Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Podróżować jak Halik....

Podróżować jak Halik. O książce „Przygoda dzika Toniego Halika” [KL dzieciom]

Z Mirosławem Wlekłym rozmawia Agnieszka Sawala-Doberschuetz

Dzisiaj każdy może podróżować. Ale robić to tak jak Tony Halik nadal mało kto potrafi – z gruntownym przygotowaniem, pełnym poszanowaniem obyczajów i otwartością na nowość i inność. Mirosław Wlekły przybliża postać słynnego podróżnika najmłodszym czytelnikom.

Któż nie pamięta wiecznie uśmiechniętej twarzy sympatycznego Toniego Halika, z pasją opowiadającego o egzotycznych zakątkach świata w programie „Pieprz i wanilia”? Otóż okazuje się, że wielu przedstawicieli młodszego pokolenia nie kojarzy, kim był słynny polski podróżnik. Osobom 35+ nie trzeba go przedstawiać, młodsi jednak niekoniecznie znają program i jego autorów (Halik prowadził go wraz z wieloletnią partnerką, Elżbietą Dzikowską). Autor biografii Mieczysława Sędzimira Antoniego Halika (bo tak się oficjalnie nazywał), Mirosław Wlekły, postanowił więc przybliżyć najmłodszym postać reporterskiego guru starszych generacji.

Obficie i dynamicznie ilustrowana przez Magdalenę Kozieł-Nowak książka w twardej oprawie już na pierwszy rzut oka zachęca do czytania. Na dzień dobry poznajemy bohaterów przygód – Toniego Halika i jego żonę Pierrette Andrée Courtin, którzy zwięźle przedstawiają się młodym czytelnikom, wyjaśniając źródło swoich przygód. A potem – nagle i bez przygotowania – trafiamy w samo serce akcji: bitwy Kajapów z Karażami, pośrodku której, rzecz jasna, plącze się nasz bohater, karkołomnie dokumentując ekscytującą walkę. Książka zaczyna się wysokim C, nie sposób się w niej nie zatracić – jestem pewna, że młody czytelnik czy słuchacz będzie chciał tylko więcej i więcej! Cierpliwie przebrnie więc przez kolejne, retrospektywne rozdziały ilustrujące niełatwą i nieoczywistą drogę Toniego do tropikalnego lasu w Brazylii. Czego się dowie?

Że warto mieć marzenia i dążyć do ich realizacji – choć koledzy w szkole wyśmiewają szalone pomysły; że warto poznawać kultury, bo to źródło niesamowicie wzbogacających, niezapomnianych przeżyć, a także języki – bo otwierają do tych przeżyć furtkę. Wreszcie, że inny w żadnym wypadku nie znaczy gorszy (wręcz przeciwnie, niejednokrotnie Halik podziwiał u Indian cechy, które my, w zachodniej cywilizacji, dawno zatraciliśmy) i że każdemu należy się jednakowy szacunek i poważanie.

Autor – wraz z niezawodnymi współautorami, swoimi dziećmi Patrycją i Przemkiem – rozszyfrowuje także trudne pojęcia, upraszcza pisownię i objaśnia wymowę skomplikowanych nazw oraz przybliża geopolityczne kuluary wyprawy Halika (żeby podkreślić wagę jego wyczynów).

Wydawać się może, że Tony miał w życiu czasami więcej szczęścia niż rozsądku (aż chciałoby się dodać to tu, to tam przypis: „nie róbcie tego w domu!”), ale nie sposób nie kibicować przepełnionemu dziecięcą radością i nadaktywnością Polakowi na rubieżach świata. Bo choć dziś dużo prościej jest podróżować, to podróżować tak jak Halik nadal mało kto potrafi – z zacięciem, mimo przeciwności losu i niewygód, z gruntownym przygotowaniem, w tym choćby z podstawami miejscowego języka, pełnym poszanowaniem obyczajów i otwartością na nowość i inność wszystkiego, co go spotka. Jestem pewna, że książka Mirka Wlekłego zarazi sympatią do przygód nawet najmłodszych czytelników.

Agnieszka Sawala-Doberschuetz: Skąd pomysł, by po „Haliku dla dorosłych” napisać „Halika dla dzieci”?

Mirosław Wlekły: Pomysł nie był wyłącznie mój, po części jego autorką była też przedstawicielka wydawnictwa Agora, Karolina Oponowicz. A wziął się stąd, że podczas pracy nad książką „Tu byłem. Tony Halik” zauważyłem, że istnieje wyraźna granica: ludzie powyżej 35. roku życia doskonale wiedzieli, kim był Halik, i z wspominali go z rozrzewnieniem. Natomiast młodszym trzeba było to wyjaśniać i nie wydawali się postacią Halika specjalnie zainteresowani. Przez chwilę spisałem więc tę grupę odbiorców na straty. Pomyślałem, że w czasach ułatwionych podróży jakiś szalony odkrywca z dawnych lat nie zrobi na nich wrażenia. Ale na spotkaniach autorskich regularnie pojawiała się i taka grupa: młodzi ludzie zafascynowani Halikiem. Był wśród nich między innymi chłopak, który na łydce miał wytatuowany tytuł książki! Wtedy pomyśleliśmy z Karoliną, że warto spróbować dotrzeć do jeszcze młodszego czytelnika.

A to zapewne nie lada wyzwanie dla kogoś, kto dla dzieci wcześniej nie pisał?

Z pomocą przyszły mi moje dzieci, siedmioletnia wówczas Patrycja i dziewięcioletni Przemek. Wspólnie wybieraliśmy przygody, które zainteresują najmłodszych, zamienialiśmy trudne słowa i zwroty na bardziej zrozumiałe. I tak w około pół roku stworzyliśmy książkę.

Jak to się robi?

Wspólne siadanie do pisania książki stało się rytuałem naszej trójki – taty i dzieci. Siadaliśmy wieczorami na kanapie i zanurzaliśmy się w pracy, która jednocześnie sprawiała nam wiele przyjemności. Wybierałem opowieść i zaczynałem czytać. A oni zgłaszali uwagi. Potrafili mi przerywać co trzy zdania i dyskutować. Wszystko na bieżąco notowałem. Propozycję tekstu do książki pisałem już sam, uwzględniając ich uwagi. Potem tekst trafiał z powrotem do pierwszych recenzentów – Patrycji i Przemka.

„Przetłumaczyłeś na dziecięcy” książkę, nad którą intensywnie pracowałeś kilka lat – potrafiłeś się od niej uwolnić? Napisać coś dziewiczego, całkiem od nowa?

Przede wszystkim nie przekładałem na język dziecięcy mojej własnej książki dla dorosłych, a historie Halika, jego oryginalne reportaże z okresu Mato Grosso. To od początku, z założenia miała być książka non-fiction dla dzieci. I taka jest. Tylko miejscami była w minimalnym stopniu fabularyzowana na potrzeby kompozycji tekstu.

Musiałeś cenzurować historie, które czytałeś dzieciom? Nie były zbyt drastyczne? – mam na myśli na przykład sceny bitwy.

Nie, opowieści Halika nie epatują brutalnością. Według mnie jego styl pisania był dość infantylny. Jego reportaże można bez obaw podsuwać do przeczytania dzieciom. Znam książki, w których jest dużo więcej okrucieństwa, a są w kanonie lektur.

Na przykład „W pustyni i w puszczy”?

Nie podoba mi się, że Sienkiewicz napisał ją z pozycji kolonizatora (którym Polska de facto nie była).

Ale bardzo chciała być?

Pisałem swego czasu reportaże z Angoli i widziałem ślady polskich zakusów na ten region. Czasami zastanawiam się, jacy bylibyśmy, gdyby nam się wtedy powiodło. Pewnie właśnie tacy, jak w książce Sienkiewicza.

No właśnie – piszesz o Angoli, jedziesz do Angoli. I w ogóle śladami Halika. To bardzo skrupulatne, ciekawe, ale i mozolne podejście do zadania.

Bardzo chciałem pojechać w te miejsca, a i wydawnictwo zdecydowało się zainwestować w mój projekt. Bez wsparcia Agory pisałbym książkę zza biurka.

Domyślam się, że redaktor naczelny wychował się na „Pieprzu i wanilii” i nie trzeba go było długo przekonywać. Ale pisanie dla dzieci o takim „dinozaurze” reportażu mogło być ryzykowne. Myślisz, że zwariowany podróżnik Halik może im czymkolwiek zaimponować?

Rzeczywiście mamy dziś dostęp do wielu programów, książek, możemy też sami wsiąść w samolot i polecieć w egzotyczne miejsca. W zasadzie każdy może być takim Halikiem. Dlatego bardziej niż na opowieści o podróżach i przygodach reportera zależało mi na przedstawieniu Halika jako niesamowitego marzyciela. Człowieka, który dążył do założonego celu, będąc skłonnym postawić wszystko na jedną kartę, a jednocześnie nikogo nie krzywdząc. Starałem się też wpleść w historie elementy edukacyjne, pokazać, czym jest szacunek i tolerancja w podróży, otwartość na drugiego człowieka i jego kulturę.

Ja wyłapałam w książce jeszcze akcent patriotyczny. Ale nie zacietrzewiony ani protekcjonalny. Raczej przepełniony dumą – „Yo no soy yanqui, soy Polaco!”.

Paradoksalnie Tony Halik nazywał siebie obywatelem świata, ale na każdym kroku podkreślał swoje pochodzenie. Jego patriotyzm przejawiał się wielokrotnie w przedziwny sposób – gdy na przykład postanowił po królewsku ugościć przybyszkę z Polski, dziennikarkę Elżbietę Dzikowską. Serwowanym rarytasem okazał się… barszczyk z proszku. Potrafił też z zacietrzewieniem bronić „honoru” polskiej wódki w dyskusjach z kolegami po fachu ze Związku Radzieckiego.

Twoje dzieci czują się związane z Tonym Halikiem?

Byliśmy niedawno w Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika w Toruniu i pani kustosz przyniosła dzidę, którą kilka lat wcześniej przywieźliśmy z Argentyny. Nadal była zapakowana w oryginalną tubę naszej konstrukcji. Dzieci szalenie się ucieszyły na jej widok.

Pewnie mają świadomość swojej mocy sprawczej. Nie chcą pisać dalej? Przygód Halika jeszcze trochę zostało.

Chcą! Jestem dobrej myśli, że wkrótce powrócą rytuały wspólnego, wieczornego czytania. I pisania.

Książka:

Mirosław Wlekły (oraz Przemek i Patrycja), „Przygoda dzika Toniego Halika”, il. Magdalena Kozieł-Nowak, Wydawnictwo Agora dla dzieci, Warszawa 2021.

Proponowany wiek odbiorcy: 7+

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 652

(27/2021)
6 lipca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj