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Bawi nas tylko to, że w filmowym Prawdziwym Świecie cały zarząd firmy Mattel, mającej na sztandarach wspieranie dziewczynek w realizacji ich aspiracji, w tym zawodowych, jest złożony z mężczyzn. Tym razem rzeczywistość zaskakuje: w zarządzie jest parytet, na 11 osób 5 to kobiety i także kobieta jest prezydentką tej firmy. To jednak nie byłoby możliwe bez walki tysięcy kobiet zaangażowanych w walkę o nasze prawa.

Problem globalny i naturalny porządek

Film Grety Gerwig pokazuje, że powyższy problem jest zjawiskiem obecnym na całym świecie, w tym na teoretycznie postępowej globalnej północy. Ważnym czynnikiem konserwującym brak równości kobiet i mężczyzn są stereotypy na temat ról płciowych i strażnicy tradycji. Ci ostatni często mają na sztandarach troskę o dobro rodziny, bezpieczeństwo i inne miło brzmiące hasła. Tymczasem nie chodzi o bezpieczeństwo ludzi, bo jemu sprzyjałaby na przykład likwidacja powszechnego dostępu do broni, ani o dobro rodziny, bo tu kluczowe byłoby skuteczne przeciwdziałanie przemocy domowej. W USA w jej wyniku co roku ginie półtora tysiąca kobiet. A jednak według konserwatywnych polityków zagrożeniem są prawa osób LGBT i to, że kobiety sięgają po wysokie stanowiska i odrzucają tradycyjne role płciowe. I dlatego tak nienawidzą przesłania, które niesie Barbie. Filmu Grety Gerwig nienawidzą jeszcze bardziej, więc wzywają do jego bojkotu i palą lalki, a republikański senator Ted Cruz dostrzega w nim wokeizm i chińską propagandę

Materiały prasowe filmu „Barbie”

Nie wiem, czy widzieli film. Być może oburzyła ich już otwierająca go zaskakująca w swej mocy scena, w której małe dziewczynki roztrzaskują o skały swoje lalki przypominające niemowlęta. Przestają udawać matki i wdrażać się do tej roli. W wieku pięciu lat wolą bawić się lalką wymyśloną przez Ruth Handler. Skandal. Zamach na świętość. Wbijanie do głów, że jedyną ścieżką właściwą dla kobiety jest macierzyństwo, zostaje zastąpione pokazywaniem, że – jak głosi hasło Mattel – „możesz być, kim chcesz”. To jest fenomen lalki Barbie. Pomimo wszystkich zarzutów, o których wspominałam na początku i do których zaraz wrócę, była ona ogromną jakościową zmianą. Barbie jest dorosła i robi, co chce. Co prawda wpisuje się w kanony urody, ale niezależnie od tego robi rzeczy, o których się tradycjonalistom (a nawet nam) nie śniło. Nie prowadzi domu. Jest kowbojką, prezydentką, kosmonautką, kierowczynią swojego wielkiego samochodu. Nie ma męża, a Kena – przynajmniej u mnie i moich koleżanek – dzieli z innymi Barbie. I nie, Ken nie jest tu zdobywcą licznych niewieścich (barbiowych) serc. Jest raczej elementem współdzielonym. Moje pięć lalek Barbie, prowadzących wspólnie ośrodek jeździecki, miało jednego Kena. Był stajennym. Wiem, że to również mało równościowa sytuacja, ale przynajmniej pokazuje, że żaden porządek nie jest niekwestionowalny, a odmawianie prawa do tego kwestionowania to po prostu brutalna walka o utrzymanie władzy. Tu nie chodzi o wartości, idee i zgodność z jakimś „naturalnym porządkiem”, tylko tradycyjnie o władzę.

Filmowe Barbie o władzę nie walczą. W Barbielandzie, w którym patriarchatu już nie ma, jakimś cudem zgodnie ją współdzielą. To jednak utopia, w dodatku stworzona chyba przez filmowy stuprocentowo męski zarząd firmy Mattel. No i nie wiemy, jak w tym świecie czują się Kenowie. Dopóki dzięki lekturze nie zyskali świadomości opresji, w której się znajdują, chyba żyli szczęśliwie i nieświadomie. Nie jest to jednak usprawiedliwienie dla ich podporządkowania. W filmie po prostu zostają przekonani do odrzucenia świeżo zasmakowanego patriarchatu i bycia sobą. Może im się uda, zwłaszcza że – jak mówi Ken grany przez Goslinga – „kiedy zrozumiałem, że w patriarchacie nie chodzi o konie, straciłem zainteresowanie”.

Konie i chłopcy-narodowcy

No właśnie: konie. Ten niesamowity wyznacznik męskości. W filmie Ken zachwyca się patriarchatem, bo kojarzy mu się z „prawdziwymi mężczyznami” – kowbojami na prerii. Po przejęciu władzy w Barbielandzie wykuwa w skale cztery głowy koni, zastępując nimi popiersia barbiowych odpowiedniczek Washingtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna. Dla Kena archetypem męskości jest kowboj. Nasi rodzimi chłopcy-narodowcy też – jak ośmioletnie dziewczynki – mają fazę na koniki. Husaria jest przecież jednym z ulubionych motywów na tak zwanej odzieży patriotycznej.

Można się z tego śmiać, ale w polskim tłumaczeniu po przewrocie dokonanym przez Kenów ich kraj (dawny Barbieland) nie powinien się nazywać Ken-dom, tylko Ken-federacja. I niestety wielu polskich mężczyzn przed 40. by się tam odnalazło – wszak, jak pokazują badania, Konfederacja, ze swoimi ideami powrotu do tradycji w kwestiach społeczno-obyczajowych, jest najczęściej wybieraną przez mężczyzn z tej grupy wiekowej partią. Popiera ją aż 40 procent mężczyzn między 18. a 39. rokiem życia

W filmie Kenowie nie posiadają kompetencji ani spójnego programu. Łatwo nimi manipulować, zwłaszcza kiedy – jak Ken Goslinga – sprzeda im się gładkie słówka dotyczące zbawczej roli patriarchatu. Życie niby staje się dla nich przyjemne, kobiety im usługują, dawny dom Barbie można nazwać idiotycznie Mojo Dojo Casa House, ale… nikomu nie daje to szczęścia. Kenowie w patriarchalnym Ken-domie nie wiedzą o istnieniu usług publicznych (według rodzimej Ken-federacji przecież zbędnych) i odgrywają się na Barbie za lata odczuwanych upokorzeń. Jeżeli Kenowie tworzący Ken-dom mają portretować współczesnych mężczyzn, to jest to smutny obraz. Jeśli weźmie się pod uwagę wybory polityczne tych ostatnich, gorszy poziom wykształcenia i poglądy na kwestie na przykład zagrożeń społecznych (kobiety obawiają się zapaści w ochronie zdrowia, a mężczyźni gejów i gender), to niestety jest także prawdziwy.

Barbie, feminizm i seks

Lubię Barbie i uważam, że film o niej, pomimo komediowej konwencji z elementami fantasy, jest ciekawym portretem współczesnych społeczeństw globalnej Północy. Warto się jednak zastanowić, czy Barbie nie mogłaby zrobić więcej dla sprawy, dla której (poza zyskiem) została stworzona, czyli pokazywania, że „możesz być, kim chcesz”.

Jej feminizm jest nieco wybrakowany. Trochę drugofalowy, bo koncentruje się na władzy – tej politycznej i tej w biznesie. Ma bardziej współczesne elementy, bo nie jest mizoandryczny i pokazuje, że mężczyźni także są ofiarami patriarchatu. Nie porusza jednak w ogóle wątków związanych z seksualnością, a właściwie: porusza je tak, by tego nie zrobić.

Jednym z zarzutów wobec lalki Barbie jest to, że jej krocze to po prostu płaski kawałek plastiku. Podobnie jest z Kenem. W historii lalki Barbie oburzenie z powodu braku majtek na tym płaskim kawałku plastiku zdarzyło się chyba raz, przy Barbie nauczycielce. Filmowa Barbie po tym, jak w Prawdziwym Świecie robotnik budowlany klepnął ją w pośladki, mówi, że „i tak nie ma waginy, a Ken penisa”. Kiedy Ken chce zostać na noc, Barbie pyta go, po co chciałby to zrobić, a on odpowiada, że nie wie. Choć lalka zdaniem krytyków „wygląda jak dziwka” (to komentarze z samych początków produkcji) lub seksualizuje kobiece ciało, sama jest seksem kompletnie niezainteresowana.

Braku zainteresowania czymkolwiek, co mogłoby się kojarzyć z tą sferą życia człowieka, oczekuje także rynek. W 2003 w sprzedaży pojawiła się przyjaciółka Barbie – Midge – z doczepianym brzuchem, w którym znajdowało się plastikowe niemowlę. Wskutek protestów wycofano ją z produkcji, ponieważ miała jakoby promować zachodzenie w ciążę przez nastolatki. Ten argument się nie broni. Midge ma figurę Barbie, czyli dorosłej kobiety. Jej ciążowa wersja była sprzedawana jako mężatka spodziewająca się drugiego dziecka. Jestem przekonana, że „promowanie nastoletnich ciąż”, o które Mattel został oskarżony przez Walmart, w rzeczywistości dotyczyło samego uprawiana seksu. Midge po prostu musiała to wcześniej robić, skoro była w ciąży. Film dwukrotnie przypomina wycofanie tego modelu lalki z produkcji. Podkreśla także brak genitaliów u lalek obydwu płci. Czy to wystarczająca szpila wbita rynkowi i współproducentowi filmu – firmie Mattel? Nie jestem pewna. 

Współczesny feminizm nie istnieje bez zwracania uwagi na seksualność człowieka i jej różne odcienie. Ten filmowy pokazuje absurd aseksualności Barbie, zwłaszcza w zestawieniu z jej wizualną hiperkobiecością. Nie jestem przekonana, czy zwracanie uwagi przez filmową Barbie na aseksualność własną i lalki, nie jest jednak odbiciem patriarchalnej narracji, w której kobieta nie ma potrzeb seksualnych. Co prawda Barbie już nie kręci macierzyństwo, ale nie jest istotą świadomie seksualną, dokonującą w tej mierze wyborów. Pomimo stereotypowo atrakcyjnego seksualnie wyglądu jest chyba świętą dziewicą. Ponieważ Barbieland to świat idealny, trzeba zadać pytanie, czy jego idealność polega na tym, że część naturalnych ludzkich potrzeb, w tym potrzeb kobiet, po prostu przestaje istnieć? Na to pytanie nie znajdujemy odpowiedzi, choć Barbie śmieje się z siebie i swojego braku waginy.

Krytyka i uwielbienie

Lalka Barbie od lat spotyka się z krytyką dotyczącą jej negatywnego wpływu na postrzeganie swojego ciała przez dziewczynki, przyczynianie się do anoreksji, nierealistyczne proporcje ciała. Była także oskarżana o rasizm (bo długo była tylko w wersji białej), klasizm (bo ewidentnie należy do klasy wyższej-średniej), promowanie konsumpcjonizmu (bo ma mnóstwo rzeczy, a Mattel namawia do kupowania kolejnych). Część prób rozwiązania tych problemów przez producenta była krytykowana jako nieudolna (np. Barbie oreo) lub niezgodna ze współczesnymi standardami (np. orientalizacja Azji). Część elementów krytyki podzielam, część wydaje mi się nadmierna. W filmie wszystkie wymienia jednym tchem nastolatka. Mówi o tym jako o oczywistości. Z jednej strony, można to uznać za przyjęcie, że cała krytyka Barbie jest tak uzasadniona, że wie o tym nawet dziecko. Jednak z drugiej – to, że krytykę wygłasza ogólnie zblazowana i niesympatyczna młodsza nastolatka, powoduje, że zarzuty wobec Barbie ulegają osłabieniu. Skoro wygłasza je osoba, której nic się nie podoba i która jest zbuntowana wobec całego świata, to jak tę krytykę traktować poważnie…?

Barbie oczywiście ma sporo za swoimi plastikowymi uszami. Jej nogi są niebotycznie długie, talia super wąska, ciało całkowicie gładkie, a spódnice krótkie. Myśl, że mogłaby stać się „dziwną Barbie”, która nad seksowny wygląd przedkłada wiedzę o świecie, napawa ją lękiem. Jednak to ta blond piękność o nierealistycznie zbudowanym ciele, zamiast skupić się na czekaniu na męża w pięknym domku na amerykańskim przedmieściu i dbaniu o swój wygląd dla niego, pokazuje, że inne życie jest możliwe. To między innymi dzięki niej dziewczynki na całym świecie mogą sobie wyobrazić, że Stany Zjednoczone będą miały prezydentkę, kolejne nagrody Nobla będą zdobywały kobiety, a jeśli będą chciały, to mogą także być policjantką, kosmonautką, nauczycielką. Poza zasięgiem zostaje chyba tylko rola brytyjskiej królowej. To naprawdę niewielkie ograniczenie. Jego niewielkość pokazuje, że – jak w filmie mówi Ruth Handler – co prawda ludziom pisany jest tylko jeden koniec (i dla 99,99 procent ludzkości nie będzie to los brytyjskiej królowej), ale idee żyją wiecznie. Mam nadzieję, że idea wspierania dziewczynek w tym, by były przekonane, że naprawdę mogą być, kim chcą, faktycznie będzie wieczna. Albo może raczej: że wcześniej niż później mówienie o niej i działanie na jej rzecz stanie się zbędne, bo – jak o Zjazdach Kobiet pisała Budzińska-Tylicka – jeśli kobiety będą miały wszystkie prawa i możliwości, którymi cieszą się mężczyźni, przypominanie o tym nie będzie już potrzebne.

Z różowego świata Gerwig do przygaszonego Nolana

W tym miejscu chciałabym na chwilę wrócić do „Oppenheimera”. Film Nolana mnie zachwycił i nawet nie zauważyłam, kiedy minęło jego 189 minut, choć podczas krótszej o godzinę Barbie parokrotnie zerkałam na zegarek. Jak wspomniałam, ich porównywanie nie ma moim zdaniem wielkiego sensu, ale warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób się uzupełniają. 

Obydwa, każdy w ramach przyjętej estetyki, opowiadają o społeczeństwie, ideach i naturze ludzkiej, czyli kwestiach uniwersalnych. Oczywiście akcenty są rozłożone tak odmiennie, jak daleko jest różowemu plastikowemu Barbielandowi do utrzymanego w sepii Los Alamos.

W leadzie nieco prowokacyjnie napisałam, że wolę pisać o Barbie niż o twórcy bomby atomowej i że relacje władzy są dla mnie ciekawsze niż analizowanie pragnienia zemsty. Przyznaję, że to uproszczenie, bo tak jak „Barbie” nie jest filmem o Barbie, tylko o współczesnym społeczeństwie, tak „Oppenheimer” nie jest filmem ani tylko o pragnieniu zemsty, ani tylko o Oppenheimerze. Widzę w nim raczej opowieść o naturze człowieka, osadzoną w konkretnym kontekście historycznym. Nolan pokazuje, do jak paskudnych posunięć potrafi skłonić człowieka nadmierna ambicja i egocentryzm. Zwraca uwagę na rozterki etyczne, których rzeczywistość polityczna dostarcza wybitnym umysłom i koncentruje się na rozterkach i działaniach jednostek – samego Oppenheimera, kilku innych ambitnych fizyków, Lewisa Straussa.

Obiecywałam, że nie będę porównywać obu filmów, więc odniosę się krótko tylko do jednej kwestii: wizji człowieka – członka (lub członkini) amerykańskiego społeczeństwa. Mocno upraszczając: w „Barbie” nie ma złych ludzi, jest natomiast sporo idiotów lub względnie ludzi nieuświadomionych. W „Oppenheimerze” nie ma natomiast idiotów i ludzi nieświadomych, za to jest sporo ludzi złych, opętanych namiętnościami i dobrowolnie podporządkowujących się ideologiom. Nie jestem w stanie stwierdzić, który ze światów przedstawionych jest bardziej przygnębiający. Teoretycznie w obydwu filmach świat udaje się trochę naprawić, ale cóż – natura ludzka pozostaje zła, społeczeństwa opresyjne, a o wolności dla wszystkich i pokoju można najwyżej marzyć lub stawiać je za cel. I nie ma znaczenia, czy to świat w różu, czy sepii.

Przypis:

[1] Caroline Chiado Perez, „Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn”, wyd. Karakter, Kraków 2020.

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ

Nr 760

(31/2023)
1 sierpnia 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj