Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Czyste sumienie półperyferii....

Czyste sumienie półperyferii. Recenzja filmu „Karbala” Krzysztofa Łukaszewicza

Weronika Grzebalska

Współczesny polski widz, przyzwyczajony do wizji historycznych konfliktów, styka się w „Karbali” z wojną, z której nasi żołnierze dopiero co wrócili. Choć twórcy unikają kilku irytujących klisz, równie gładko uciekają od pytań o odpowiedzialność za destabilizację Iraku i całego Bliskiego Wschodu.

Podczytując przed seansem materiały prasowe, dołączone do wejściówki na „Karbalę”, spodziewałam się całej palety klisz typowych dla polskiego myślenia o wojnie i wojsku, które Maria Janion opisała przed laty w „Płaczu generała”. Synopsis dla mediów umiejętnie zagrało bowiem na heroiczno-martyrologicznych strunach polskiego serca, zapowiadając film o odrodzonym etosie polskiego żołnierza, „do końca trwającego na stanowisku, mimo przeważających sił wroga”. Puszczono też oko do miłośników opowieści o wielkiej, męskiej przygodzie i braterskiej wspólnocie, z umieszczonego w materiałach plakatu promocyjnego spoglądali na nas bowiem uzbrojeni żołnierze, zespoleni w jedno ciało i wyprężeni w bardzo bohaterskich pozach.

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Pionki na kontrakcie

Jednak reżyserowi „Karbali” udało się z pewnością jedno – jego film wymyka się dobrze okrzepłym w wyobraźni zbiorowej narracjom wojennym, nie daje się ująć w przywoływane w Polsce rytualnie ramy opowiadania o wojnie i żołnierzach. Twórcy nie uniknęli co prawda klisz w rodzaju podniosłego ujęcia polskiej flagi powiewającej na irakijskim wietrze, ale „Karbala” szczęśliwie nie mówi do nas tak dobrze znanym językiem heroiczno-nacjonalistycznym. O militarnej interwencji na Bliskim Wschodzie nijak nie da się bowiem opowiedzieć jak o służbie Ojczyźnie. Filmowi bohaterowie broniący oblężonej twierdzy City Hall nie mają w sobie też nic ze straceńczo-mesjanistycznych typów powstańczych. Mimo pozornie beznadziejnej sytuacji walczą oni po to, żeby po prostu przeżyć, a w obliczu braku wsparcia rozważają też złożenie broni. Wbrew temu, co zapowiadał plakat promocyjny, opowieści o interwencji w Iraku nie snuje się też w „Karbali” w konwencji westernowej, w której wojna to Wielka Gra, a żołnierze – prawdziwi twardziele bez cywilnych słabostek. Wręcz przeciwnie, miejsca dla strachu i ludzkich potknięć jest w filmie sporo, a i bohaterskich ambicji nikt tu za bardzo nie ma, bo też – jak tłumaczy jeden z żołnierzy swojemu bratu – na misję jedzie się nie dla sławy i chwały, ale dla rat kredytowych. W końcu, mimo sceny – zupełnie nieprzekonującej zresztą – w której polski żołnierz wstawia się za bitą przez Irakijczyka kobietą, nie dostajemy też na szczęście w „Karbali” anglosaskiej postracjonalizacji interwencji jako obrony praw człowieka i szerzenia demokracji.

Co więc dostajemy? W zasadzie można powiedzieć, że Łukaszewicz nie próbuje wpisać polskiej obecności w Iraku w żadną większą opowieść, czy znaleźć dla niej jakiegoś symbolicznego umocowania. Z tej symbolicznej pustki po wyświechtanych narracjach miała może szansę urodzić się jakaś nowa jakość. Obiecująca w tej mierze jest zwłaszcza rozmowa między granym przez Bartłomieja Topę polskim kapitanem a dowódcą bułgarskim, w której dzielą się ze sobą konstatacją, że ich armie od dawna są na posyłki Wielkiego Brata – tyle że ten mówi dziś nie po rosyjsku, ale po angielsku. Podobny wydźwięk mają sceny z żołnierzami amerykańskimi, przynoszącymi polskiemu dowództwu kolejne rozkazy. Amerykańska rzecz – zdaje się mówić Łukaszewicz – rozstawiać koalicjantów jak pionki, polska (i w ogóle środkowoeuropejska) – rozkazy milcząco przyjmować, jak niewygodne by nie były. Tę trzeźwą ocenę własnej sytuacji dopełnia sam obraz polskiego sprzętu wojskowego – przestarzałego, pamiętającego jeszcze czasy poprzedniego Wielkiego Brata. Dzięki takiemu ukazaniu naszej półperyferyjnej pozycji w geografii polityczno-gospodarczej współczesnego świata „Karbala” jest jak cucący powiew Realpolitik, kubeł zimnej wody na polskie mocarstwowe rojenia o dawnej sile i przyszłej potędze osiągniętej u boku koalicjantów.

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Globalny podoficer

Na uznaniu własnej podrzędności krytyczny potencjał „Karbali” się jednak kończy, a zamiast skłaniać do formułowania konstruktywnych wniosków z pozycji własnego nierównego uwikłania w zachodni imperializm film jedynie wzmacnia typowe kompleksy półperyferyjnej mentalności. Zamiast zapraszać do politycznych rozliczeń z mechanizmami i konsekwencjami militarnego ekspansjonizmu „Karbala” podsyca raczej rozpaczliwe pretensje i roszczenia typowe dla państw imperializmu żebraczego – takich, których cechą definicyjną jest według Filipa Ilkowskiego zależność w realizacji swoich geopolitycznych ambicji od silniejszych sojuszników [1]. Filmowych żołnierzy w najmniejszym stopniu nie zajmuje bowiem ani polityczny sens operacji, która stała się ich udziałem, ani jej moralne umocowanie, a jedynie poczucie dziejowej niesprawiedliwości, że za mało ich doceniono i wynagrodzono. To, co z filmu Łukaszewicza bije najsilniej, to stara, dobra polska niemożność – osobliwe rozdarcie między kompleksem niższości a wyższości wobec Zachodu. Z jednej strony – ukłucie wstydu, że jesteśmy na tej misji pariasami z przestarzałym sprzętem. Z drugiej – urażona duma i zarazem gorzki żal, że oto dokonaliśmy rzeczy niemożliwej, bez wsparcia utrzymując karbalski ratusz, a jednak nasze oddanie nie zostało przez koalicjanta dostatecznie nagrodzone orderami i korzyściami, ale zamiecione pod dywan, zepchnięte w niepamięć za sprawą klauzuli tajności.

Okopując polskie wojsko na pozycji pionka Wielkiego Brata, „Karbala” skutecznie odsuwa też pytania o naszą współodpowiedzialność za destabilizację Bliskiego Wschodu.

Weronika Grzebalska

Ustawienie niedocenienia Polaków jako centralnego dramatu filmu ma też dodatkowy skutek w postaci wyzucia bohaterów z poważniejszych wątpliwości czy ludzkich odruchów w stosunku do tych, przeciwko którym walczą. Zamiast pogłębienia politycznego tła konfliktu „Karbala” oferuje nam więc kompletnie od niego oderwaną strzelankę między dobrymi bohaterami a czarnymi charakterami. Zamiast zbliżenia na motywacje rebeliantów – stereotypowe i odczłowieczające ujęcie Irakijczyków jako anonimowej masy w dwóch odsłonach: albo jako dzikiej i okrutnej hordy, jak w przypadku atakujących City Hall bojowników, albo biernego, cywilnego motłochu. Filmowym żołnierzom daleko jest do pozbawionych refleksji i emocji robotów do strzelania. Łukaszewiczowi trzeba oddać to, że z wyczuciem prowadzi trudne wątki nieudzielenia pomocy rannemu towarzyszowi broni czy blokady na skutek stresu pourazowego. Jednak empatia jest w filmie wybitnie jednokierunkowa – poza symbolicznym gestem w postaci pojedynczego wątku irackiego policjanta Farida Irakijczyków portretuje się tu bez jakiejkolwiek wrażliwości czy zrozumienia.

Na koniec, co najbardziej niepokojące, odczłowieczając przeciwników i zarazem okopując polskie wojsko na pozycji pionka Wielkiego Brata, którego rękami ten załatwia swoje cele, „Karbala” skutecznie odsuwa też pytania o naszą współodpowiedzialność za destabilizację Bliskiego Wschodu.

Fot. materiały prasowe

Fot. materiały prasowe

Cierpiący mają kamienne serca

Trudno w aktualnej sytuacji nie zderzyć przekazu „Karbali” z szerszą dyskusją nad tym, co bułgarski politolog Iwan Krastew określił ostatnio mianem deficytu współczucia wobec kryzysu uchodźczego w Europie Wschodniej. Cierpiący mają kamienne serca. Mimo naszej postawy prymusa obietnice postępu, dobrobytu i wzmocnienia własnej pozycji nie zostały zrealizowane, trudno jest nam więc dziś dzielić się i tak za krótkim europejskim kocem. Zdecydowanie łatwiej oddalać wezwania do solidarności, zasłaniając się własną podporządkowaną pozycją w globalnym systemie polityczno-gospodarczym. Niewątpliwą zaletą ekranizacji krwawej bitwy o City Hall jest to, że trudniej będzie po niej odwracać wzrok od polskiego udziału w wydarzeniach, które doprowadziły do aktualnego kryzysu humanitarnego, udawać, że w Iraku czy Afganistanie nas w zasadzie nie było, a jeśli nawet byliśmy, to z misją stabilizacyjną, a nie regularną wojną. Zaserwowana nam przez Łukaszewicza zaciekła strzelanka, w której Irakijczycy padają jak muchy, nie pozostawia wątpliwości co do tej mniej nagłaśnianej przez media strony polskich misji. Wciąż jednak czekam na film, który wybije nas z wygodnego zaabsorbowania własnymi krzywdami i zostawi rysy na naszym czystym sumieniu.

Przypis:

[1] Filip Ilkowski, „Imperializm żebraczy, czyli polska polityka zagraniczna według dokumentów WikiLeaks”, „Społeczeństwo i Polityka”, Nr 1(34)/2013, s. 261–276.

Film:

„Karbala”, reż. Krzysztof Łukaszewicz, Polska, 2015.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 350

(38/2015)
22 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj