Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Półtorej godziny od...

Półtorej godziny od życia. Recenzja filmu „Manchester by the Sea”

Inga Iwasiów

Bohater najnowszego filmu Kennetha Lonergana wiedzie życie naznaczone traumą kolejnych strat. Opowieść o tragediach, które stały się jego udziałem, o naderwanych i odbudowywanych więzach rodzinnych, to jednocześnie obraz codzienności, w której również żałoba powinna móc znaleźć swoje miejsce.

Szukam w internecie obsady filmu „Manchester by the Sea”, właściwie w całości zasługującej na wyróżnienie, i przy okazji czytam opisy fabuły. Nie byłyby one ważne – bo nigdy nie są adekwatne – ale uderza mnie tym razem siła schematu. „Po śmierci Joe’go (Kyle Chandler), starszego brata, Lee Chandler (nagrodzony Oscarem Casey Affleck) wraca w rodzinne okolice, by zmierzyć się z tragiczną przeszłością i zaopiekować bratankiem Patrickiem (Lucas Hedges)” – tak wygląda średnia streszczenia dzieła Kenetha Lonergana. Spodziewamy się więc standardowej opowieści o życiu, przepuszczonej przez świadomość bohaterów w momencie kryzysu.

Z miłości

Lonergan korzysta co prawda z tej konwencji, zwłaszcza w dwóch powtarzalnych obrazach: w pocztówkowym ujęciu miasteczka od strony morza oraz w scenach na łodzi. Bohaterowie są szczęśliwi właśnie wówczas, gdy wypływają w morze – dwaj bracia i chłopiec; chłopiec z wujkiem i przyjacielem ojca; czy wreszcie ci sami mężczyźni i jedna z dwu dziewczyn najmłodszego z nich. Trudno byłoby jednak uznać, że telefon ze szpitala przenosi Lee z teraźniejszości w pełną nierozwiązanych spraw przeszłość: bohater nie wyjechał tak daleko z Manchester by the Sea, by stracić kontakt z rodziną. Nie żyje też żadnym „innym życiem”, raczej po prostu trwa, być może przygotowany do koniecznej podróży. Mieszka w Bostonie, gdzie wykonuje podrzędną pracę dozorcy-konserwatora. Wolne wieczory spędza w knajpie. Chętnie wdaje się w bójki. Nieumotywowana przemoc, a właściwie autoagresja – bije się zawsze z grupą, bez szans na zwycięstwo – są jedynymi momentami wyjścia z odrętwienia. Stopniowo, z introspekcji płynnie przenikających plan teraźniejszości oraz kilku mocnych scen, w których muzyka „zakrywa” dialog, poznajemy przyczyny tego stanu.

Brat Lee, Joe, chorował na serce. Mężczyzn łączyła silna więź, o czym mamy okazję przekonać się w jednej z pierwszych retrospekcji, gdy płyną łódką. Joe pyta wówczas bratanka: z kim chciałbyś znaleźć się na bezludnej wyspie, gdybyś mógł wybrać tego jedynego towarzysza? Łapią wielką rybę, Lee żartobliwie domaga się pierwszeństwa i uznania, ale chłopiec ucieka do ojca. To scena z epoki niewinności. Jeszcze nic się wydarzyło, nikt nie zachorował, nie umiera, nie nastąpiło żadne nieszczęście, nie padło żadne nieodwracalne słowo. Widzowie są już jednak zaniepokojeni, ponieważ wcześniej widzieli obojętnego, zamkniętego w sobie Lee, naprawiającego krany, odgarniającego śnieg. Co stało się ze światem tamtego rejsu, z miasteczkiem nad morzem? Dlaczego Lee pół-uciekł do miasta o półtorej godziny drogi od tej sielanki? Pełna odpowiedź pojawia się warstwa po warstwie, by kulminować w połowie filmu, ale warto zatrzymać się przy tej jej wersji, która stanowi jaśniejszą stronę opowiedzianej przez Lonergana historii: Lee nie wyjechał na drugi koniec kraju, nie zatarł po sobie śladów – z miłości.

Trwanie

Choć bohater znajduje się w stanie zamrożenia, niejako trwa w życiu (dowiemy się i tego, że chciał ze sobą skończyć), żeby móc w razie potrzeby odwiedzić ojca, brata, bratanka. Gdy umiera pierwszy, a potem drugi z nich – z dawnej konstelacji zostaje szesnastoletni chłopak. To jednak nie takie proste, jak chcieliby odbiorcy melodramatów. Pozostawanie na powierzchni nie oznacza zmiany barwy, wyjścia z depresji, ze smugi traumy. Oznacza tylko tyle, ile może oznaczać, bowiem niektórych ran nie da się uleczyć, a człowiek może zrobić tylko tyle, ile może. Lee mówi pod koniec, że nie da rady zostać w Manchester by the Sea, ale nie odjedzie daleko, nie zerwie więzi z Patrickiem. Nowych relacji nie nawiązuje – z pierwszych scen możemy sądzić, że ma jakiś banalny uraz do kobiet. Gdy dowiemy się, o co chodzi, każdy gest, dotyk, uścisk, półuśmiech Lee nabiorą znaczenia. Staną się symptomem życia, świadectwem wysiłku, trwającego nawet wówczas, gdy jesteśmy emocjonalnie sparaliżowani.

Plany w otwartej przestrzeni – miasteczko z dystansu, woda – stanowią ramę dla planów w przestrzeni zamkniętej. Dom Joe’ego i Patricka, z pokojem zmarłego, wygląda zupełnie inaczej niż ciasny, chyba piwniczny pokój Lee w Bostonie. Knajpy są takie same bez względu na miejsce akcji. Jedna z pierwszych retrospekcji (pełniących też funkcje introspekcji), chronologicznie umiejscowiona po rejsie braci z chłopcem (z elementem inicjacji – złowieniem wielkiej ryby), przenosi nas do domu Lee, kiedy mieszkał jeszcze w Manchesterze. Niemal nie różni się on od pozostałych, jest tylko nieco bardziej pastelowy. Kamera dzieli przestrzeń, a z nią emocje widzów, na porcje. Odczuliśmy wcześniej niepokój, jakieś ssanie w środku, bo – powtórzę – smutek, powrót na sygnał ze szpitala, skamienienie postaci – a tu pojawia się łóżko z przeziębioną żoną i siedząca przy niej mała dziewczynka. Lee wchodzi, jest podpity, żartuje, wnosi entuzjastyczną radość mężczyzny po przygodzie. Więc miał żonę i córkę, myślimy. I w tej samej chwili widzimy, że nie tylko żonę i córkę…

W tę szczelinę między śmiercią a ostatecznym pożegnaniem wdziera się codzienność, a wraz z nią i półuśmiech, i powściągliwie wyrażana rozpacz, i zagubienie.

Inga Iwasiów

W całym filmie jest wiele takich logicznych serii, przechodzących jeden w drugi obrazów, motywacji, podgłośnień i wyciszeń. Demonstrują skalę strat. Dają też pojęcie o tym, co dzieje się w duszy głównego bohatera. To on miał tamten świat, teraz nam wyświetlany. Zostały mu z niego trzy fotografie. Pod koniec filmu zobaczy je, postawione w pokoju po ojcu, Patrick. Spogląda na nie i przyjmuje ciężar decyzji Lee; rozumie, że odmowa przejęcia opieki nie jest odrzuceniem, lecz niemocą, której nie zaradzi ani miłość, ani codzienność. Gra Lucasa Hedgesa, wyluzowanego nastolatka, ironicznie komentującego zdarzenia, lecz potrafiącego bez słowa zatrzymać wzrok na szczególe, pozwala zrozumieć proces osiągania dojrzałości lepiej niż niejeden traktat o młodym pokoleniu.

Sceny żałobne

Powinnam teraz film Kenetha Lonergana „zacząć od początku”, od momentu, gdy Lee jedzie do szpitala, w którym właśnie umarł Joe. Archeologia tragedii jest nam jeszcze nieznana. Stykamy się, tak jak rodzina, z przypadkiem śmierci. Nie jest to, z uwagi na chorobę zmarłego, zdarzenie nieoczekiwane, a jednak wszyscy zachowują się w znany osobom po stracie sposób: reagują zgodnie z jedyną w swoim rodzaju logiką szoku. Rzeczowe pytania i praktyczne decyzje sąsiadują z atakami bezradności. Współczujący personel szpitala, w małym miasteczku wręcz zaprzyjaźniony z rodziną zmarłego, kiedy tylko znajdzie się poza zasięgiem wzroku i słuchu „interesantów”, prowadzi rutynową rozmowę, np. o worku z rzeczami, który gdzieś zagubiono. Pozostałości, za chwilę niemal relikwie, przechowujące ciepło zmarłego, są jak inne drobiazgi w dniu pracy medyków. Lekarzowi trudno wytrzymać w windzie ten moment, gdy wszystko już powiedział, a trzeba zjechać do kostnicy. O czym myśli? Ma równo wystrzyżony kark, to wiemy na pewno. Rozmowy o pogrzebie, te ze znajomymi i profesjonalistami okazującymi konwencjonalne współczucie, są równie ważne jak rozmowy o psującym się silniku łodzi. Uruchamiając instrumentarium symboliczne, można by powiedzieć, że ten silnik jest sercem dialogów, ponieważ przedłuży życie, które wyparowało z osoby. Naprawa zaś pozwoli wszystkim przepłynąć rzekę śmierci. Poruszająca jest również sama, rzec można, „techniczna” strona pogrzebu. Ponieważ w Manchester by the Sea trwa zima, z pogrzebem trzeba poczekać. W tę szczelinę między śmiercią a ostatecznym pożegnaniem wdziera się codzienność, a wraz z nią i półuśmiech, i powściągliwie wyrażana rozpacz, i zagubienie.

Przed-po

Są w tym filmie momenty emocjonalnego zagęszczenia, gdy dialog zastępuje muzyka klasyczna. Lesley Barber, autorka ścieżki dźwiękowej, w momenty niemoty wprowadza Händla czy Masseneta, co odczytać wolno jako potwierdzenie intuicji, iż na końcu skali znajdują się burzliwe, patetyczne akordy. Jesteśmy wówczas w miejscu, na które zupełnie dosłownie brak języka, w polu skrajnej emocjonalności. Ktoś, kto stamtąd wyszedł, na pewno nie przyjmie zaproszenia do towarzyskiej pogawędki.

W kilku powiązanych wątkach powraca również dodatkowo kwestia odradzania się. Jest oczywiste, że Lee nie przeżyje katharsis pod wpływem precyzyjnego testamentu brata, który zapewne miał taką nadzieję – ale też nie miał wyjścia. Metamorfozę – również fizyczną – odtwarza Michelle Williams w roli byłej żony Lee. Wydaje się kimś innym, stonowanym, aż do sceny, w której ujawnia nieprzezwyciężone uczucie miłości i rozpaczy. Próbuje także matka Patricka (Gretchen Mol), alkoholiczka, która uciekła od rodziny w momencie, gdy choroba męża została zdiagnozowana. Żyje teraz jako „nowa chrześcijanka” z kontrolującym narzeczonym. Uratowana, lecz i stracona dla syna, w nowym uzależniającym klinczu.

Ratunkowi nie sprzyja także społeczność, która świadkowała wydarzeniom. Lee, choć widzimy go jako człowieka godnego największego współczucia, jest tam wciąż traktowany zapewne tak, jakby był współwinny tragedii, o której i my się w pewnym momencie dowiemy. „Ten Lee Chandler”, mówią niektórzy, nikt nie chce mu dać pracy, choć powiedzmy sprawiedliwie – ma obok i życzliwe dusze, przede wszystkim George’a, wspólnika brata, i jego rodzinę. Wielu nie chce go widzieć – jest zarażony nieszczęściem. W Manchester by the Sea nie da się zapomnieć. Ale nie da się także w Bostonie, a najprawdopodobniej – nigdzie.

Mężczyźni, męskość, ból

Wiele już o tym filmie napisano. Zwracano uwagę na postać znakomicie granego głównego bohatera – mężczyzny złamanego, który nie idzie dalej niczym kowboj. Ja spojrzałabym na „Manchester by the Sea” także jako na film o męskości nietriumfującej i zarazem niewyabstrahowanej z systemu tradycyjnych wartości. Lee, Joe, ich ojciec, Patrick, George, a w tle także ich kumple tworzą wspólnotę, w której obowiązuje styl oparty na sile, lojalności, pracy. Ten wzór powtarza choćby drużyna hokejowa, w której gra Patrick. Kobiety znajdują się na zewnątrz tego świata i radzą sobie z codziennością oraz z bólem swoimi sposobami. Nie jest więc tak, że Lonergan pokazuje nam nowe, wrażliwsze wcielenie męskości. Raczej wydobywa cnoty – miłość, odpowiedzialność, lojalność rodzinie – oraz dyskutuje ze złudzeniami produkowanymi w kulturze masowej.

Jedno z tych złudzeń to przekonanie, że wszystko można przeżyć, zawsze pójść dalej. Nie, nie wszystko. Każda strata, zwłaszcza taka, która związana jest z poczuciem winy, czyni nas bezradnymi, a są i takie, po których nie ma nadziei. Brzmi to obrazoburczo, bo przecież mamy dziesiątki szkół i doktryn terapeutycznych, które przekonywałyby nas do przeciwnego poglądu. Wielkość tego kina polega na tym, że ostatecznie przyjmujemy z nadzieją scenariusz na przyszłość, w którym zmieszczą się wizyty w oddalonym o półtorej godziny mieście. Patrick, który zobaczył w pokoju Lee fotografie jego dzieci, będzie nie tylko tym, który potrzebuje pomocy, lecz i tym, który jej udziela. Taką mamy nadzieję, bliższą doświadczeniu życiowemu niż w tych razach, gdy na ekranie widzimy bezwzględne, ostateczne zwycięstwo jasności nad ciemnością.

 

Film:

„Manchester by the Sea”, reż. Kenneth Lonergan, USA 2016.

 

*Ikona wpisu: fot. materiały prasowe

SKOMENTUJ

Nr 425

(9/2017)
28 lutego 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail