Bądź na bieżąco!

Zapisz się na newsletter
Kultury Liberalnej

Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Czarni ludzie. O...

Czarni ludzie. O książce „Dom ojców” Andrzeja Muszyńskiego

Karolina Felberg

Kilka lat temu Muszyński wrócił w rodzinne strony, kupił nietknięty pługiem odłóg i postawił dom. W ziemi rozpoznał żywioł, który mógł nie tylko obrabiać, ale też opisać. Tak powstał „Dom ojców” – proza poświęcona nie tylko współczesnym ludziom ziemi, ale także ich prehistorycznym przodkom. Ten zbiór opowieści to coś znacznie więcej niż literatura nurtu wiejskiego.

Ziemia leżąca odłogiem 

Opublikowany nakładem Wydawnictwa Czarne „Dom ojców” jest zbiorem opowieści ojczyźnianych Andrzeja Muszyńskiego (ur. 1984), ściśle powiązanych z ziemią i ludźmi Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Autor wychował się we wsi Krzykawa niedaleko Olkusza. Nazywa ją „starą wsią”, przez co odróżnia ją od oddalonego o trzydzieści kilometrów Podskala pod Powroźnikową Skałą, gdzie kilka lat temu kupił nietknięty pługiem od trzech dekad odłóg oraz postawił dom. Trudny i wieloaspektowy proces zasiedlania tego miejsca rekonstruuje otwierający książę tekst „Bochen”. Pisarz, podróżnik, reportażysta i absolwent studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim wrócił na „swoją” ziemię, po czym rozpoznał w niej żywioł, który mógłby odtąd obrabiać, odkrywać, omawiać. „Nie widziałem sensu w pracy poza sztuką i uprawą roli, dlatego chciałem zarabiać na pisanie ziemią. Liczyłem, że uchroni mnie to przed biurkiem i garniturem. Że pod darnią czeka prawdziwa wolność” [1] – wyznał w pierwszym rozdziale. 

Uprawiając ziemię, narrator nasiąka jej właściwościami i przenika ją coraz głębiej. Dostrzega w niej swoją przyszłość, ale i czyta z niej przeszłość – historię naturalną rodzaju ludzkiego. Ziemia staje się dla Muszyńskiego realnością rozmaitych porządków: doczesnego i zaświatowego, naturalnego i kulturowego, domeną dzikości i udomowienia. Stąd teksty z „Domu ojców” rejestrują dwa sprzęgnięte z sobą procesy. Pierwszy to naturalnie ów zwrot ku wiejskości. Zostawszy rolnikiem, pisarz snuje gospodarską opowieść o przemienianiu odłogu (konsekwentnie nazywanego tu „ugorem”) w pole rolne oraz nawiązywaniu relacji z ludźmi tej ziemi – dziadkiem Andem i sąsiadami. Następnie przywołuje kilka wspomnień ze swojego wiejskiego dzieciństwa, reaktywując przy tej okazji sferę mitów i snów. I wreszcie dokonuje zwrotu archeologiczno-antropologicznego, by jako eksplorator jaskiń i adept geologii oraz nauk o (pra)dziejach rodzaju ludzkiego odkrywać tajemnice ziemi i skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej. 

Co ciekawe, potencjał ludowy pierwszego z przewrotów nie zatraca się wcale w dyskursie badacza oraz odkrywcy. Przeciwnie – oba zwroty, jako suma jurajskich doświadczeń Muszyńskiego, wzajemnie warunkują się i dookreślają. Gleba z życiodajnego i nieodnawialnego zasobu naturalnego staje się pod jego piórem żywiołem kulturowo-cywilizacyjnym i kulturotwórczym. Okazuje się również naturalnym archiwum (magazynem szczątków) i wehikułem narracji o czasach prehistorycznych. Jawi się jako kolebka i grób ludzkości. Zaświadcza o historii naturalnej ludzkości oraz o źródłach charakterystycznej dlań afektywności. 

Ludzie ziemi 

Dolą bohaterów Muszyńskiego jest (wieczne) bytowanie w rozpoznawanej w sobie i wokół siebie ciemności. Nawet dziadek And, czyli współczesny mu człowiek ziemi, choć dysponuje ogromnym doświadczeniem i sporo de facto wie, niewiele potrafi wyjaśnić. Początkowo wnuka irytuje „niejasność” mowy dziadka, ale z czasem uczy się doceniać jej zwięzłość oraz zasadność:

„Pytałem go o wszystko jak leci – bo roboty w polu nie da się nauczyć z książek – tylko tak, by nie doszukiwał się podstępu albo, co gorsza, dziwactwa. Traciłem w sobie starą wieś, ale on tego chyba jeszcze nie czuł. Jak zapiąć dyszel. Fotka. Jak siać pszenicę, a jak żyto. Jak gęsto. Jak głęboko przyorywać. Kultywator czy brony. Który lemiesz. Jak wyklepać kosę. Jak najlepiej zaostrzyć. Fotka. Czym sadzić ziemniaki i gdzie kupić sadzeniaki. Kiedy pierwsze okopywanie. I czym. Czy nawozić zboże. Kiedy żniwa. Jak długo pozwolić ziarnu odpocząć przed zwózką do młyna. Czego nie siać obok siebie. Plus sto innych pytań. Na wszystkie miał jedną odpowiedź: «tak na oko». Bo to zupełnie tak, jakby zapytano nas, jak chodzić” [2].

Muszyński, choć wysnuwa swoją narrację z rozmaitych figur niemocy, bezsilności i wątpliwości, właściwie nie używa pytajników. Pierwszym trybem ludzkości była bowiem obserwacja natury (tego, co jest). Pytania o to, jak „mogłoby być”, a więc rolnictwo jako nauka i gałąź gospodarki, pojawiły się znacznie później. W Polsce – pewnie ze dwa wieki temu. Niemniej na „dzikiej” ziemi – trzebieży czy odłogu – także i dzisiaj stanowią tryb bezzasadny. Udomawianie ziemi to bowiem nic innego jak zżywanie się z nią. Z kolei jej uprawę poprzedza i warunkuje dostrojenie własnego ciała i życia do rytmu przyrody – zgranie się z nią. Sianie zaś przypomina taniec: „dwa kroczki lewą, jeden prawą, ciach, ciach, nie potrafię tego odtworzyć w pamięci, umiem to powtórzyć tylko w polu” [3]. Dlaczego to takie ważne? 

Obserwacja natury i zespolenie z jej rytmem wyostrzają instynkt, umożliwiają zatem właściwie reagowanie na zmiany – przychodzące zawsze skądinąd, a nierzadko i bardzo gwałtowne. Instynkt podpowiada ludziom ziemi, by nie trawić energii na walkę z anomaliami, ale uczynić je nową regułą. Akceptacja zaistniałych okoliczności stanowi z kolei warunek sine qua non adaptacji do tego, co jest. Ponadto, w mroku logos oraz nauka zasadniczo są bezużyteczne, instynkt zaś gwarantuje przetrwanie. Człowiek „zżyty z przyrodą” nie kalkuluje i nie kombinuje, bo z doświadczenia wie, że „ziemia nigdy nie czeka […] wystarczy spóźnić się dzień, dwa i wszystko na marne” [4].

Kontakt wzrokowy z nicością 

Praca w polu to szereg wymagających specjalistycznego sprzętu albo siły fizycznej i samozaparcia uprawek. To także zszargane nerwy, bo wzrost roślin hamują zarówno susze, jak i ulewy, letnie burze kładą zaś łany nierzadko tuż przez żniwami i nigdy nie wiadomo, czy zboże zdąży się jeszcze podźwignąć. Muszyński poznał te i wiele innych aspektów pracy na roli, nim dokonał pierwszego zbioru pszenicy. Nawiasem mówiąc, doszło do niego jesienią 2019 roku, czyli pięć lat po rozpoczęciu niezbędnych działań na ziemi leżącej odłogiem. Pierwszy plon Muszyńskiego – pięćdziesiąt trzy kilogramy ziarna, nawet nie spełniał przyjętej przez okolicznych młynarzy zasady „MIELIMY TYLKO OD 100 KILOGRAMÓW” [5]. Czy był to zatem czas strat oraz porażek? 

Nie, bo w międzyczasie pisarz zżył się z otaczającym go światem i rozwinął w sobie charakterystyczną dla ludzi ziemi nadwzroczność – tę specyficzną (nie)dyspozycję, dzięki której „dziadek z wiejskiej ławki” co rusz nawiązuje „kontakt wzrokowy z nicością” [6]. Wgląd w (od)wieczność – od zawsze współobecny w doświadczeniu ludzi ziemi, w początkach XIX wieku zafascynował romantyków (etnografów oraz artystów), bo wydał się im ludową łaską. „Coś wytrącało się przed oczami, ale nie wiadomo co. Coś jak świadomość” [7] – mówi o niej Muszyński. „Coś” dojmująco realnego, wręcz źródłowego. „Coś” z mroku, strachu oraz otchłani czasu, który za pośrednictwem żywiołów (wody, ziemi i wiatru) od milionów lat nieprzerwanie przewodzi „czarną energię języka” [8] – tę mowę „niejasną”, która przechowała w sobie echo pierwszych myśli odbijające się od głuchoniemej materii skał. 

Ciemny (źródłowy) język ludzi prehistorycznych wyrażał moc tkwiącą w mroku i głuszy: tło gęste jak smoła i nieprzeniknione jak grunt czy głaz. Wystarczał, bo odpowiadał dokładnie temu, co jest. Ale w ostatnich tysiącleciach mowa ludzka aktywnie zaczęła walczyć z otaczającą ją realnością – jakby chciała uwolnić się od niej, wznieść w górę, wyabstrahować. Jeszcze usilniej czyniła to w piśmie – w porządku stricte logicznym, powołanym do walki z ciemnością. Muszyńskiego fascynują pralogiczne moce języka, czyli opowiadanie świata bez „uwznioślania” doświadczenia i „wyjaśniania” wszelkich przejawów życia. Chłonie otaczający go świat w optyce/poetyce/etyce „tak na oko”, choć oczywiście, jako pisarz, referuje ten stan w mowie dość skonwencjonalizowanej – w prozie artystycznej. Niemniej, wielu chwytów konsekwentnie sobie odmawia, dlatego jego przypowieści, baśnie i opowieści momentami wydają się przyciężkie, nadto gęste, stłumione. Ich konsystencja stanowi jednakowoż wypadkową siły i autentyczności zwrotu wiejskiego, jaki się w nich dokonał. 

W 2021 roku Fundacja Sąsiedzi ogłosiła antologię opowiadań „Kwiatki polskie”, stanowiącą pierwszą publikację powołanego w 2016 roku Związku Pisarzy ze Wsi, którego Muszyński jest naturalnie członkiem. Zamieścił w niej opowiadanie „Perz”, w którym opisał chłopski znój oraz ludowy upór, ale nie dociążył tego teksu (po)wagą, która charakteryzuje utrzymany w poetyce ziemi „Dom ojców”. „Perz” to w zasadzie wiejska gawęda. Brawurowa relacja z epickiej walki, jaką narrator przez kilka sezonów toczył z uporczywym chwastem, a w której, za własną hybris i brak doświadczenia, przyszło mu słono zapłacić – między innymi rezygnacją z własnych założeń. Ostatecznie odchwaścił pole, lecz nie zdołał tego dokonać bez chemii (użył pewnie któregoś z herbicydów totalnych). „Perz” to po prostu zapis barwnych „przygód” człowieka wiejskiego, gdy tymczasem „Dom ojców” to już narracja o głębokiej barwie oraz ściszonym tonie. To właśnie w tej poetyce i za jej sprawą pisarz zwraca się ku ziemi przodków i wydobywa z niej czarnego człowieka.

Czarny człowiek 

Muszyński przedstawia w „Domu ojców” przeszło trzy miliony lat trwające pradzieje rodzaju ludzkiego. Pretekstem ku temu są jego wędrówki po ziemi przodków śladami jej prehistorycznych gospodarzy – neandertalczyków, którzy zamieszkiwali Jurę Krakowsko-Częstochowską już ponad sto tysięcy lat temu, a pięćdziesiąt tysięcy lat później okazali gościnę wędrowcom z Bliskiego Wschodu z gatunku Homo sapiens. Po kolejnych dwudziestu tysiącach lat europejska populacja neandertalczyków ostatecznie wymarła, choć liczne ślady pradziejowych schadzek obu gatunków świadczą o ich koegzystencji, a nawet mieszaniu krwi oraz genów. Tymczasem trzynaście–dwanaście tysięcy lat temu ludzie zaczęli uprawiać rolę. Czynili to równolegle w wielu miejscach na świecie, ale najwprawniej – w pasie Żyznego Półksiężyca, a więc na Bliskim Wschodzie. Mniej więcej pięć tysięcy lat temu rolnicy z południa przybyli w dolinę Wisły, gdzie spotkali łowców – ludy zupełnie jeszcze niezainteresowane karczowaniem lasu oraz żmudną pracą w polu. Napływowi rolnicy z tubylczymi łowcami dość długo żyli obok siebie, ale to właśnie tym pierwszym (a zatem emigrantom!) zawdzięczamy fundującą kulturę polską „emocjonalną więź człowieka z ziemią” [9]. 

Udomowienie zbóż (pszenicy) pozwoliło znacząco rozwinąć ideę „domu” i poszerzyć ją o ów afekt „ku ziemi”, lecz jednocześnie zmusiło ludzi do ciężkiej, codziennej pracę. Muszyński przytacza w tym względzie ustalenia Yuvala Noaha Harariego z jego głośniej książki „Sapiens”:

„Na przestrzeni paru tysiącleci w wielu zakątkach świata ludzie od rana do wieczora nie robili niemalże nic innego poza pielęgnowaniem pszenicy. Zadanie to nie należało do najłatwiejszych. Roślina stawiała duże wymagania. […] Ewolucja nie przygotowała organizmów Homo sapiens do wykonywania takich zabiegów. Ich ciała były przystosowane do wyspinania się na jabłonie i uganiania za gazelami, a nie do sprzątania kamieni i dźwigania wiader z wodą. Drogo to okupiły ludzkie kręgosłupy, kolana, szyje i stropy” [10].

Idea „pracy” i wynikające z niej „zyski” zapoczątkowały trwającą do dzisiaj cywilizację „komfortu” vel „postępu”, lecz jednocześnie uwikłały pierwszych rolników w rozmaite zależności, rodząc w nich tęsknoty za kondycją źródłową (naturalną). Tak u zarania historii powstał mit „raju” – nostalgia za praczasem, kiedy codzienny znój nie stanowił jeszcze konieczności i nie skutkował fizycznym cierpieniem. Z drugiej strony, w człowieku ujarzmiającym żywioły i wykraczającym poza odwieczny porządek pojawiła się hybris – duma, pycha, siła niezbędna do przezwyciężania kolejnych ograniczeń wpisanych w ciało oraz naturę. Muszyński dystansuje się od trwającej nieprzerwanie od kilku czy kilkunastu tysiącleci epoki hybris i szuka „domu” oraz „ojców” znacznie głębiej – w prehistorii, w (pra)czasie wolnym jeszcze od grzechu pierworodnego. W mroku jaskini i w czarnej glebie wypatruje więc śladów generacji oraz formacji kulturowych, które w nomenklaturze człowieka historycznego od zawsze uważane były za „dzikie”, „nieludzkie” i „ciemne”. Próbuje odwrócić ufundowaną na ludzkiej hybris hierarchię i proponuje nawet, by prehistorycznych przodków honorować w podobny sposób, w jaki kultywuje się pamięć o bohaterach historycznych:

„Ich podobizny powinny wisieć na ścianach w każdym domu, byśmy zaczynali dzień od pokłonu australopitekowi. Lucy [przedstawicielka gatunku Australopithecus afarensis, której szkielet datowany na trzy miliony lat wstecz odkryto w 1974 roku w Etiopii – przyp. KF]. Człowiekowi z Flores [inaczej „hobbit z Flores”, skarlały przedstawiciel gatunku Homo erectus, którego szczątki datowane na pięćdziesiąt tysięcy lat wstecz odkryto na indonezyjskiej wyspie Flores – przyp. KF]. Chłopcu z Turkana [przedstawiciel gatunku Homo ergaster, opisywany również jako Homo erectus, którego szkielet datowany na półtora miliona lat wstecz odkryto w 1984 roku nad kenijskim jeziorem Turkana – przyp. KF]. Powinny wisieć w naszych urzędach i w szpitalach. Obok flagi narodowej i Unii Europejskiej. Za prezydentem i marszałkiem w czasie orędzia. Narobili się dla nas. Niech wiszą w kapliczkach obok Matki Boskiej. Ona na pewno by się nie obraziła” [11].

Pisarz upomina się o (pra)dziejową sprawiedliwość. Nad los człowieka historycznego, motywowanego nierzadko hybris (tak było już u Homera), przedkłada zredukowaną do czystego afektu dolę istot trwających przez całe pokolenia w „stanie niewyobrażalnego skupienia”, w „redukcji ciała do czystego bytu” [12] – w strachu, którym podszyta jest naturalna (prehistoryczna i historyczna) nieświadomość. W łańcuch bytu wpisuje więc chłopa pańszczyźnianego Sebastiana – swojego antenata. „Był niewolnikiem, a dał mi życie” [13] – powiada. W oczach dwóch szympansów z ogrodu zoologicznego dostrzega paraliżujący strach, który wiązał jego przodków, a teraz naznacza jego sąsiadów:

„Nie widziałem wielkiej różnicy między nimi a ludźmi, którzy pogrążeni w beznadziei, wysiadywali na wiejskich ławkach pod domem. Dobrze znałem spojrzenie, które pochłania samą nicość. Stałem, zmoczony deszczem, zziębnięty, i oglądałem na żywo początek opowieści o człowieku. Dzielił nas od tych dwóch szympansów rozbłysk świadomości. Być może jeszcze mniej, bo wydawało mi się, że wyczekują końca świadomie, w smutku niewyobrażalnym dla żadnego innego stworzenia. Wiedzą, jak się podnieść i dobrze żyć, ale nie mogą” [14].

W rozdziale „W puszczy” wspomina noce spędzone wraz z Pigmejami Baka w afrykańskim lesie, w trakcie których „resztki myśli” prowadziły go „na skraj obłędu, bo nie pozwalały w pełni oswoić mroku, z którego przybył człowiek” [15]. 

„Dom ojców” opowiada o strachu, z którego ulepiony jest człowiek. Człowiek prehistoryczny przetrwał w mroku dziejów, bo z lęku uczynił membranę, przez którą umiał odbierać rzeczywistość. Człowiek ziemi też „powstał z czerni” [16] i nadal trwa w tym pierwotnym afekcie, dzięki czemu nawet dzisiaj „słyszy węża na drzewie” i „myśli całym ciałem” [17], a co za tym idzie – potrafi przetrwać w warunkach niepojętych dla ludzi wyabstrahowanych z natury. 

Zaprzyjaźniony ze mną człowiek ziemi jest w stanie wejść zimą w mrok bieszczadzkiego lasu, by odstraszyć polującą na jego konie watahę. Doskonale wie, że nie kontroluje tej sytuacji, a jednak jej realność wymusza na nim reakcję instynktowną. W nocy „myśli się” bowiem zupełnie innym zmysłami.

Noc ludzkości 

Lepiszczem dwudziestu czterech zróżnicowanych gatunkowo opowieści z „Domu ojców” są figury i tropy podświadomości – narrację realistyczną uzupełnia więc zapis dziesięciu snów, a warstwa non-fiction silnie podszyta jest mitem i baśnią. Muszyński najczęściej śni czarnych ludzi – począwszy od Homo habilis (dwa i pół miliona lat temu), po Ambu i Dabidę, których życie w Jaskini Maszyckiej przypadło piętnaście tysięcy lat temu na zaranie epoki hybris:

„Świat nigdy, ani wcześniej, ani później, nie był dla człowieka tak nieznośny jak w czasie, kiedy żył Ambu. To było na chwilę przed powstaniem pierwszych porządnych domów, wsi i miast. Człowiek już pewnie przeczuwał, że może być lepiej, wygodniej – i że tego nie doczeka. To uczucie zmieniło się w zło. Ono tam się zaczęło. Człowiek szlajał się po pustkowiach, nieraz spalony słońcem i spragniony” [18].

Rzeczywistością Ambu i Dabidy rządziły pragnienia i „sny o potędze” zbyt silne, by mu nie ulec. Pogoń za lepszym życiem rozpoczęła epokę walk bratobójczych o zasoby i dominację. Życie zmieniło swój rytm – z trwania w porządku naturalny wyrodziło się w walkę z naturą, również człowieczą. Triumf nad siłami natury raz po raz rozjaśniał życie czarnego człowieka i wyradzał się w entuzjazm domagający się ujścia (wyrazu) – w słowa i opowieści. Natura nie zmieniła się ani na jotę, ale ludzie zaczęli dzielić ją na sfery „ciemne” i „jasne”, a o ciemniej stronie w nich samych myśleli z coraz większą niechęcią. Tłamsili ją w sobie. Ona tymczasem nie ustępowała: tężała, zamieniała się w nich w truciznę. Ludzie epoki hybris zerwali kont(r)akt z ciemnością – wyparli się jej. Ale nie wszyscy. Związek z nią zachowali ludzie ziemi. To właśnie ich przypadki składają się na „jurajski realizm magiczny” [19] „Domu ojców”. 

Miejscami trudno wytrzymać tę książkę – jak każdą, która stawia opór tradycji pisma. Muszyński odkrywa w konstytuującym niewolników mroku źródło niezwykłej siły. W czarnych ludziach z przeszłości i współczesnych mu ludziach ziemi dostrzega niebywałą rozpiętość – gotowość na głęboki kontakt z niepojętym, nierozstrzygalnym i żywiołowym. Dzięki ich zżyciu z naturą i instynktowym reakcjom widzi w nich przewodników. Po czym? Po tym, co „czarne i mokre” [20]. Po ziemi stanowiącej jednocześnie łono, grób i realność nowonarodzonego źrebięcia.

Jurajski pisarz debiutował jako prozaik w 2013 roku książką „Miedza” i konsekwentnie balansuje na zaznaczonej w tym tytule granicy, a zatem między mową i pismem, które chciałyby „rozjaśniać” naturalny stan rzeczy i „zagadywać” pierwotne lęki, a ludźmi ziemi, którzy wyrażają swoją nadwzroczność w mowie oszczędnej i zasadniczej – w poetyce „tak na oko”. Muszyński inspiruje się małomównością, mrukowatością i nieustępliwością czarnych ludzi, dlatego jego książka posiada właściwości nocy naturalnej: to więc, co mogłoby ją „rozjaśnić”, jednocześnie rozproszyłoby ją. A przecież mrok nie jest niczym złym. Miliony lat był „domem” naszych „ojców” – czasem może być także i naszym.

Przypisy:

[1] Andrzej Muszyński, „Dom ojców”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022, s. 13–14.
[2] Tamże, s. 24.
[3] Tamże, s. 38.
[4] Tamże, s. 39.
[5] Tamże, s. 55.
[6] Tamże, s. 43.
[7] Tamże, s. 105.
[8] Tamże, s. 154.
[9] Tamże, s. 161.
[10] Cyt. za: tamże, s. 160–161.
[11] Tamże, s. 180.
[12] Tamże, s. 188.
[13] Tamże, s. 167.
[14] Tamże, s. 188.
[15] Tamże, s. 197.
[16] Tamże.
[17] Tamże, s. 199.
[18] Tamże, s. 211.
[19] Tamże, s. 218.
[20] Tamże, s. 235.

 

Książka:

Andrzej Muszyński, „Dom ojców”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 696

(20/2022)
10 maja 2022

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj