Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Portret artysty] Julita...

[Portret artysty] Julita Wójcik* / „tak by chciała”

Wojciech Albiński

Każdy musi sobie radzić z władzą. Jedni udają, że jej nie ma, inni jak plankton poddają się jej prądom, jeszcze inni szukają jej jak rodzinnego ciepła, ale są też ludzie, którzy, czego by nie robili, jakby nawet nie chcieli jej zejść z drogi, to ona zawsze stanie przed nimi i powie „hola, hola, stop, którędy” i to ich zmieni i ukształtuje. Weźmy takiego Stendhala. Polityki nie cierpiał, rozmowę o niej traktował jak wystrzał z pistoletu w teatrze, ale to dzięki niej, granicom i epokom, które zmieniała, stworzył najpierw siebie, a potem swoje dzieło.

Dziś metafora z teatrem zetlała (kto dzisiaj chodzi do teatru?), ale to w niej teraz, z przypadku czy nie, przegląda się Julita Wójcik. Jak sama powiedziała, polityka jest niechcianym gościem w jej przygodzie ze sztuką, sama zrzeka się władzy, ale przecież, czego by nie zrobiła, przy oglądaniu jej sztuki słychać strzały. Jak to się dzieje?

Najlepiej jakby opowiedziała mi to tuż obok „Tęczy”, jej głośnej i – jak się okazało – politycznej pracy, tam jest dużo kawiarni, zawsze można popatrzeć i pogadać. Spotykamy się i jakoś tak się dzieje, czy może Julicie jest obojętne, czy siedzi, czy stoi, czy „możemy iść gdziekolwiek”, „ty wybierz”, że schodzimy z placu boju o jej pracę, później ze skarpy wiślanej i wchodzimy do Łazienek, i cały czas mam wrażenie, że tylko ja tu wyznaczam kierunki, zaś ona się poddaje. Jak w dziecięcej zabawie. Gdy przyglądam się wiewiórkom, ona też się przygląda, gdy staję, ona też staje. Ruszam ręką, żeby sprawdzić, czy i ona ruszy, trochę chyba nawet rusza. Żwir chrzęści pod nogami, kolory nieba schodzą warstwami w dół, jak w dobrze ułożonej warszawskiej latte. Moje poczucie władzy rośnie, jest to zaskakujące, więc po kolejnym skręcie i kolejnej przemierzonej w całości alejce, chcę ją sprawdzić, co z tą władzą, staję na rozdrożu i czekam, aż może ona zdecyduje.

Następuje chwila, co do której mam pełną świadomość, że to będzie dla niej wyzwanie; ona może wie, czemu czekam, może nie wie i nagle… skręcamy. I nie wiadomo, kto zdecydował.

Idziemy w jakimś przypadkowym kierunku, noga za nogą, zza rozłożystych ukształtowanych po parkowemu drzew wyłania się znowu lśniący bielą pałac, a ja się zastanawiam, jak to możliwe, że można tak unikać własnej woli. No ale właśnie, a przecież jest, stoi obok mnie, idzie jak ja. I opowiada, jak wszystko kończy się polityką.

Startuję do niej od razu z tym, co mnie uderzyło, jak znikła „Tęcza”. Że wraz z nią znikła jakaś epoka w historii Polski, a jej autorka jak nikt stała się wyrazicielką nastrojów towarzyszących rządom partii „ciepłej wody w kranie” i jakiejś cichej, paradoksalnej modernizacji, która wzięła się z nastroju dekady, pieniędzy i powietrza, które w końcu przestało podlegać ciśnieniom uchodzącym z rozwalonego systemu; kiedy Polacy, jak określił ich minister, mogli mieć w dupie autostrady – ale nie dodał, że na pewno jeździli nimi, aby konsumować szczęście. Ale skończyło się. Teraz mamy widmo uchodźców, ksenofobię i pewność, że ten „pedalski symbol” już się w mieście nie pojawi. Co będzie dalej? Wójcik nie daje nawet cienia wskazówki.

Politycznością swoich prac jest w gruncie rzeczy zdziwiona. Stało się to też przypadkiem, zawsze miała na myśli wspólnotę, a nie politykę. Jednak już przy pierwszych swoich performance’ach – ogródku (kiedy wykroiła dla siebie do samodzielnego uprawiania mały przytulny kawałeczek klombu w ruchliwym centrum miasta), kiedy przyszła do Zachęty obierać publicznie w fartuszku ziemniaki, polityka przyszła do niej.

W oczach radykalnych feministek była nikim innym niż cichą gąską, która zamiast krzyczeć, przelewać własne płyny pomiędzy otworami ciała jak performerki z Sędzia Główny, wolała uprzątać miotełką hale po zbankrutowanych zakładach włókniarskich w Łodzi. Jak wyglądałaby chmura tagów przy takim projekcie? Kurz, wieczność, rytm, cisza, rytuał, absurd, banał, ale żaden polityczny krzyk. Mimo to stało się. Po kilkunastu latach obecności Wójcik w polskiej sztuce okazuje się, że właśnie ta „gąskowatość”, zabawa z krańcowymi postulatami aktywistek, staje się szpicą wojny kulturowej w kraju. Jakby kraj nie chciał żadnych kobiet w świecie publicznym poza tymi, które upodobnią się do mężczyzn. „Tęcza” zaś w tym czasie – ni to przymierze, ni to symbol mniejszości – urosła do roli barykady. Z której zresztą Wójcik na początku chciała z gracją zejść.

Kiedy dzwonili do niej z prośbą o komentarze po pierwszym spaleniu „Tęczy”, wyleciała ze Szkocji na Orkady, gdzie zasięg telefonu kończył się sam i dopiero w tym oddaleniu zrozumiała, że nie ucieknie – musi odpowiadać, jak w sporcie. Zaczęła podważać teorie i pomysły mediów, „stosować dźwignie”, wydawać oświadczenia, nierzadko inne niż instytucje, z którymi współpracowała. „A czy nie chciałabyś wtedy powiedzieć, ot tak, przywalić, jak jakiś Maleńczuk, że tęcza się spaliła i to kolejny etap rozwoju tego dzieła?”. Przecież mogłabyś. „No nie…” – powtarza to później wiele razy – „właśnie by tak chciała, ale nie ma takiego męskiego, nie wiadomo, lekkości, dystansu”.

Ostatecznie tą nieustanną opieką, cichym chodzeniem wokół, osiągnęła miejsce, z którego jest zadowolona. Mimo kolejnych awantur wokół „Tęczy” nie ciąga się jej po programach publicystycznych, nie trafiła na Pudelka, ale jej zdanie jest widoczne. Nie spotkał się z nią nigdy szef Instytutu Adama Mickiewicza, który „Tęczę” wyfasował na najmodniejszym placu Warszawy, ale nie ma też potrzeby większego uznania – przynajmniej tak mówi. Bierze, co się pojawia, dużo bardziej niż to, co zrobiła, interesuje ją to, co stanie się w reakcji, zastanawia się, co pojawi się w przyszłości. Jestem prawie pewien, że tak samo patrzy na te moje wybory uliczek w parku – „którą wybierze, gdzie pójdziemy”. Niech ma.

Jakby już teraz czekała na polityczny wystrzał w teatrze, o którym mówił Stendhal. Obydwoje, mimo całej gigantycznej odmienności swoich sztuk, gardzą wywijaniem pistoletem, ale obydwoje siedzą w polityce po uszy: dla Stendhala to pożywka wszystkich jego powieści, dla niej pudło – rezonansowe z którego skwapliwie korzysta. Na razie jest cicho.

W tej ciszy i skupieniu parku przychodzi mi do głowy, że to jednak zupełnie inny typ żołnierza niż Stendhal. Ten ping-pong, odpowiadanie, to jak ze wschodu – judo, karate – nawet zbliżona zachodnia, ostentacyjna subwersywność, jest daleko od ścieżki wojownika o nazwisku Wójcik. Cała ta jej walka, czy nawet dreptanie tutaj ze mną, to tylko możliwość użycia siły przeciwnika, a ona sama cierpliwie, ze zgodą nawet na rozczarowanie, czeka na ruchy z drugiej strony. Póki co przypomina mi się wielka maksyma Masutatsu Oyamy: „Przybywajcie wyzwania i próby, przybywajcie trudy życia – ja jestem gotów!”.

Julita Wójcik przyjmuje takie życzenia z wdziękiem i otula się szarym swetrem, na którym srebrny kwiat jest jedyną ozdobą sportowej całości.

 

* Julita Wójcik – urodziła się w 1971 roku w Gdańsku, performerka i autorka akcji artystycznych. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

SKOMENTUJ

Nr 496

(28/2018)
11 lipca 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj