Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > W poszukiwaniu sensu...

W poszukiwaniu sensu wojny. Wywiad z Damianem Nenowem, reżyserem filmu „Jeszcze dzień życia”

Dawid Dróżdż w rozmowie z Damianem Nenowem

Czy próbując zrozumieć wojnę, zmieniamy samych siebie? Jaki demon kierował Ryszardem Kapuścińskim wyruszającym do ogarniętej konfliktem Angoli? O projekcie „Jeszcze dzień życia”, pokazywanym na tegorocznych festiwalach w Cannes i Gdyni, z Damianem Nenowem rozmawia Dawid Dróżdż.

Dawid Dróżdż: „Jeszcze dzień życia” mieści w sobie wiele opowieści. To film traktujący o rewolucji w Angoli – ważnym temacie historycznym, który zdecydowałeś się zuniwersalizować. To także psychologiczny portret, w którym stan ciągłego napięcia miesza się z fascynacją wojną oraz uzależnieniem od adrenaliny. Wreszcie, jest to także opowieść o samym Ryszardzie Kapuścińskim. Jak wyglądała twoja droga do tak złożonej konstrukcji filmu?

Damian Nenow: Dziewięć lat temu, kiedy zaczęliśmy myśleć o tym filmie, pomysł był dość luźny i nieskrystalizowany. Wiedzieliśmy jednak, czego nie chcemy zrobić – ilustracji do książki, rekonstrukcji wydarzeń czy typowej biografii Kapuścińskiego. Z czasem doszliśmy do wniosku, że powinien to być pełnometrażowy fabularny film akcji. Pierwowzór literacki daje możliwość zrobienia epickiego dzieła, ponieważ w tym reportażu są wszystkie elementy potrzebne do zrealizowania niezłego kina gatunkowego. Ponadto chcieliśmy, aby film miał uniwersalne znaczenie istotne także współcześnie. Podczas czytania Kapuścińskiego trudno oprzeć się wrażeniu, że mówi on o rzeczach, które nadal dzieją za naszymi oknami. Wystarczy spojrzeć na Syrię czy Ukrainę. Ponadto „Jeszcze dzień życia” ocieka poezją, a także alegorią, które mocno stymulują wyobraźnię. Książka stała się więc kręgosłupem do zbudowania na nim opowieści, która będzie opowiadała o prawdziwym człowieku i o czymś, co jest aktualne.

Mieliście więc kręgosłup, ale jak rozbudowywaliście go w film?

Tak naprawdę staraliśmy się bardziej wszystko redukować, a nie rozbudowywać. W reportażu Kapuścińskiego jest wszystko: narastające napięcie, data krwawej jatki dwóch mocarstw, samotny człowiek na froncie w paszczy lwa. Podczas tej lektury w głowie tworzą się fantastyczne wizje rodem z „Incepcji”. Mogę ten świat zdemontować, zniszczyć, naprawić, z powrotem zsyntetyzować i wypluć w bardziej impresjonistycznej formie – animacji, która nie będzie jedynie feerią kolorów, obrazków, ale i tematem, w którym jest coś prawdziwego. Robiliśmy film o dylematach Kapuścińskiego, o jego demonach – to wszystko składa się na esencję jego twórczości, na jego formułę pisarską. Wynika z niej specyficzna perspektywa obserwowania świata, a właściwie jej brak.

Na czym polega ten brak perspektywy?

Zazwyczaj w spojrzeniu na świat operujemy spojrzeniem z konkretnych perspektyw geopolitycznych, które mają niewiele wspólnego z samym człowiekiem – zapewne zawsze tak będzie. Na Ukrainę patrzymy zatem z Zachodu, ze Wschodu patrzymy na Zachód, a na przybywających z Południa uchodźców patrzymy z Północy. Kapuściński zawsze patrzył na świat inaczej, „od człowieka”. Zupełnie wykluczył kierunki, o których wspomniałem. W takim ujęciu fakty nie do końca są istotne, bo emocje oraz impresjonistyczny sposób okazywania czegoś przez pryzmat człowieka, z którym się żyje, wyklucza tak rozumianą obiektywność.

Fotografie: Platige Image, materiały filmowe Next Film

Skąd więc u Kapuścińskiego brała się fascynacja wojną? W jednym z reportaży napisał, że jest ona upadkiem człowieczeństwa, ponieważ wynika z braku umiejętności podjęcia dialogu między ludźmi.

Z pewnością istotnym czynnikiem jest w tym kontekście tak prozaiczna rzecz jak uzależnienie od adrenaliny. Warto jednak zauważyć, że Kapuścińskiego interesuje romantyczna strona wojny – wojownicy, Che Guevara z plakatu, Jezus Chrystus z karabinem. Kapuściński zabrnął na drugi koniec Angoli, aby podjąć wręcz samobójczą misję. Nie zrobił tego do końca z profesjonalnych powodów – gonił za swoimi fascynacjami, w naszym odczuciu ścigał swojego demona.

Czym właściwie był często wspominany przez ciebie demon Kapuścińskiego?

Sam wielokrotnie powtarzał, że nigdy do końca nie zrozumiał wojny. Także tej światowej, która ukradła mu całe dzieciństwo. Powiedział kiedyś, że „kto przeżył wojnę, nigdy się od niej nie uwolni”. W dużym uproszczeniu można przyjąć, że jest jakiś makabryczny magnetyzm w tym wojennym chaosie, który ściągał Kapuścińskiego z drugiego końca świata. Może była to potrzeba znalezienia iluzorycznego sensu? Był już na ośmiu wojnach, widział chyba wszystko, a i tak demon wymykał mu się z rąk. W Angoli Kapuściński z pełną determinacją przekroczył wszystkie granice, aby dotrzeć do absolutnego jądra ciemności. Dotarł do miejsca i sytuacji, w której sam stał się inżynierem wojennego chaosu. Angolczycy mają na to specjalne określenie confusão. Opis tego stanu umysłu, masowej paranoi, to jeden z najbardziej fascynujących fragmentów książki. To bardzo aktualna i współczesna sytuacja, w której sprzeczne koncepcje na „porządek” są gorsze od samego „bałaganu”.

Kapuściński zrozumiał, że wyprawa do Angoli doprowadzi go do miejsc, gdzie będzie musiał dźwigać szczególnie ciężkie brzemię. Jako dziennikarz i świadek wydarzeń stał się ich uczestnikiem. Obecność obserwatora zmienia ich bieg, nieważne, czy jesteś reporterem wojennym, czy przypadkowym świadkiem. W przypadku konfliktu zbrojnego każda zmiana kończy się rozlewem krwi po jednej lub po drugiej stronie. Kapuściński dochodzi do tak mrocznego miejsca, że sam musi się zmienić, odpuścić, zrewidować jakąś część siebie.

Z Angoli wrócił już nie jako dziennikarz, ale jako pisarz. Wie już, że confusão jest nieprzeniknione. „Zawsze wróci”, jak sam powiedział. Trzeba je zaakceptować i skupić się na ludziach. Opisywanie wydarzeń przez pryzmat spotkanych ludzi staje się po części jego językiem literackim. Wkrótce po napisaniu „Jeszcze dnia życia” staje się jednym z najwybitniejszych pisarzy naszego stulecia, sukces odnoszą jego sztandarowe książki, prezentujące dojrzałą formułę pisarską. Co się stało w 1975 roku? Znalazł się już w takim miejscu, w którym sam musiał się zmienić. Co go tam ciągnęło? Fascynacja i demony.

Poznałeś ludzi, którzy uczestniczyli w tej wojnie. Czy rozmawiałeś także z ludźmi z najbliższego otoczenia Kapuścińskiego?

Oczywiście. Powstanie filmu poprzedził bardzo długi okres przygotowań i wielokrotnie docieraliśmy do bardzo zaskakujących informacji na jego temat. Ze wszystkich rozmów z jego przyjaciółmi i ludźmi, którzy poznali go w Angoli, wyłania się portret człowieka pewnego siebie, szarmanckiego, pełnego charyzmy ze zniewalającym, uwodzicielskim uśmiechem. Nie miał żadnych uprzedzeń, momentalnie zaprzyjaźniał się z napotykanymi ludźmi. Swoim śmiechem i charyzmą niejednokrotnie potrafił obezwładnić żołnierza, który trzymał go na muszce.

Nie poprzestaliśmy jednak tylko na rozmowach. Obejrzeliśmy i przeczytaliśmy wszystko na jego temat. Kiedyś dotarliśmy do wywiadu z 1977 roku przeprowadzonego przez Marka Millera z Łódzkiej Szkoły Filmowej. Zobaczyliśmy tam zupełnie inny obraz Kapuścińskiego – drobnego, skulonego, wycofanego, skromnego mężczyznę, który cieniutkim głosikiem mówi bardzo nieśmiało o swoich wojennych doświadczeniach. Mieliśmy dwa wyobrażenia człowieka, które trudno było skonsolidować.

W filmie widzimy raczej tę pierwszą wersję Kapuścińskiego. 

Priorytetem było dla nas pokazanie człowieka, którego obraz wyłania się z emocji rozmówców o nim opowiadających. Połączenie animacji i dokumentu dało nam pewną wolność. W jednej garści mieliśmy fakty, a druga dłoń czekała na całą resztę – kreację i naszą wizję. Nigdy nie chcieliśmy się bawić w rekonstrukcję Kapuścińskiego, bo wiedzieliśmy, że każdy pamiętał go trochę inaczej. Stworzyliśmy własny obraz tego człowieka, dokładając trochę swojej wyobraźni.

Fotografie: Platige Image, materiały filmowe Next Film

Od początku zakładaliście, że podzielicie film na część dokumentalną i animowaną fabułę?

Musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie dotyczące higieny tworzenia filmu: czy chcemy być purystami i tworzyć spójne, spolaryzowane struktury, w których jest albo dokument, albo animacja. To było jednak niemożliwe. Musieliśmy to rozróżnienie „zabrudzić”. Traktuję ten film jako live action i animację.

Sam pomysł zrodził się w głowie baskijskiego dokumentalisty Raúla de la Fuentego. Widział mój wcześniejszy film „Paths of Hate”, po czym przyjechał do Polski i powiedział, że chce zrobić coś takiego. Nie było żadnego scenariusza, to był impuls. Po jakimś czasie pojawił się trochę szalony koncept, według którego mieliśmy zrobić pełnometrażowy film akcji, a nie dokument. Nie dla Polaków czy Hiszpanów, ale dla międzynarodowej publiczności, o czymś aktualnym i istotnym. To miała być nasza wizja, a nie wierna adaptacja reportażu. Później przez kilka lat siedzieliśmy z Raúlem i pisaliśmy scenariusz z zespołem kreatywnych ludzi. Od samego początku miała to być hybryda. Wiedzieliśmy, że na połączeniu tych dwóch światów powstanie coś mocnego. W 2012 roku stworzyliśmy teaser, który dobrze się przyjął w internecie. Zobaczyliśmy, że to działa, a tam już zawarliśmy swój koncept – zderzenie naszej wizji z realnym człowiekiem.

Mówiliśmy o fascynacji wojną Kapuścińskiego, ale chyba ciebie też ten temat zafascynował, co znalazło wyraz już w twoim wspomnianym krótkim metrażu „Paths of Hate”. Wojna to wdzięczny temat dla filmowca?

Trudno mówić o wojnie, że jest wdzięcznym tematem. Nigdy się nią nie fascynowałem. Natomiast jest ona esencją zła. Jeśli zbierzemy wszystkie problemy komunikacji międzyludzkiej, to po ich skumulowaniu otrzymamy masę krytyczną, którą jest wojna – końcowy szczebel zła, jądro ciemności. Dla mnie jako dla reżysera filmów animowanych atrakcyjne jest to, że obnaża ona mechanizmy ludzkiej psychiki. W sytuacji skrajnej nienawiści często nie pamięta się o genezie konfliktu – wszystko zamienia się w ślepą furię, która była także tematem „Paths of Hate”. Ta skłonność do autodestrukcji z formalnego punktu widzenia pozwala reżyserowi na pewną zabawę światem – na ukazywanie go przez pryzmat zmian w percepcji człowieka odciętego od rzeczywistości, do jakiej przyzwyczajają nas czasy pokoju.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 508

(40/2018)
2 października 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj