Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Azja w zbliżeniu]...

[Azja w zbliżeniu] Skazani za szukanie prawdy

Krzysztof Renik

Moja wiara w konsekwentne budowanie zrębów demokracji w Birmie przez liderów Narodowej Ligi na Rzecz Demokracji jest coraz wątlejsza. Powodów jest wiele, lecz czarę goryczy przelał niedawny wyrok sądu w Rangunie, który skazał dwóch dziennikarzy agencji Reutersa – Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo – na siedem lat więzienia za rzekome nielegalne wejście w posiadanie tajnych dokumentów państwowych.

Jeszcze do niedawna wierzyłem, że Birma znana obecnie pod nazwą Mjanma zmierza ku prodemokratycznej transformacji. Nie miałem co prawda złudzeń, że droga dzieląca ten kraj od systemu demokratycznego będzie długa i wyboista. Wydawało się jednak, że kraj podąża demokratycznym szlakiem wytyczonym w 2011 roku, gdy powstał pierwszy od lat rząd cywilny, który został później potwierdzony wyborami w 2015 roku. Wtedy mieszkańcy Birmy w historycznym wolnym i transparentnym głosowaniu powierzyli władzę Narodowej Lidze na Rzecz Demokracji. Ugrupowanie to kierowane przez laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi przez lata znajdowało się w opozycji wobec brutalnej junty wojskowej rządzącej Birmą przez niemal 60 lat i żądało prodemokratycznych przemian.

Moja wiara w konsekwentne budowanie zrębów demokarcji w Birmie przez liderów Narodowej Ligi na Rzecz Demokracji jest obecnie coraz wątlejsza. Powodów jest wiele, ale czarę goryczy przelał niedawny wyrok sądu w Rangunie, który skazał dwóch dziennikarzy agencji Reutersa – Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo – na siedem lat więzienia za rzekome nielegalne wejście w posiadanie tajnych dokumentów państwowych. Wa Lone był u mnie na stażu w roku 2014 w Polskim Radiu, a o całej sprawie pisałem na łamach „Kultury Liberalnej” już wcześniej. W czasie procesu jeden z policjantów aresztujących birmańskich reporterów przyznał, że dostał od przełożonych polecenie, by zwabić ich w pułapkę, a przekazanie tajnych dokumentów było tak zwaną „ustawką”. Nawet takie zeznanie nie skłoniło sądu do uniewinnienia obu dziennikarzy. Decyzja o przykładnym ukaraniu młodych birmańskich reporterów miała być ostrzeżeniem dla miejscowych mediów.

Wydarzenia w stanie Rakhine, tysiące zabitych Rohindżów, ponad 700 tysięcy uciekinierów do sąsiedniego Bangladeszu, a także wyrok sądu w Rangunie pokazują, że w chwili obecnej armia sytuuje się ponad instytucjami kraju, rzekomo zmierzającego ku demokracji.

Krzysztof Renik

Tego niesprawiedliwego, niepraworządnego i zaprzeczającego niezawisłości sądu wyroku nie da się zrozumieć bez kontekstu politycznego, w jakim został on wydany. Wa Lone i Kyaw Soe Oo pracowali nad materiałami poświęconymi działaniom birmańskiej armii na terenie stanu Rakhine, zamieszkałego w części przez muzułmańską ludność Rohindża. W trakcie dziennikarskiego śledztwa trafili oni na ślad konkretnej zbrodni birmańskich wojskowych. Przygotowali na ten temat materiał dla swojej agencji prasowej. Dla armii odpowiedzialnej – jak potwierdza to niedawny raport specjalnej misji ONZ – za czystki etniczne i za ludobójstwo, materiał zgromadzony przez Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo był nie do zaakceptowania. Naruszał interesy wojska, które mimo trwającej w Birmie transformacji ustrojowej jest swoistym „państwem w państwie”.

Wydarzenia w stanie Rakhine, tysiące zabitych Rohindżów, ponad 700 tysięcy uciekinerów do sąsiedniego Bangladeszu, a także wyrok sądu w Rangunie pokazują, że obecnie armia sytuuje się ponad instytucjami kraju, rzekomo zmierzającego ku demokracji. O ponad państwowej roli birmańskiego wojska świadczy choćby fakt, iż w sprawie obu reporterów – bronionych przez liczne organizacje dziennikarskie na świecie: przez ONZ, Parlament Europejski, rządy takich krajów jak USA, Wielka Brytania czy Kanada – do chwili, gdy piszę te słowa (17 września), głosu nie zabrały cywilne władze Birmy. Aung San Suu Kyi, pełniąca de facto rolę premiera kraju, pytana jeszcze w trakcie procesu o opinię na temat aresztowania Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo odpowiadała, że sąd jest niezależny i los obu dziennikarzy zależy wyłącznie od tego organu.

W kontekście wyroku brzmi to jak ponury żart, ponieważ według wszelkich standardów obowiązujących w państwie demokratycznym proces nie był ani uczciwy, ani transparentny, a w opinii światowych ekspertów obaj reporterzy wykonywali swoją pracę, szukając prawdy na temat wydarzeń w stanie Rakhine i nie popełnili żadnych wykroczeń. Oznacza to, że wyrok w ich sprawie został wydany na polityczne na zamówienie, płynące ze struktur birmańskiej armii, która ponownie pragnie zająć miejsce ponad strukturami państwowymi i sądowniczymi.

Znaczna część społeczeństwa uważa Rohindżów za nielegalnych migrantów, a muzułmanów za ciało obce w buddyjskiej Birmie.

Krzysztof Renik

Działania armii w Rakhine – tak krytycznie i negatywnie oceniane przez wspólnotę międzynarodową – nie są tak jednoznacznie odbierane wśród bamarskiej większości Mjanmy. Znaczna część społeczeństwa uważa bowiem Rohindżów za nielegalnych migrantów, a muzułmanów za ciało obce w buddyjskiej Birmie. Antymuzułmańskie nastroje rozbudzał zresztą skutecznie od kilku już lat buddyjski mnich Ashin Virathu, który muzułmanów konsekwentnie oskarża o najgorsze zbrodnie. Jego działania doprowadziły w wielu miejscach Birmy do antymuzułmańskich pogromów. Na fali takich nastrojów birmańska armia pacyfikująca w Rakhine wioski Rohindżów, bezkarnie dopuszczająca się gwałtów i zabójstw muzułmanów, nie musi obawiać się negatywnych reakcji społeczeństwa.

Z tego samego powodu władze cywilne nie reagują wobec wydarzeń w Rakhine i procesu dwóch dziennikarzy. Wydaje się, że rząd kierowany przez Aung San Suu Kyi sądzi, iż milczenie w sprawie tragedii Rohindżów oraz dramatu dwóch młodych dziennikarzy, a także ich rodzin, uratuje przynajmniej jakieś elementy prodemokratycznej transformacji Birmy. W tej sytuacji rodzi się pytanie, czy nie jest to zbyt wysoka cena za mglistą wizję demokratycznej przemiany i rozwoju.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 506

(38/2018)
18 września 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj