Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Epicka opowieść o...

Epicka opowieść o kaszubskim pograniczu? O filmie „Kamerdyner” w reżyserii Filipa Bajona

Cezary Obracht-Prondzyński

Obraz Filipa Bajona, uhonorowany Srebrnymi Lwami na 43. FPFF w Gdyni, to rzadka okazja do przyjrzenia się kulturze kaszubskiej, po którą filmowcy sięgali tylko wyjątkowo. Czy twórcom udało się oddać sprawiedliwość złożoności podziałów kulturowych w regionie?

[Informacja dla czytelników, którzy nie oglądali filmu: tekst zawiera spoilery]

O filmie „Kamerdyner”, zapowiadanym jako epicka opowieść o kaszubskim pograniczu (jego północnej części), mówiło się od kilku lat. Nazwiska scenarzystów, osoba reżysera, zapowiedzi obsady, a przede wszystkim temat powodowały, że w środowisku kaszubskim czekano na ten film z niecierpliwością, zaciekawieniem i… niemałą dozą niepokoju. Zadawano sobie pytanie: jak zostaną pokazani Kaszubi w kontekście bardzo złożonych relacji z niemieckimi sąsiadami oraz na tle kolejnych zmian politycznych? A trzeba sobie uświadomić, że film obejmuje kilka niezwykle dramatycznych dekad, w których doszło do niemal całkowitej zmiany realiów społecznych w tym regionie. Gdy porówna się sytuację polityczną, ekonomiczną czy kulturowo-etniczną na Kaszubach w roku 1901, w którym rozpoczyna się akcja filmu, z sytuacją po roku 1945, okaże się, że niewiele się zachowało. Przede wszystkim przetrwali Kaszubi, ale była to już inna społeczność niż na początku XX wieku.

Kaszuby poza ekranem

Na film „Kamerdyner” czekano także dlatego, że Kaszubi czy tematyka ich regionu była –w porównaniu choćby ze Śląskiem (nie tylko filmy Kazimierza Kutza) i Wielkopolską (serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” i inne) – bardzo rzadko wykorzystywana w filmach fabularnych. Owszem, sporo jest dokumentów filmowych, kładących nacisk głównie na relację z Niemcami czy wprost germanizację. Bardzo skromnie natomiast prezentuje się zasób filmów dramatycznych. Kto dzisiaj zna i ogląda „Kaszëbë” w reżyserii Ryszarda Bera z 1970 roku? Więcej osób pewnie kojarzy serial „Miasto z morza” w reżyserii Andrzeja Kotkowskiego o budowie Gdyni, gdzie w tle jest miłość Kaszuby do dziewczyny z Polski [2009], czy film Antoniego Krauzego „Czarny czwartek” [2011], opowiadający o losach Kaszuby Antoniego Drywy w kontekście Grudnia ’70. W wymiarze międzynarodowym najważniejszym (i cały czas właściwie jedynym) filmem nawiązującym do Kaszubów pozostaje ekranizacja powieści Güntera Grassa „Blaszany bębenek” wyreżyserowana przez Volkera Schlöndorffa [1979].

Z pewnością najważniejszym filmem nawiązującym do Kaszubów pozostaje ekranizacja „Blaszanego bębenka” wyreżyserowana przez Volkera Schlöndorffa [1979].

Cezary Obracht-Prondzyński

I to w zasadzie wszystko… A więc bardziej niż skromnie. Dlaczego, skoro tematów z pewnością by nie zabrakło? Sam wielokrotnie przekonywałem się, że opowieści o losach konkretnych osób, rodzin czy społeczności lokalnych z naszych stron wywołują duże zainteresowanie, choćby dlatego, że są odmienne, a niekiedy wręcz egzotyczne dla osób przybywających tutaj z Polski. Mimo to nie przyciągnęły one uwagi twórców filmowych. Być może wytłumaczeniem może być sytuacja, z jaką zetknąłem się ponad dwie dekady temu. W połowie lat 90. miałem okazję przez trzy dni jeździć po Kaszubach z jednym z najbardziej znanych wówczas i dzisiaj polskich reportażystów. Chciał napisać większą rzecz o naszej społeczności, więc robiłem za przewodnika, kontaktując go z różnymi osobami, wizytując instytucje, spędzając czas w ciekawych miejscach. I opowiadając o „kontekstach”. Po jakimś czasie, gdy reportaż nie powstał, zapytałem: dlaczego? Odpowiedź brzmiała: to jest zbyt skomplikowane, nie da się tego przedstawić w jakiś syntetyczny, ale też zrozumiały sposób. Od tego czasu mam wrażanie, że właśnie ta złożoność i wielowymiarowość „problemu kaszubskiego” czyni twórców nieco bezradnymi. Dotyczy to zresztą nie tylko filmowców czy reporterów, ale i pisarzy. Co nie oznacza, że nie podejmuje się prób zmierzenia się z tematem kaszubskim. Z jedną z nich mamy do czynienia w przypadku „Kamerdynera”. Ważnym atutem byli tutaj z pewnością scenarzyści, którzy dość dobrze znają się na tematyce kaszubskiej (Mirosław Piepka jest synem jednego z popularniejszych pisarzy i działaczy kaszubskich Jana Piepki). Reżyser Filip Bajon ma zaś doświadczenie w kręceniu tego typu epickich panoram. Jak więc sobie poradzili filmowcy z tym trudnym tematem?

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Odwaga realizatorów

Moja ocena będzie siłą rzeczy subiektywna i mało fachowa, nie jestem bowiem ani filmoznawcą, ani krytykiem filmowym. Oglądałem ten film przede wszystkim jako Kaszuba, zaangażowany w życie swojej społeczności. A jestem przekonany, że film zostanie inaczej odebrany na Kaszubach i Pomorzu, inaczej zaś poza tym regionem. Skądinąd jestem ciekaw, ile z tej opowieści zrozumieją osoby, które nigdy wcześniej nie zetknęły się z kaszubską historią czy nawet z Kaszubami?

Po drugie, oglądałem ten film jako badacz skoncentrowany na historii i współczesności Kaszub. Oczywiście, stale powtarzałem sobie: to (tylko) opowieść, a nie dokument czy historyczna rozprawa. Starałem się pamiętać, że film posługuje się skrótem, obrazem, symbolem, metaforą, dźwiękiem, a niekiedy tylko gestem czy spojrzeniem. Nie ma tutaj możliwości wyłożenia całego kontekstu i okoliczności, w jakich rozgrywa się akcja. Trzeba też zmieścić w ograniczonych ramach czasowych (choć film i tak trwa 2,5 godziny) opowieść o kilku dziesięcioleciach i kilkunastu postaciach. Powiązanie tego w czytelny, a zarazem emocjonalnie angażujący sposób nie jest łatwe.

Zacznę od tego, co uważam za plus filmu. Z oczywistych względów takim jest dla mnie samo podjęcie tematu kaszubskiego i próba uczynienia go jak najbardziej autentycznym, czemu z pewnością służyło wprowadzenie języka kaszubskiego. To odważna decyzja, bo aktorzy musieli się go nauczyć, a nie jest to proste. To decyzja także ważna, z powodów społecznych i kulturowych – posługiwanie się nim w filmie fabularnym, który trafi do bardzo różnych osób w całej Polsce, daje szansę na zetknięcie się z tematyką kaszubską i przyczyni się do poznania językowej specyfiki Kaszub.

Jeśli idzie o fabułę, zdecydowanie najmocniejsze są ostatnie sceny – mord w Piaśnicy oraz tragiczny los hrabiostwa von Krauss po wkroczeniu Armii Czerwonej. W tym też kontekście chcę podkreślić, że najlepsze, moim zdaniem, kreacje to Anna Radwan i Adam Woronowicz (nagrodzony za nią zresztą na ostatnim FPFF w Gdyni) jako małżeństwo von Krauss. Ich toksyczna relacja oraz podejmowane przez nich decyzje, zachowania, charaktery przesądziły o tym, że film się broni.

Po trzecie, na pewno na plus należy zaliczyć zdjęcia. Film kręcono głównie na Warmii i jej pograniczu z Mazurami i ktoś kto zna Kaszuby, zwłaszcza ikonografię sprzed wieku, od razu wychwyci istotne różnice w krajobrazie kulturowym. Jednak obecność wody (morze i jeziora), aranżacje rybackie (sieci) czy widoki polnych dróg i lasów z powodzeniem „kaszubią” ten film. Dla oka jest on prawdziwą przyjemnością.

Po jego obejrzeniu nie mogę się mimo wszystko uwolnić od szeregu wątpliwości, które dotyczą sposobu przedstawiania realiów historycznych i kwestii ściśle dramaturgicznych (co zresztą jest ściśle powiązane).

Wygładzone podziały

Co kluczowe, film w mojej ocenie nie oddaje dystansu społecznego i kulturowego, jaki panował między kaszubską wsią a junkierskim dworem. W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest to dość sentymentalna opowieść o relacji dwór–wieś, która mogłaby się zdarzyć wszędzie na ziemiach polskich, a jej istotą jest problem relacji klasowych. Ale na Kaszubach było inaczej. Wiem, że to, czego bym oczekiwał, jeszcze bardziej by film skomplikowało, a on już dziś jest trudny do odbioru dla kogoś, kto nie orientuje się w realiach kaszubskiego pogranicza. Ale, niestety, w wyniku takiego, a nie innego pokazania dworu von Kraussów bardzo dużo na dramatyczności tracą pokazane postacie.

W pewnym momencie miałem wrażenie, że jest to dość sentymentalna opowieść o relacji dwór–wieś, która mogłaby się zdarzyć wszędzie na ziemiach polskich, a jej istotą jest problem relacji klasowych. Ale na Kaszubach było inaczej.

Cezary Obracht-Prondzyński

Przede wszystkim, jeśli autorzy filmu zdecydowali się na kaszubską „stylizację” językową, powinni byli mocniej przywołać język niemiecki, który pojawia się tu zupełnie incydentalnie. Dwór mówi polszczyzną, i to bardzo współczesną. Co więcej, nawet w Piaśnicy padają komendy po polsku!

Nie czujemy tutaj zupełnie, że to są dwa odrębne światy nie tylko pod względem społecznym, ale także – a może przede wszystkim – kulturowym. Wystarczyłoby „zamarkować” po niemiecku początki dialogów, przywitania, komendy czy niektóre zwroty dialogiczne, aby oddać bariery i dystanse. Wyobraźmy sobie choćby, że w ostatniej scenie Marita krzyczy po niemiecku do Mateusza z rozpaczą, dlaczego nie chce z nią jechać i co z nimi (z nią i synkiem) będzie, a on jej po kaszubsku odpowiada, że postanawia zostać. Od razu wybito by wyraźnie, że historia dramatycznie rozdziela ich dalsze losy.

Co więcej – zupełnie nie daje się wyczuć, na czym polegał dramat kulturowej ambiwalencji, w jakiej znalazł się Mateusz Kroll, umieszczony jako bękart w pałacu hrabiowskim. A przecież problemem był nie tylko jego status „nieprawego” dziecka czy dystans klasowy, lecz także obcość kulturowa. Pytanie: po jakiemu rozmawiał z państwem i rodzeństwem, a po jakiemu ze służbą czy ludźmi we wsi? Musiał funkcjonować w świecie przynajmniej dwóch, jeśli nie trzech języków. W dworze mówił po niemiecku, we wsi po kaszubsku, a w kościele po polsku (podobnie jak po polsku czytał gazety). Można było zaznaczyć tę ambiwalencję prostymi środkami.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Tego zresztą dotyczy chyba najpoważniejsza moja wątpliwość – otóż Marita von Krauss bierze ślub w kościele katolickim. Od strony historycznej to bardzo dyskusyjne. Rody junkierskie na północnych Kaszubach (i nie tylko) były ewangelickie! Zwróćmy uwagę – gdy Mateusz się rodzi, zostaje ochrzczony przez księdza katolickiego. I jako takie dziecko trafia do dworu, który jest luterański! Jego obcość zostaje więc dodatkowo pogłębiona. Należałoby zapytać – do jakiego kościoła chodził? Wyobraźmy sobie scenę – rodzina wyjeżdża do zboru na nabożeństwo, a on zostaje w domu, stojąc na progu, bo przecież to nie jego kościół. I od razu wiemy, że to się powtarza co tydzień przez całe jego młodzieńcze życie… Jakże inaczej wyglądałaby też scena ze ślubu Marity, gdyby Mateusz wdarł się do zboru ewangelickiego i tam zagrał na organach.

Mógłbym ten wątek jeszcze pociągnąć, wskazując wiele innych momentów, które nie oddają zupełnie podziału kulturowego. A on przecież istniał, niezależnie od tego, że w realiach życia codziennego dochodziło do kontaktów między tymi różnymi światami. Relacja między Maritą a Mateuszem była nieakceptowalna i skazana na klęskę, a jednocześnie heroiczna, nie tylko z powodu podejrzenia związku kazirodczego czy ryzyka mezaliansu, ale też dlatego, że przekraczali oni bariery religijne i kulturowe. Tego napięcia nie wyczuwamy, a przecież zawsze miłość zakazana i tragiczna buduje siłę filmowej narracji. Ja tej siły tutaj, niestety, nie odnajduję.

Losy kaszubskiego króla

O tym, że da się nawet w jednej scenie pokazać istniejące podziały, świadczy bardzo ciekawy epizod, w którym przyjeżdża „pan z Warszawy” i rozmawia najpierw z Bazylim Miotke, a potem z hrabią. Jest w tym nieco prawdy o trudnych relacjach między Kaszubami a nową władzą polską po 1920 roku, kiedy to obie strony za bardzo się nie rozumiały. Przy okazji pokazano, w jakiej sytuacji byli pruscy junkrowie, którzy pozostali w Polsce, gdzie ich majątki przeznaczano sukcesywnie na parcelację.

Ta scena pokazywała też, że „przemija postać świata”. Dawne czasy odchodziły w przeszłość, a nowe porządki bywały trudne. W tym kontekście muszę napisać parę słów o postaci Bazylego Miotkego, granego przez Janusza Gajosa. Dzięki jego mistrzostwu aktorskiemu postać się broni. Jest jednak bardzo nierówna, gdyż chyba po prostu została niekonsekwentnie napisana. Są elementy, które pozwalają wprost odczytać w Miotkem „kaszubskiego króla”, czyli Antoniego Abrahama. Zresztą Miotke też tak zostaje nazwany. Handluje jak Abraham maszynami do szycia, agituje za Polską, no i jedzie do Wersalu. Jednocześnie jest w specjalnych relacjach z hrabią von Kraussem, odgrywając rolę lokalnego lidera, mędrca, ale też szydercy czy politycznego wichrzyciela. Tylko skąd nagle pomysł, aby wybudował wielki tartak? Zupełnie też dziwaczny jest pomysł kolejny, że nagle objawia się jako starosta. Skąd, jak, dlaczego? W dodatku w latach 30.? To całkowicie niewiarygodne z punktu widzenia historycznego, ale przede wszystkim zupełnie niewynikające z charakterystyki postaci. Być może chodziło o uzasadnienie rozstrzelania go w Piaśnicy, ale przecież na Kaszubach mordowano osoby o zdecydowanie niższym statusie społecznym. Myślę, że wystarczyłoby go pokazać jako wójta – byłoby to znacznie sensowniejsze i korespondowałoby z jego rolą lokalnego lidera.

Problemem był nie tylko status Mateusza Krolla jako „nieprawego” dziecka czy dystans klasowy, lecz także obcość kulturowa. Po jakiemu rozmawiał on z państwem i rodzeństwem, a po jakiemu ze służbą czy ludźmi we wsi?

Cezary Obracht-Prondzyński

Tragedia wojny

Jak napisałem wcześniej, mocną stroną jest pokazanie Piaśnicy i koszmaru realiów kaszubskich od razu po wybuchu wojny, jeszcze w kontekście zaangażowania niemieckich sąsiadów, znajomych etc. Pewnie znaczna część widzów będzie miała problem ze zrozumieniem nieco alegorycznych i dziwnych scen z Piaśnicy, w których nagle pojawiają się osoby w piżamach szpitalnych – ewidentnie niepełnosprawne umysłowo. Tymczasem idzie tutaj o to, że w tych lasach ginęli nie tylko Kaszubi i Polacy, lecz także osoby przywożone z Niemiec z zakładów psychiatrycznych.

Przywołując Piaśnicę, zastanawiam się, czy aby na pewno wyczuwamy dramat Mateusza, który widział tę zbrodnię i osiwiał? Czy rzutuje ona choćby na jego relację z mieszkańcami dworu? Żyją oni jakby w wyizolowaniu, na wyspie, w czasie spowolnionym, z dala od dramatu wojny (poza jedną sceną, w której mowa o Stalingradzie). W tym też kontekście pojawia się scena wyjazdu z dworu i decyzja o pozostaniu hrabiostwa na miejscu. Nie widać tutaj jednak moim zdaniem dramatu końca znanego świata. Pomyślałem: jaka szkoda, że nie pokazano, jak w tym dworze kłębią się od kilku miesięcy tłumy uciekinierów – krewnych i ich znajomych z Prus Wschodnich, którzy uciekli przed grozą frontu i opowiadali o koszmarze wiążącym się z wejściem Armii Czerwonej. A tak właśnie było niemal wszędzie na Kaszubach i Pomorzu. Panowały przerażenie i panika. W tym kontekście decyzja hrabiny Gerdy von Krauss wyglądałaby zupełnie inaczej. Bo ona wiedziała, co ją spotka! Była tego świadoma, a mimo to została wraz z mężem. Jak dramatycznie można by to pokazać, pogłębiając grozę sytuacji, która taka właśnie była – okrutna, straszna, dramatyczna.

Oczywiście, mam świadomość, że każdy reżyser i scenarzysta sam dokonuje wyboru środków wyrazu, buduje własną narrację, odwołuje się do wybranych przez siebie sposobów przedstawiania losów bohaterów. Ja widzę w tej historii sporo „mielizn”, ale też niewykorzystanych możliwości, aby obraz pogłębić, skomplikować i udramatycznić.

Kamerdyner, fot. Rafał Pijański

Wiarygodność tkwi w szczegółach

Wiele napisano także o grze aktorów (i pozytywnie, i negatywnie), ja zwróciłbym jeszcze uwagę na pewne słabości charakteryzacji (odnosiłem wrażenie, że niektórzy bohaterowie przez czterdzieści lat niemal się nie zmieniają) czy w oddaniu niektórych detali. Są one ważne, bo sposób ich przedstawienia uwiarygadnia opowieść lub jej wiarygodność nadwyręża. Dziwne jest przykładowo to, że Kaszubi śpiewają piosenki całkiem współczesne i że uczestniczą w nabożeństwie w sanktuarium w Sianowie koło Kartuz (a północne Kaszuby gromadziły się wokół sanktuarium morskiego w Swarzewie). Zdziwiła mnie również scena z przyjazdem grupy Kaszubów (ubranych w stroje folklorystyczne?!) stawiających słup graniczny… Pomyślałem wreszcie, że realizatorzy mogliby pamiętać o tym, iż Gerda, mierząc swoje dzieci i zapisując ich wzrost na framudze drzwi, nie mogła raczej pisać inicjałów ich imion w 1909 roku alfabetem łacińskim, lecz gotykiem! Niby drobna rzecz, ale pokazuje, że realia kulturowe gdzieś się wymykają… Podobnie jak trochę dziwnie wygląda pomysł wysłania Matiego do gimnazjum w Brodnicy, skoro północne Kaszuby uczyły się w gimnazjum wejherowskim (tym bardziej, jeżeli chciano zaoszczędzić na jego kształceniu).

Formułując powyższe uwagi, zdaję sobie sprawę, że mój odbiór filmu jest specyficzny, może nazbyt detaliczny. Dla zdecydowanej większości widzów te kwestie będą albo drugorzędne, albo zupełnie będą niezauważalne. Ważniejsze pewnie będzie to, czy opowieść o romansie okaże się interesująca, czy ocenią grę aktorów pozytywnie, czy ta historia rodzinna i lokalna będzie dla nich wiarygodna, nawet jeśli niewiele wcześniej słyszeli o naszych losach. Być może zresztą film zachęci do tego, aby sięgnąć po jakieś wspomnienia czy jakieś popularne opracowania? Na pewno szeroka reklama „Kamerdynera”, pozwoli na mocniejsze wprowadzenie „tematu kaszubskiego” do świadomości osób spoza Pomorza. Jeśli tak, film odegra istotną rolę z naszego, kaszubskiego, punktu widzenia. A oceny jego jakości każdy dokona sam.

SKOMENTUJ

Nr 507

(39/2018)
25 września 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj