Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Wakar w środę]...

[Wakar w środę] Próba eseju. Wokół „Burzy Williama Szekspira” w Teatrze Narodowym

Jacek Wakar

Najłatwiej byłoby napisać, że nowe, długo oczekiwane przedstawienie Pawła Miśkiewicza się nie udało i w sumie – poza ułamkami ról oraz kilkoma pięknie zakomponowanymi scenami – z „Burzy” nic nie zostało.

Można też byłoby dodać, że to niepodobieństwo, mając na scenie Jerzego Radziwiłowicza, Mariusza Benoit, Jana Frycza i Mariusza Bonaszewskiego, tak bardzo z tego nie skorzystać, okrawając ich partie czasem z samego sedna, esencji postaci. W końcu wyszedłem ze spektaklu ważnego dla mnie reżysera mocno poirytowany. I w kategoriach recenzenckich złość mi nie mija, a „Burzy” ciągle bronić nie potrafię. Tak jak mam kłopot ze zrealizowanym na tej samej scenie „Ślubem” Eimuntasa Nekrošiusa. Wielki litewski artysta zlekceważył rządzące dramatem Gombrowicza żelazne zasady, a w zamian zaproponował własny świat, jednak niespójny z oryginałem. Śmierć artysty prowokuje, by do jego ostatniego przedstawienia wrócić, popatrzeć na nie inaczej, ale obawiam się, że to nic nie da. Nekrošius zapisał swój „Ślub” jak zwykle na wskroś bezkompromisowo. Tym razem się z nim chyba w żadnym punkcie nie spotkałem.

Z „Burzą” jest dość podobnie, bo spektakl Miśkiewicza nie jest w istocie realizacją ostatniej sztuki Szekspira, ale nie proponuje w zamian ekwiwalentu tamtego dzieła. Nie oczekuję przy tym „Burzy” czytanej powierzchownie, do jakiej przyzwyczaił nas teatr sprzed kilku dekad. Mam pewność, że co najmniej od czasów Jana Kotta nikt już nie wierzy w opowieść o jednoznacznie pozytywnie rysowanym magu wygnanym na rajską wyspę, na koniec osiągającym triumf sprawiedliwości i łamiącym czarodziejską różdżkę. Paweł Miśkiewicz jest twórcą, po którym nie mogliśmy się inscenizacji tak infantylnej. Tym bardziej, że reżyser opowiadał przed premierą, że zobaczył w „Burzy” historię przegranego racjonalisty, którego przerósł chaos świata i sam stał się tego chaosu częścią.

Spektakl Miśkiewicza nie jest w istocie realizacją ostatniej sztuki Szekspira, ale nie proponuje w zamian ekwiwalentu tamtego dzieła.

Jacek Wakar

W dodatku Prospera gra Jerzy Radziwiłowicz, który w takim ujęciu zdawał się Prosperem idealnym. Wielki aktor – mam pewność – doskonale rozumie podobnych bohaterów, powracają oni dość regularnie na jego artystycznej drodze. Można mnożyć przykłady, ale ograniczę się do ról u największych, za to u skrajnie różnych reżyserów. Henryk w „Ślubie” Jerzego Jarockiego w krakowskim Starym Teatrze w roku 1991 wychodził na pustą całkiem scenę, aby podjąć desperacką, skazaną na klęskę próbę zrozumienia i podporządkowania sobie rzeczywistości. Na naszych oczach stawał się uzurpatorem, którego przerastała zagarnięta przez samego siebie władza. Trochę szkoda Prospera, bo mógłby może stać się nawiązaniem do tamtej legendarnej kreacji. I jeszcze Konrad z „Dziadów – dwunastu improwizacji” Jerzego Grzegorzewskiego również w Starym Teatrze. Wciąż brzmi mi w uszach Wielka Improwizacja w wykonaniu Radziwiłowicza, najbardziej introwertyczna, jaką w życiu słyszałem. Była bolesnym rachunkiem strat, przyznaniem się do życiowej porażki. Ślady podobnego rozgoryczenia nosi w sobie Prospero – w tym, co z tej partii w Narodowym zostało.

Do tego przecież sam Miśkiewicz – nauki pobrane od Krystiana Lupy przenoszący na własny, osobistym charakterem pisma rysowany teatr. Mógłbym znów powtarzać tytuły jego ważnych dla mnie przedstawień, ale skupię się na przedostatniej pracy w Narodowym – „Idiocie” według Fiodora Dostojewskiego. Miśkiewicz przeczytał wielką powieść wnikliwie, ale uciekł od zwyczajowo przyjętych jej interpretacji. Osią widowiska nie był tym razem konflikt Myszkin–Rogożyn, gdyż na pierwszym planie znaleźli się bohaterowie, którzy zazwyczaj są w tle opowieści. Dlatego z zachwytem patrzyliśmy, jak swych przeżartych powszednim złem bohaterów portretują Jan Frycz i Mariusz Benoit. W „Burzy” Benoit zagrał i Ariela, i Kalibana. Karkołomne – jak się zdawało – połączenie miało zapewne posłużyć do ukazania awersu i rewersu tej samej postaci niewolnika i od biedy można to tak odebrać. Tyle że ważniejsza zdaje się transformacja Benoit, który w krótkim fragmencie wypowiada też kwestie Mirandy. To nie jest aktor próżny, szukający okazji do popisu, a jednak jego swobodna obecność w „Burzy” coś z popisu ma.

Rzekłbym, że Paweł Miśkiewicz zrobił w Narodowym przedstawienie o kryzysie dojrzałej męskości, wypieranej przez po gombrowiczowsku traktowaną chłopacką młodość. Można przez takie lustro patrzeć na bohaterów Radziwiłowicza, Frycza i Bonaszewskiego, ale to wciąż jest za mało. Mogę zrozumieć, że Miśkiewicz nie zajmuje się światem dramatu Szekspira, w zamian powołując do scenicznego życia fantazmaty wyobraźni postaci. Stąd takie, a nie inne ustawienie Mirandy, w której rolę wciela się zjawiskowa Maja Kleszcz. Jej istnienia także i w teatralnej muzyce nie można nie docenić, ale tym razem Mirandy de facto na scenie nie ma. Jak dla mnie jest to zubożenie, ale Miśkiewicz zapewne ruguje z dramatu miłość Ferdynanda i córki Prospera, bo mu ten wątek nie współgra z ideą inscenizacji.

Paweł Miśkiewicz zrobił w Narodowym przedstawienie o kryzysie dojrzałej męskości, wypieranej przez po gombrowiczowsku traktowaną chłopacką młodość.

Jacek Wakar

Dlaczego zatem „Burza” z Narodowego jakoś do mnie powraca? Ano dlatego prawdopodobnie, że trzeba czytać ten spektakl przez pełne brzmienie tytułu – „Burza Williama Szekspira”. Tak potraktowany staje się próbą celowo introwertycznego eseju na temat ostatniego dzieła autora „Hamleta”. Podobne rzeczy robił kiedyś w tym samym miejscu Jerzy Grzegorzewski, o którym wielokrotnie podczas seansu myślałem. Także dlatego, że Miśkiewicz oświetla „Burzę” obszernymi fragmentami „Morza i zwierciadła” Audena. Kiedyś genialny spektakl na jego podstawie zrobił Grzegorzewski, Radziwiłowicz był fascynującym Kalibanem, Beata Fudalej – Arielem, Jerzy Trela żegnającym się z życiem Prosperem. Spektakl Miśkiewicza przywołuje może mimowolnie tamto przedstawienie, a sam reżyser jakoś z Grzegorzewskiego czerpie. To oczywiście nie znaczy, że Miśkiewicz stał się kontynuatorem byłego szefa Narodowego, ale go przypomina. Przynajmniej niektórym. I pokazuje, że teatr wciąż można traktować maksymalistycznie, na wskroś serio. Nawet ponosząc ryzyko porażki.

 

* Ilustracja wykorzystana jako ikona wpisu: John William Waterhouse [Domena Publiczna]

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 518

(50/2018)
12 grudnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj