Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > WĄDOŁOWSKA: Po co...

WĄDOŁOWSKA: Po co nam robot na scenie? O Teatrze Robotycznym w Centrum Nauki Kopernik

Agnieszka Wądołowska

Po co nam robot na scenie? O Teatrze Robotycznym w Centrum Nauki Kopernik

Nie jest żadną nowością, że przedstawienie teatralne może odbywać się na scenie bez obecności żywych aktorów. Marionetki, lalki, pacynki, kukiełki świetnie sobie radzą, oczywiście pod warunkiem, że ktoś pociąga za sznurki. Choć dopiero w XIX wieku teatr lalek ze względów edukacyjnych został zaadresowany do dzieci, to dziś nieodłącznie kojarzy się z przedstawieniami dla najmłodszych czy ze sztuką ulicy. Od 7 grudnia 2010 r. na scenie Centrum Nauki Kopernik w Warszawie można oglądać marionetki w wersji high-tech, czyli roboty. Jakie czasy, takie lalki. Tak jak w teatrach kukiełkowych, głosu udzielają maszynom żywi aktorzy. W sztuce opartej na jednej z „Bajek Robotów” Stanisława Lema słyszymy głosy m.in. Piotra Fronczewskiego, Mariana Opani i Wiktora Zborowskiego. Centrum wybrało aktorów na tyle wytrawnych, że można by się zastanawiać, czy przedstawienie nie byłoby lepsze, gdyby zamknąć oczy i zmienić je w słuchowisko.

No tak, ale przecież chodzi o roboty, więc faktycznie jest scena, a na niej stoją, a czasem nawet przesuwają się androidy. Symbolicznie zmieniają kolory, ponieważ roboty są trzy, a postaci w sztuce nieco więcej, ruszają rękami, świecą oczami LCD, otwierają i zamykają klapki, które udają usta. W odpowiednich momentach akcji ruchom robotów towarzyszą piękne zdjęcia przemierzanych galaktyk, mgławic i konstelacji oraz obraz „bladawca”, który faktycznie blado wypada przy błyszczących robotach. Jest więc audiowizualnie, a to dziś wydaje się ważne. Jest w tym wszystkim jednak jakieś pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony zdjęcia kosmosu dają złudzenie realizmu fantastycznej opowieści Lema, ale z drugiej bardzo umowne ruchy robotów sprawiają, że trudno odbierać ich zachowanie na poważnie. Cóż, widownia jest, scena jest, tylko teatru jakoś brak. Może dlatego, że kwintesencją teatru, odróżniającą go od kina, jest doświadczenie obecności i złudzenie przeżywania tego, co dzieje się na scenie. Mechanizacja tego doświadczenia zwyczajnie nie działa i obawiam się, że żadna w tym wina robotów.

A roboty mamy nie byle jakie, bo takie, jakie rozchwytywane są w całej Europie. Tego typu antropomorficzne maszyny, nazwane przez brytyjskiego producenta RoboThespianami, goszczą już w wielu centrach czy miasteczkach nauki w Europie i na świecie. W Continium Discovery Center w Kerkrade RoboThespian jest przewodnikiem, w niemieckim Phaeno Science Centre w Wolfsburgu jego kolega cytuje Szekspira, opowiada o wystawie i udziela wywiadów dla telewizji. A w Cite des Sciences w Paryżu ich odpowiednik innej firmy opowiada o psychologii i moralności robotów. Jak sami autorzy RoboThespiana przyznają na swojej stronie internetowej, „potrzeba nie była matką tego wynalazku”. Wydaje się, że twórcom przyświecała oświeceniowa myśl, by bawiąc uczyć. Roboty są atrakcyjnym narzędziem do przekazywania wiedzy, choć przede wszystkim same mają być atrakcyjne. Oczywiście mają urok nowości, ale przestawienie trwa 20 minut i obawiam się, że jest to wystarczająco długo, żeby ten czar spotkania z czymś nowym mógł prysnąć.

Niestety entuzjastyczne okrzyki, że oto mamy w Polsce pierwszy na świecie teatr robotyczny, są nieco na wyrost. Aktorski debiut robotów na scenie miał miejsce w 2008 roku w teatrze Uniwersytetu w Osace, gdzie stworzono specjalne oprogramowanie dla mechanicznych aktorów. W przedstawieniu „I, Worker” (Ja, robotnik) roboty grały same siebie, czyli mechaniczne pomoce domowe, które tracą motywację do pracy i zaczynają kwestionować relację, jaka łączy je z ludźmi. Walka klas na nowym poziomie. Przedstawienie nie jest futurystyczną wizją, ale raczej odbiciem zapoczątkowanego już w Japonii trendu, bo dokładnie ten typ robotów, został trzy lata wcześniej wprowadzony na rynek i reklamowany jako mechaniczna pomoc domowa i sekretarka. Oczywiście cena wciąż jest zaporowa. Podobieństwo do człowieka jest tu dość umowne, roboty mają około metra wzrostu, są słonecznie żółtego koloru i mają opływowe kształty (w końcu produkuje je Mitsubishi).

W Warszawie roboty też grają roboty. Przestawienie oparte jest na opowiadaniu „O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali” i trzeba przyznać, że tekst został dobrze dobrany. Jest to historia miłosna, w której księżniczka myśli, że wie czego chce, ale na szczęście dobry książę pomaga jej odkryć, że nie wie i że tak naprawdę to chce jego. Przewrotności tej prostej fabule dodaje fakt, że dramat rozgrywa się na płaszczyźnie roboty – bladawce, a widz powinien raczej identyfikować się z tą drugą kategorią stworzeń. Mechanicznej księżniczce wydaje się, że może zakochać się tylko w przedstawicielu tej dziwnej niższej rasy, która poci się, jest owłosiona i ma nieznane robotom potrzeby. To spojrzenie na człowieka z punktu widzenia doskonalszych stworzeń czyni historię i zabawną, i fascynującą. Na scenie roboty mogą więc być sobą, a bladawiec pojawia się tylko na ekranie, jako forma dziwna i odbiegająca znacznie od mechanicznych standardów. Tylko ciężko aż tak dać się ponieść magii teatru, żeby choć przez chwilę poczuć dreszcz emocji uwierzywszy, że te maszyny na scenie są od nas faktycznie doskonalsze.

Jeżeli chodzi o realizm i precyzję wykonania robotów, które wkraczają na scenę, to w tym roku Japończycy zrobili znów milowy krok. We wrześniu 2010, jeszcze zanim otworzyło się CNK, w Tokio odbył się kolejny niezwykły pokaz teatralny. Tym razem robot, który wystąpił w sztuce podejmującej kwestie śmiertelności pt. „Sayonara”, do złudzenia przypominał młodą Japonkę, na wzór której go skonstruowano. Geminoid F został stworzony niezwykle realistycznie, a twórcy zwrócili uwagę na najdrobniejsze szczegóły: regularnie mruga oczami, a jego klatka piersiowa unosi się, jakby nabierała powietrz i wypuszczał je, gdy mówi. Choć jego grę oceniono jako dość „sztywną”, sam fakt, że krytycy teatralni oceniali zachowanie robota w kategoriach „gry” oznacza, że twórcom (Oriza Hirata+Ishiguro Laboratory) udało się osiągnąć zamierzony cel i faktycznie nauka i sztuka na dwadzieścia minut pokazu zlały się na scenie w jedno. Na dostępnych w sieci nagraniach ruchy robota-aktorki nie są zupełnie płynne, jednak sama jej postać wywołuje freudowskie uczucie „unheimlich”. Mimo świadomości jej konstrukcji, wydaje się aż nazbyt do nas podobna. Zarówno krytycy, jak i aktorka, która wstępuje z Geminoidem F na scenie, przyznają, że mimo jej niesamowitych możliwości „brakuje obecności człowieka”, i że nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „aktorka jest sama na scenie”.

Warto więc zadać sobie pytanie: po co właściwie teatr miałby być robotyczny? Bardzo chętnie oddajemy maszynom różne przestrzenie naszego życia, zwłaszcza te, które są trudne, wymagają ogromnych nakładów siły czy nieprzerwanej pracy, albo gdy po prostu wiemy, że maszyny zrobią coś za nas lepiej. I gdyby ten robot opowiedział mi, jak działa albo dlaczego świeci tak, a nie inaczej, to pewnie bym go nawet za to polubiła. Ale po co oddawać mu sztukę? W czym maszyna dająca koncert skrzypcowy może być lepsza od utalentowanej skrzypaczki? Czy sprzęt, który pozwala mechanicznie stworzyć rzeźbę, którą „artysta” zaplanuje na monitorze komputera, rzeczywiście może tchnąć w nią duszę, której sam nie posiada? Cóż, tak jak Centrum Nauki Kopernik ma niestety niewiele wspólnego z nauką, tak teatr robotyczny nie ma za wiele wspólnego z teatrem. Choć oczywiście, android – fajna rzecz. Wszystkich zainteresowanych wypożyczeniem czy kupnem człekokształtnego przyjaciela-aktora odsyłam na stronę producenta.

* Agnieszka Wądołowska, absolwentka filologii angielskiej UW. Stale współpracuje z „Kulturą Liberalną”.

„Kultura Liberalna” nr 104 (1/2011) z 4 stycznia 2011 r.

SKOMENTUJ

Nr 104

(0/2011)
4 stycznia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail