Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > [Najważniejsze wybory świata]...

[Najważniejsze wybory świata] Po co partiom konwencje?

Łukasz Pawłowski w korespondencji z Cleveland

Żadnego buntu nie było – Donald Trump jest już oficjalnie kandydatem Partii Republikańskiej w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mimo to pierwsze dwa z czterech dni partyjnej konwencji nie przebiegły po myśli miliardera. Co poszło nie tak?

Udzielenie odpowiedzi wymaga… postawienia bardziej ogólnego pytania – czemu w ogóle służą partyjne konwencje?

Nietrudno przecież wyobrazić sobie inne rozwiązanie – wybrany w prawyborach kandydat, po prostu płynnie przechodzi z kampanii przedwyborczej do właściwej rozgrywki już ze wsparciem organizacyjnym i finansowym swojego ugrupowania. Dlaczego więc obie partie organizują kosztowne imprezy, zwożąc na nie delegatów z całego kraju?

Po pierwsze, celem jest pokazanie jedności ugrupowania. Kampanie prawyborcze – w których wyłania się „kandydata na kandydata” – trwają zwykle przez wiele miesięcy, a politycy podczas kolejnych debat nie ograniczają się we wzajemnej krytyce. Trump jest oczywiście tegorocznym liderem w tej konkurencji – senatorowi Tedowi Cruzowi zarzucił, że jego ojciec pomagał w zabójstwie Johna Kennedy’ego, a jedynej kobiecie w gronie kandydatów powiedział, że nie może zostać prezydentem, bo… jest za brzydka.

Konwencja powinna jednak pokazać, że nawet przegrani uznają swoją porażkę i „z całych sił” wspierają zwycięzcę. W przypadku Partii Republikańskiej to wrażenie jedności wypada na razie blado – spośród byłych konkurentów Trumpa zaproszenie przyjęli tylko gubernator stanu New Jersey, Chris Christie, i polityczny outsider, były neurochirurg Ben Carson. Jeb Bush i Marco Rubio  nie pojawią się na konwencji. Zabraknie także innego kandydata Johna Kasicha – i to mimo że on akurat ma do Cleveland najbliżej – jest gubernatorem stanu Ohio, w którym odbywa się partyjny zlot. W tak okrojonym składzie trudno przekonująco mówić o partyjnej jedności.

Po drugie, konwencja może promować program partii, ale i z tym u Republikanów krucho, ponieważ Trump spójnego programu nie ma, a kilka jego najbardziej znanych propozycji nie cieszy się powszechnym uznaniem Republikanów – ci którym podoba się twarda polityka migracyjna (włącznie z rzekomą budową muru na granicy z Meksykiem), nie zgadzają się na twardą politykę antyaborcyjną; to samo dotyczy deklaracji walki z prawem homoseksualistów do zawierania małżeństw. Inni, którym wszystkie powyższe propozycje przypadają do gustu, nie chcą zrywania umów o wolnym handlu lub powrotu do izolacjonizmu w polityce zagranicznej. I tak dalej, i tak dalej.

Po trzecie, konwencja może być ukłonem w stronę najważniejszych, z punktu danego kandydata, grup społecznych. W przypadku Trumpa – reprezentanta białych mężczyzn – to przede wszystkim kobiety i Latynosi. Poparcia żadnej z tych grup jak na razie nie ma. Młodsze Amerykanki opowiadały się dotychczas za Berniem Sandersem, ale po jego wycofaniu się z wyścigu, albo zostaną w domach, albo poprą Hillary, podobnie jak już to zrobiły ich starsze koleżanki. Tym bardziej, że – podobnie jak w przypadku Latynosów (to dziś ponad 10 proc. uprawnionych do głosowania Amerykanów!) – Trump nie wykonał żadnego gestu, by je do siebie przekonać. Wystąpienie żony kandydata, Melanii, zostało co prawda zauważone, ale głównie ze względu na to, że częściowo było jawną kopią wypowiedzi… Michelle Obamy z 2008 r. Obóz Trumpa niemal cały drugi dzień konwencji poświęcił dementowaniu oskarżeń o plagiat.

Po czwarte, zjazd to okazja do pochwalenia się wsparciem osób znanych i lubianych z innych niż polityka dziedzin życia – muzyków, aktorów, sportowców. Ale i w tym wypadku lista Trumpa jest nadzwyczaj skromna i najwyraźniej skompletowana z trudem, na ostatnią chwilę. Jedna z „gwiazd” – aktor Scott Baio, znany w latach 70. i 80. z serialu „Happy Days”, przyznał, że Trump zaproponował mu występ po tym, jak na przyjęciu przypadkiem zamienił z nim dosłownie jedno zdanie.

Po piąte wreszcie, konwencje promują niekiedy młodych, nikomu nieznanych polityków. To właśnie na konwencji Partii Demokratycznej w roku 2004 rozpoczęła się kariera ówczesnego senatora senatu stanowego w Illinois, Baracka Obamy. Po dosłownie jednym przemówieniu lokalny polityk z dnia na dzień stał się postacią rozpoznawalną w całych Stanach, dwa lata później został senatorem w Waszyngtonie, a po upływie kolejnych dwóch – prezydentem. Wśród młodych polityków popierających Trumpa, jak dotychczas, żaden tego typu talent się nie ujawnił.

 

* Powyższy tekst powstał w czasie wyjazdu studyjnego współfinansowanego przez Fundację Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”.

** W tekście pierwotnie pojawiła się informacja, że na konwencji nie będzie obecny Ted Cruz. Senator przemawiał jednak na wydarzeniu 20 lipca. 

SKOMENTUJ

Nr 393

(29/2016)
20 lipca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail