Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Droga przez mękę...

Droga przez mękę – z Ukrainy do Polski

Karolina Mazurczak i Magdalena Sadowska w rozmowie z Emilią Kaczmarek

Jak legalnie dostać się do Polski? Czy można uciekać przed służbą wojskową we własnym kraju? Jak urzędnicy sprawdzają, czy małżeństwo z obcokrajowcem jest fikcyjne? Pracowniczki Stowarzyszenia Interwencji Prawnej opowiadają o sytuacji Ukraińców w Polsce.

Emilia Kaczmarek: Co może zrobić obywatel Ukrainy, jeśli chce zacząć w Polsce legalnie żyć i pracować? Przeglądając strony Urzędu ds. Cudzoziemców natrafiamy na takie pojęcia, jak „status uchodźcy”, „ochrona uzupełniająca”, „pobyt czasowy”, „stały” lub „tolerowany” – co kryje się za tymi nazwami?

Magdalena Sadowska: Pobyt w Polsce można zalegalizować na dwa sposoby. Jeden dotyczy migrantów przymusowych. Takie osoby najczęściej nie mają dokumentów pozwalających legalnie wjechać do Polski, zgłaszają się od razu na granicy i proszą o status uchodźcy. Następnie przechodzą przez wielomiesięczną procedurę, w ramach której mogą uzyskać różne formy ochrony międzynarodowej: status uchodźcy lub ochronę uzupełniającą. Te różniące się między sobą formy prawne przeznaczone są dla osób, które doznały lub którym grozi doznanie poważnej krzywdy we własnym kraju (np. ze względu na ryzyko prześladowania).

Karolina Mazurczak: Natomiast ci cudzoziemcy, którzy przyjeżdżają tutaj nie z przymusu, lecz z własnego wyboru – bo chcą podjąć pracę, studiować, żyć razem z przebywającą tu już rodziną – najczęściej wjeżdżają do Polski legalnie: z wizą, która ma określony termin ważności, starając się potem zamienić ten dokument na kartę pobytu. To, czy to będzie pobyt stały, czy czasowy, zależy od tego, co dana osoba chce w Polsce robić i czy posiada polskie korzenie – w tym ostatnim przypadku możliwe jest uzyskanie zezwolenia na pobyt stały.

W „Raporcie na temat obywateli Ukrainy” Urzędu ds. Cudzoziemców czytamy, że tylko w 2014 r. umorzono lub rozpatrzono negatywnie prawie pół tysiąca wniosków o status uchodźcy, natomiast wydano zaledwie sześć decyzji o udzieleniu ochrony uzupełniającej oraz sześć o udzieleniu zgody na pobyt tolerowany. Z czego wynika ta dysproporcja?

KM: Od początku kryzysu na Ukrainie obserwujemy gwałtowny wzrost liczby osób starających się o ochronę międzynarodową. Zdarza się, że wnioskują o nią nawet cudzoziemcy, którzy przyjeżdżają do Polski z ważną wizą. Mimo to w 2014 r. jeszcze żaden obywatel Ukrainy statusu uchodźcy nie otrzymał. Uzasadnienia decyzji negatywnych są do siebie podobne – wskazuje się, że na Ukrainie istnieją procedury regulujące kwestie wewnętrznych przesiedleń, migracji z terenów objętych konfliktem do bezpieczniejszej części kraju. Urząd ds. Cudzoziemców uważa, że starający się o status uchodźcy w Polsce powinni najpierw szukać pomocy we własnym kraju.

Dlaczego tego nie robią?

MS: To zależy od indywidualnych przypadków. Wielu Ukraińców, którzy przyjechali do Polski obawia się prześladowania w innych częściach własnego kraju, np. ze względu na wyznawane poglądy polityczne, czy przekonania religijne. Jest to szczególnie istotne w kontekście tych osób, których wypowiedzi były powszechnie znane na terytorium całego kraju (np. dzięki przekazom medialnym).

Władze nie spodziewały się, że kilka niefrasobliwych wypowiedzi odbije się aż takim echem. Tysiące Ukraińców złożyło wnioski o status uchodźcy, a Polska zaczęła masowo wydawać odmowy.

Karolina Mazurczak

Trudna do pokonania jest także bariera językowa. Wśród przyjeżdżających do Polski Ukraińców zdarzają się osoby ledwo posługujące się językiem ukraińskim, dla których podstawowym językiem był rosyjski. W miejscu ich poprzedniego zamieszkania nie stanowiło to dla nich problemu, ale na zachodniej i w centralnej Ukrainie, dokąd musieli się przeprowadzić, nieznajomość ukraińskiego stanowi już istotne utrudnienie.

Część Ukraińców opuszcza swój kraj, bojąc się o dalszy rozwój wypadków – często słyszymy od osób, które uciekły z Krymu, że lękają się o swoją przyszłość, nie chcą być obywatelami Rosji. Niejednokrotnie wnioskodawcy starali się wcześniej o zmianę miejsca zamieszkania na terytorium Ukrainy, ale okazało się to bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Większość z zaproponowanych im rozwiązań opierała się na dobrej woli osób prywatnych. Pomoc udzielona przez państwo albo była bardzo ograniczona, albo wręcz niedostępna.

KM: Tymczasem w czerwcu tego roku prawo dotyczące przesiedleń wewnętrznych na Ukrainie zmieniło się. Jeśli osoba uciekająca z Krymu, Ługańska czy Doniecka była już w innym kraju, choćby w Polsce, i wystąpiła w nim o status uchodźcy, a następnie wraca na Ukrainę, traci prawa do pomocy socjalnej przysługujące przesiedleńcom wewnętrznym.

Dlaczego więc Ukraińcy starają się o coś, czego nie mają szans uzyskać i co pogarsza ich sytuację po powrocie do kraju?

KM: Mniej więcej rok temu pojawiały się doniesienia medialne i wypowiedzi polityków, przez które można było odnieść wrażenie, że Polska jest otwarta na uchodźców z Ukrainy. Oferowano miejsca w ośrodkach dla uchodźców i pomoc świadczoną np. przez Centrum Informacyjne na warszawskim Nowym Świecie specjalnie przygotowane dla obywateli Ukrainy. I tak to się rozeszło. Władze nie spodziewały się, że kilka niefrasobliwych wypowiedzi odbije się aż takim echem, że Ukraińcy faktycznie zaczną masowo przyjeżdżać i to właśnie konkretnie po to, by starać się o status uchodźcy. Tysiące Ukraińców złożyło wnioski, a Polska zaczęła masowo wydawać odmowy.

Zgodnie z prawem?

KM: Przepisy dotyczące udzielania statusu uchodźcy mówią, że „jeśli na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem w kraju pochodzenia, z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony tego kraju, to może uzyskać status uchodźcy w Polsce”. Wśród wnioskujących, zdarzają się także osoby, które pochodzą z regionów Ukrainy nie objętych konfliktem, które mogłyby spokojnie starać się o pobyt czasowy i legalnie w Polsce pracować. Osoby te posiadają ważne wizy, co oznacza, że musiały już odwiedzić polski konsulat, gdzie nie uzyskały właściwej informacji o tym, czym jest status uchodźcy i kto ma szansę go uzyskać.

Jak czytamy w tym samym raporcie Urzędu ds. Cudzoziemców: „Według stanu na dzień 9 października 2014 r., pomocą socjalną Szefa Urzędu ds. Cudzoziemców objętych jest 1487 obywateli Ukrainy”. Na czym owa pomoc polega?

MS: Osoby, które są w trakcie procedury uchodźczej, nie mogą przez pierwsze 6 miesięcy legalnie pracować w Polsce. Jeśli nie mieszkają w ośrodku dla cudzoziemców, dostają pomoc socjalną, która powinna im pozwolić na wynajęcie mieszkania, na żywność, na podręczniki dla dzieci, leki itp. Wysokość tej pomocy zależy od tego, ile jest osób w rodzinie – przykładowo: dla czteroosobowej lub liczniejszej rodziny pomoc wynosi 12,5 złotego na osobę dziennie. To oczywiście za mało, by wynająć mieszkanie, opłacić rachunki, kupić ubrania i jedzenie. Dopiero po 6 miesiącach od złożenia wniosku o nadanie statusu uchodźcy, jeśli nadal nie otrzymaliśmy żadnej decyzji od Szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców, a przedłużenie procedury nie wynika z naszej winy, możemy wystąpić o wydanie zaświadczenia, które stanowi podstawę do wykonywania pracy na terytorium Polski.

Jak często powodem obecnej emigracji z Ukrainy jest chęć uniknięcia służby wojskowej i wysłania do walk na wschodzie kraju?

MS: Bardzo często. Takie osoby to najczęściej młodzi mężczyźni, dwudziesto-, trzydziestoletni Ukraińcy, którzy jako główny powód przyjazdu do Polski podają strach przed udziałem w działaniach wojennych. Zdarzają się osoby, które motywują odmowę poddania się mobilizacji wyznawanymi poglądami politycznymi lub przekonaniami religijnymi. Inni podkreślają, że mają krewnych w Rosji i boją się, że w przypadku otwartej wojny pomiędzy Rosją i Ukrainą, będą zmuszeni strzelać do swoich bliskich.

Łatwo uznać dane małżeństwo za fikcyjne, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej.

Karolina Mazurczak

Jak na razie Szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców i Rada do Spraw Uchodźców wydają w takich przypadkach negatywne decyzje. Jak podkreśla się bowiem w orzecznictwie, sam fakt, że ktoś może zostać powołany do armii, nie stanowi przesłanki do uzyskania statusu uchodźcy. W większości państw funkcjonuje tak zwana służba zastępcza umożliwiająca spełnienie obowiązku wojskowego w innej formie, zgodnej z wyznawanymi poglądami politycznymi lub przekonaniami religijnymi. Dopiero kiedy brak jest możliwości odbycia służby zastępczej i możemy się spotkać z nieproporcjonalnie wysoką karą za odmowę odbycia służby wojskowej, może to być podstawą do udzielenia statusu uchodźcy.

Sytuacja na Ukrainie ulega teraz częstym zmianom, trudno więc powiedzieć, jakie praktyczne możliwości mają ci, którzy chcą uniknąć wcielenia do armii.

Czy dzisiaj łatwiej uzyskać w Polsce ochronę międzynarodową ze względu na stan zdrowia, niż powołując się na prześladowania polityczne?

KM: Patrząc na sytuację Ukraińców, tak to wygląda. Urząd do Spraw Cudzoziemców i Rada do Spraw Uchodźców wydają decyzje pozytywne, mimo że wnioskodawcy lub ich bliscy nie byli prześladowani, ale „istnieje rzeczywiste ryzyko doznania poważnej krzywdy w postaci pogorszenia się ich stanu zdrowia, w przypadku powrotu na Ukrainę”. W takim przypadku nie nadaje się statusu uchodźcy, ale udziela ochrony uzupełniającej lub zgody na pobyt ze względów humanitarnych.

Czy taka ochrona prawna trwa na tyle długo, żeby dana osoba zdążyła wyzdrowieć?

KM: Karta jest przyznawana na dwa lata i jest odnawialna, więc nawet, jeśli taka osoba już wyzdrowieje, może zostać w Polsce.

Wśród cudzoziemców, którzy uzyskują zgodę na pobyt w Polsce, 18 proc. stanowią współmałżonkowie Polek i Polaków. W jaki sposób państwo sprawdza, czy nie są to fikcyjne małżeństwa?

KM: Cudzoziemiec, którzy już wszedł w związek małżeński z Polką, może starać się o kartę pobytu, czyli o zezwolenie o trzyletniej ważności, które trzeba odnawiać. Aby wystąpić o taki dokument, musi przedstawić ważne dokumenty – m.in.: akt małżeństwa i akt urodzenia. To jednak dopiero początek formalności. Przesłuchanie to niejednokrotnie najbardziej traumatyczna część tej procedury. Najpierw wchodzi jedna osoba, później druga i te same pytania są zadawane obojgu małżonkom. Jakie to pytania? O kolor szczoteczki do zębów żony lub męża. Kto śpi od ściany, kto od okna. Jaka jest ulubiona potrawa żony lub męża. Jakiego koloru były spodnie, które mężczyzna nosił w dniu ich pierwszego spotkania. Jaka to była data.

Fot. Ivan Bandura; Źródło – Flickr

Sama nie umiałabym odpowiedzieć na część z tych pytań. Jak zachowują się przesłuchiwani w trakcie takiego wypytywania?

KM: Często próbują sobie na siłę przypomnieć jakieś szczegóły, żeby cokolwiek powiedzieć, zamiast przyznać się, że po prostu nie pamiętają danego wydarzenia. Tak ludzie reagują w stresie, chociaż tłumaczymy im uprzednio, że nie muszą na wszystkie pytania odpowiedzieć. Przesłuchujący proszą też o kontakty do znajomych, czy do rodziców. A jeśli małżonkowie są skłóceni z którąś z rodzin, to jest już kiepska sprawa…

Czy to już wszystko?

KM: Poza dokumentami i przesłuchaniami para jest jeszcze „odwiedzana” w domu przez pracowników Urzędu, Straż Graniczną. Jeżeli w trakcie takiej niezapowiedzianej wizyty nie ma tego małżeństwa w domu, to wypytywani są sąsiedzi. A przecież w dzisiejszych czasach mieszkańcy tego samego bloku często zupełnie się nie znają. Cała procedura wydaje się skomplikowana – łatwo uznać dane małżeństwo za fikcyjne, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej.

Jeżeli Urząd ds. Cudzoziemców uzna małżeństwo za fikcyjne, a cudzoziemiec nie dostaje zgody na pobyt, to i tak nie można unieważnić małżeństwa już zawartego w Urzędzie Stanu Cywilnego.

KM: Ma pani rację. Dochodzą do nas jednak niepokojące sygnały, że w niektórych Urzędach Stanu Cywilnego pracownicy mają powiadamiać Straż Graniczną, gdy uzyskują informację o zbliżającym się zawarciu związku małżeńskiego przez cudzoziemca. W sytuacji, gdy ma się odbyć ślub, gdzie jedna z osób nie ma dokumentu pobytowego, zdarza się, że na miejsce przyjeżdża Straż Graniczna i nie dopuszcza do ceremonii.

Załóżmy, że komuś udało się już zalegalizować swój pobyt w Polsce i szuka pracy. Jakie wyzwania stoją przed nim najczęściej?

KM: Często zgłaszają się do nas osoby, które mają problem z zatrudnieniem przez swoich pracodawców w pełni legalnie. Pracodawcy robią to niechętnie, bo uważają, że procedury zatrudniania cudzoziemców są kosztowne i długotrwałe. Często też mamy do czynienia z osobami, które zostały poszkodowane przez pracodawcę – nie otrzymały wynagrodzenia albo otrzymały je w mniejszej kwocie, niż było to planowane. Pomoc w takich przypadkach bywa bardzo trudna. Cudzoziemcy często nie znają nawet nazwisk pracodawców albo pełnych nazw firm, w których pracowali. „Pracowałam u pana Krzyśka” – to jest ich cała informacja o pracodawcy.

Kiedy myślę o sytuacji migrantów ze Wschodu pracujących w Polsce, przypomina mi się „targ Ukraińców” koło starej mleczarni w Piasecznie. Miejsce, gdzie do stojących przy drodze ludzi podjeżdżają samochody i wybierają sobie pracowników. Czy taki „targ” to zjawisko powszechne, czy raczej wyjątek?

KM: W Polsce jest kilka takich „giełd”: w Lublinie, w Warce, choć Piaseczno jest rzeczywiście „numerem jeden”. Szuka się tam głównie pracowników sezonowych, zatrudniając ich zwykle „na czarno”. Ukrainki, z którymi rozmawiałam, mówiły mi o przypadkach przemocy ze strony pracodawców znalezionych poprzez taką giełdę. Kiedy pytałam, dlaczego mimo to dalej stoją na ulicy w Piasecznie, odpowiadały, że jest to najłatwiejsza droga do znalezienia pracy. Imigranci wiedzą, że czasem trafi się taki pracodawca, który nie wypłaci wynagrodzenia i niejednokrotnie nic z tym nie robią, bo obawiają się utraty pracy i konieczności powrotu na Ukrainę.

Czy tylko pracodawcy czerpią korzyści z bezradności niektórych imigrantów?

KM: Nie. Należy jeszcze wspomnieć tak zwanych pełnomocników – to prawnicy, bądź osoby podające się za nich, którzy reklamują swoją pomoc w załatwieniu wszelkich formalności w Urzędzie. Pełnomocnicy rozdają swoje ulotki przed urzędem przy ul. Długiej w Warszawie, oferując „całościową opiekę prawną”. Biorą nawet 3 tys. złotych za wypełnienie prostego wniosku. Osoby korzystające z tej pomocy najczęściej trafiają potem do nas, bo okazuje się, że pełnomocnik wziął pieniądze i zniknął.

W ramach projektu „Pod jednym dachem” Stowarzyszenie Interwencji Prawnej organizuje szkolenia dla pracodawców, którzy mogą zatrudniać cudzoziemców. Jak takie szkolenia wyglądają?

KM: Szkolenia dla pracodawców zaplanowane są na przyszły rok, jednak już od kilku lat prowadzimy warsztaty i spotkania poświęcone tematyce dyskryminacji – głównie dla pracowników i pracowniczek warszawskich urzędów. Już sama rekrutacja na takie warsztaty, sprawia wiele problemów – kiedyś na moją propozycję udziału w szkoleniu dostałam odpowiedź: „Przecież prawo nawet nie daje nam możliwości dyskryminować”. W trakcie warsztatów postawa uczestników ulega zmianie. Dostrzegają, że faktycznie istnieją mechanizmy i procedury, które produkują i utrwalają mowę nienawiści.

Nietolerancyjni urzędnicy, cyniczni prawnicy, nieuczciwi pracodawcy… Z pewnością jednak także wśród osób przyjeżdżających do Polski nie wszyscy mają dobre intencje.

KM: Po każdej stronie znajdzie się ktoś nieuczciwy, to oczywiste. Pamiętam sytuację, która miała miejsce w jednym z Urzędów Wojewódzkich – Ukraińcy, którzy starali się o stały pobyt, przynosili falsyfikaty dokumentów zaświadczających o korzeniach polskich, podrobione akty urodzenia rodziców czy dziadków. Oczywiście taki cudzoziemiec, oprócz tego, że przedstawiał dokumenty, musiał jeszcze przejść test ze znajomości polskiej kultury, historii, języka – ten test byłby ciężki, nawet dla Polaków. Od tamtej pory, oprócz przetłumaczonego dokumentu, cudzoziemiec zobowiązany jest dostarczyć do urzędu oryginały, które są dokładnie weryfikowane.

Pełnomocnicy biorą nawet 3 tys. złotych za wypełnienie prostego wniosku. Osoby korzystające z tej pomocy najczęściej trafiają potem do nas, bo okazuje się, że pełnomocnik wziął pieniądze i zniknął.

Karolina Mazurczak

Czy polskie prawo dotyczące imigrantów odstaje od prawa unijnego? Czy prawo trzeba zmienić?

KM: Polskie prawo dotyczące cudzoziemców jest chaotyczne, nieprzemyślane, robione „z doskoku”. Przykładowo, w „Polityce Migracyjnej Polski” – dokumencie, który powinien wyznaczać strategię postępowania wobec cudzoziemców – można wyczytać, że potrzebujemy rąk do pracy z powodu starzejącego się społeczeństwa, potrzebujemy imigrantów, żeby przetrwać kryzys demograficzny. A z drugiej strony te cele nie odnajdują odzwierciedlenia w tworzonym prawie.

Jak panie oceniacie ostatnią nowelizację ustawy o cudzoziemcach z maja 2014 r.?

KM: Podstawowa zmiana dotyczyła zniesienia potrzeby wyrabiana karty pobytu i dodatkowego zezwolenia na pracę, oba te dokumenty połączono, tworząc jednolite pozwolenie na pobyt i pracę. Tylko, że czas załatwiania tego jednego dokumentu jest jeszcze dłuższy niż wcześniej tych dwóch. Imigrant musi przejść szereg procedur, które dadzą mu zezwolenie na pracę i prawo pobytu. A przy jakiejkolwiek zmianie pracodawcy i warunków zatrudnienia karta pobytu także musi być zmieniona. Proszę sobie wyobrazić wyjazd do innego kraju, w którym nie można swobodnie podjąć pracy, ale trzeba mieć zezwolenie u konkretnego pracodawcy, a każda zmiana generuje kolejne… To bardzo uzależnia pracowników od pracodawców, którzy chętnie wykorzystują tę sytuację.

Wiem, że Stowarzyszenie Interwencji Prawnej odnotowało w tym roku kilkusetprocentowy wzrost liczby klientów z Ukrainy. Tymczasem środki finansowe na pomoc prawną dla cudzoziemców znikną od początku 2015 roku. Czy jest to raczej efekt niedopatrzenia, czy może celowy element polityki migracyjnej polskiego rządu?

KM: Od dawna walczymy, żeby w prawie znalazły się regulacje gwarantujące bezpłatny dostęp do pomocy prawnej – tak dla obcokrajowców, jak i dla Polaków. Zobowiązują nas do tego m.in. dyrektywy unijne. Tymczasem takiej pomocy udzielają organizacje pozarządowe utrzymujące się głównie z funduszy europejskich. Niestety, ale w sytuacji, w której powstają nowe unijne wytyczne finansowe, gdy Komisja Europejska postanowiła połączyć dwa fundusze w jeden (Fundusz Azylu Migracji oraz Integracji), okazuje się, że Komisja nie zdąży z płynnym przejściem od jednego źródła finansowania do drugiego. Konkursy będą rozpisane dopiero w drugim lub trzecim kwartale 2015 r., przez co powstaje co najmniej półroczna przerwa w finansowaniu organizacji udzielających darmowej pomocy prawnej. Obawiam się, że kiedy unijnych funduszy zabraknie, Polska nie zrobi nic, żeby zapewnić osobom mieszkającym w naszym kraju dostęp do niezbędnej im pomocy prawnej. Od dawna staramy się skłonić rząd do myślenia, że jest to ważny i przyszłościowy temat, na razie bezskutecznie. Dziennie zgłasza się do nas około 50 osób, najczęściej z Ukrainy. Bez naszej pomocy te wszystkie osoby będą teraz skazane na pomoc płatnych pełnomocników, o których opowiadałam wcześniej.

 

Transkrypcja: Michał Jędrzejek, Jakub Sypiański, Viktoriia Zhuhan, Konrad Kamiński.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 302

(42/2014)
21 października 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj