Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Sztuka programowania, czyli...

Sztuka programowania, czyli wielka symfonika na Festiwalu Chopin i jego Europa

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

Zapraszanie zagranicznych orkiestr jest swojego rodzaju wyznacznikiem statusu imprezy muzycznej, co wynika ze zrozumiałych powodów organizacyjno-finansowych.

Kolejne edycje Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Chopin i jego Europa oprócz oczywistych występów pianistycznych kładły niewątpliwy nacisk na kameralistykę, w tym pieśni, oraz dbały o to, by pojawiały się wykonania koncertowe oper. Nie zabrakło też jednak dobrej klasy importowanych orkiestr symfonicznych. W tym roku mieliśmy okazję usłyszeć między innymi Rosyjską Orkiestrę Narodową (RNO) pod dyrekcją Michaiła Pletniowa oraz Royal Philharmonic Orchestra (RPO) pod batutą Grzegorza Nowaka. Były to występy zbliżone pod względem jakości wykonawczej (niezłej), za to skrajnie odmienne jeśli chodzi o dobór programu: świetny w przypadku koncertu RNO i niedobry w przypadku RPO.

Rosyjska Orkiestra Narodowa i duch dziejów

Rosyjska Orkiestra Narodowa pod przewodnictwem swojego szefa i założyciela, Michaiła Pletniowa, zaprezentowała fantastycznie ułożony program wieczoru. Na początek zabrzmiała uwertura do opery „Wilhelm Tell” Gioacchina Rossiniego, rozpoczęta wprawdzie fałszem wiolonczeli solo, ale ogólnie dowodząca niezłego zgrania kwintetu smyczkowego, z bardzo równym i dźwięcznym tremolo i nieco mniej precyzyjnym pizzicato. Problemem jednak wydawała się lekka ospałość koncertmistrza i dyrygenta, przez co ten operowy samograj o dziwo wypadł przyciężko.

W jakiejś mierze podobnie było z „Koncertem skrzypcowym d-moll” Roberta Schumanna, choć to wykonanie podratowała osoba solisty, Renauda Capuçona. Można by mu zarzucić nadmiar dezynwoltury skutkujący zamazanymi gamkami (na przykład w pierwszym temacie allegra), pomimo dość wolnego tempa, oraz nie do końca trafionymi akordami (w repryzie), trzeba jednak przyznać, że pod względem afektu była to interpretacja bardzo czytelna i logicznie ukierunkowana. Część druga miała bardzo elegijny charakter i – choć zagrana według partytury: langsam – ani trochę się nie wlokła i utrzymywało się w niej spore napięcie, jakby na bardzo długim, wstrzymywanym oddechu. Finał koncertu, grany według wskazań kompozytora attaca (bez przerwy między częściami) wyszedł natomiast dość blado, bo przez nieco ociężałe tempo zabrakło kontrastu z poprzedzającym do ogniwem, a polonezowy idiom tej części uległ zatarciu, orkiestra zaś wydawała się zredukowana do roli nieodzownego akompaniamentu, ze stratą dla symfonicznego aspektu tego koncertu.

Garrick Ohlsson (c) Wojciech Grzedziński, NIFC

W drugiej części wieczoru usłyszeliśmy „XV symfonię A-dur” Dmitrija Szostakowicza. To utwór znakomicie dobrany do pozostałych z kilku powodów. Przede wszystkim rzuca się tu w uszy muzyczny cytat w rozpoczynającym utwór „Allegretcie” z uwertury do „Wilhelma Tella”, zresztą jedno z wielu muzycznych nawiązań, po które sięgnął artysta. „XV symfonia” to ostatnie dzieło tej skali stworzone przez Szostakowicza, koncert Schumanna to jedna z ostatnich większych kompozycji niemieckiego twórcy, a zestawienie tych utworów było dodatkowo uzasadnione symbolicznie obecnością w symfonii ponurego motywu przeznaczenia z Wagnerowskiego „Pierścienia Nibelunga”.

Koncert Schumanna przez lata był owiany złą sławą – skrzypek, dla którego powstał, Joseph Joachim, uważał, że dzieło to przyprawiło autora o obłęd i doprowadziło go do śmierci. Skrzypek zakazał wykonywania tego utworu przez sto lat po śmierci Schumanna, zakaz ten jednak został złamany przez spadkobierczynie Joachima, którym podczas seansu spirytystycznego w Londynie w marcu 1933 roku ukazał się duch Schumanna i poprosił o wykonanie utworu. Dodaje to dziełu dodatkowego, absurdalnego kontekstu, który współgra z autoironiczną, groteskową poetyką symfonii Szostakowicza.

Także w Rosyjską Orkiestrę Narodową podczas grania symfonii Szostakowicza wstąpił jak gdyby nowy duch. Niewykluczone, że był to duch dziejów, ponieważ temperatura tego wykonania była znacznie wyższa niż poprzedzających go utworów Rossiniego i Schumanna, zupełnie jakby dyrygent i muzycy RNO chcieli pokazać, że radziecka liryka jest bardziej liryczna, forte głośniejsze, a symfonika bardziej symfoniczna niż na słabym, burżuazyjnym Zachodzie. W przypadku tej symfonii to akurat podejście o tyle chybione, że jest to utwór niebywale interkontekstualny, a wręcz postmodernistyczny w wydźwięku, a zatem jak najbardziej „zgniły”. Tak czy inaczej, było to wykonanie na dobrym poziomie technicznym; na szczególne uznanie zasłużyły instrumenty dęte, szczególnie w otwierającym drugą część stylizowanym aequale, lamencie pogrzebowym przeznaczonym dla instrumentów blaszanych. Choć „XV symfonia” nie należy do dzieł najbardziej obliczonych na efekt, to niewątpliwie stanowi popis niebywałych umiejętności orkiestracyjnych Szostakowicza i rosyjscy muzycy nie zmarnowali tego potencjału, a wzajemne sąsiedztwo znakomicie dobranych utworów wzmocniło potencjał każdego z osobna.

W Rosyjską Orkiestrę Narodową podczas grania symfonii Szostakowicza wstąpił jak gdyby nowy duch. Niewykluczone, że był to duch dziejów.

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

Royal Philharmonic Orchestra i „polepszacze smaku”

Dwa dni później mieliśmy okazję słyszeć przykład wyjątkowo dziwacznie skonstruowanego programu koncertu, wyraźnie nawiązującego do tegorocznych obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Zaczynało się niewinnie i całkiem spójnie: najpierw preludium symfoniczne „Polonia” Edwarda Elgara, wykorzystująca motywy z „Mazurka Dąbrowskiego”, „Warszawianki” i utworów Fryderyka Chopina oraz Ignacego Jana Paderewskiego (i dedykowana temu ostatniemu), a następnie „Koncert fortepianowy a-moll” Paderewskiego. Następnie, po przerwie, zabrzmiała „II symfonia e-moll «Odrodzenie»” Mieczysława Karłowicza, również pasująca do pozostałych, bo pokrewna czasoprzestrzennie i nawiązująca do szeroko pojętego przeznaczenia i odnowy – sam autor tak pisał w programie literackim dzieła: „Dusza stoi triumfująca i pogodna, zapatrzona w zaświaty, i wskazuje ludom wszystkim drogę do odrodzenia”.

Dodatkowo wykonanie tej symfonii wpisało się w szerszy kontekst repertuarowy festiwalu i uzupełniało koncert monograficzny poświęcony Karłowiczowi, który odbył się kilka dni wcześniej w wykonaniu RNO pod Pletniowem. A trzeba przyznać, że rzadko się zdarza, aby jakaś zagraniczna orkiestra przygotowała tak znaczny przegląd utworów tego twórcy. Niestety, po Karłowiczu usłyszeliśmy ponownie Elgara, tym razem II część nieukończonego koncertu fortepianowego, mającą charakter dość lekki, by nie rzec kawiarniany, przywodzący na myśl przedwojenne szlagiery. Sam w sobie utwór jest dość przyjemny, w zestawieniu jednak z poważną, filozoficzną symfonią Karłowicza ten sprawiał wrażenie kiepskiego żartu wypowiedzianego nie w porę (zwłaszcza że Benjamin Grosvenor nadał partii fortepianu jeszcze lżejszy wydźwięk niż większość pianistów). Na domiar złego dyrygent zafundował publiczności co najmniej równie kuriozalny bis – uwerturę do „Rusłana i Ludmiły” Michaiła Glinki.

(c) Wojciech Grzedziński, NIFC

Był to bis niewątpliwie efektowny, bo i utwór taki jest, ale do pozostałej części programu pasował jak pięść do nosa – i to poniekąd dosłownie. Z jednej strony mieliśmy bowiem wzmożenie patriotyczne i „Polonię” Elgara, poświęconą polskiej martyrologii, oraz Paderewskiego, pianistę-dyplomatę, bojownika o Niepodległą, a z drugiej Glinkę, kompozytora, delikatnie mówiąc, niezbyt propolskiego. Dość powiedzieć, że wykonaniem innej jego opery, „Życie za cara”, uczczono w 1940 roku w Berlinie podpisanie paktu Ribbentrop–Mołotow, a Jerzy Semkow odmówił kilkadziesiąt lat później dyrygowania nią w La Scali z uwagi na jej jadowity antypolonizm. To jednak tylko dodatkowy kontekst historyczny dla czysto muzycznej pomyłki, jaką było zakończenie tego koncertu takim bisem.

A szkoda – bo był to koncert przyzwoity, a pod niektórymi względami bardzo dobry. To ostatnie zawdzięczamy osobie pianisty Garricka Ohlssona, który wykonał „Koncert fortepianowy” Paderewskiego, utwór interesujący raczej z punktu widzenia historii muzyki polskiej niż specjalnie porywający, i zagrał go niebywale solidnie. Solidnie, bo nie dość, że dbał o dokładność w odtwarzaniu partytury, to jeszcze dozował efekty wirtuozowskie tak, by ich nie przedawkować, i nie ulegał pokusie używania tanich chwytów, którymi można by kupić publiczność – zwłaszcza polską, może bardziej niż inne nastawioną na przeżywanie patriotycznych uniesień w związku z Paderewskim i oczekującą wszędzie szumu wierzb mazowieckich, jodeł na gór szczycie i fal na Bałtyku. Mimo że mina Ohlssona mówiła sama za siebie, kiedy realizował monotonne tryle podwójne i pasaże, nie można zarzucić mu braku zaangażowania w wykonywany utwór, a wręcz przeciwnie – nie ułatwiał sam sobie zadania, ponieważ unikał szafowania prawym i lewym pedałem oraz zacierania faktury poprzez nadużywanie forte, a zadania nie ułatwiał mu kiepsko brzmiący i chyba nie do końca sprawny technicznie fortepian.

Muzycy Royal Philharmonic Orchestra również dali z siebie dużo i – w przeciwieństwie do Rosyjskiej Orkiestry Narodowej – nie sprawiali wrażenia, jakby się oszczędzali albo wszystkie siły poświęcili na granie utworów kompozytora brytyjskiego. Kwintet smyczkowy dysponował całkiem szlachetną barwą, a instrumenty dęte pokazały niemałą klasę, mimo że chwilami materia rozłaziła się rytmicznie, co wygląda na sprawkę dyrygenta, Grzegorza Nowaka, stale współpracującego z RPO. Nowak posługuje się gestami, których czytelność dla orkiestry wydaje się wątpliwa, stąd też wzmożona aktywność koncertmistrzów i szefów sekcji – może paradoksalnie dzięki chaotyczności dyrygenta cała orkiestra bardziej się pilnuje, choć byłby to kontrowersyjny sposób prowadzenia zespołu.

Muzycy Royal Philharmonic Orchestra również dali z siebie dużo i – w przeciwieństwie do Rosyjskiej Orkiestry Narodowej – nie sprawiali wrażenia, jakby się oszczędzali.

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

Jeśli chodzi o kwestie interpretacyjne, to w podejściu dyrygenta daje się zauważyć skłonność do culminatio praecox – w „Polonii” Elgara fortissimo pojawiło się, nie wiedzieć czemu już na początku, w lirycznym temacie. Bywało też wesoło: w cytacie z „Nokturnu g-moll” op. 37 nr 1 Chopina quasi-habanerowe rytmy zyskały dość absurdalne uwypuklenie, ale przynajmniej była jakaś przeciwwaga dla sierioznej „Warszawianki (1905)” itp.

Niestety skłonność dyrygenta do zbyt dużego wolumenu z masą dźwięku słabo zróżnicowanego pod względem planów brzmieniowych jeszcze bardziej zaszkodziła symfonii Karłowicza. W ostatecznym rozrachunku jednak orkiestra szła w dobrym kierunku, a wiele fragmentów – jak choćby narracyjne, dobrze zsynchronizowane „Scherzo” czy chorałowy finał – nadawałyby się do nagrania. Jeszcze tylko pozlepiać te fragmenty w nieco lepiej skoordynowaną całość i można by myśleć o wydaniu płyty – byle tylko nie dodawać na końcu żadnych „polepszaczy programu”.

 

XIV Międzynarodowy Festiwal Chopin i Jego Europa:

Koncert:
skrzypce: Renaud Capuçon
dyrygent: Michaił Pletniow
Rosyjska Orkiestra Narodowa
28 sierpnia 2018 roku, Teatr Wielki – Opera Narodowa

Koncert:
fortepian: Garrick Ohlsson, Benjamin Grosvenor
dyrygent: Grzegorz Nowak
Royal Philharmonic Orchestra
30 sierpnia 2018 roku, Teatr Wielki – Opera Narodowa

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 506

(38/2018)
18 września 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj