„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Ayn Rand i...

Ayn Rand i psychopaci

Paweł Majewski

Czy egoizm może być zaletą? Czy działanie we własnym interesie zawsze przekłada się na dobro ogółu? Ayn Rand, autorka manifestu „Cnota egoizmu”, na wszystkie te pytania odpowiadała – tak. Problem w tym, że społeczeństwo egoistów niewiele by się różniło od społeczeństwa psychopatów.

„Psychopata” to dwuznaczne słowo. W języku potocznym i w kulturze masowej oznacza ono na ogół odrażającego zbrodniarza. Jego czyny relacjonuje się w celu wywołania wypieków na twarzach czytelników i widzów oraz dla wzbudzenia w nich komfortowego – zazwyczaj nie w pełni uświadamianego – przekonania, że na tle takich zwyrodnień ich własne małe świństewka i podłostki życiowe jawią się zupełnie niewinnie. Inaczej mówiąc, popularny obraz „psychopaty” służy nam jednocześnie do oczyszczania własnych sumień i napawania się skrajnością, w porównaniu z którą jesteśmy bezpiecznie normalni. Obraz ten należy więc do pożytecznych wentyli bezpieczeństwa służących zachowaniu zbiorowej równowagi psychicznej społeczeństw. Nawiasem mówiąc, ma on też niemało wspólnego z pojęciem „kozła ofiarnego”, ale o tym innym razem.

Do potocznie rozumianych „psychopatów” zaliczają się jednak nie tylko figury z pitawali i czasopism sensacyjno-kryminalnych, ale również wielcy tyrani z historii nowożytnej i najnowszej, na czele z Hitlerem, Stalinem, Pol Potem i Mao, a także wiele osobistości z epok dawnych, na przykład Czyngis-chan, Tamerlan, Attyla czy Neron. Niektórzy historycy mają w zwyczaju nazywać „psychopatami” najbardziej nielubiane przez siebie postacie historyczne. Im dalej w przeszłość, tym trudniej nam zobaczyć rzeczywistego człowieka spoza relacji powtarzanych przez kolejne pokolenia i zniekształcanych w głuchym telefonie tradycji historycznej. Z pewnością wielu z tych dawnych „psychopatów” to ludzie, którzy albo zachowywali się tak niezrozumiale dla sobie współczesnych, albo tak radykalnie wykraczali poza społeczne normy zachowania obowiązujące w ich czasach i kulturach, że w oczach obserwatorów byli „nienormalni”, a potem pokoleniowa plotka jeszcze wyolbrzymiła ich negatywnie postrzegane cechy. Szczególnie wiele jest takich przypadków w historii cesarstwa rzymskiego – żeby wymienić tylko Tyberiusza, Kaligulę, Nerona, Kommodusa, Karakallę i Heliogabala.

„Egoism Kills”. Autor: Anneliez Egoism. Źródło: Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)

„Egoism Kills”. Autor: Anneliez Egoism. Źródło: Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)

Drugim znaczeniem terminu „psychopata” jest znaczenie medyczne. W przyjętej obecnie terminologii zaburzeń i chorób psychicznych jednym z podstawowych objawów psychopatii jest niezdolność do odzwierciedlania w sobie cudzych stanów emocjonalnych i współodczuwania z bliźnimi – czyli niezdolność do empatii. Wyrażenie „zabić człowieka jak muchę” w przypadku klinicznego psychopaty należy rozumieć dosłownie – nie widzi on bowiem w innych ludziach istot pokrewnych sobie i zasługujących przez to na „ludzkie traktowanie”. W podręcznikach psychiatrii i psychoterapii można wyczytać, że pacjenci psychopatyczni należą do najtrudniejszych przypadków klinicznych, ponieważ z reguły odmawiają współpracy i traktują lekarzy czy terapeutów jak wrogów lub jak obiekty przydatne do prowadzenia gry ze światem zewnętrznym. Często są to ludzie pochodzący z rodzin patologicznych, którzy w dzieciństwie doznali ciężkich krzywd, co spowodowało u nich zupełne kalectwo emocjonalne – bo przecież niczym innym, jak takim kalectwem jest psychopatia.

I tu następuje mała niespodzianka (albo i nie). Albowiem kliniczni psychopaci to nie tylko „ludzie z marginesu” i recydywiści. Niektórzy z nich znakomicie funkcjonują w życiu społecznym, robią kariery i gromadzą majątki. Brak empatii niekoniecznie jest bowiem kalectwem, które dyskwalifikuje człowieka w grach społecznych naszej cywilizacji. Niekiedy jest przeciwnie.

Załóżmy, że jestem biznesmenem i że trafiła mi się możliwość zniszczenia poważnego konkurenta w branży. Jeśli bym ją wykorzystał, mógłbym zwielokrotnić swoje zyski. Mógłbym pozbyć się osoby, która walczy ze mną o miejsce na rynku, rywalizuje o klientów, podbiera zamówienia, i o której sądzę, że któregoś dnia mogłaby zniszczyć mnie, gdyby tylko miała do tego okazję. Ale – zanim wykonam ten decydujący ruch, przyjdzie mi głowy pytanie: jeśli naprawdę wyeliminuję tego człowieka z biznesu, to co się z nim potem stanie? Z czego zapłaci rachunki i raty kredytów? Czym nakarmi swoje dzieci? (Zakładam, że obaj należymy do przedsiębiorców ze średniej półki i mimo że jesteśmy płynni finansowo, to nie mamy siedmio- i więcej cyfrowych sum na kontach osobistych.) A po tym, jak się już zdecyduję i puszczę faceta w skarpetkach – czy nie będą mnie nachodziły wyrzuty sumienia? Te stare, niemodne koszmary, do których dziś nikt się nie przyznaje, ale to nie znaczy, że nikt ich nie miewa w trakcie bezsennych nocy, kiedy przypomina się nam wszystko, cośmy zrobili naszym bliźnim wbrew zasadom miłości, tolerancji i poszanowania? Jeśli generalnie nie niszczymy się nawzajem w życiu społecznym, to właśnie z powodu tego rodzaju impulsów, od zarania dziejów kodyfikowanych, wzmacnianych i propagowanych we wszelkich systemach etycznych i religijnych. Więc jeśli już nie mogę się powstrzymać od kopnięcia, to przynajmniej staram się kopnąć raczej w kostkę niż w splot słoneczny.

Otóż psychopata nie będzie miał żadnej z rozterek, którymi rozepchnąłem poprzedni akapit. Dla niego eliminowanie konkurentów stających mu na drodze do wyznaczonych sobie celów jest czymś oczywistym. Nie widzi w tym niczego nagannego i nie ma z tym żadnych problemów. Czy ktoś taki nie jest wyjątkowo skutecznym menedżerem lub biznesmenem? Czy nie ustanawia najwyższych wskaźników sprzedaży i nie negocjuje najbardziej lukratywnych kontraktów? Czy nie jest przedmiotem zachwytu zarządu? I nawet, kiedy na jego widok koledzy z firmy uciekają i chowają się po kątach, nie jest to dla niego kłopotliwe, chociaż niejasno domyśla się, że coś w nim chyba nie podoba się kolegom. Dla mniej zorientowanych jest zaś człowiekiem godnym podziwu i naśladowania, choć może nieco szorstkim i nieprzyjemnym w obejściu, mającym w sobie coś, co wzbudza lęk, chociaż trudno to dokładnie określić. A co ten człowiek robi w czterech ścianach swojego loftu – to już tylko jego sprawa.

***

Ayn Rand (1905–1982) była amerykańską pisarką i filozofką pochodzącą z rodziny rosyjskich Żydów. Jej przybrane imię oznacza „oko” w językach semickich. Przeszła do historii jako twórczyni kierunku myślowego o nazwie „obiektywizm”, propagującego skrajnie racjonalistyczne i utylitarne zasady etyczne. Opisała je w szeregu rozpraw i esejów oraz w dwóch bardzo obszernych, przeszło tysiącstronicowych powieściach, „Źródło” i „Atlas Zbuntowany”. Jej najszerzej znanym utworem jest esej „Cnota egoizmu” (w oryginale „The Virtue of Selfishness”) wydany w 1964 r. Jej poglądy znalazły wielu entuzjastów, którzy uformowali wokół niej coś w rodzaju świeckiej sekty. Akademickie elity intelektualne zaczęły natomiast się nią interesować dopiero, kiedy już nie żyła, co nie jest dziwne, ponieważ Ayn Rand nie pisała rozpraw teoretycznych ani drobiazgowych analiz, lecz manifesty i praktyczne przewodniki po życiu. W Stanach Zjednoczonych, w czasach, gdy w tym kraju mit self-made-mana był jeszcze mocny, przesłanie Rand znajdowało silny oddźwięk wśród ludzi przekonanych o potędze własnych możliwości.

Posługując się tezami zwięźle wyłożonymi w „Cnocie egoizmu”, można to przesłanie streścić tak: rób w życiu tylko to, co przynosi ci korzyść osobistą; nie zwracaj uwagi na potrzeby innych ludzi, ponieważ dla każdego człowieka najważniejszymi potrzebami są jego własne, nie zaś cudze; wyznaczaj sobie jasno określone cele i realizuj je wszystkimi dostępnymi sposobami; nie zrażaj się przeciwnościami i przeszkodami ze strony innych ludzi i okoliczności; egoizm jest naturalną, zdrową i owocną postawą życiową.

Zwolennicy obiektywizmu próbowali osłabić tezy Rand dotyczące relacji międzyludzkich i twierdzili, że zalecała ona niekrzywdzenie innych w ramach egoistycznej samorealizacji. Niestety, Rand nie wyjaśniała, jak w praktyce można by tego uniknąć. Czytając jej teksty, trudno natomiast uniknąć wrażenia, że „racjonalny egoista” zachowuje się w życiu jak czołg, sunący prostą drogą do obranego celu i rozjeżdżający na miazgę wszystko, co mu na tej drodze stanie.

Ayn Rand i jej wyznawcy sądzili, że społeczeństwo złożone z egoistów dumnie praktykujących swoją cnotę będzie funkcjonowało najlepiej ze wszystkich, ponieważ wszyscy jego członkowie będą metodycznie i rygorystycznie dążyli do realizowania swoich celów i nie będą się przy tym krępowali obłudnymi wymogami etyki dobra wspólnego ani tym bardziej złudzeniami altruizmu czy empatii wobec słabszych. W tym ujęciu dobrostan społeczny jest wyłaniającą się samorzutnie sumą dobrostanów jednostek, które roztropnie budują swój – i tylko swój – byt, zwłaszcza materialny. Pytanie, w jaki sposób mają one to robić, nie wchodząc sobie nawzajem w paradę, pomija się milczeniem.

Dziś obalanie takich przekonań jest niemal żenujące. Wskażę więc tylko na jedną ze spraw niedostrzeżonych przez oko Ayn. Otóż jej wymarzone społeczeństwo byłoby zbiorowością jednostek ściśle od siebie odizolowanych w swoich działaniach, jednostek, z których każda byłaby zajęta wyłącznie sobą i swoimi sprawami, a innych (teoretycznie „bliźnich”) traktowałaby jako przeszkody na drodze do swoich celów. Owszem, byłaby to zbiorowość ludzi nadzwyczaj pod każdym względem sprawnych – niczym w wyśnionych rajach nazistów i stalinistów. Ale byłoby tak głównie dlatego, że w takim społeczeństwie wszystkie jednostki pod jakimkolwiek względem niesprawne ginęłyby w szybkim tempie. „Nie radzisz sobie w życiu? Twój problem.” „Jesteś kaleką? Masz pecha.” „Choroba uniemożliwia ci dalsze pełnienie obowiązków? Miło było cię poznać.” A pozostali na placu idealni egoiści, kiedy tylko ich drogi do sukcesu krzyżowałyby się – wchodziliby w bezwzględne walki kończące się bezpardonowym zwycięstwem silniejszego. Żaden z tych ludzi nie zrobiłby niczego, jeżeli nie miałby z tego wynieść jakiejś wymiernej osobistej korzyści. Chętnie obejrzelibyśmy film o takim świecie (jest ich zresztą całkiem sporo, a niektóre z nich mniej lub bardziej jawnie czerpią z dorobku Ayn Rand; należą tu też antyutopie eugeniczne w rodzaju „Gattaca” czy „Equilibrium” oraz – w innym sensie – ekranizacje powieści Breta Eastona Ellisa i Chucka Palahniuka ukazujące degrengoladę ostatniej fazy turbokapitalizmu, którą była formacja yuppies) – ale nie każdy z nas chciałby w nim żyć. Z dwojga złego lepiej cierpieć od niedoskonałości niż od doskonałości.

Pointa tego felietonu jest oczywista. Społeczeństwo racjonalnych egoistów Ayn Rand z dużą dozą prawdopodobieństwa byłoby społeczeństwem klinicznych psychopatów.

SKOMENTUJ

Nr 444

(28/2017)
10 lipca 2017

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail