Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Labirynt samotności. Recenzja...

Labirynt samotności. Recenzja filmu „Roma” Alfonsa Cuaróna

Katarzyna Dembicz

W najnowszym filmie Alfonsa Cuaróna zamiast egzotycznego oblicza Meksyku znajdziemy analizę głęboko podzielonego społeczeństwa, stającego na progu katastrofy. Jego członkowie, pomimo dojmującej samotności, potrafią jednak wspierać się w momentach największych kryzysów.

[Uwaga do czytelników: tekst zawiera spoilery]

Współczesne kino meksykańskie kojarzy się z trzema reżyserami: Alejandrem Iñárritu, Alfonso Cuarónem i Guillermem Del Toro, okrzykniętymi przez przemysł kinematograficzny i media Los tres amigos, czyli trzema przyjaciółmi. Dzięki swoim osiągnięciom i zdobytym wyróżnieniom należą oni dzisiaj do ligi kina światowego. Jednakże wakatu, który po sobie pozostawili w Meksyku, nie powinno oceniać się w kategoriach pustki, a jedynie świetnej szansy na wypełnienie zdolnymi twórcami i ich dziełami. Tak zresztą się dzieje, o czym możemy się przekonać, przyglądając się różnorodnym listom przedstawiającym najlepsze nagradzane meksykańskie produkcje powstałe w ostatnich pięciu latach. Okazuje się, że ich tematyka odbiega od tej, z którą na co dzień stykamy się w prasie i mediach. Informacje dotyczące Meksyku odnoszą się najczęściej do kwestii przemytu narkotyków, przemocy, korupcji i migracji. Wśród najciekawszych filmów powstałych w latach 2013–2018, znalazły się filmy długometrażowe – fabularne i dokumentalne; zaskakuje, że tylko część z nich nawiązuje do wymienionej wcześniej problematyki: „La dictadura perfecta” [2014] odnosi się do korupcji, „Heli” [2013] opowiada o wojnie narkotykowej, „La jaula de oro” [2013] o emigracji do USA, a „La libertad del diablo” [2017] o przemocy. Jednak znaczna część z nagradzanych filmów to historie, które mogłyby wydarzyć się w innych szerokościach geograficznych, jak „Güeros”, „Club Sandwich”, „Bellas de noche”, „Las primaveras oscuras” czy „Post tenebras lux”.

„Roma” to film, który przedstawia problemy typowe dla Meksyku lat 70. XX wieku i te uniwersalne, bliskie nam, Europejczykom. Ci, którzy spodziewają się, że zobaczą w nim piękne krajobrazy o nasyconych do maksimum barwach, radość, muzykę i śpiew, czyli to, co najbardziej przyciąga turystów do tego kraju, mogą poczuć się zawiedzeni. Alfonso Cuarón, reżyser znany z takich obrazów jak „Grawitacja” czy „Harry Potter i więzień Azkabanu”, a jako producent z „Labiryntu fauna”, zabiera nas w podróż do swojej ojczyzny, do dzielnicy, w której się wychował – Colonia Roma (stąd tytuł filmu), pełnej zieleni części miasta o przepięknej zabudowie i atmosferze, barwnej i – jak na stolicę – mało hałaśliwej. Jednak zamiast kolorowych i miłych dla oka obrazów zobaczymy film czarno-biały, którego celem, podobnie jak w „Zimnej wojnie” Pawlikowskiego, jest zwrócenie uwagi – przez odwołanie się do indywidualnych historii i własnych doświadczeń – na szczególny okres w historii meksykańskiego społeczeństwa.

Brudna wojna

Początek lat 70. to czas dynamicznego rozwoju demograficznego i gospodarczego Meksyku, bazującego w owym czasie na eksporcie ropy naftowej (roczny wzrost PKB osiągał około 6 procent). To okres intensywnych migracji do miast, dynamicznej urbanizacji i umacniania miasta Meksyk w roli jedynego ośrodka gospodarczo-finansowego i kulturalno-naukowego kraju – w 1970 roku strefa metropolitalna liczyła około 10 milionów mieszkańców, gromadząc tym samym jedną piątą ludności kraju. Na kadencję prezydenta Luisa Echeverríi [1970–1976] przypada realizacja społecznych projektów mających niwelować różnice społeczne oraz wielkich przedsięwzięć przemysłowych oraz infrastrukturalnych, budowa ogromnych rodzinnych fortun, umacnianie centralizmu i więzi gospodarczo-politycznych ze Stanami Zjednoczonymi. To okres szczególny dla Meksyku także dlatego, że jeszcze nie otrząsnął się on z masakry w Tlatelolco 1968 roku, nie ochłonął z organizacji olimpiady 1968 i mistrzostw świata w piłce nożnej w 1970. Toczy się w nim la guerra sucia – „brudna wojna”, której celem było umocnienie za wszelką cenę władzy Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej [PRI]. Posiłkując się policją i paramilitarnymi jednostkami, partia ta dążyła do szybkiej i siłowej likwidacji przeciwników politycznych oraz jakichkolwiek przejawów niezadowolenia społecznego, zarówno na wsi, jak i w mieście.

Tło społeczne zarysowane przez Cuaróna w opowieści, w której bazuje na doświadczeniach z dzieciństwa, jest zatem niezwykle złożone: reżyser ukazuje kilka światów. Obserwujemy kraj dumny i bogaty dzięki gospodarczemu cudowi, który styka się z uniżoną, zniewoloną ekonomicznie i politycznie rzeczywistością. Rozgadany i plotkarski świat wielkomiejskich Kreolek istnieje równolegle do świata nieśmiałych i dyskretnych Indianek. Elokwencja i wysoka edukacja stykają się z analfabetyzmem i małomównością. Czystość i porządek wielkomiejskiego domowego zacisza kontrastuje z brudnymi i pokrytymi kurzem podmiejskimi biednymi dzielnicami imigrantów, przybyłych ze wsi i małych miasteczek. Świat meksykańskiej kultury ściera się z północnoamerykańskim modelem życia. Wszystkie te środowiska istnieją obok siebie i zbiegają się w domach, na ulicach miasta Meksyk, w kinie, w metrze. Przeplatają się i są często od siebie zależne.

Cuarón z wyrafinowaniem utkał obraz Meksyku lat 70., niezmienny do dziś. Kraju, gdzie nadal jasno wyznaczone są granice między białymi, Metysami i Indianami, gdzie bogate osiedla odgradzają się wysokimi murami od dzielnic nędzy, gdzie na tej samej ulicy obok spokojnie toczącego się życia trwa walka i przemoc.

Katarzyna Dembicz

Wydaje się, że owa wielowymiarowość i traktowanie na równi tematów uniwersalnych i tych specyficznych dla meksykańskiego świata, stanowi o wielkości dzieła Cuaróna. Relacje świata białych ze światem Indian, relacje pana i „niewolnicy”, służącej, to chleb powszedni meksykańskiej i latynoamerykańskiej rzeczywistości. A w niej obecna jest uniwersalnie rozumiana samotność. Potęgują ją ujęcia kamery, w których widzimy zza szyby jadących samochodem bohaterów filmu. Taki zabieg nie tylko stwarza dystans między widzem i tym, co dzieje się na ekranie, ale i pogłębia wrażenie, że nie jesteśmy w stanie nic zrobić, żeby ów stan rzeczy, ową samotną historię, zmienić.

Dom pełen samotności

„Romę” obejrzałam w kinie, chociaż Netflix – producent filmu – finansując przedsięwzięcie, brał pod uwagę raczej jego dystrybucję w internecie jako swoim zwyczajowym kanale komunikacji. Nie żałuję wyboru, ale muszę przyznać, że nic nie przemawia za oglądaniem tego filmu na wielkim ekranie – z wyjątkiem jednego szczegółu, ważnego dla zrozumienia reżyserskiego przesłania. Jest nim uczucie pustki i bezradności, przed którą stajemy, patrząc na główną bohaterkę, Cleo. To samotność, z którą mierzy się ona dzień w dzień.

Kiedy gasną światła w sali kinowej, a odpowiednie nagłośnienie wydobywa wszystkie dźwięki ruchliwego miasta, łatwiej nam wczuć się w bezsilność uniżonej indiańskiej służącej otoczonej białymi, której nie pozwala się mówić w ojczystym języku i która tęskni za swoją wioską, przyrodą, wolnością i przestrzenią.

Znaczna część akcji filmu rozgrywa się w pomieszczeniach domu typowej meksykańskiej rodziny z wyższej klasy średniej. Poznajemy historię Sofii, dobrze wykształconej i dobrze sytuowanej Meksykanki, na co dzień zajmującej się wychowaniem czwórki dzieci i prowadzeniem domu, w czym pomagają jej dwie mieszkające na poddaszu indiańskie służące Cleo i Adela oraz szofer i matka. Kobiety wydają się zależne od mężczyzn: Sofía –niesamodzielna finansowo – skazana jest na humory i tolerowanie nieobecności męża, a Cleo – podobnie jak jej kuzynka Adela – całkowicie zależna ekonomicznie od pracodawców, w wolnym czasie szuka szczęścia w ramionach metyskiego chłopaka z przedmieścia.

W tym spokojnym domu, z wszechogarniającą rutyną rannego mycia podjazdu i wyprawiania dzieci do szkoły, do którego przez okna wkrada się szum wielkomiejskiego zgiełku, zostaje zaburzona równowaga. Problemy, z którymi będą musiały zmierzyć się Cleo i Sofia, być może zbliżą je do siebie, ale z pewnością nie przybliżą do siebie światów, które reprezentują. Ani odejście męża od Sofii, ani ciąża i utracenie dziecka przez Cleo nie przyczynią się, nawet w najmniejszym stopniu, do zmiany ich pozycji społecznej i sytuacji będącej odzwierciedleniem meksykańskich realiów, tak precyzyjnie naszkicowanych przez Cuaróna. Z wyrafinowaniem utkał on obraz Meksyku lat 70., niezmienny do dziś. Kraju, gdzie nadal jasno wyznaczone są granice między białymi, Metysami i Indianami, gdzie bogate osiedla odgradzają się wysokimi murami od dzielnic nędzy, gdzie na tej samej ulicy obok spokojnie toczącego się życia trwa walka i przemoc (w 2018 roku w Meksyku dokonano ponad 35 tysięcy zabójstw).

Na skraju katastrofy

Sceny treningu wschodnich sztuk walki oraz pacyfikacji studenckiej manifestacji w dzień Bożego Ciała pokazują, jak bardzo ówczesna władza Meksyku była głucha na protesty domagających się pluralizmu i praworządności studentów: zwalczała je siłą, wspomagając się związkami politycznymi i militarnymi z USA. Jednocześnie w ujęciach pożaru lasu i trzęsienia ziemi reżyser przypomina, że te polityczne podziały w momencie zagrożenia nie mają żadnego znaczenia – znikają, a skutki katastrofy mogą dotknąć w takim samym stopniu całe społeczeństwo. Sceny z filmu przywodzą na myśl rok 1985, kiedy miasto Meksyk ucierpiało szczególnie na skutek trzęsienia ziemi, podczas którego zginęło ponad 10 tysięcy osób.

Ale Meksyk lat 70. to także świat głębokiego zaufania do drugiego człowieka, oddania i pomocy. Najlepiej ukazują to skomplikowane relacje Cleo, Sofii i jej rodziny. Takim pozostaje do teraz. W 2014 roku z rąk policji i bojówek paramilitarnych zginęli kolejni studenci, tym razem 43 z Ayotzinapa, a większość Meksykanów do dziś domaga się wyjaśnienia tej sprawy, wychodząc tłumnie na ulice. W 2018 roku społeczeństwo meksykańskie stanęło murem po stronie imigrantów środkowoamerykańskich, niosąc pomoc humanitarną hondurasko-salwadorskiej karawanie.

Meksyk lat 70. to także świat głębokiego zaufania do drugiego człowieka, oddania i pomocy. Najlepiej ukazują to skomplikowane relacje Cleo, Sofii i jej rodziny.

Katarzyna Dembicz

Zdaniem wielu specjalistów Meksyk nieuchronnie zmierza ku wewnętrznej katastrofie – za sprawą niewydolności instytucjonalnej i wysokiej przemocy. Pomimo tego istnienie owej solidarności może hamować ten proces. Film Cuaróna nie rozwiązuje jednoznacznie tej kwestii, a zwraca na nią uwagę. Dwie kobiety reprezentujące tak różne i obce sobie światy, mieszkające jednak pod jednym dachem na ulicy Tepeji 22 w dzielnicy Roma, zdane wyłącznie na siebie, w momencie najgłębszego kryzysu wspierają się i pomagają sobie, zachowując się tak, jakby podziały nie miały znaczenia i nigdy nie istniały. Niestety, meksykańskie realia przypominają nam o ich istnieniu, podobnie jak mur na granicy USA–Meksyk. Chociaż podziały znikają na chwilę, to nadal stanowią jedną z głównych przyczyn konfliktów.

 

Film:

„Roma”, reż. Alfonso Cuarón, Meksyk–USA 2018.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 526

(5/2019)
5 lutego 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj