Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Pęknięcie. Recenzja spektaklu...

Pęknięcie. Recenzja spektaklu „Plac Bohaterów” Krystiana Lupy

Marcin Miętus

Przygotowana na Litwie inscenizacja „Placu Bohaterów” Thomasa Bernharda to esencja teatru Lupy. Brak w niej co prawda imponującej scenografii czy jaskrawości aktorskich kreacji, mamy tu jednak do czynienia z postępującym rozpadem świata oraz gorzką rezygnacją – a także z dosadną satyrą polityczną.

„Plac Bohaterów” to jeden z najbardziej politycznych dramatów Thomasa Bernharda, napisany w 1988 r., w 50. rocznicę Anschlussu Austrii. Autor podjął w nim przede wszystkim tematy społecznego wykluczenia i antysemityzmu. W inscenizacji zrealizowanej w Litewskim Narodowym Teatrze Dramatycznym Lupa z doskonałym efektem eksploruje tyczące się tych problemów wątki dramatu, nie stroniąc od aluzji do dzisiejszej rzeczywistości europejskiej przesiąkniętej wzmagającą się nienawiścią. Pogrążeni przez lata w tych samych obsesjach i lękach bohaterowie dramatu – Schusterowie, austriacka rodzina żydowskiego pochodzenia – wciąż noszą w sobie traumę II wojny światowej, mimo że od jej zakończenia minęło prawie pół wieku.

Ascetyczność spektaklu, dominująca zarówno w scenografii (nie tak imponującej jak we wrocławskiej adaptacji „Wycinki”), jak i w aktorstwie (pozbawionym barw znanych choćby z „Miasta snu”), wywołuje wrażenie wszechobecnej beznadziei, oddziałujące także na widzów. Reżyser nie szczędzi im natomiast – wiernie podążając za autorem dramatu – potoków słów, wypowiadanych przez ubranych na czarno aktorów. Zwarta, trzyaktowa struktura, nadająca przedstawieniu dość sztywne ramy, pozwala Lupie na wejście w pole społecznego dyskursu zarażanego historią przedwojennych antysemitów i nazistów. Lupa stawia społeczeństwu pesymistyczną diagnozę choroby marazmu oraz nikłych prób podejmowania z nim walki, która zresztą i tak byłaby z góry przegrana.

Mottem, którym Bernhard opatrzył swój dramat, są słowa skierowane do Józefa Schustera i przywoływane w utworze przez jego brata: „Może się zdarzyć, że parę razy w roku poczuje się pan dobrze w tym mieście”. Niestety tak się nie stało. Siedemdziesięcioletni Profesor wyskoczył z okna kamienicy ulokowanej przy placu Bohaterów, symbolicznie kojarzącym się postaciom sztuki z początkiem represji. 15 marca 1938 r. to w tym miejscu Hitler ogłosił przy wiwatach tłumu aneksję Austrii, a tym samym zmusił Józefa oraz jego brata Roberta do emigracji. Józef udał się do Oxfordu, Robert do Cambridge. Po latach pracy akademickiej powrócili do Wiednia. Mieli w planach ponowny wyjazd do Wielkiej Brytanii, jednak starszy z braci w przeddzień tego wyjazdu zdecydował się na samobójstwo.

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Biała lilia

Spektakl rozpoczyna rodzaj ekspozycji – trwający prawie godzinę wywód Pani Zittel, gospodyni Schusterów, przerywany niekiedy przez służącą Hertę. Na scenie oprócz kobiet znajdują się dwie wielkie szafy przykryte folią, stół, fotel i kilka kartonowych pudeł z napisem „Oxford”. Podłogę zapełniają buty Profesora, niespiesznie czyszczone przez Hertę. Pani Zittel energicznie prasuje i składa białe koszule, z żelazka wydobywa się para. Niezwykle staranne składanie ubrań to rezultat lekcji udzielonych gospodyni przez Profesora, nieznośnego w swoim perfekcjonizmie. Niezdolne zamilknąć ciało Pani Zittel zostało owładnięte przez ducha zmarłego – z ust gospodyni dowiadujemy się wiele o jego życiu, relacjach z innymi ludźmi i poglądach. Kobieta całą swoją egzystencję podporządkowała właśnie Profesorowi. To jemu zawdzięcza pedantyczne usposobienie, to on przekonał ją, żeby czytała swojej zamkniętej w domu starców matce Tołstoja („Dobry środek terapeutyczny” – zwykł mawiać). Nie dziwi więc fakt, że Pani Zittel pozostaje oddana podziwianemu pracodawcy także po jego śmierci. Jedynym złamanym przez gospodynię zakazem Profesora, nienawidzącego kwiatów, jest przyniesienie białych lilii, które ustawia pośrodku sceny.

W ciągu kolejnych monologów Pani Zittel Herta, która kilka dni wcześniej odnalazła martwe ciało Józefa Schustera, wydaje się nieobecna myślami. Z dziwnym uporem wpatruje się w okno, z którego wyskoczył. Gospodyni napomina ją jednak: „Profesor nie żyje, choćbyś nie wiem jak długo wyglądała”. Młoda pokojówka swoją uległością i nieśmiałością przypomina Marlene z „Gorzkich łez Petry von Kant” Fassbindera. Jest milczącym świadkiem wydarzeń, których tragiczny bieg utrudnia jej rozwój. W pewnym momencie oczom Herty ukazuje się postać byłego pracodawcy – wyświetlana także widzom w projekcji na tylnej ścianie pomieszczenia. W wizji tej Schuster oczywiście składa koszule. Jego osoba mocno wpłynęła na los obu kobiet, lecz każdej na inny sposób. To one dwie przechowują pamięć o nim.

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Czarne kruki

Przeciwwagą dla dwóch służących z pierwszego aktu są dwie siostry, córki zmarłego. Ich rozmowa ze stryjem Robertem składa się na cały drugi akt spektaklu. Kobiety, będące już w średnim wieku, również zrobiły karierę na uniwersytecie, tyle że w Austrii. Ubrana po męsku Anna, oddana pracy w Bibliotece Narodowej, jest bardziej zdecydowana niż Olga, paląca przy metalowej barierce papierosa. Pogrzeb ojca, „najstraszniejszy, jaki kiedykolwiek przeżyły”, skłania je do rozrachunków, pełnych wzajemnej niechęci oraz osobistego niespełnienia. Mimo gestu oddania przez Annę zziębniętej Oldze szalika trudno nazwać ich relację siostrzaną bliskością.

W tle widnieje projekcja wileńskiego Wzgórza Giedymina, która z czasem blaknie, oplatając całą scenę szarością. Rozbrzmiewa stłumiona muzyka. Koniec jest coraz bliżej.

Marcin Miętus

Odgłosy kraczących wron zapowiadają nadejście na scenę Roberta Schustera. Pośród długich tyrad stryja o degeneracji kraju, w którym dane było mu się urodzić, Anna zachowuje powściągliwe milczenie. Olga pomaga poruszającemu się o lasce Robertowi usiąść na drewnianej ławce. W tle widnieje projekcja wileńskiego Wzgórza Giedymina, która z czasem blaknie, oplatając całą scenę szarością. Rozbrzmiewa stłumiona muzyka. Koniec jest coraz bliżej.

Ludzie nie słuchają siebie nawzajem i nie wyciągają wniosków z popełnionych błędów. Monolog charyzmatycznego Roberta Schustera, rozgrywający się przy zapalonych światłach na widowni, wyraża stanowisko samego Bernharda, który niejednokrotnie demonstrował w swoich dziełach podejście defetystyczne. Robert, podobnie jak pani Zittel, dużo mówi o zmarłym, przywołując jego nawyki oraz akademickie zasługi, na równi z postępującą niechęcią do świata i bagażem uprzedzeń. Pełna pęknięć i nieporozumień rodzina to oczywiście żadne novum w Bernhardowskim świecie – raczej locus communis w twórczości dramatopisarza. Prześladowanie rodziny Schusterów ze względu na pochodzenie przebija z opowieści Olgi, którą w biały dzień opluł na ulicy przypadkowy przechodzień. Stara się ona wymazać ten incydent z pamięci – tym samym nie tyle wypiera się swoich korzeni, co przyjmuje rolę ofiary wyznaczoną jej przez społeczeństwo. Kolejnym dosadnym wyrazem przemocy jest odkrycie graffiti przedstawiającego swastykę. Dokonuje go Profesor Robert poprzez ściągnięcie materiału przykrywającego szafę, umowny budynek wiedeński. Stygmat śmierci w przesiąkniętej antysemityzmem stolicy Austrii – „mieście, w którym większość mieszkańców chciałaby nas zagazować” – jest dla bohaterów równie bolesny jak niemożność skomunikowania się z innymi.

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Rozbita szyba

Trzecią część „Placu Bohaterów”, mimo iż najbardziej obfitującą w wątki i postaci – na scenie znajdą się wszyscy aktorzy biorący udział w spektaklu – także cechuje statyczność. Wraz z rodziną i przyjaciółmi zmarłego czekamy na wdowę. Jadwiga – zwana Profesorową – spóźnia się, dominujący nad zgromadzonymi Robert podejrzewa, że dzieje się tak za sprawą Łukasza, syna jej i Józefa. W podejrzeniu tym kryje się ziarno prawdy. Jak się za chwilę przekonamy, sztywne ramy mieszczańskiego salonu, intelektualnej „nierozumianej” elity, brata Olgi i Anny zdecydowanie uwierają. Podczas kolacji – jedzonej przy charakterystycznym długim stole – mężczyzna odstawia swoje krzesło kilka metrów od uczestników stypy, obserwując ich niczym dziwne zwierzęta w zoo. W pewnym momencie wyciąga telefon komórkowy i robi im zdjęcie. Drobny gest, który odsyła do naszej współczesności, uwypukla zupełnie inną niż reszty rodziny postawę Łukasza wobec świata – zdystansowaną, lecz dzięki temu bardziej trzeźwą.

Bezimienna masa siłą wdziera się w życie bohaterów – demony faszyzmu ożywają.

Marcin Miętus

 

Umieszczone dokładnie w centrum pokoju okno, charakterystyczny dla teatru Krystiana Lupy element scenografii, pozostaje przez cały spektakl zamknięte. W ostatniej scenie możemy dostrzec cienie znajdujące się za szybą. Zapowiedź końca. Rodzina Schusterów znalazła się w potrzasku, z którego wyjściem może być jedynie samobójstwo. Zgiełk, który słyszymy, to również coraz głośniejsze dźwięki obecne w głowie Profesorowej, której choroba umysłowa po stracie męża pogłębia się i prowadzi do wewnętrznej eksplozji, przedstawionej na scenie w formie projekcji pękającej w drobny mak szyby okiennej. Bezimienna masa siłą wdziera się w życie bohaterów – demony faszyzmu ożywają.

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

Fot. Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny

***

Teatr Lupy nigdy nie był publicystyczny, choć nieprzerwanie wsłuchiwał się w niepokoje i lęki społeczne. Lupa zwykle w swoich spektaklach krąży wokół tematu jednostki i jej spełnienia, budowy świata i jego rozpadu oraz nieuchronności śmierci. Szczególnie kondycja artysty, intelektualisty, człowieka wrażliwego była zawsze dla polskiego twórcy ważnym punktem wyjścia do rozmowy z publicznością. Rozmowy, którą cechowała chęć porozumienia się w znaczeniu innym niż proste uwolnienie zbiorowych emocji. Lupa zwykle pozostawiał politykę na uboczu, mimo niepewności czasów, w których tworzy. Tym razem jednak, sięgając (po raz kolejny) do swojego ulubionego pisarza, skomponował gorzki spektakl, odebrany w Wilnie jako niezwykle dosadna satyra polityczno-społeczna. Po żywiołowych reakcjach uczestników grudniowego Festiwalu Boska Komedia, na którym pokazywano inscenizację, widać jak na dłoni, że tematy poruszane w „Placu Bohaterów” również polskim widzom nie są obce. Pesymistyczne, pełne cynizmu słowa Roberta Schustera o nieudolności władz, narastającym klimacie nacjonalizmu, manipulacjach Kościóła katolickiego oraz skorumpowaniu mediów wywoływały gorzki śmiech, nacechowany podskórnym niepokojem. Można wyczuć w tym spektaklu pewną irytację Lupy względem pogrążonego w marazmie społeczeństwa, jak również państwa jako instancji, która powinna zapewniać obywatelom bezpieczeństwo i prawa do demokracji, a w wielu wypadkach tego nie robi. Państwa austriackiego, litewskiego, polskiego. Mechanizmy opresji na przestrzeni lat, w różnych miejscach świata pozostają te same. „Rzeczywistość jest tak zła, że nie da się jej opisać” – można powtórzyć tu za Robertem Schusterem.

To nie jest łatwy spektakl. Wymaga skupienia. Również po wyjściu z teatru nie sposób się od niego uwolnić, zagnieżdża się bowiem w głowie, nie daje prostych wykładni. Nie chodzi tu o całkowite spojenie się sceny z rzeczywistością. Ani o proste etykiety czy hasła. Polityka w wydaniu Lupy nie jest tanią publicystyką. Reżyser stworzył mocne w wymowie przedstawienie, w którym dojmująca bezradność staje się niemal namacalna.

 

Spektakl:

„Plac Bohaterów”, reż. Krystian Lupa, premiera 28 marca 2015 r. (Litewski Narodowy Teatr Dramatyczny).

SKOMENTUJ

Nr 376

(12/2016)
22 marca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail