Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Cała władza w...

Cała władza w ręce mądrych [POLEMIKA Z JACKIEM ŻAKOWSKIM]

Jakub Krupa

Jacek Żakowski ma nową ideę: „młodzi” mają odrzucić porządek „starych” i przejąć władzę w Polsce. Dziennikarz argumentuje, że aby wprowadzić jakąkolwiek pozytywną zmianę, konieczne jest przeorientowanie polskiej tożsamości z tej peryferyjno-negacyjnej na kosmopolityczno-liberalną. Publicysta wzywa do zerwania z porządkiem starego świata i pokrętnym dziedzictwem okresu budowania III RP. W zamian proponuje „nowe otwarcie” na młodych i „siłę”, która rzekomo w nich drzemie.

Zabawne: Żakowski pisząc to wszystko nie dostrzega, że chcąc działać w duchu młodych sam operuje najstarszym na świecie układem my kontra oni, młodzi kontra starzy. Choć kuszące, zestawienie takie wydaje się być nazbyt proste.

W ten właśnie sposób rozwijało się historycznie polskie przywództwo XX wieku – kolejne generacje budowały swoją filozofię polityczną w opozycji do poprzedniego pokolenia. Okres międzywojnia to zaprzeczenie „rozbiorowej” słabości i próba powrotu do pozycji kontynentalnej siły; okres wczesnego komunizmu to – nawet jeśli nie do końca z naszego wyboru – odrzucenie dziedzictwa II RP, tylko po to, by za czas jakiś Gierek odrzucił stalinizm i nawoływał do kolejnych zmian. III RP – już z założenia – była projektem bardziej kontra niż za. Wiedzieliśmy, czego nie chcemy: pozostałości PRL. Co w zamian? Ciężko powiedzieć. Plan transformacji trafnie scharakteryzowała swego czasu Anne Applebaum: „Czego chcemy? Być jak Zachód. Jak? Szybko”. Poza członkostwem w NATO i Unii Europejskiej jako kryterium naszego poczucia „bycia zaakceptowanymi”, nie mieliśmy prawie żadnych konkretnych celów.

Zmiany każdorazowo odbywały się w ramach generującej napięcia polaryzacji stanowisk i rozstawiania po stronach propozycji i opozycji, niczym w klasycznej debacie oksfordzkiej. W przeciwieństwie do niej jednak, obie strony bardziej niż dialogiem i przekonywaniem były zainteresowane stabilizowaniem własnych pozycji. Konsolidujemy środowisko, wyznaczamy w miarę jasny kierunek i do przodu. Żakowski od pewnego czasu, by wspomnieć chociażby jego obecność na konferencji Centrum Europejskiego UW w ubiegłym roku, głosi wyższość dokładnie tego samego modelu: odrzućcie przeszłość; nie słuchajcie starszych; macie dyplomy dobrych, zachodnich uczelni – kierujcie. Nie zważajcie na nas.

I o ile z diagnozą problemów posttransformacyjnej tożsamości można się mniej lub bardziej zgodzić, to trudno przystać na rozwiązanie problemu generacyjnego konfliktu, jakie proponuje Żakowski. Kult młodości i otwartości, pokolenia Erasmusa czy X albo i Y – ilu autorów, tyle nazw – wydaje się nie rozwiązywać podstawowego problemu: z rozmową. Nasza bolączka nie tkwi w tym, że starsze pokolenia „mniej czują współczesność”, ani w ich nadmiernym przywiązaniu do czasów minionych. To nie są zjawiska ani nowe, ani typowo polskie – to problem naszej części Europy. Jak pisał słoweński socjolog Mitja Velikonja, parafrazując wystąpienie Churchilla: „Od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem nostalgia zapadła nad kontynentem”.

Problem tkwi w tym, że za każdym razem – zupełnie jak Żakowski w swoim tekście – nowa obowiązująca norma była niemalże moralnym przykazem dla społeczeństwa. Niemoralne było sprzeciwianie się pospiesznej westernizacji; niemoralne – z perspektywy ówczesnej władzy – było utrudnianie drogi komunizmowi, zaś z perspektywy dysydentów – obieranie innej drogi w ramach oporu (słynny konflikt pokoleń ’68 i ’86). Za każdym razem podział był wyznaczany grubą kreską – tak było „właściwie”, a tak „nagannie”. Nie ma trzeciej opcji, nie ma innej możliwości. Nie ma dyskusji. Nie ma porozumienia.

Żakowski wpisuje się w ten sam model: zamiast rozmawiać o umiejętnościach i zjawiskach potrzebnych w życiu publicznym, o jakości debaty publicznej i przyszłych wyzwaniach, nawołuje do kolejnej rewolucji. Tym razem pewne pokolenie ma zostać odrzucone jako symboliczne zerwanie z naszymi problemami. Żakowski powtarza to na spotkaniach i konferencjach, wzywając do „rewolucji młodych”; to samo, choć nieco lżej, postuluje w tym tekście.

Publicysta idealizuje młode środowisko, pisząc o tym, że jest ono pozbawione kompleksów i lęków, bardziej otwarte, kreatywne. Zaryzykowałbym tezę, iż tacy ludzie byli (kiedy mieli 20–30 lat) także w pokoleniu, które Żakowski chce odrzucać. To, że do najwyższych pozycji w znaczącej mierze doszli inni – zakompleksieni cynicy – nie jest kwestią pokoleniową, a systemową; jest to połączone z nierozwiązanym problemem własnej tożsamości posttransformacyjnej. Polacy (niezależnie od wieku) nie widzą, kim są jako tacy i zastąpienie jednego pokolenia o komunistyczno-kapitalistycznej chaotycznej tożsamości, generacją młodych, wierzących w prymat kultury korporacyjnej, nie musi przynieść poprawy. Na pewno nie będzie rozwiązaniem problemu, a raczej kolejnym jego zamaskowaniem.

Autor odwołuje się do tytułów nowego pokolenia – „Krytyki Politycznej”, „Res Publiki Nowej”, „Kultury Liberalnej”, „Liberté!”, „Miasta”, „Kontaktu” i „Instytutu Idei”, ale prawda jest taka, że wśród tej wychwalanej generacji ze świecą szukałoby się kogoś, kto te wszystkie tytuły zna, nie mówiąc o tym, żeby czytał choć jeden z nich. A już z cudem graniczy spotkanie kogoś, kto czytałby kilka spośród nich, zbierając i rozważając przeciwstawne opinie. Każdy z tych tytułów ma ograniczoną liczbę czytelników i ograniczony zakres tematyczny. To w jakimś sensie odpowiednik publikacji samizdatowych – gdzieś wychodzą, jakaś część ludzi je czyta. Ale życie – i nowe pokolenie – jest gdzie indziej.

Redaktor Żakowski powinien wybrać się do Londynu, Brukseli, Paryża, Berlina, na które się powołuje i porozmawiać z idealizowanymi przez siebie młodymi Polakami. I to zarówno z absolwentami dobrych uczelni, którzy faktycznie mogliby zastąpić/uzupełnić nasze elity, ale również z tymi, co powyjeżdżali z małych miast i wsi, i – paradoksalnie – mają już władzę, tylko są i zapewne zostaną w innych krajach, gdyż tam tworzą klasę niższą i średnią. A jeśli nawet nie mają władzy, to dostali stabilizację, o jakiej często nie mogli nawet marzyć w Polsce. Zobaczyć, jak daleko im od lektury „Kultury Liberalnej” (mówię to z żalem); do odrzucenia obciążeń, historycznych stereotypów, żalu związanego z przeszłością. I nie musimy tego zachowania wartościować moralnie czy oceniać, jak przywykliśmy to robić, ale się nad nim zastanowić. Pokazuje ono konkretny problem: niedorozwinięcie naszej posttransformacyjnej tożsamości. Nie ustając w usilnych próbach pudrowania tych postaw, w celu wytworzenia iluzyjnej tożsamości wpisującej się w kulturalny uniwersalizm promowany w zachodniej Europie, szczególnie wśród zwolenników federalizmu europejskiego i „tożsamości europejskiej”, nie zbliżamy się do rozwiązania tej kwestii.

Polska musi nauczyć się mówić. Celne zasady dla tego dialogu przedstawiła trzy lata temu na łamach „Kultury Liberalnej” Marta Bucholc. Pisała: „Wydaje się, że w naszym kulturowym wyposażeniu brakuje trzech ważnych elementów: przekonania o wspólnym celu rozmowy, założenia dobrej woli partnera dialogu i woli pozostania we wspólnocie dialogującej. Są to warunki dialogu należące do formacji etycznej, do sfery praxis, nie zaś do obszaru kompetencji czysto intelektualnych”. To ten dialog, a raczej jego brak, jest podstawą naszych kłopotów; to on świadczy o jakości naszego społeczeństwa. On wymaga wyrzeczeń i pracy od obu pokoleń: oczywiście starsze pokolenie powinno przestać idealizować swoje osiągnięcia, pozwolić na trzeźwą refleksję; młode z kolei powinno przestać zamykać się w intelektualnym getcie i poczuciu wyższości nad niewykształconymi self-made manami. Dyplom z Oksfordu nie daje monopolu na prawdę i rację w sporach o wspólnotę.

Ciekawe, że Żakowski rzekomo odrzucając bezkrytyczną pochwałę transformacji, mówienia „cośmy tymi ręcyma wywalczyli”, w całym tekście operuje tą kliszą, sugerując, że nowe pokolenie jest takie, a nie inne dzięki temu, co zostało mu dane. A przecież to, że mogą studiować na zagranicznych uczelniach czy podróżować, że pracują poza granicami Polski i operują korporacyjnymi ścieżkami myślenia, nie jest w większości ich zasługą, a pochodną historii, która, jak mawiał Kundera, w przypadku małych narodów dzieje się obok nich samych. Młodzi urodzili się w takim świecie; to jedyny jaki znają, więc nie jest ich zasługą, że działają w nim tak, jak się tego od nich oczekuje. W ramach swojej ramy – zupełnie innej niż poprzedniego pokolenia – robią po prostu swoje. Samo z siebie nie czyni to z nich jednak lepszych od poprzedniego pokolenia.

Bardzo łatwo jest sparafrazować Żakowskiego, aby udowodnić mylność jego tezy: „Po pierwsze, polscy «młodzi» są – średnio biorąc i mówiąc oględnie – raczej średniej jakości. Kulturowo i intelektualnie jesteśmy w przeważającej mierze produktem reform wczesnej transformacji, w jej najbardziej chaotycznej fazie. Wychowywaliśmy się i byliśmy kształceni do życia w tamtym systemie. Niewielu udało się te braki wyrównać. Nowy system, czyli demokratyczny kapitalizm w jego obecnej postaci, nawet nasze obecne elity (a może przede wszystkim one) krytykują i odrzucają, czując się w nim niedobrze. Jesteśmy produktem zasad, które nie pasowały do naszego świata, królikami doświadczalnymi transformacji. Wiemy to. To nas boli. I trochę upokarza w relacjach ze światem zewnętrznym (…). Prawdziwy problem zaczyna się tam, gdzie na realne słabości i kulturowo-cywilizacyjne kompleksy nakłada się pycha pogromców komunizmu, pokolenia największego triumfu od paruset lat, dzieci «Papieża Tysiąclecia», dzieci «niekwestionowanego sukcesu transformacji». Jesteśmy generacją produktów systemu, który w ramach środkowoeuropejskiej burzy dziejów próbował nas wyprowadzić ze zgrzebnego PRL, a doprowadził nas donikąd. Mieliśmy stać się zachodni, a staliśmy się imitacją (…). Pycha i niepewność towarzyszące nam w nowej rzeczywistości sprawiają, że jako generacyjna wspólnota z góry wkurzamy się na próby odrzucenia naszych propozycji zmian lub naszych marzeń. Do upadłego gotowi jesteśmy bronić wszystkiego, co chcemy zrobić i co sobie zaplanowaliśmy na przyszłość – bo przecież jesteśmy dobrze wyedukowani, zachodni, wiemy lepiej, znamy świat”.

Nie było trudno. Żakowski widzi w młodym pokoleniu wszystko co najlepsze, odrzucając wszystko, co nie pasuje do wybranej wizji. Takie prawo publicysty: może operować hiperbolą, intelektualną prowokacją.

A przecież można iść inną, naturalniejszą drogą: pewnie, oddawajcie władzę w nasze ręce, ale w mądry sposób. Miejmy pewność, że będziemy mieli plan, co chcemy zrobić, aby nie ugrzęznąć w traktowaniu tego, co nam oddacie, jako kolejnego laboratorium. Dajcie nam czas poznać świat tak, abyśmy zdążyli nie tylko zachłysnąć się jego dobrymi stronami, lecz także popaść w kłopoty. Dajcie nam się zmęczyć światem, ubrudzić, skaleczyć, poznać jego gorszą stronę, a potem krytycznie zastanowić. Być może najlepszym rozwiązaniem nie będzie poszukiwanie jednoznacznej przynależności do dychotomicznych wizji Wschodu i Zachodu.

Na razie wiemy, że nie chcemy popełnić waszych błędów; wiemy, że mamy dość ugrzęźnięcia w ciężkiej przeszłości – i stąd ucieczki w wąskie tematy sektorowe, o których Żakowski wspomina w swoim tekście lub kompletny odwrót od polityki. Stąd budżety partycypacyjne na kulturę, stąd polityka miejska. To wszystko symptomy zmiany; zalążki nowej kultury politycznej. Ale do tych postaw nie doszliśmy sami; nie są one zupełnie nową kreacją intelektualną, ale tkwią w kreatywnym napięciu z tym, co zrobili inni, starsi. Nie jest ideologiczną odpowiedzią na trapiące nas problemy, ale funkcjonalną propozycją ich rozwiązania; wciąż jednak bez całościowej ramy, która opisywałaby działanie „naszej, młodej” rzeczywistości. Zmieniamy trybiki, o których starsi zapomnieli lub zaniedbali; które dotyczą w większości „nas” – „naszych” klubokawiarni, „naszych” projektów kulturalnych, „naszego” stylu życia na mieście – ale wciąż brakuje jasnych, merytorycznych propozycji odnoszących się do przestrzeni wspólnej wszystkich pokoleń.

Dużo do powiedzenia na ten temat miałaby zapewne Margaret Mead, która w 1970 napisała książkę „Kultura i tożsamość”. Omawiając rozwój relacji międzypokoleniowych, wymieniła trzy etapy – kulturę postfiguratywną (dorośli przekazują młodym), kofiguratywną (niejasna relacja) i prefiguratywną (młodzi dorosłym). W jej analizie pierwsze powojenne pokolenia świata zachodniego były pierwszymi, które jasno wchodzą w układ prefiguratywny, a co za tym idzie wymagają wzmożonej komunikacji i dyskusji. Pisała: „Jak każde pierwsze pokolenie w nowym państwie, młodzi słuchają ledwie z częściowym zrozumieniem tego, co mówią ich rodzice. Nie podzielają odpowiedzi starszego pokolenia na wydarzenia, które poruszyły ich rodziców w przeszłości. Patrząc, widzą jak starsi niezdarnie i często nieudanie próbują sobie radzić z zadaniami narzuconymi na nich przez nowe okoliczności. Widzą, że starsi używają sposobów często niewłaściwych; że podejmowane przez nich kroki są marne, a skutek niejasny. Oni nie wiedzą, co należy zrobić – ale wiedzą, że musi być jakaś lepsza droga”.

Żakowski ze swoim podejściem idealnie wpisuje się w grupę, którą Mead określa „pokoleniem młodych dysydentów”: „Oni zdają sobie sprawę z krytycznej sytuacji i potrzeby natychmiastowego działania w celu rozwiązania problemów. To czego chcą to w pewnym sensie rozpoczęcie wszystkiego od nowa, inaczej. Przeszłość jest dla nich niezrozumiałym niepowodzeniem. Są gotowi nawet na to, by dokonać pewnego rodzaju społecznego zburzenia – jak wtedy, gdy spychaczem usuwa się wszystkie drzewa i elementy krajobrazu, by zrobić miejsce dla nowej społeczności”.

Dajmy sobie spokój z rewolucjami i zajmijmy się żmudną pracą u podstaw. Bez „oddawania władzy” tym lub tamtym, wierzenia w jedną albo drugą receptę na społeczny czy gospodarczy sukces. Najpierw nauczmy się rozmawiać ze sobą, aby ustalić co ten „sukces”, „zmiana”, „nowa jakość” mają oznaczać. Mead ma rację: taka zmiana, jeśli mądra, nie może odbywać się przez „przejęcie władzy”, a jedynie w pewnego rodzaju symbiozie pokoleń; na zasadzie negocjowanego kontraktu pomiędzy oboma pokoleniami, w którym zgadzają się, jak rozumieją podstawowe pojęcia – w tym „przyszłość” – i jak zamierzają sobie z tym radzić. Zaakceptujmy, że to nie musi oznaczać jednej odpowiedzi dla wszystkich.

Szkoda tylko, że Mead pisała o tym 43 lata temu, a dla nas dalej nie jest to oczywiste. Jeśli chodzi o relacje pokoleniowe, 1989 r. był naszą drugą wojną światową; świat zachodnich pokoleń lat 50., 60. i 70. – naszym światem dziś.

Nie powtarzajmy ich błędów.

Fragmenty książki Margaret Mead „Culture and Commitment: A Study of the Generation Gap”, The Bodley Head 1970, w przekładzie własnym autora tekstu, pochodzą z rozdziału „Przyszłość. Kultury prefiguratywne i nieznane dzieci”.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 245

(40/2013)
24 września 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj