„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > „Klasa robotnicza nigdy...

„Klasa robotnicza nigdy się nie poddaje!”. O kinie Korei Północnej na Festiwalu Pięć Smaków

Agnieszka Mikrut-Żaczkiewicz

Prezentowane na tegorocznym Festiwalu Pięć Smaków filmy mogą stanowić przyczynek do rozważania, jak i czy w ogóle kino Korei Północnej zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat.

W tym roku swój jubileusz obchodził Festiwal Pięć Smaków, który przez kolejne dziesięć edycji starał się przybliżać polskim widzom kinematografie Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej. W programie Festiwalu nie zabrakło nowości z krajów rozwijających się, jak na przykład z Malezji czy Filipin, a także dzieł klasycznych, by wymienić choćby „Córkę Nilu” (1987) Hou Hsiao-hsiena. Jedną z najciekawszych sekcji tegorocznych Pięciu Smaków była jednak ta poświęcona produkcji filmowej z „najbardziej zamkniętego państwa świata”, czyli z Korei Północnej. Organizatorzy zdecydowali się pokazać dwa filmy uchodzące za klasyki – „Rozkaz nr 27” (1986) i „Hong Kil-dong” (1986) – oraz dwie współczesne produkcje: „Towarzyszka Kim lata” (2012), „Mały domek na froncie” (2013). Mały przegląd miał stanowić wgląd w kino zupełnie nieznane, wręcz tajemnicze. Wybór tytułów był oczywiście podyktowany także możliwościami pozyskania dobrej jakości kopii oraz licencji na wyświetlanie konkretnych tytułów. Jak przyznała współorganizatorka festiwalu, Jagoda Murczyńska, nie było to zadanie łatwe, ale opłacało się – na Pięciu Smakach zobaczyliśmy aż dwie premiery – pierwszy pokaz „Małego domku” poza granicami KRLD oraz polską premierę dzieła „Towarzyszka Kim lata” z 2012 r. Prezentowane filmy mogą stanowić przyczynek do rozważania, jak i czy w ogóle kino Korei Północnej zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat.

Początki propagandy w Korei Północnej

O potrzebie zorganizowania kinematografii członkowie Komunistycznej Partii Korei wiedzieli niemalże od początku jej istnienia. Stąd też na długo przed podziałem kraju, bo w 1946 r., utworzyli małe laboratorium filmowe w Pjongjangu oraz Biuro Propagandy, które miało nadzorować produkcję kinową. Koreańskim towarzyszom z pomocą przyszła Armia Czerwona, dostarczając potrzebne wyposażenie i wykształconych techników do jego obsługi. Rok później powstało pierwsze studio w północnej części kraju, czyli Joseon Art Film Studio. Jak głoszą oficjalne dokumenty partii, Kim Ir sen osobiście nadzorował budowę i wyposażenie wytwórni filmów fabularnych, a jego uwagi miały ogromny wpływ na wrażliwość pierwszych filmowców północnokoreańskich. Niestety w czasie wojny koreańskiej studio zostało doszczętnie zniszczone; jego odbudową kierował radziecki operator, który ponoć stworzył w Pjongjangu małą replikę rosyjskiego Mosfilmu.

Materiały prasowe 10. Festiwalu Filmowego 5 Smaków

Materiały prasowe 10. Festiwalu Filmowego 5 Smaków

Wpływ radzieckiej kinematografii na kino Korei Północnej jest niezaprzeczalny. Bez wsparcia technicznego i personalnego trudno byłoby zbudować jakąkolwiek strukturę produkcyjną. Koreańczycy nie mieli praktycznie żadnych doświadczeń w tworzeniu filmów, gdyż w latach, kiedy formował się przemysł kinowy na świecie, byli państwem okupowanym i to Japończycy dostarczali im rozrywki wyświetlanej na ekranach. Stąd też po podziale kraju zmuszeni byli skorzystać z pomocy ZSRR-u przy wyposażeniu studiów filmowych, szkoleniu kadry, a nawet tworzeniu modelu kina. Trzeba jednak zauważyć, że twórcy koreańscy nie podążali machinalnie za rosyjskimi wzorcami, ale szybko wypracowali własny zestaw motywów wizualnych i narodowych tematów. Dowodem na to jest choćby pierwsza produkcja studia z Pjongjangu – „Moja rodzinna wioska” (1949) Kang Hong-sika. Film opowiada o losach pozbawionego ziemi i osadzonego w więzieniu przez japońskich właścicieli biednego rolnika Gwan Pila, który w niewoli poznaje agenta Kima (Kim Ir Sen) i wraz z nim podejmuje walkę o wyzwolenie Korei. Partyzanckie zasadzki i pełna poświęcenia walka prowadzą do zwycięstwa nad Japończykami oraz odbicia rodzinnej wioski głównego bohatera. Gwan Pil wyznaczone zostaje ważne zadanie – ma budować nowe społeczeństwo w swojej małej ojczyźnie. Co ciekawe, w filmie twórcy nawet nie wspominają zarówno o udziale Amerykanów, jak i Armii Czerwonej w walce z Japonią, a niepodległość zostaje wywalczona przez partyzanckie oddziały Koreańskiej Partii Komunistycznej bez najmniejszego wsparcia z zewnątrz. Obraz ten stał się zresztą paradygmatem dla kinematografii KRLD, prezentując najważniejsze założenia oraz tworząc wzorce modelowych postaci, jakie powielane są po dziś dzień w filmach.

Ikony kina: partyzant

Dla tożsamości narodowej Koreańczyków z północy półwyspu najważniejszymi wydarzeniami formacyjnymi stały się bez wątpienia okupacja japońska oraz wojna koreańska. Wokół tych dwóch historycznych okoliczności zbudowane zostały swoista mitologia i silne poczucie patriotyzmu. W procesie komunistycznego legendotwórstwa niebagatelną rolę odegrało oczywiście kino, które od samych początków swojego istnienia podkreślało wagę walki o wolność i niepodległość z kolejnymi okupantami oraz ideę dżucze, czyli samowystarczalności narodu koreańskiego pod światłym przywództwem Kim Ir Sena.

Twórcy koreańscy nie podążali machinalnie za rosyjskimi wzorcami, ale szybko wypracowali własny zestaw motywów wizualnych i narodowych tematów.

Agnieszka Mikrut-Żaczkiewicz

By odpowiednio opowiedzieć o bataliach z okrutnym wrogiem oraz budować kult wielkiego wodza, twórcy filmowi stworzyli postać partyzanta, który nie bacząc na przewagę wojsk przeciwnika, działa w ukryciu, by osiągnąć założone cele. Wzorcem dla bojowników o wolność był oczywiście sam Kim Ir Sen, którego powstańcza przeszłość stała się fundamentem mitu ukochanego przywódcy. Postacie bojowników pojawiają się już w pierwszych filmach nakręconych w KRLD i w różnej formie były i są eksploatowane aż do chwili obecnej. Młodzi mężczyźni i kobiety walczą najczęściej z niesprawiedliwością, złym traktowaniem i okrucieństwem okupantów, a siła ich ducha, patriotyzm oraz wiara w świetlaną przyszłość komunistycznej Korei dają im przewagę nad przeciwnikiem.

Jednym z najbardziej znanych filmów opowiadających o walce z japońskim okupantem jest monumentalne, trzyczęściowe dzieło „Pięciu braci partyzantów” Choe Ik Gyu z 1968 r., opowiadające o dziejach pięciu braci, którzy pod przywództwem towarzysza Kim Ir Sena i otoczeni jego miłością zyskują świadomość rewolucyjną i są gotowi poświęcić swoje życia w wojnie o godność i niepodległość kraju. Obraz przedstawia losy bohaterów w konwencji melodramatycznej, prezentując postaci i wydarzenia „większe niż w życiu”. Twórcy hiperbolizują zarówno temat, jak i środki filmowego wyrazu, w tym „nadekspresywną” grę aktorską, co jest znaczącą cechą większości dzieł propagandowych z KRLD.

Partyzancka walka z Japończykami była także tematem jednego z tzw. nieśmiertelnych klasyków (tytuł nadawany przez wielkiego wodza) – „Kwiaciarka” (1972) Cho Ik Gyu. Fabuła filmu jest bardziej skomplikowana, a losy młodych Koreańczyków w czasie okupacji przedstawione w sposób poruszający i niepozbawiony epickiego rozmachu. Bohaterowie – uboga rodzina rolników – cierpią pod okrutnymi rządami japońskich właścicieli ziemskich. Ze względu na bestialskie, wręcz sadystyczne traktowanie, kolejno umierają ojciec i matka rodziny, a najmłodsza córka zostaje oślepiona. W akcie wściekłości i zemsty feudała atakuje syn i brat ofiar, co skutkuje osadzeniem go w więzieniu. Dwie osierocone siostry muszą wówczas radzić sobie same. Próbują zarabiać na życie, sprzedając kwiaty na targu, ale japoński obszarnik upomina się o starszą z nich, która powinna zastąpić rodziców w pracy na polu. Dziewczyna ucieka jednak i wyrusza w pełną trudów podróż w poszukiwaniu brata. Ten ostatni zaś wymyka się z więzienia i wznieca powstanie przeciwko brutalnym Japończykom. W ostatniej scenie rodzeństwo szczęśliwie odnajduje się, a Koreańczycy zaczynają wierzyć, że własnym wysiłkiem pokonają strasznego okupanta. „Kwiaciarka” to film, który ma silnie oddziaływać na publiczność. Dobrzy i szlachetni bohaterowie są tu skrajnie wiktymizowani, by widz w pełni im współczuł. Jednocześnie okupanci przedstawieni są jako okrutne kreatury, wzbudzające jedynie złość i wstręt.

Modelowa postać robotnika, z punktu widzenia widza zachodniego, to swoisty relikt i anachronizm. W Korei Północnej ikona ta ma się jednak świetnie.

Agnieszka Mikrut-Żaczkiewicz

Zupełnie inny obraz walki z wrogiem pojawia się w prezentowanym na Festiwalu Pięć Smaków „Rozkazie nr 27”. Film ten powstał w okresie, gdy kino północnokoreańskie chwilowo zmieniło swój profil. Pod koniec lat 70. i w latach 80. produkcja kinematograficzna była pod wpływem porwanego z Korei Południowej reżysera Shih Sang-oka. Za jego sprawą kinu propagandowemu nadano formę rozrywkową, uwolniono od ciężaru siermiężnej ideologii i wpisano w różne formaty gatunkowe. „Rozkaz nr 27” to zrobiona w konwencji hongkońskiego kina sztuk walki opowieść o specjalnym oddziale komandosów, którzy w czasie wojny koreańskiej dostają rozkaz, by wejść na terytorium wroga i zdobyć plany bazy wojskowej. Fabuła wydaje się być jedynie pretekstem dla zaprezentowania dynamicznych scen walki wręcz, widowiskowych ucieczek różnymi środkami lokomocji oraz akcji militarnych z użyciem ciężkiego sprzętu. Choć w filmie wystąpili żołnierze z jednostki specjalnej oraz instruktorzy taekwondo i innych stylów walki, to sceny potyczek wyglądają groteskowo i dość nieskładnie. Mimo niedociągnięć, trzeba przyznać, że „Rozkaz nr 27” prezentuje odmienny od znanego z innych dzieł północnokoreańskich obraz partyzanta-żołnierza. Bohaterowie nie są bowiem ofiarami okupantów, nie próbują się mścić za krzywdy, których doświadcza ich naród, ale mają do wypełnienia konkretny rozkaz. Mały oddział zżytych ze sobą mężczyzn, którzy wypełniają samobójczą misję, podobny jest do straceńczych oddziałów z „Dzieł Navarony” (1961) J. Lee Thompsona czy „Parszywej dwunastki” (1967) Roberta Aldricha. Żołnierze chętnie poświęcają swoje życie w imię miłości do kraju i wielkiego wodza, bez wahania i radośnie wykonując rozkaz.

Materiały prasowe 10. Festiwalu Filmowego 5 Smaków

Materiały prasowe 10. Festiwalu Filmowego 5 Smaków

Ikony kina: robotnik/ca

Innym lansowanym przez partię typem bohatera był oczywiście robotnik – postać znana w kinematografii każdego kraju komunistycznego i wynoszona na piedestał przy każdej możliwej okazji. W kinie KRLD ikona robotnika lub robotnicy związana była zazwyczaj z „walką” lub „kampanią”, która dawała ludziom nadzieję na lepsze jutro pod przywództwem wielkiego wodza. Co ciekawe, znakomita większość filmów tego typu prezentuje losy kobiet, promując emancypację i równouprawnienie Koreanek.

Najlepszym przykładem może być tu film „Kiedy zbieraliśmy jabłka” (1971). którego bohaterka Chŏng-ok., młoda pracownica sadu, zauważa, że podczas zbiorów nie wszyscy są odpowiednio zaangażowani w realizowanie założonego planu. Kierownik wioski nie chce, by zbierano opadłe owoce, a jedna z robotnic więcej uwagi i energii wkłada w przygotowania do własnego ślubu niż w pracę. Chŏng-ok – najbardziej uświadomiona rewolucyjnie robotnica – swoją postawą, pracą i zapałem przekonuje kolejnych pracowników do tego, by zwiększyli produkcję i lepiej realizowali założenia partii. Walka z indywidualizmem i marazmem kończy się sukcesem. Obraz ten jest nieznośnie propagandowy, a fabuła wręcz abstrakcyjna. Co gorsza, nonsens ubrany jest w uciążliwie melodramatyczną formę i po prostu nudny.

Robotnice dziś

Modelowa postać robotnika, z punktu widzenia widza zachodniego, to swoisty relikt i anachronizm. W Korei Północnej ikona ta ma się jednak świetnie. Dowodzi tego prezentowana na Festiwalu Pięć Smaków „Towarzyszka Kim lata” z 2012 r. Film to prawdziwy ewenement w KRLD – koprodukcja z Belgią i Wielką Brytanią, która prezentowana była na światowych festiwalach, w tym na Toronto International Film Festival. Do współpracy między podmiotami z tak różnych krajów doszło za sprawą Brytyjczyka Nicholasa Bonnera, który od lat 90. prowadzi firmę turystyczną Koryo Group, specjalizującą się w wycieczkach do KRLD. Wieloletnie zaangażowanie Anglika w promocję Korei Północnej oraz zaufanie, jakim obdarzają go władze tego kraju, zaowocowało trzema projektami dokumentalnymi, które produkował oraz współpracą reżysersko-producencką przy tworzeniu filmu „Towarzyszka Kim lata”. Do zespołu dołączyła także zafascynowana Koreą belgijska producentka Anja Daelemans. Międzynarodowy kolektyw miał do dyspozycji gwiazdy koreańskiego kina oraz trochę przestarzałe zaplecze techniczne studia filmowego z Pjongjangu. Na styku kultur powstało więc dzieło ciekawe i atrakcyjne, komedia romantyczna z ideologią w tle. Kim Yong Mi to córka górnika, która od dzieciństwa marzy, by zostać akrobatką i występować w cyrku na trapezie. Jej marzenia wydają się jednak nierealne, w związku z czym dziewczyna zaczyna pracę w kopalni, a swoją pasję realizuje, występami akrobatycznymi umilając czas towarzyszom górnikom. Gdy tylko pojawia się szansa na wyjazd do grupy budowlanej w stolicy, dziewczyna nie waha się długo, chce bowiem odwiedzić słynny cyrk w Pjongjangu. Ambitna robotnica próbuje nawet swoich sił na castingu do cyrkowej trupy, ale ze względu na lęk wysokości ponosi porażkę i zostaje wyśmiana przez artystów akrobatów. Pomimo tego córka górnika i przedstawicielka klasy pracującej nie poddaje się i z pomocą kolektywu ćwiczy, by wystąpić na Festiwalu Robotniczym. Świetny pokaz otwiera jej drzwi do profesjonalnej kariery, chociaż droga do sukcesu nie jest łatwa. „Córka kopalni i Korei” ostatecznie przyniesie chlubę swojej klasie i krajowi, odnajdując także miłość.

Film „Towarzyszka Kim lata” na tle kinematografii koreańskiej wydaje się dziełem świeżym, atrakcyjnym i autentycznie zabawnym, które pozytywnie wyróżnia się z bezliku pełnych patosu opowieści o koturnowych postaciach. Nie brak tu oczywiście pochwały wodza czy klasy robotniczej, ale punktem wyjścia pozostaje tu jednak indywidualne marzenie małej dziewczynki, a nie chęć spełnienia założeń partii czy praca dla konkretnej społeczności. Przeniesienie punktu ciężkości jest tu bardzo istotne, choć dla widza spoza Korei słabo zauważalne. Czy tego schematu narracyjnego nie można uznać za paradoksalną ilustrację amerykańskiego snu?

Ikony kina: „ukryty bohater”, czyli północnokoreański wynalazek

Ostatnią ważną i całkowicie oryginalną ikoną w kinematografii Korei Północnej jest tzw. ukryty bohater – postać żyjąca z dala od cywilizacji, w interiorze. Choć pozbawiona jest kontaktu ze stolicą, sumiennie wykonuje swoje obowiązki wobec Ukochanego Przywódcy i państwa. Zadania, które wykonuje ukryty bohater, zdają się nieistotne z punktu widzenia polityki i gospodarki kraju, lecz tak naprawdę mają niebagatelny wpływ na budowanie nowego społeczeństwa i lepszego jutra KRLD, co docenia Wielki Wódz.

Jednym z najbardziej znanych filmów, w którym pojawia się owa ikona, jest „Las się kołysze” (1982) Jang Bok-yonga. Głównym bohaterem jest weteran wojny koreańskiej, który zamieszkuje tereny zniszczone przez bombardowania. Mężczyzna nie chce uciec z rodzinnej miejscowości, jak wielu jego znajomych, lecz stara się przywrócić naturalną florę regionu. Z pasją i oddaniem wyrusza, by podjąć się zalesiania jałowych ziem terenów górskich. W tym celu musi opracować i stworzyć własną odmianę wytrzymałej na ciężkie warunki i szybko rosnącej sosny. Po wielu nieudanych próbach udaje mu się uzyskać nasiona, a potem drzewa, którymi obsadzi zniszczone obszary kraju. O jego poświęceniu i osiągnięciach dowiaduje się Wielki Przywódca, czego dowodem jest list gratulacyjny i zaproszenie na spotkanie w Pjongjangu. Przesłanie filmu jest proste i czytelne: ciężka praca i determinacja każdego towarzysza, choćby mieszkał na najbardziej odległym terenie, nie ujdą uwadze Wodza, a każdy czyn służący wspólnemu dobru, zostanie nagrodzony.

Premiera filmu „Mały domek na froncie” (2013) Pak Chol-haka w czasie Festiwalu Pięć Smaków dowiodła, że postać ukrytego bohatera jest w północnokoreańskim kinie nadal żywa. Jedna z nowszych produkcji opowiada bowiem losy lekarza pracującego w niewielkim szpitalu w górach, nieopodal linii frontu. Oddalona od cywilizacji lecznica w środku lasu za sprawą wspaniałego i oddanego lekarza służy żołnierzom z pobliskich posterunków. Poświęcając swoje życie rodzinne, medyk chce nieść pociechę i pomoc walczącym towarzyszom. Lekarza poznajemy, gdy na jego miejsce oddelegowany zostaje młody absolwent medycyny Thae Ung, który ma przejąć obowiązki bohatera. Pewny siebie i swoich umiejętności nowicjusz nie rozumie jednak, jak ważną rolę spełnia lekarz na froncie – leczy nie tylko rany i choroby ciała, lecz także duszę żołnierzy. Pod wpływem starszego kolegi Thae Ung zaczyna rozumieć, że jego misja jest dużo ważniejsza, niż sądził. Film kończy się pełną poświęcenia akcją obydwu medyków, którzy, by ratować oficera, muszą przejść przez zaminowany teren. W jej wyniku ukryty bohater umiera śmiercią patetyczną i ofiarną.

„Mały domek na froncie” to dzieło nieznośnie ckliwe i melodramatyczne, pełne patosu i pretensjonalne. Nic dziwnego, że widownia festiwalowa w Warszawie co rusz wybuchała gromkim śmiechem, szczególnie w momentach podniosłych i pompatycznych. Film nie tylko pod względem treści, ale nawet na poziomie techniki filmowej nie różni się od podobnych mu obrazów sprzed pół wieku. Zarówno zdjęcia, kompozycja kadru, wysycenie kolorów, montaż, jak i gra aktorska zdają się nieintencjonalnie podkreślać swoisty anachronizm i skostnienie filmowej fabuły. Jeśli dzieło Pak Chol-haka jest wizytówką aktualnej produkcji północnokoreańskiej (pokaz właśnie tego filmu rekomendowała Ambasada KRLD w Polsce), to przemysł kinowy KRLD, delikatnie rzecz ujmując, nie jest w dobrej formie.

Tylko Kim Dzong Un wie…

Kino Korei Północnej na przestrzeni lat ulegało różnym zmianom, lecz silna ideologizacja filmowych treści pozostaje jego najważniejszą cechą. Filmowcy nadal chętnie sięgają po sprawdzone wzorce, wydarzenia przełomowe czy modelowe postaci, by tworzyć dzieła „bezpieczne”, czyli odpowiadające wytycznym Partii i Wielkiego Wodza. O kunszcie reżyserów i scenarzystów świadczy jednak to, w jaki sposób są w stanie przekazać treści i jaką formę mogą nadać abstrakcyjnej idei. Festiwal Filmowy Pięciu Smaków pozwolił widzom zapoznać się z dwoma, skrajnie różnymi obrazami współczesnymi. „Towarzyszka Kim lata” daje nadzieję, że sprawnie zrobiony film gatunkowy z propagandą w tle może zastąpić siermiężne i szablonowe agitki. „Mały domek na froncie” wskazuje natomiast, że dawne schematy wciąż pozostają żywe. W jakim kierunku pójdą twórcy z Korei Północnej? Na to pytanie odpowiedź zna tylko i wyłącznie Kim Dzong Un.

 

*Ikona wpisu: materiały prasowe 10. Festiwalu Filmowego 5 Smaków

SKOMENTUJ

Nr 412

(48/2016)
29 listopada 2016

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE

Fot. Predra6 [cc0] 
 Źródło: Pixabay.com

Recepta na PiS



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail