Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Nigdy dość. Koncert...

Nigdy dość. Koncert zespołu The Cure w Łodzi

Basia Popiołek

Niewiele jest zespołów, które porywają się na takie szaleństwo, jak granie blisko trzygodzinnych koncertów. Występ The Cure w łódzkiej Atlas Arenie udowodnił, że w tym szaleństwie jest metoda.

The Cure wrócili do Polski po ośmiu latach. Biorąc pod uwagę staż grupy (40 lat!) i znikomą liczbę występów w naszym kraju (piąty koncert w historii), było to wydarzenie wyjątkowe. O tym, że zespół ma tu oddanych fanów, nie trzeba nikogo przekonywać. Bilety rozeszły się na pniu już w pierwszych dniach po uruchomieniu sprzedaży, a 20 października sala koncertowa w Łodzi została szczelnie wypełniona. Trzeba przy tym zaznaczyć, że koncerty The Cure na tej trasie za każdym razem sprawiają niespodziankę. Zespół przygotował ponad 90 utworów, którymi sprawnie żongluje na występach. Łódzka setlista składająca się z 31 kawałków (skrócona ze względu na chorobę Roberta Smitha w porównaniu z koncertami poprzedzającymi wydarzenie w Polsce) była podróżą przez bogaty dorobek The Cure, obfitującą we wzruszenia, sentymenty i radości.

 Ewelina Eris Wójcik / mfk.com.pl

Ewelina Eris Wójcik / mfk.com.pl

Jako utworu otwierającego mogliśmy się spodziewać „Shake Dog Shake” czy „Open”, ale trafiliśmy najpiękniej – na „Plainsong” z albumu „Disintegration”. Trudno wnikliwie i w kilku zdaniach streścić rozległą dyskografię The Cure nie tylko ze względu na ilość materiału, ale także na ogromną rozpiętość gatunkową. Nie ulega jednak wątpliwości, że najważniejszym punktem w karierze zespołu, pozycją obowiązkową jest właśnie płyta z 1989 r. Na koncercie w Łodzi zespół powracał do niej aż siedmiokrotnie.

Warto przypomnieć sam proces powstawania dzieła. Robert skończył wtedy 30 lat i czuł potrzebę stworzenia ważnego albumu. Wpadł w depresję i wrócił do narkotyków. Kiedy zaczęli nagrywać płytę, postanowił, że przestanie się odzywać do kogokolwiek. Było to lekko pretensjonalne, ale wydawało mu się konieczne do osiągnięcia pożądanego efektu. Równocześnie większość związków w zespole i poza nim zaczęła się rozpadać, a nazwa płyty okazała się samospełniającą się przepowiednią o rozpadzie.

Magazyn „Q” określił nastrój albumu w ten sposób: „Jakby się było opatulonym niezwykle obszernym płaszczem nasiąkniętym wodą”. To poetyckie określenie chyba najtrafniej opisuje zawartość płyty i poniekąd najlepiej oddaje klimat zespołu The Cure. Surrealistyczne opowieści o pająkach („Lullaby”), przestrzenna i romantyczna „Plainsong”, wstrząsające i brutalne tytułowe „Disintegration”, kipiąca pasją „Fascination Street”, pełne tęsknoty „Closedown” i „Pictures of You” czy w końcu jeden z największych hitów zespołu – „Lovesong”.

The Easy Cure

Szersza publiczność poznała The Cure dzięki takim przebojom jak „Boys Don’t Cry”, „Just Like Heaven” czy „Friday I’m in Love”. I tych utworów – bądź co bądź mocno wyeksploatowanych przez stacje radiowe, filmy i reklamy – nie zabrakło na koncercie w Łodzi. Cofnijmy się jednak na chwilę do początku istnienia grupy, aby lepiej zrozumieć ten fenomen.

Robert Smith założył zespół The Easy Cure w 1976 r., kiedy był w szkole średniej, potem skrócił nazwę do The Cure, ponieważ – jak głoszą legendy – nie chciał być kojarzony z hipisami na LSD, bliżej mu wtedy było do punkowej prostoty. Pierwszy singiel „Killing an Arab” ukazał się w 1979 r. nakładem Fiction Records i narobił zamieszania – zespołowi zarzucano rasizm i niepoprawność polityczną. Robertowi jednak nigdy nie było blisko do polityki. Wielokrotnie podkreślał, że bardziej interesuje go to, co dzieje się w jego wnętrzu: relacje międzyludzkie, lęk przed przemijaniem czy bezcelowość ludzkiej egzystencji. Jeśli czerpał z czegokolwiek poza swoimi doświadczeniami, była to przede wszystkim literatura. I tak „Killing an Arab” nawiązuje do powieści Alberta Camusa „Obcy”.

Szybko okazało się, że The Cure posiadają niezaprzeczalnie potężną moc łączenia niepokoju i ciemności z ciepłem i romantyzmem. Kiedy zespół miał za sobą cztery naprawdę ciężkie i mroczne albumy, Robert Smith postanowił przewrócić wszystko do góry nogami i nagrać najbardziej radosny w karierze krążek „Japanese Whispers”. Z rozbawieniem wspominał moment, kiedy przyniósł do siedziby wytwórni utwór „Let’s Go to Bed”: „Zapanowała cisza, po której nastąpiła lawina pytań i wątpliwości. Spojrzeli na mnie i powiedzieli: «To jest to. On zupełnie oszalał»”. Rozumiał ich zarzuty, ale zdecydował, że nie chce już zgłębiać mroków życia: „Potrzebowałem czegoś wesołego. Byłem jednak przekonany, że to nie zadziała. Nikt mi w to nie uwierzy”. Lol Tolhurst, perkusista i klawiszowiec The Cure, tak kiedyś wyjaśnił nieporozumienia w odbiorze The Cure i Roberta: „To jest typ, który pisze pesymistyczne piosenki, a jednocześnie znajdziesz w nim kompana do piwa i oglądania meczu. I ten fakt zawsze denerwował ludzi. Chcą, abyśmy się określali. Albo jesteś dziwakiem, albo zwyczajnym, normalnym typem. Nie dopuszczali możliwości, że możemy być jednym i drugim. Myślę, że to nas wyróżnia – potrafimy zachwiać ich równowagę”.

Zaskakująco szybko utwór „Let’s Go to Bed” okazał się wielkim hitem, a grono fanów The Cure poszerzyło się o nastolatki. To była przedziwna transformacja – jednego dnia byli idolami psychotycznych gothów z depresją, aby następnego dnia uderzyć prosto w mainstream. Następne single: „The Walk” i „Love Cats” również okazały się przebojami. Robert opowiadał kilka lat później, że marzył o tym, aby połączyć klimat Disneya z muzyką jazzową, z tego właśnie pomysłu powstał utwór „Love Cats”. Był to udany eksperyment, o czym świadczy fakt, że zespół nadal gra go na koncertach, jak mogliśmy się przekonać w Łodzi podczas ostatniego bisu.

Równowaga

Na koncercie nie zabrakło także utworów z „Head on The Door” z 1985 r. Płyta została nagrana w poszerzonym składzie w odróżnieniu od swojej poprzedniczki, niezbyt dobrze przyjętej przez krytyków „The Top”. Do studia weszli: Laurence Tolhurst – klawisze, Porl Thompson – gitara i klawisze, Simon Gallup – bas, Boris Williams – perkusja i oczywiście Robert Smith. Członkowie zespołu żyli wtedy w szczęśliwych związkach, mieli rodziny. Pomogło to scementować skład grupy i ustabilizować relacje między nimi. „Skończyłem wtedy 25 lat i dotarło do mnie, że powinienem trochę dorosnąć” – komentował Smith.

 Ewelina Eris Wójcik / mfk.com.pl

Ewelina Eris Wójcik / mfk.com.pl

„Close To Me”, który wziął niegdyś szturmem MTV, był przedostatnim utworem, który mieliśmy okazję usłyszeć w październikowy wieczór. Wcześniej zespół zaprezentował entuzjastycznie przyjęte „In Between Days”, „A Night Like This” i „Push”. Być może The Cure tak chętnie wraca do repertuaru z tej płyty, ponieważ jego powstanie wydaje się jednym z najjaśniejszych punktów w historii zespołu. W jednym z wywiadów dla magazynu „Rolling Stone” Robert Smith wspominał: „Wszystko wydawało się być w końcu na swoim miejscu”.

Większość tekstów na „Head on The Door” powstała w wyniku abstrakcyjnych rozmów, które członkowie zespołu odbywali ze sobą podczas nagrań: „Prowadziliśmy głupkowaty dialog na temat tego, na ile sposobów można oskórować kota. Szokująca niedorzeczność. I nagle ktoś rzucił: «Z całą pewnością istnieje sześć sposobów, aby to zrobić». Doszliśmy do wniosku, że to bardzo dobry pomysł na tytuł utworu”. Tak powstał utwór „Six Different Ways”.

The Cure posiadają niezaprzeczalnie potężną moc łączenia niepokoju i ciemności z ciepłem i romantyzmem.

Basia Popiołek

Dzięki ogromnej popularności singli i, co za tym idzie, teledysków The Cure, ugruntował się wówczas i stał rozpoznawalny image Roberta Smitha. Od tamtej pory charakterystyczny wygląd wokalisty był stałym elementem wywiadów i dociekań dziennikarzy. Sam zainteresowany skomentował to kilka lat później w ten sposób: „Zawsze robię sobie makijaż, konfrontując się z ludźmi. Kiedy wypoczywam w domu albo idę na plażę, nie czuję takiej potrzeby. Wtedy nie muszę się malować”. W innym miejscu podał jeszcze bardziej rozczulający powód wierności swojemu wcieleniu scenicznemu: „Ożeniłem się z kimś, komu podoba się, jak wyglądam. Gdybym zmieniał swoją fryzurę co roku i zmieniał styl, aby oddać hołd modzie, myślę, że z zupełnie zrozumiałych powodów ta osoba miałaby mnie serdecznie dosyć”.

Moment mroku

Wiele osób czekało podczas łódzkiego koncertu na repertuar z płyty „Bloodflowers” i pomimo że zespół zagrał z niej tylko jeden kawałek, to wzbudził nim entuzjazm publiczności. Chodzi tu o ukochany przez polskich fanów „The Last Day of Summer”. Okazał się on doskonałą zapowiedzią ciemniejszej strony muzyki The Cure. Zespół sięgnął po starsze numery z nieco mroczniejszym obliczem, m.in. po „One Hundred Years” z kultowej płyty „Pornography”.

Album wydany w 1982 r. zamykał tak zwaną „Dark Trilogy” zespołu, do której należą także płyty „Seventeen Seconds” i „Faith”. Najlepszym wprowadzeniem w ich klimat będzie wers otwierający utwór „One Hundred Years”: „It doesn’t matter, if we all die”. Podczas nagrywania „Pornography” w zespole zaczęło się źle dziać z powodu coraz niebezpieczniejszych przygód muzyków z narkotykami i alkoholem. Basista Simon Gallup był wtedy na etapie zupełnej utraty kontaktu z rzeczywistością, po latach przyznał nawet, że niewiele pamięta z tamtego okresu.

Aby zintensyfikować emocje i wprowadzić się w ponury nastrój, muzycy postanowili się bowiem odizolować i oglądać mnóstwo niepokojących filmów. Po latach Robert próbował odpowiedzieć na pytanie, czy warto było wystawić się na taką próbę: „Mieliśmy wtedy niespełna dwadzieścia kilka lat i wywołało to u nas większy wstrząs, niż nam się wydawało. Dotarło do nas wtedy, że ludzie mogą być podli i źli. Nie mam szczególnie miłych wspomnień związanych z procesem nagrywania «Pornography», ale myślę, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzyliśmy i nigdy nie bylibyśmy w stanie do tego dojść, nie eksperymentując w ten sposób. Ludzie często wspominają, że to najbardziej intensywna i pełna pasji płyta w naszym dorobku. Myślę jednak, że nie można nagrać dużo albumów z takim ładunkiem emocjonalnym, ponieważ gdybyśmy to zrobili, pewnie bylibyśmy już martwi”.

Dziś nie ulega wątpliwości, że to 43-minutowe misterium przygnębienia to kamień milowy w historii muzyki alternatywnej. Pomimo upływu lat nie stracił na sile przekazu, a słowa „Over and over we die one after the other” nadal mrożą krew w żyłach.

Płyta poprzedzająca „Pornography”, czyli „Seventeen Seconds” z 1980 r., była zaledwie preludium totalnego zapadnięcia się w otchłań mrocznych zakamarków psychiki. Wtedy zespół zaistniał w świadomości szerszej publiczności i zanotował pierwszy przebój – „A Forest”, który w doskonałej aranżacji wybrzmiał też w łódzkiej hali koncertowej. Douglas Wolk (dziennikarz i krytyk muzyczny piszący między innymi do „The New York Times”) powiedział, że Robert Smith śpiewa w tym utworze „never” w sposób, w jaki Joey Ramone (wokalista zespołu Ramones) śpiewał „wanna”, a to słowo wskazuje na całą filozofię bycia zespołu.

Album „Faith” – druga płyta w „Dark Trilogy” – zawiera z kolei wiele odniesień do literatury, np. w utworach „All Cats Are Grey” i „Drowning Man” zainspirowanych powieściami Mervyna Peake’a. Głównym motywem „Faith” jest kryzys wiary i próba odnalezienia sensu życia. Wszystko jest tu szare i przytłaczające – poczynając od posępnej okładki płyty, po chłodny wokal Smitha. Tytułowy utwór kończą słowa: „Odszedłem sam / z niczym oprócz wiary”.

Trylogia była jednak tylko epizodycznie przypomniana podczas koncertu w Łodzi.  Otrzymaliśmy za to kilka naprawdę miłych niespodzianek. Jedną z nich był utwór „Burn” – napisany przez zespół do kultowej ekranizacji filmu „Kruk”, na planie którego zginął Brandon Lee. Zabrzmiał też „Shake Dog Shake”, pomimo że utwór grany jest zazwyczaj na otwarcie koncertu, to tutaj pojawił się przy drugim wejściu na bis. Najświeższymi kompozycjami na koncercie były „End of The World” oraz zupełnie nowy utwór „It Can Never Be The Same”, który zespół zagrał do tej pory nieco ponad 30 razy.

Niewiele jest zespołów, które porywają się na takie szaleństwo, jak granie blisko trzygodzinnych setów. The Cure wychodzi to jednak bardzo dobrze. Mnogość utworów i ogromny rozstrzał repertuarowy absolutnie nie wpływają negatywnie na jakość ich koncertów. Przeciwnie – pozwalają wierzyć, że Robert Smith nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a tekst utworu „Never Enough” jest proroctwem dotyczącym ich działalności. Nigdy nie wątpiłam w szczerość słów Roberta o tym, że grał zawsze dla własnej przyjemności. Po koncercie w Łodzi jestem o tym przekonana i życzę nam wszystkim, aby  nie była to ostatnia trasa tego zespołu z przystankiem w Polsce.

Jak mówi Stanley Marsh z „South Parku”: „Robert Smith to najwspanialszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi”.

 

Koncert:

The Cure, 20 października 2016 r., Atlas Arena, Łódź.

Film: 

SKOMENTUJ

Nr 408

(44/2016)
1 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail