Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Krótko mówiąc > KUSIAK: Czy wielkomiejsko...

KUSIAK: Czy wielkomiejsko musi znaczyć drogo? [JUŻ WE CZWARTEK DEBATA!]

Joanna Kusiak

Czy wielkomiejsko musi znaczyć drogo?

Są różne rankingi warszawskich restauracji, barów i lokalnych przysmaków. Z pewnością jednak do najbardziej nielubianych dań, niestety często odgórnie wpisywanych do menu, można by zaliczyć: kawę latte na potrójnym czynszu podawaną ze spienionym właścicielem, zupę Pho gotowaną w szybkowarze zbliżającego się wymówienia i chleb na (za)kwasie sporów z ZGN z zakalcem nieudanych negocjacji. Dla studentów – pierogi bez Karalucha.

Jeśli charakter miasta można po części poznać po jego gastronomii to dlatego, że jedzenie jest czynnością na pograniczu sfery prywatnej i społecznej. Według socjologa Georga Simmla społeczny charakter jedzenia jest cechą wyróżniającą gatunku ludzkiego – spotkanie przy posiłku przekształca czynność fizjologiczną w czynność kulturową, stając się przedmiotem wyboru (naturalnie nie wyboru „czy jeść?”, ale wyboru: co, z kim, gdzie i jak jeść). Odebranie tego wyboru jest odebraniem części wolności. Analogicznie można by potraktować miasto jako całość, używając do tego obowiązującego m.in. w niemieckiej socjologii rozróżnienia na „urbanizację” (Urbanisierung) i „umiastowienie” (Verstädterung). Specyficzna, charakterystyczna dla miast gęstość zaludnienia i funkcjonalna dla niej organizacja przestrzeni wcale nie muszą przekładać się na miejskość danego obszaru (są obszary zurbanizowane, które trudno jest nazwać miastami). O ile więc urbanizacja jest w dzisiejszych czasach fizjologią ludzkości1, miejskość jest przekształceniem funkcjonalnej organizacji życia w specyficzną kulturę. Miejskość wytwarza się społecznie, wtedy, kiedy ludzie wykonując różne konieczne do życia czynności jednocześnie mają możliwość i chcą wziąć udział w czynnościach niekoniecznych2, ale za to społecznych – i jeśli te możliwości są dla nich atrakcyjne i dostępne. Mówiąc prościej, miejskość wytwarza się dopiero wtedy, kiedy, pędząc codziennie z pracy do domu, raz na jakiś czas zatrzymujemy się, by pogadać z sąsiadem, siadamy na ławce, idziemy na spacer do parku albo na kawę do kawiarni. W europejskich miastach o ciepłym klimacie miejskość wytwarza się niemal automatycznie – kawałek trawy lub drzewo wystarczy, by przyjemnie było przysiąść i poczytać gazetę lub wypić piwo czy spritzera na zewnątrz – zezwolenie na spożywanie alkoholu na świeżym powietrzu też – nie ukrywajmy – zatrzymuje ludzi w przestrzeni publicznej.

Polskie miasta mają już na wyjściu trudniej. Przez lata lwia część kontaktów towarzyskich odbywała się w prywatnych mieszkaniach, a dodatkowo jeszcze często przez ponad połowę roku pogoda zniechęca do przebywania na zewnątrz. Żaden z tych problemów nie byłby jednak nie do przejścia gdyby nie inny, jeszcze bardziej podstawowy: większości polskich mieszczan na miejskość zwyczajnie nie stać. Bezpłatne rozrywki pod gołym niebem ogranicza klimat, za wszystko co pod dachem trzeba płacić – i to niemało. Różnica w cenie pomiędzy spotkaniem na herbacie we własnej kuchni i w którejś ze śródmiejskich kawiarń dla wielu okazuje się barierą nie do pokonania. Sporty halowe, kręgle3, bary, dyskoteki wymagają nakładów finansowych. Tłum i radosna, miejska atmosfera na bezpłatnym lodowisku pod Pałacem Kultury czy w jedynym naprawdę tanim warszawskim bistro pokazuje, że zapotrzebowanie na niedrogie miejskie rozrywki jest duże.

Problemy z tanią miejską rozrywką to tylko wierzchołek góry lodowej, problem sięga bowiem również codziennych czynności – takich jak zakupy. Polityka czynszowa polskich miast często prowadzi do wyrzucania ze śródmieścia oraz innych atrakcyjnych biznesowo okolic mieszkalnych piekarni, warzywniaków, szewców czy sklepów spożywczych. Kiedy nie da się już pieszo pójść na zakupy (lub cena pobliskich zakupów jest horrendalna, gdyż kupując rano pieczywo musimy jednocześnie dokładać się do zaporowego czynszu piekarni), ulice pustoszeją, natomiast rosną natomiast korki i bogacą się sklepy internetowe. Dobrowolne przebywanie w przestrzeni publicznej zostaje ograniczone do niezbędnego minimum i nawet absolutnie konieczne czynności wymagające wyjścia z domu przenoszą się do przestrzeni półprywatnych i prywatnych – samochodów i centrów handlowych.

Niestety, polskie miasta traktowane są bardzo często jak przedsiębiorstwa, które muszą zarobić pieniądze – wynajmują więc najlepsze lokale tym, którzy mogą najwięcej zapłacić – bankom lub miejscom z założenia luksusowym lub takim, które luksusowe stają się z konieczności – bo często tylko wysokie ceny są w stanie rekompensować wysokie czynsze. To swoisty skandal, że w najdroższych sklepach spożywczych – jedynych, które pozostały w ścisłym śródmieściu – z konieczności zakupy robią ludzie o stosunkowo małych dochodach – emeryci. Naturalnie, zgromadzone z podwyżek podatki często przeznacza się na istotne miejskie inwestycje – metro, naprawę ulic albo usuwanie śniegu. Jeżeli chcemy mieć w mieście miejskość, musimy zmienić zarówno strategię miejskich polityk, jak i zdobyć się na więcej solidarności. Nie chodzi bynajmniej o to, by przerwać budowę metra i postawić w zamian sto kawiarni – chodzi jednak o to, by rozsądniej podejmować decyzje. Jeżeli miasto ma być firmą – niech będzie firmą zajmującą się produkcją miejskości i sprzedażą – mieszkańcom za ich podatki – dobrych warunków do życia. Powinniśmy oczekiwać od władz, że będą dbać o miejskość i że plany miejscowego zagospodarowania będą w pewnym zakresie regulowały funkcję wynajmowanych przez miasto lokali – tak, by w najbliższej okolicy był i warzywniak, i szewc, i bank, i kawiarnia.

Z drugiej strony, rozumiejąc, że polskie miasta długo jeszcze nie będą na tyle bogate, by odgórnie zapewnić wszystkim i metro, i dopłaty do kawy, powinniśmy nie tylko przerzucać odpowiedzialność na władze, ale także zmieniać nasze modele konsumpcji. W Berlinie bardzo popularne są knajpy, w których ceny są widełkowe (np. brunch za 5-9 Euro – każdy płaci zgodnie z własnym społecznym sumieniem czyli tyle, na ile w danym momencie go stać). Taki system oczywiście działa tylko wtedy, gdy nie ma zbyt wielu „pasażerów na gapę”, tych, którzy mają wystarczająco pieniędzy, ale wykorzystują sytuację, by płacić poniżej faktycznej ceny. Innym rozwiązaniem są celowe zniżki – jeśli każda knajpa wprowadzi zniżkę tylko dla niewielkiej grupy, zarobki nie ucierpią, a miasto się otworzy. Bo czy np. „Nowy Wspaniały Świat”, który ma zniżki dla swoich pracowników, nie mógłby wprowadzić ich także np. dla pielęgniarek? Niech poplotkują o ordynatorze w tej samej przestrzeni, co dwie hipsterki o artyście krytycznym. Czy „Chłodna 25” nie mogłaby mieć zniżki dla nauczycieli, a „Powiśle” dla kolejarzy? Z kolei w wielu rejonach Śródmieścia, gdzie mieszka dużo starszych ludzi, można by wprowadzić strefy dla seniorów (które zrównoważyłyby się naturalnie poprzez obecność niezniżkowych turystów, biznesmenów i klasy średniej – oczywiście tylko jeśli czynsz nie byłby zabójczy). Taniej może być nie tylko wtedy, gdy obniżymy ceny – także wtedy, gdy zachęcimy więcej osób, by posiedziało przy taniej kawie i gazecie w mieście, a nie w domu. Taniej, a na pewno przyjemniej.

Zarówno egoizm uprzywilejowanych jak i konsekwentnie stosowana neoliberalna polityka miasta-firmy nastawionej na zysk, opiewany przez media rozwój polskich miast może stać się niczym innym, jak tylko wyprzedawaniem przez miasta miejskości. Nasze miasta – Warszawa, Poznań, Kraków – stopniowo zamieniałyby się w sprawnie funkcjonującą przestrzeń zurbanizowaną, w której będziemy się przemieszczać lśniącymi tramwajami, po drogach bez dziur – i będziemy tak się poruszać od garażu do garażu, od przystanku do przystanku, od windy do windy – byle szybciej, ze zobojętniałą zazdrością patrząc przez szyby na nielicznych bogaczy popijających kawę z designerskich filiżanek. Miasto będzie dla nielicznych, dla reszty – urbanistyczna fizjologia bezkolizyjnego załatwiania konieczności.

Przypisy:

1 Chyba najczęściej przytaczanym hasłem ostatnich lat jest do znudzenia już przypominany w artykułach, programach telewizyjnych, ogłoszeniach konferencyjnych i publicznych wystąpieniach fakt, że w 2007 roku przekroczona została granica, za którą ponad połowa ludzkości żyje w miastach. Odsetek ten ciągle rośnie.
2 Podobne stanowisko ma duński architekt i urbanista Jan Gehl.
3 Tu warto wspomnieć słynny artykuł Roberta Putnama „Bowling alone” o dobroczynnym wpływie spotkań w klubach kręglarskich na amerykańską demokrację.

* Joanna Kusiak, doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego i Technische Universität Darmstadt, prezeska Stowarzyszenia DuoPolis, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”. Mieszka w Warszawie i Berlinie.

„Kultura Liberalna” nr 113 (10/2011) z 8 marca 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(9/2011)
8 marca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj