Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Sorry, taki mamy...

[Sorry, taki mamy klimat!] Ekologiczny jak… Polak? Eksperci omawiają wyniki badań

Za Andrzejem Ceglarzem rozmawia Kacper Szulecki

Latami słyszeliśmy, że ekologia to fanaberia, na którą stać bogatych. Wraz ze wzrostem zamożności, ale też świadomości społecznej, klimat i środowisko pną się po drabinie priorytetów Polek i Polaków. Na ile są ważne, skąd wzięła się ta zmiana w wartościach i czy przekłada się także na poparcie dla bardziej uciążliwych wymiarów polityki klimatycznej?

Kacper Szulecki: Przez wiele lat dominował pogląd, że jako społeczeństwo wciąż nadrabiające ekonomiczne zaległości po komunizmie Polacy są zbyt biedni na ochronę środowiska i klimatu. Co dziś mówią badania na temat nastawienia Polaków do kwestii ekologicznych?

Andrzej Ceglarz: Wyniki badań zaprezentowane przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska jesienią 2020 roku są dosyć zaskakujące. W roku pandemii covid-19, Polacy stawiają na pierwszym miejscu ochronę środowiska, uznając ją za najważniejszy problem, z którym mierzy się Polska. Ochrona zdrowia i wzrost gospodarczy są na drugim i trzecim miejscu.

Brzmi niemal jak wynik metodologicznego błędu.

Jeszcze ciekawiej wyglądają wyniki, jeśli chodzi o zmianę podejścia do zmian klimatu na przestrzeni ostatnich lat. Pomiędzy 2018 a 2020 odsetek Polaków, którzy uważają, ze zmiany klimatu są „bardzo ważne” wzrósł z 39 do 68 procent. W 2014 było to zaledwie 27 procent. To olbrzymi skok w bardzo krótkim czasie. W tym wypadku widać, że ochrona klimatu, czy szerzej – środowiska, przestaje być tematem niszowym i zaczyna zajmować coraz więcej przestrzeni w naszym życiu.

To bardzo ciekawe i rzeczywiście zaskakujące. Z czego to wynika? Czy to efekt COP-u w Katowicach, czy może Grety Thunberg i młodzieżowej mobilizacji klimatycznej?

Uważam, że Greta Thunberg odegrała bardzo dużą rolę w tworzeniu przekazu o powadze zmian klimatycznych do młodych pokoleń. Zasadniczo, wobec ogólnego dobrobytu i zdecydowanie mniejszych bezpośrednio odczuwalnych skutków zmian klimatu w naszej części świata, udało jej się skanalizować generacyjny bunt wobec zastanego świata stworzonego przez dorosłych, wywodzący się z młodzieńczego idealizmu i wrażliwości.

Media społecznościowe i nowe kanały komunikacji pozwoliły jej dotrzeć do setek tysięcy młodych ludzi, którzy, nie oszukujmy się, raczej by nie czytali raportów Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu. Zresztą i one w Polsce były zdawkowo prezentowane w mediach głównego nurtu. Jednak, moim zdaniem, można rzeczywiście przyjąć, że szczyt klimatyczny w Katowicach w 2018 roku jest symbolicznym początkiem zmian w Polsce, jeśli chodzi o postrzeganie zmian klimatu.

Czemu szczyt COP 2018 miał taki efekt, a organizowane wcześniej COP-y w Poznaniu w 2008 i w Warszawie w 2013 – nie?

Myślę, że na zmiany akurat w okolicach 2018 i 2019 roku nałożyło się kilka wydarzeń i procesów. Po pierwsze, w 2008 i 2013 wciąż ze strony rządzących płynęło przesłanie, że Polska węglem stoi, a polityka klimatyczna to kosztowna fanaberia Unii Europejskiej. Podczas COP-u w Katowicach narracja się zmieniła. Co prawda Andrzej Duda mówił o 200 latach polskiego węgla, a uczestnicy szczytu klimatycznego dostali jako upominki kawałki śląskiego węgla, ale do mainstreamu weszło pojęcie sprawiedliwej transformacji, związane z dodatkowymi środkami finansowymi na odchodzenie od źródeł wysokoemisyjnych i przekształcanie regionów, których gospodarka opiera się na paliwach kopalnych.

Zbiegło się to z dyskusjami na poziomie unijnym i funduszami sprawiedliwej transformacji. Dla rządzących, od wielu lat pompujących dodatkowe środki publiczne w nierentowane kopalnie, była to świetna okazja, żeby nie wypowiadać się już tak jednoznacznie negatywnie na temat zmian klimatu lub zaprzeczać ich istnieniu i zacząć podejmować realne działania w celu pozyskania tych środków.

Co ciekawe, również ze strony episkopatu Polski przed COP-em w Katowicach popłynęło „błogosławieństwo” na negocjatorów klimatycznych, co nie było takie oczywiste. Zaledwie trzy lata wcześniej wielu przedstawicieli Kościoła katolickiego w Polsce alergicznie zareagowało na proekologiczną encyklikę papieża Franciszka „Laudato Si’”.

Ponadto, w 2019 roku miały miejsce wybory do Europarlamentu i do Sejmu i Senatu. Zbiegło się to w Polsce z dotkliwą suszą na początku roku, a następnie z majowymi powodziami w południowo-wschodniej części kraju. Te negatywne skutki zmian klimatu dotknęły elektorat sprzyjający partii rządzącej: rolników, a także mieszkańców Małopolski, świętokrzyskiego czy Podkarpacia.

Anegdotyczne w tym kontekście były modlitwy premiera Morawieckiego najpierw o deszcz, a później o słońce w przeciągu kilku tygodni. Niemniej, okazało się, że takie niepokojące zjawiska pogodowe dotyczą nas wszystkich, a zmiany klimatu to nie lewicowe bajania.

Do tego dochodzi wspomniana już Greta Thunberg, która zaczęła swój strajk szkolny tuż przed szczytem w Katowicach.

Od 2018 roku zaczęły nasilać się protesty i akcje Młodzieżowego Strajku Klimatycznego i Extinction Rebellion, czyli wspomniany wcześniej „efekt Grety”. Oczywiste stało się, że partie polityczne, również te nie do końca prośrodowiskowe, jak PiS, będą chciały odnieść się do preferencji młodych wyborców. Potwierdza to niedawna awantura polityczna związana z „piątką dla zwierząt”. Choć trzeba przyznać, że akurat w kampanii wyborczej w 2019 roku najistotniejszą rolę, jeśli chodzi o problematykę ochrony środowiska, odegrał problem smogu.

Smog dotyka jednak ludzi w inny sposób niż klimat. Wciąż mamy, zwłaszcza wśród prawicowych publicystów, zatwardziałych negacjonistów, dla których śnieg w lutym to dowód na to, że klimat się nie ociepla. Smog trudniej zanegować, bo widać go gołym okiem, a przede wszystkim czuć, często bardzo wyraźnie. To także problem zdrowia publicznego.

Zgoda, ale w Polsce istnieje specyficzne połączenie pomiędzy smogiem a ochroną klimatu. Wydaje mi się, że wynika to dwóch rzeczy. Po pierwsze, na poziomie semantycznym z bliskości wyrażeń „niskoemisyjny” i „niska emisja”. Mówiąc o dekarbonizacji i źródłach „niskoemisyjnych”, ma się na myśli odchodzenie od paliw kopalnych, jak węgiel, ropa czy gaz, które ocieplają klimat, i zastępowaniem ich odnawialnymi źródłami energii, pochodzącymi z wiatru czy ze słońca. „Niska emisja” to z kolei główne źródło pochodzenia smogu – trujące cząsteczki pochodzą albo ze spalania niskiej jakości węgla czy śmieci w domowych źródłach ciepła albo z samochodów spalinowych.

Po drugie, źródła obu zjawisk: smogu i zmian klimatu, wynikają z działalności człowieka, wiążą się ze spalaniem paliw kopalnych i przedostawaniem się do powietrza cząsteczek chemicznych. Tak więc niezwykle łatwo o takie połączenie, zwłaszcza że politycy zarówno na szczeblu lokalnym i centralnym, powtarzają, że chroniąc klimat, będą dofinansowywać wymianę pieców w domach jednorodzinnych.

W przypadku problemu smogu można mówić o tym, jakim powietrzem oddychają dzieci w Rybniku i to jest jednocześnie konkret i argument emocjonalny. W jakim stopniu klimat może osiągnąć podobny status?

Połączenie to potwierdzają również wspomniane badania Ministerstwa Klimatu i Środowiska: zgodnie z nimi, zanieczyszczenie powietrza i smog znajdują się na drugim miejscu wśród Polaków, jeśli chodzi o zagrożenia dla okolicy, w której mieszkają, wiążące się ze zmieniającym się klimatem. Tak więc wychodzi na to, że smog jest efektem zmian klimatu!

Moim zdaniem zjawisko łączenia obu problemów jest w porządku, ponieważ przyczynia się do ogólnego wzrostu świadomości ekologicznej społeczeństwa, a nie wszyscy przecież muszą wykazywać się wiedzą ekspercką. Poza tym, wygrywa na tym klimat, ponieważ przez takie „emocjonalne wzmocnienie” związane ze smogiem na rządzących wywierana jest dodatkowa presja, aby prowadzić skuteczniejsza politykę klimatyczną.

No dobrze, ale zmiana poglądów na temat klimatu to jeszcze nie zmiana postaw konsumenckich, a zgoda na dekarbonizację na poziomie krajowym, to nie to samo, co zgoda na turbinę wiatrową koło działki albo linię wysokiego napięcia za oknem. Co z problemem tak zwanego NIMBY – not in my backyard – czyli lokalnym oporem wobec infrastruktury, która może i jest ważna z punktu widzenia ekologii w skali makro, ale bywa postrzegana jako uciążliwa?

I tutaj znowu zaskoczenie. Zgodnie z rezultatami zaprezentowanymi przez Ministerstwo, aż 85 procent Polek i Polaków popiera rozwój lądowych farm wiatrowych, a 75 procent popiera ich rozwój w swojej okolicy. To zaskakujące wobec agresywnej antywiatrakowej polityki PiS-u i twierdzeń głównej orędowniczki walki z wiatrakami, Anny Zalewskiej, że turbiny wiatrowe będą nam spadać na głowę.

W 2013 roku robiliśmy badanie dotyczące akceptacji dla różnych źródeł energii na poziomie władz gmin – OZE wygrały o całą długość. Tam jednak pojawiał się miejscami pewien rozdźwięk między perspektywą samorządów, nastawionych na nowe inwestycje, miejsca pracy, przychody z podatków, a mieszkańcami.

Problem akceptacji społecznej dla infrastruktury energetycznej, zwłaszcza tej rozproszonej, wynika nie z samego faktu istnienia wiatraków czy elektrowni słonecznych, ale z niedoskonałości procesów podejmowania decyzji odnośnie ich lokalizacji, czy niekiedy nawet z braku takich procesów.

Wyraźnie mówił o tym raport NIK-u z 2016 roku, gdzie wskazywano, że ówczesne przepisy dotyczące lokalizacji farm wiatrowych oraz ich implementacja przez urzędników nie zabezpieczały skutecznie interesów lokalnych społeczności. Podobnie było z inicjatywą społeczną blokującą budowę linii najwyższych napięć Kozienice–Ołtarzew: protestujący byli świadomi istoty tej linii dla stabilności krajowego systemu elektroenergetycznego, ale sprzeciwiali się brakowi dostępności do informacji oraz ignorowaniem ich w procesach decyzyjnych.

W literaturze fachowej nazywa się to „sprawiedliwością proceduralną”, która związana jest dodatkowo ze „sprawiedliwością dystrybucyjną”, czyli taką, która gwarantuje optymalne rozłożenie zysków i strat, związanych z budową infrastruktury energetycznej. I nie mam tutaj na myśli tylko zysków finansowych, na przykład ze sprzedaży gruntu, ale również elementów mniej uchwytnych, a bardzo emocjonalnych, na przykład przywiązania do ziemi, czy estetycznych walorów krajobrazu, które bywają subiektywne. A jest to temat niezmiernie istotny, ponieważ niezależnie od tego, jak będzie wyglądał kierunek polityki energetycznej, jej fizyczna implementacja będzie miała miejsce na poziomie lokalnym.

Co można zrobić, żeby rozładowywać takie oddolne napięcie?

Jest wiele praktyk i instrumentów, które mogą usprawnić procesy decyzyjne i podnieść ich jakość. Niektóre dotyczą kompensacji finansowych (choć i tutaj mogą pojawić się nadużycia i podejrzenia o łapówki), inne związane są z wykorzystaniem technicznie zaawansowanych instrumentów, pomagających znaleźć najdogodniejszą lokalizację.

Niemniej, pierwszy krok to rozmawiać otwarcie i traktować ludzi poważnie. Mam wrażenie, że w Polsce ze strony decydentów wciąż dominuje podeście odgórne, w którym konkretne i realne potrzeby, troski czy niepewności społeczne związane z realizacją polityki klimatycznej i energetycznej, traktuje się instrumentalnie albo jak wymysły „petentów”.

Czy to znaczy, że Polki i Polacy są gotowi na skalę przemian, jaką niesie dekarbonizacja? A co z transformacją regionów węglowych? Najczęściej myślimy tylko o Górnym Śląsku, ale od paliw kopalnych uzależnione są też Konin, Bełchatów, Turów.

Myślę, że tak, a o ile każdy z regionów węglowych ma swoją specyfikę, to pozytywny przykład płynie ze wschodniej Wielkopolski, gdzie w proces transformacji regionu włączeni są zarówno przedstawiciele samorządu lokalnego, organizacji pozarządowych, nauki jak i ZEPAK-u [Zespół Elektrowni Pątnów–Adamów–Konin – przyp. red.]. Tylko tak szeroko zakrojony proces dialogu może przynieść rezultaty, które będą zadowalać wszystkie strony.

Nieco inaczej wygląda to ze Śląskiem: rząd wciąż nie określił harmonogramu zamykania kopalń, ze względu na twarde rozmowy ze „stroną społeczną”, przy czym tą stroną są jedynie przedstawiciele górniczych związków zawodowych. Nie chcę deprecjonować w tym miejscu punktu widzenia i potrzeb górników – sam pochodzę z Wałbrzycha i mój tata był górnikiem, więc jestem świadomy wagi przeprowadzania transformacji w sposób sprawiedliwy.

Sadzę po prostu, że dla transformacji energetycznej w Polsce lepiej by było, gdyby rządowa definicja „strony społecznej” została rozszerzona, a głos obradującego przy jednym stole prezesa PGE i przedstawiciela/ przedstawicielki lokalnej organizacji ekologicznej był tak samo wartościowy.

I wracając do twojego pytania, sądzę, że informacje, którymi dysponuje Ministerstwo Klimatu i Środowiska udzielają podobnej odpowiedzi: Polski i Polacy w większości są gotowi ponosić wyższe koszty, aby dołożyć się do transformacji niskoemisyjnej – to od władz centralnych oczekują konkretnych działań i uważają, że najpotrzebniejszym z nich jest wymiana wysokoemisyjnych elektrowni na odnawialne źródła energii. Niemniej, patrząc na streszczenie ostatnio przyjętej Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku, mam wrażenie, że rządzący, kiedy ustalali jej konkretne cele, nie wzięli pod uwagę wyników badań, które przecież sami zlecili.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 634

(9/2021)
3 marca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj