Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Bruksela jako Moskwa,...

Bruksela jako Moskwa, czyli dwie drogi postkomunistycznego mimetyzmu

Jarosław Kuisz

II RP zakończyła się katastrofą, której krótkie upojenie ultra-, super-, turbo- (niepotrzebne skreślić) suwerennością na pięć minut przed zagładą niektórych zachwyca. Rok 1939 powinien być nieustannie odrabianą lekcją, w której suwerenistyczne „non possumus” w ogóle nie powinno być przedmiotem bezkrytycznego zachwytu.

Wielu Polaków odczuwa strach: dlaczego rząd PiS-u gotowy jest na otwarte zwarcie z USA? Po drodze przecież zraził do siebie europejskich sojuszników. Niczego dla bezpieczeństwa nie ugrał, a już wchodzi w kolejne konflikty z instytucjami unijnymi. Nagle dowiadujemy się o innych awanturach, choćby mamy jakiś spór z Czechami.

Żelazne sojusze PiS-u z USA czy Grupą Wyszehradzką z wczoraj – dziś stają pod znakiem zapytania. Niejeden rodak nie rozumie, co się tutaj dzieje i obawia się tak zwanego polexitu, co – w przełożeniu na polski – oznacza utratę niepodległości i powrót do strefy wpływów Moskwy. Skąd zatem ta skłonność do szarż i geopolitycznego ryzyka? Czy w ogóle można zrozumieć takie postępowanie?

Koniec z dyktatem Brukseli!

„Koniec ze zgadzaniem się na dyktat Brukseli, koniec z cofaniem się. Musimy traktować ją jak Gazprom” – ostatnio stwierdził jeden z prominentnych polityków Zjednoczonej Prawicy.

„Będziemy bronić naszej tożsamości, naszej wolności, suwerenności za wszelką cenę, nie damy się terroryzować pieniędzmi” – niecały rok temu pod adresem organów unijnych powiedział Jarosław Kaczyński (podczas negocjacji budżetu Unii Europejskiej i tak zwanego koronafunduszu).

Takie słowa padają ciągle, w różnych wersjach. Wypowiadają je rządowi politycy, podpisują się pod nimi publicyści związani z obozem Zjednoczonej Prawicy.

Wielu osobom te słowa wydają się szczytem aberracji umysłowej. Ciągiem dalszym, wydawałoby się już dostatecznie długich, „dziejów głupoty w Polsce”. Niektórzy sądzą, że ten sposób myślenia to prosta droga do zguby państwa.

Jednak, aby lepiej polemizować z tym sposobem myślenia, a także, aby lepiej zrozumieć, dlaczego PiS cieszy się stałą popularnością wśród swojego elektoratu, mimo geopolitycznego ryzyka, jakie podejmuje, musimy pewną rzecz zrozumieć. Czy nam się to podoba, czy nie – takie słowa jak cytowane wyżej odsyłają nas do pewnej polskiej tradycji myślenia o racji stanu.

Co więcej, przypominają, że po 1989 mieliśmy co najmniej dwa źródła inspiracji do modernizowania kraju: jedno skierowane na Zachód, drugie – raczej bezkrytycznie wpatrzone we własną przeszłość.

Kac niepodległości 

Po 1989 roku niektórzy mieli patriotycznego kaca. Co to za niepodległość, którą odzyskano w drodze kompromisu z przeciwnikiem? Co to za nowa Rzeczpospolita, której początków nie okupiono daniną krwi?

W czasie, gdy jedni rzucili się budować fundamenty nowego państwa czy „robić biznesy”, drudzy próbowali poradzić sobie w rzeczywistości, której zupełnie nie rozumieli, jeszcze inni – gorzko lamentowali.

Owe biadania pochodziły od poważanych osób. Weźmy na przykład Zbigniewa Herberta, który w latach 80. wydawał się osiągać polityczny status równy wielkim romantykom. Poeta – autorytet moralny, który przypominał Polakom o „kwestii smaku” oraz narodowych obowiązkach – po upadku komuny zgorzkniał.

Jak wyznał, nie mógł pogodzić się ze sposobem wyjścia z niewoli. W głośnym wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” na początku lat 90. Herbert powiedział między innymi: „Sam zastanawiałem się, dlaczego budząc się co dzień ze świadomością, że żyję w niepodległym kraju – odczuwam pewien dyskomfort. Myślę, że wynika to stąd, że nie wywalczyłem tego. Niepodległość dostaliśmy w prezencie od historii, za wolność nie zapłaciliśmy ani kropli krwi”.

Nie był to wówczas głos odosobniony, ale z pewnością należał do mniejszości. Kompromis ‘89 wydawał się zgniły wcale nie tak małemu gronu osób, które „walczyły z komuną”. Brakowało im cezury ostrej jak gilotyna – „oddzielenia Dobra od Zła” – nie słowami, a czynem. Na tle polskiej historii Okrągły Stół wydawał im się mdły, nijaki.

Ilustracja: Max Skorwider

Schładzanie dziejów

Po 1989 roku ten punkt widzenia poza Polską mógł wydawać się anachronizmem. Na przykład znany historyk John Lewis Gaddis, w swojej kronice zimnej wojny, przypominał, że prawdopodobnie najważniejszym jej osiągnięciem było stopniowe odchodzenie od myślenia w kategoriach „gorących wojen”.

Chodziło o wyjście z pułapki determinizmu – nawyku myślenia, że przelew krwi jest normą w prowadzeniu i rozwiązywaniu konfliktów pomiędzy imperiami. W końcu tak było od początków ludzkości aż do 1945 roku. Gaddis oczywiście zdawał sobie sprawę, że między 1945 a 1989 rokiem lokalnych konfliktów i rozmaitych wojen nie brakowało, ale, jak podkreślał, ZSRR i USA powstrzymały się od frontalnej konfrontacji militarnej w stylu widocznym choćby w latach 1939–1945.

W tym kontekście – pokojowego dorobku „zimnej wojny” i aksamitnego z niej wyjścia, zadowolenia z upowszechnienia strategii non violence – natychmiast rzuca się w oczy, że Herbert osadzał niezadowolenie ze specyficznego sposobu wyjścia z niewoli wyłącznie w naszym, lokalnym kontekście – a dokładniej: w wycinku naszej tradycji.

Poeta odwoływał się nie do globalnego namysłu nad zimną wojną, ale do tej części polskiej tradycji, wedle której danina krwi jest niezbędna do oddzielenia stanu niewoli od wolności. Pomijał przy tym dyskretnie całe dekady wypracowywania polskiej ścieżki non violence w PRL-u, której szczytowego osiągnięcia, pierwszej „Solidarności”, co do zasady pokojowego ruchu 1980–1981, nie można było przecież nie zauważyć.

Opuszczając obszar metafor poetyckich, od razu widać, że wizje Herberta wychodziły od pewnego wyobrażenia na temat II RP, postkomunistycznie wyidealizowanej wizji międzywojennej przeszłości. Wówczas przecież u swych początków Polska miała prawdziwą wojnę. „Danina krwi” została zapłacona.

Wniosek dla osób tak myślących? Suwerenność była maksymalna (czytaj: prawdziwa), wolna od wpływu obcych państw. Osoby, dziedziczące ten sposób myślenia, uważają, że z suwerennością III RP od samego początku było coś nie tak.

Liberałowie mogą uważać, że ten sposób myślenia jest dziwaczny, utopijny i zwyczajnie fałszywy. A jednak ważne, aby wziąć go pod lupę. W ten sposób można zobaczyć, skąd biją głębokie źródła wielu dzisiejszych konfliktów w sferze publicznej.

Dwie drogi postkomunistycznego mimetyzmu

Skoro porzucamy PRL, co dalej? Co powinno być dla nas wzorem do naśladowania?

Otóż zapomina się, że po 1989 roku były dwa, a nie jeden, punkty odniesienia dla polskiej imitacji. Postkomunistyczny mimetyzm podążał dwoma drogami.

– Jedną stanowił postkomunistyczny mit Zachodu. Zgodnie z nim, przemiany transformacyjne miały prowadzić do upodobnienia Polski do dostatniego świata zachodniego, widzianego jako lepsza rzeczywistość zarówno ekonomiczna i polityczna, jak i moralna. (Pisałem o tym w „Rzeczpospolitej” w 2015 roku, a szerzej w „Kulturze Liberalnej” oraz książce „Koniec pokoleń podległości”).

– Drugą ścieżkę stanowił postkomunistyczny mit II RP, legenda państwa „suwerennego do absurdu”, jak to określił Stefan Kisielewski w 1990 roku [sic!].

O dwóch mimetyzmach z osobna na ogół nie myślano, albowiem przez długi czas te dwie drogi nakładały się na siebie.

Droga do EWG, czy później Unii Europejskiej, dla wielu osób wiodła przecież prosto do zabezpieczenia świeżo odzyskanej niepodległości. Imitowanie Zachodu przez Polskę gwarantować miało wzrost dobrobytu, wyjście z geopolitycznej pułapki, ucieczkę spod wpływów Wschodu.

Jednocześnie zaś nawiązywano do polskiej przeszłości. III RP „w numeracji” ponad PRL-em przerzucała most do II RP. Notabene Łotwa poszła nawet dalej, przywracając ustawę zasadniczą z 1922 roku. W Polsce przywrócono dawne godło, pospiesznie uzupełniając korony na głowach orłów, zmieniano nazwy ulic, obalano i wznoszono pomniki itd.

Niektórzy, jak choćby wspomniany Jarosław Kaczyński, traktowali te dwa wzorce imitacyjne – Zachód i II RP – nieomal jak supermarket. Proszę zerknąć do wywiadu-rzeki z 1993 roku „Czas na zmiany”. Przyszły prezes PiS-u, wedle uznania, na przemian mówi o imitowaniu Zachodu oraz o imitowaniu II Rzeczpospolitej.

Krytykował przeciwników politycznych, że „moglibyśmy być znacznie dalej na drodze ku NATO i EWG” [s. 89], że, niestety, w sferze zarobków pomiędzy urzędnikami a biznesem „nie ma systemu równowagi, który się wykształcił na Zachodzie” [s. 108], ale już na przykład budowa służb specjalnych powinna odbyć się „od nowa”, bo „tak było w przedwojennej Rzeczypospolitej” [s. 128]. Krótko mówiąc, raz jedno, raz drugie.

Jednak już na początku lat 90. można było dostrzec, że te drogi mogą się rozejść. Że legenda państwa „suwerennego do absurdu” może zderzyć się z kierunkiem „więcej Unii”, który tuż po zimnej wojnie ucieleśnił traktat z Maastricht (1992). Krótko mówiąc, że imitowanie II RP w pewnej chwili może się nie tylko rozejść, ale wejść w konflikt z imitowaniem Zachodu.

Bodaj pierwsze sygnały pochodziły ze środowisk polityków i publicystów katolickich wówczas uznawanych za skrajne. Od samego początku wyrażały one sprzeciw wobec imitacji Zachodu jeden do jednego.

Skupiano się głównie na sferze obyczajowej, odrzucaniu tak zwanych wartości chrześcijańskich, sporach o aborcję. Ale nie było to wszystko. Bardzo wcześnie krytykowano tam również pogłębianie integracji europejskiej. Słowa o „Europie ojczyzn” bez trudu odnajdziemy u samych początków III RP.

Wypowiedzi takie znajdowały się w programach prawicowego planktonu politycznego, drukowano je na łamach takich czasopism, jak „Niedziela” czy „Myśl Polska”. Rzecz wymagałaby dokładniejszego opisania, w tej chwili ważne jest coś innego.

To, co w latach 90. było marginesem, aktualnie jest wypowiadane w głównym nurcie polityki polskiej – przez członków rządu Mateusza Morawieckiego.

Narkotyk „non possumus” 

Dopiero przypomnienie o dwóch drogach postkomunistycznego mimetyzmu pozwala nam rzucić nieco światła na te przejawy aktualnej polityki, które w 2021 roku wielu z nas wydają się zupełnie absurdalne i niebezpieczne.

Najpierw wygaśnięcie postkomunistycznej fascynacji Zachodem, owego mitu piękniejszego, lepszego ekonomicznie, militarnie i moralnie świata, utorowało drogę do radykalnego zwrotu w naszej polityce w 2015 roku.

Wówczas do głównego nurtu na całego wchodzi narracja „wstawania z kolan”, która w niepodległej Polsce niczego innego nie może oznaczać niż pojmowania suwerenności w kategoriach rodem z II RP. Wzorem wówczas staje się polityka krajowa i zagraniczna ze szkoły Józefa Piłsudskiego i sanacji.

Po 2015 roku w retoryce rządzących w zasadzie, z nielicznymi wyjątkami, powrócono do niemal bałwochwalczej apologii II RP. Kaczyński nieraz wskazywał Naczelnika jako główny wzór osobowy. Czasem podśmiewano się z nieskromności tego porównania, ale to dziedzictwo – bez jakiejkolwiek krytyki – oznaczać może między innymi postawienie własnej interpretacji racji stanu ponad demokracją.

Rok 1926 i krwawy zamach majowy to przecież postawienie własnego rozumienia polityki krajowej i zagranicznej, tego, co dobre dla istnienia państwa polskiego, ponad ludowładztwem i konstytucją marcową.

Ideał maksymalnie suwerennego państwa został zapisany w polskiej kulturze, a dokładniej: w jednej z jej wciąż znajdujących się w obiegu interpretacji. W tej interpretacji każda polityka oporu wobec sił zewnętrznych, każdy gest czy słowo, będzie wartościowany pozytywnie, niezależnie od konsekwencji.

Można iść dalej – i każdy, kto wypowie czy podpisze się pod słowami „urągającymi potęgom cudzoziemskim” – będzie godny pochwały i urzędów, niezależnie od kompetencji.

Ważne, by podkreślić punkt, w którym ten tok rozumowania staje się niezwykle niebezpieczny. Oto w tej politycznej interpretacji motywacje stają się ważniejsze od konsekwencji. Z tej perspektywy rok 1926 można oceniać pozytywnie niezależnie od katastrofy 1939 roku.

Krótkie chwile dumy (czy pychy) są ważniejsze od ewolucyjnego budowania własnej pozycji. To dlatego non possumus dawniej wobec Moskwy, a dziś wobec Waszyngtonu i Brukseli zawsze przyjemnie ukłuje polityka Zjednoczonej Prawicy w serce. I, niestety, także wielu wyborców tego obozu.

Z tego punktu widzenia na przykład spory z TSUE czy Komisją Europejską to mały koszt w porównaniu z zamanifestowaniem „honoru w polityce”. Z tego punktu widzenia także przenoszenie sporów na forum Unii to „zdrada” i „Targowica”.

Zasłona dymna z „honoru”

Na zakończenie trzeba podkreślić, że konsekwencje rozchodzenia się dwóch dróg mimetyzmu mogą być tragiczne.

Wiemy to z przeszłości – wcale nie dlatego, że historia musi się powtarzać – ale dlatego że motywacją do działania stron sporu ostatecznie jest lęk egzystencjalny, strach przed rozpuszczeniem się czy wręcz upadkiem polskiej państwowości.

Pewnego tragizmu wewnątrzpolskim sporom przydaje fakt, że zarówno imitowanie Zachodu, jak i II RP, ostatecznie motywowane były (i są) tym samym strachem przed kolejną powtórką wydarzeń roku 1795 czy 1939. I niemal każdy podkreśla, że w ocenie rzeczywistości w kraju i poza nim kieruje się – uwaga – realizmem.

Neurotyczna obawa o egzystencję państwa doprowadziła w 1926 roku do bratobójczej wymiany ciosów. Obecnie zaś, póki co, mamy zimną wojnę polsko-polską.

Rozchodzenie się po 1989 dróg imitacji przywiodło nas niebezpiecznie do dwóch wizji Polski i polskości, które teoretycznie nie mieszczą się w jednym państwie. Jeśli czegoś XX wiek powinien nas nauczyć, to tego, ażeby kontynuacje dwóch postkomunistycznych mimetyzmów rozchodziły się jak najmniej.

Być może na tym polega odbudowanie naszej oryginalności po 1989 roku.

II RP zakończyła się katastrofą, której krótkie upojenie ultra-, super-, turbo- (niepotrzebne skreślić) suwerennością na pięć minut przed zagładą, niektórych zachwyca.

Mnie osobiście nie. Spór bowiem nie jest w istocie o to, czy w 1926 czy 1939 roku były lepsze wyjścia, ale jakie w 2021 roku w Polsce wyciągamy wnioski z tego, co się stało. I w sceptycznej ocenie suwerenności posuniętej aż do granic absurdu – z perspektywy XXI wieku – pozostanę po stronie polskiego liberała, Stefana Kisielewskiego.

Jednak po naszych narodowych porażkach trzeba zwracać uwagę nie na intencje, ale na konsekwencje naszych działań. Rok 1939 powinien być nieustannie odrabianą lekcją, w której suwerenistyczne non possumus w ogóle nie powinno być przedmiotem bezkrytycznego zachwytu.

Przeciwnie, gdy tylko polscy politycy, zamiast przedstawiania intersubiektywnie sprawdzalnych argumentów na rzecz swoich decyzji i kierunków polityki, szczególnie zagranicznej polityki bezpieczeństwa, znów nam prawią o honorze, o arbitralnie rozumianej dumie narodowej i godności – powinna nam się zapalać wielka czerwona lampka.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 655

(30/2021)
27 lipca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj