Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Europa nie potrzebuje...

Europa nie potrzebuje CETA

Z Leokadią Oręziak rozmawia Jakub Bodziony

„Współczesne umowy o wolnym handlu kreują porządek świata, który służąc korporacjom z krajów wysoko rozwiniętych, krzywdzi nie tylko społeczeństwa tych krajów, lecz także wielką grupę państw rozwijających się”, przekonuje kierownik Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jakub Bodziony: CETA to umowa pomiędzy Unią Europejską liczącą ponad 500 mln mieszkańców a krajem o populacji mniejszej niż Polska. Dlaczego UE miałaby być w tym układzie słabszą stroną?

Leokadia Oręziak: Kanada ma podobną liczbę ludności do Polski, ale jej gospodarka jest czterokrotnie większa i związana strefą wolnego handlu NAFTA ze Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem. Zawarcie umowy z Kanadą w rzeczywistości będzie oznaczało porozumienie z całą Ameryką Północną. W tym wypadku największe wyzwania i zagrożenia związane z podpisaniem CETA to działające w Kanadzie firmy z USA, które CETA mogą potraktować jako furtkę do europejskiego rynku.

Celem CETA, podobnie jak umowy NAFTA w przeszłości, a także negocjowanej obecnie przez Unię Europejską ze Stanami Zjednoczonymi umowy Transatlantyckiego Partnerstwa ws. Handlu i Inwestycji (TTIP), pod pretekstem liberalizacji handlu, jest wymuszenie na państwach szerokiej deregulacji. Chodzi w niej o redukowanie, a nawet znoszenie wszelkich przepisów, które mają na celu ochronę m.in. bezpieczeństwa żywności, środowiska naturalnego czy praw pracowniczych.

Konieczność stosowania się do tych regulacji przez firmy uczestniczące w handlu międzynarodowym powoduje dla nich dodatkowe koszty, a w efekcie ogranicza zyski. Zatem regulacje te postrzegane są przez te podmioty jako tzw. pozataryfowe, czyli inne niż cła, bariery w handlu. Umowa ma być zatem źródłem presji na władze wszystkich szczebli, by przeprowadzały one takie zmiany prawa, które w transparentnym demokratycznym procesie legislacyjnym nie byłyby możliwe.

Komisja Europejska wynegocjowała umowę, która będzie miała fundamentalnie negatywne konsekwencje nie tylko gospodarcze, lecz także społeczne i polityczne. Najwyższy czas postawić tamę dzikiej formie globalizacji, którą uosabiają międzynarodowe umowy o regionalnych strefach wolnego handlu. Zakładają one zmniejszanie uprawnień demokratycznych rządów do minimum na rzecz międzynarodowych korporacji.

Przeciwnicy CETA straszą, że będzie ona korzystna dla wielkich, głównie amerykańskich korporacji. Ale te korporacje i tak już w Europie są, a ich pozycja jest niezagrożona. Czego bez CETA nie może zrobić np. Google czy Apple?

Aktualnie firmy międzynarodowe w zasadzie nie mogą uczestniczyć we wskazanej wyżej współpracy regulacyjnej, bo ma być ona dopiero ustanowiona dzięki umowie CETA. Istnieje w niej zapis, który pozwala zainteresowanym stronom na uczestnictwo w procesie legislacyjnym na wczesnym etapie, w którym możliwe jest wprowadzenie zmian i uwzględnianie uwag. Oznacza to, że przy próbie zmiany czy wprowadzenia nowych przepisów, mogących mieć wpływ na wzajemny handel instytucje Unii Europejskiej i władze krajów członkowskich, będą musiały one dopuścić do udziału w procesie legislacyjnym zainteresowanych przedstawicieli drugiej strony, w tym przedstawicieli korporacji i lobbystów. Ma to być udział na warunkach nie mniej korzystnych niż te obowiązujące w odniesieniu do osób pochodzących z ich własnego terytorium.

Komisja Europejska wprowadza w błąd, twierdząc, że państwa narodowe będą mogły stanowić i zmieniać prawo według własnego uznania. W przypadku uchwalenia niekorzystnych zapisów dla tych firm mają one prawo do wnioskowania o odroczenie wejścia w życie danych rozwiązań legislacyjnych. Z kolei, w ramach mechanizmu rozstrzygania sporów między inwestorami zagranicznymi a goszczącymi ich państwami, korporacje międzynarodowe będą mogły żądać odszkodowań, gdy uznają, że uchwalone przepisy ograniczą ich przyszłe, potencjalne zyski, włączając w to przepisy związane z bezpieczeństwem produktów, zdrowiem publicznym i ochroną środowiska.

Zwolennicy CETA mówią, że to nie korporacje skorzystają najbardziej, ale właśnie średnie przedsiębiorstwa, dla których koszty wejścia na rynek kanadyjski, wynikające np. z konieczności dostosowania się do innego prawa, są dziś nie do przejścia. A korporacje i tak stać na obecność na każdym rynku.

To brzmi pięknie, ale 75 proc. obrotu tego handlu realizują wielkie korporacje międzynarodowe. Pozostała część przypada w udziale mniejszym przedsiębiorstwom, ale ich pozycja będzie jeszcze bardziej zagrożona na skutek umocnienia się wielkich firm. Trudno jest ocenić ostateczny efekt, ale ewentualne dodatkowe zyski jakiejś liczby mniejszych przedsiębiorstw nie powinny być oceniane w oderwaniu od oceny zagrożeń związanych z realizacją całej umowy.

Kolejnym zarzutem wobec CETA jest rzekome otwarcie drzwi do napływu gorszej żywności. Komisja Europejska zapewnia, że standardy żywności obowiązujące w UE zostałyby zachowane. Poza tym nie jest tak, że żywność kanadyjska jest trująca. To kraj, gdzie ludzie żyją długo i w dobrym zdrowiu.

W Kanadzie po ratyfikacji porozumienia NAFTA znacznie poluzowano wymagania w stosunku do produkcji rolnej w zakresie zdrowotności, dobrostanu zwierząt i jakości produktów. W tym kraju 5 proc. gospodarstw wytwarza połowę żywności produkowanej na rynek wewnętrzny, stosując środki, które są niedozwolone w Unii Europejskiej. Wielkotowarowe gospodarstwa z zasady produkują tańszą żywność, niższej jakości niż w Unii. Zwolennicy CETA prezentują myślenie życzeniowe, twierdząc, że nie dopuścimy gorszej żywności na europejski rynek. Presja na obniżanie także na unijnym rynku wymagań do najniższego wspólnego mianownika będzie rosnąć, tak jak było to w przypadku NAFTA. Gorszy towar wypiera lepszy i dlatego wysokich unijnych standardów nie da się utrzymać.

W umowie CETA zawarta jest zasada wzajemnego uznawania za równoważne wykonanych przez strony kontroli sanitarnych i fitosanitarnych. Każda strona będzie przeprowadzać kontrole według własnych standardów, które muszą być wzajemnie uznawane. Istotne jest też to, że jeśli unijna kontrola wykaże brak zgodności produktów importowanych z Kanady z wymogami europejskimi, to wcale nie oznacza, że produkty te nie będą mogły wejść na terytorium Unii. Działania, które będą mogły podjąć w tym przypadku unijne instytucje i importerzy, nie mogą ograniczać handlu i muszą opierać się na tzw. ocenie ryzyka. W praktyce oznacza to, że strona unijna będzie musiała udowodnić, że importowane z Kanady produkty są szkodliwe dla zdrowia. W ten sposób dzięki umowie CETA w Unii następowałoby stopniowe odchodzenie od tzw. zasady ostrożności, stosowanej dotychczas zarówno w odniesieniu do produktów rolnych, jak i przemysłowych, która nakładała na producenta obowiązek wykazania, że produkt nie jest szkodliwy.

Ale rolnictwo, to wyłącznie 2 proc. PKB Kanady. To państwo nie ma potencjału, by zalać Europę żywnością.

W praktyce nie musi być to tylko żywność kanadyjska, ale także może być np. ze Stanów Zjednoczonych. Będzie bardzo trudno poznać rzeczywisty kraj pochodzenia danego produktu. Kanada ma obecnie wysokie nadwyżki produktów rolnych, dlatego zależy jej na znacznie szerszym niż dotąd wejściu na europejski rynek. Żywność z Unii Europejskiej może stać się popularna w Kanadzie, ale ze względu na to, że jest często droższa od żywności rodzimej, to może być przedmiotem popytu jedynie ze strony bogatszych konsumentów. Wtedy sprowadzamy europejskie rolnictwo do roli eksportera nie masowych, ale ekskluzywnych produktów, co oznacza stosunkowo małą skalę eksportu. Z kolei Kanada, po upływie kilkuletniego okresu przejściowego, będzie mogła sprzedawać do Unii bez ograniczeń np. pszenicę i inne zboża. Na przykładzie Meksyku, którego rolnictwo mocno ucierpiało w wyniku umowy NAFTA, widać, jakie mogą być skutki przegranej rywalizacji z przemysłowym rolnictwem Stanów Zjednoczonych i Kanady. W Meksyku upadła duża część gospodarstw, a kraj stał się wielkim importerem produktów rolnych, co podważyło jego bezpieczeństwo żywnościowe.

Niemal dokładnie takie same obawy, jak dziś w przypadku CETA, słyszeliśmy przed laty w przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej – straszono śmiercią polskiego rolnictwa, wykupowaniem i zamykaniem fabryk, zalaniem Polski produktami z zagranicy. Dziś, kiedy Wielka Brytania chce ograniczyć migrację na Wyspy, wszyscy w Polsce występują w roli obrońców swobód, na jakich opiera się UE: przepływu osób, towarów, usług i kapitału. Czy mogłaby pani wyjaśnić ten paradoks?

Jest to sytuacja całkowicie nieporównywalna. W Unii Europejskiej poza wolnym handlem obowiązuje również polityka spójności. Polska jest największym beneficjentem funduszy unijnych. Pieniądze, które płyną z unijnego budżetu, to nie jest działalność dobroczynna bogatych państw europejskich, tylko pewnego rodzaju rekompensata. W przypadku CETA czy TTIP nie dostaniemy żadnych środków, by łagodzić skutki społeczne, dlatego otwieranie naszego rynku byłoby nieodpowiedzialne. Kraje wysoko rozwinięte, jak Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone, przez dziesiątki lat stosowały bardzo restrykcyjne ograniczenia w dostępie do swojego rynku. Dopiero po tym jak umocniły swój przemysł i rolnictwo, otworzyły się na towary zagraniczne i zaczęły wymuszać takie otwarcie także na krajach słabszych, również poprzez warunki stawiane przy udzielaniu pożyczek przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy.

Komisja Europejska wynegocjowała umowę, która będzie miała fundamentalnie negatywne konsekwencje nie tylko gospodarcze, lecz także społeczne i polityczne.

Leokadia Oręziak

Negatywne efekty gospodarcze i społeczne porozumienia NAFTA narastały od samego początku, ale stały się dobrze widoczne po około 20 latach. Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk utraciły ogromną liczbę miejsc pracy w wyniku wymuszonej tą umową konkurencji, skutkującej przenoszeniem miejsc pracy do krajów o niższych kosztach robocizny. Ta delokalizacja produkcji, owocująca degradacją przemysłu we wszystkich tych trzech krajach, miała też silny wpływ na zubożenie znacznej części społeczeństwa z powodu presji na zmniejszanie realnego wzrostu płac. W Stanach Zjednoczonych realna średnia płaca, czyli po uwzględnieniu inflacji, mierzona medianą, jest niższa niż 42 lata temu, a u osób najmniej zarabiających – niższa niż 60 lat temu, podczas gdy PKB tego kraju w ostatnich sześciu dekadach wzrósł sześciokrotnie. Oznacza, to, że owoce tego wzrostu zostały przechwycone przez niewielką grupę społeczeństwa znajdującą się na szczycie drabiny dochodowej.

W przypadku Polski umowa CETA sprzyjać będzie utrzymywaniu się patologicznych, krzywdzących pracownika rozwiązań i utrwalaniu sytuacji, w której podstawą międzynarodowej pozycji konkurencyjnej naszego kraju są niskie płace. Ponieważ nie da się bez końca obniżać płac i ograniczać praw pracowniczych, to ostatecznie wzrost konkurencji, który niesie ze sobą umowa CETA, a w przyszłości TTIP, nasili proces przenoszenia produkcji do krajów, gdzie te płace są jeszcze niższe.

Jak Europa ma stymulować rozwój gospodarczy, jeśli nie przez zacieśnianie współpracy handlowej, skoro inne części świata właśnie tak postępują?

To jest koronny argument zwolenników tego typu umów, ale właśnie wielki społeczny sprzeciw wobec nich jest znakiem, że rozwój świata powinien postępować w inny sposób. W tych krajach Unii, gdzie świadomość negatywnych skutków umowy CETA, a także TTIP, jest duża, tam sprzeciw społeczeństwa był dotychczas największy. Takim krajem są przede wszystkim Niemcy, choć wydawałoby się, że niemiecki przemysł może na takich umowach zyskać szczególnie dużo. Ludzie zdają sobie jednak sprawę, że korzyści te przypadną głównie wielkim korporacjom i ich właścicielom, dla reszty społeczeństwa umowy te oznaczają perspektywę znacznego zubożenia, pogorszenia jakości dostępnej żywności, stanu środowiska naturalnego, zagrożenia dla rolnictwa.

Ogromne są też obawy dotyczące ograniczenia mechanizmów demokratycznych i podporządkowania interesu publicznego i społecznego interesom korporacji. Przeciwne tej umowie są całe społeczeństwa, a lobbują za nią elity. W szerszej perspektywie CETA i inne współczesne umowy o wolnym handlu kreują porządek świata, który służąc korporacjom z krajów wysoko rozwiniętych, krzywdzi nie tylko społeczeństwa tych krajów, lecz także wielką grupę państw rozwijających się. Przez dziesiątki lat po II wojnie światowej, dzięki wielostronnym negocjacjom, kraje te miały możliwość udziału w kształtowaniu międzynarodowego handlu. Obecnie ich interesy są pomijane, co skutkować będzie wzrostem dystansu dzielącego je od krajów rozwiniętych. W efekcie będzie przyczyniać się do dalszego ubóstwa, narastaniu konfliktów społecznych i zbrojnych, co z kolei doprowadzi do masowych migracji w poszukiwaniu lepszych warunków życia.

Dlaczego w takim razie nawet w tak małym kraju jak Belgia jeden region był przeciwny umowie, a inne, w tym rząd centralny, chcą ją podpisać?

Każdy ma swoje kalkulacje geopolityczne. To jest podejście, które całkowicie ignoruje następstwa społeczne i ekonomiczne. Tak jak się obawiałam, opór Walonii został złamany. Strona społeczna okazała się zbyt słaba, żeby powstrzymać podpisanie umowy CETA, która radykalnie przyspieszy proces globalizacji, zwiększając napięcia społeczne. To nie jest zrównoważony rozwój świata, bez względu na to, jak pięknymi hasłami się reklamuje.

SKOMENTUJ

Nr 408

(44/2016)
4 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail