Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Dla katolików za...

Dla katolików za bardzo antykatolicki, dla ateistów zbyt... katolicki

Z Kacprem Szpyrką, tłumaczem Miguela de Unamuno, rozmawia Krzysztof Katkowski

„Unamuno to postać bardzo potrzebna – zwłaszcza w okresie wojen kulturowych. Jego myśl znajduje się gdzieś pomiędzy walczącymi ze sobą biegunami, zasypując przepaść oddzielającą od siebie odległe idee”.

Miguel de Unamuno, 1921. Fot. Agence de presse Meurisse. Źródło: Wikimedia Commons (domena publiczna)

Krzysztof Katkowski: Szykując się do tej rozmowy, odszukałem fragment z mojego ulubionego tekstu Unamuno, powieści „Mgła”. Jeden z przyjaciół głównego bohatera tej książki, Paparriqopoulus, młody pisarz i księgarz, większość czasu wolnego spędza, czytając dawne dzieła europejskich i hiszpańskich mistrzów. Planuje napisać książkę o „pisarzach, znanych nam tylko z imienia”, aby oddać im dziejową sprawiedliwość, ocalić ich od zapomnienia. Tłumacząc Unamuno w Polsce, w XXI wieku, nie czujesz się trochę jak Paparriqopoulus? Przecież w Polsce mało kto kojarzy hiszpańskiego autora. A na dodatek ty jesteś pisarzem i księgarzem.

Kacper Szpyrka: To prawda, że w pewnym sensie Unamuno w Polsce jest zapomniany, zwłaszcza w szerszych kręgach czytelników. Niby raz na jakiś czas pojawiają się jakieś kolejne tłumaczenia, ale zwykle publikacje te mijają bez echa. Tak było chociażby z „Żywotem Don Kichota i Sancza” opublikowanym w Polsce kilka lat temu. A przecież jest to niezwykle interesujący komentarz do dzieła Cervantesa, a w dodatku figuruje w słynnym kanonie Harolda Blooma! I do tego jest świetnie przetłumaczony.

W tym sensie czuję się trochę jak wspomniany bohater „Mgły”. Do samego Unamuno dotarłem dzięki mojemu zafascynowaniu chrześcijańskim egzystencjalizmem. Napisałem o tym hiszpańskim myślicielu magisterkę, miałem nawet pisać doktorat… Poczułem bliskość z tą postacią. Szedł przez życie, zmagając się z wieloma sprzecznościami, dotyczącymi rozumu i wiary, życia i idei. Po rzuceniu doktoratu chciałem spłacić wobec niego pewien dług. Miałem z nim tyle intelektualnych „rozmów” i „sporów” – sam rozumiesz, że nie mogłem go tak po prostu zostawić.

Czemu akurat zabrałeś się za tłumaczenie tej książki? Nie jest to chyba najbardziej popularny tekst jego autorstwa.

Myślałem początkowo nad „Monodialogami”, które w zamyśle autora miały być czymś na kształt „Solilokwiów” Augustyna z Hippony – krótkimi rozmowami, w których Unamuno dyskutuje raz ze sobą, raz z bohaterami swoich książek (także „Mgły”, którą tak lubisz). Wybrałem jednak dzieło bardziej enigmatyczne, szkatułkowe – czyli właśnie „Jak się tworzy powieść”. Z powodów politycznych Unamuno musiał udać się poza granice swojego kraju. Przebywając w Paryżu, nie potrafił przezwyciężyć obezwładniającej melancholii i niemocy twórczej. Skoro nie mógł napisać powieści, stworzył dzieło balansujące gatunkowo między esejem, wspomnieniami i powieścią, które na pierwszy rzut oka może wydać się chaotyczne i rozwarstwione.

To jednak, co wydaje się być wadą, przeobraża się w największą wartość, ponieważ w tym zamęcie można dostrzec samego Unamuno, można doświadczyć obcowania z człowiekiem z krwi i kości, z hiszpańskim filozofem, poetą i pisarzem, który był jednym z najciekawszych umysłów swoich czasów. A ja, jak już ustaliliśmy, jestem trochę jak ten Paparriqopoulus – moim celem było przybliżenie tej niepokornej postaci polskiemu czytelnikowi.

No tak, ale ty chyba go nie tylko popularyzujesz. Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że Unamuno jest twoim mentorem?

Nie, to już chyba trochę przesada. W głowie dyskutuję sobie z różnymi myślicielami, z różnych obszarów kulturowych…

Z kim?

Ostatnio czytam japońskich pisarzy – Tanizakiego, Dazaia… Kartkowałem też Liwiusza, bo zawsze staram się mieć pod ręką jakiegoś autora antycznego. Czytając, buduję sobie taki kafkowski mur chiński, w czym nie kieruję się żadną metodą. Zresztą sam Unamuno wspomina o kluczowej roli „lektur z przypadku”. Przez długi czas autor „Mgły” stanowił dla mnie bardzo istotny punkt odniesienia, choć nie da się ukryć, że trochę mnie już sobą wymęczył podczas zmagań translatorskich [śmiech].

Unamuno był postacią bardzo nieoczywistą, czasem wręcz groteskowo tajemniczą. „Jak się tworzy powieść” napisał po hiszpańsku, potem przetłumaczono ją na francuski, potem on sam znów przetłumaczył ją na hiszpański…

A teraz ja ją przetłumaczyłem na polski. Skądinąd w tym jego tłumaczeniu było niesamowite to, że dodał nawet wstęp w postaci zajawki z czasopisma, gdzie opublikowano francuski przekład tego tekstu. Robiąc to, przyklasnął temu, że jest tam opisywany jako genialny hiszpański pisarz, poeta i filozof, a z drugiej strony nie omieszkał wypunktować tych interpretacji własnych poglądów dokonanych we francuskim wstępie, z którymi się nie zgadzał.

Tekst podczas pierwszej lektury bardzo mnie zaintrygował. To z kolei stało się bezpośrednim bodźcem dla podjęcia decyzji o tłumaczeniu, które pozwoliłoby ukazać polskiemu czytelnikowi jedną z kluczowych wartości tej książki, czyli… samego Miguela de Unamuno: profesora filologii klasycznej, rozpaczającego nad swoim ziemskim wygnaniem z Hiszpanii i niebiańskim wygnaniem z wiary (czyli wy-niebieniem, oryg. des-cielo, jeden z neologizmów wymyślonych przez autora), erudytę błąkającego się z po intelektualnych bezdrożach, przekraczającego gatunki literackie, toczącego ze wszystkimi – z samym sobą przede wszystkim – niekończący się spór.

Mnie się ta chaotyczność Unamuno skojarzyła ze Stanisławem Brzozowskim.

Warto byłoby się bliżej przyjrzeć temu skojarzeniu. Mnie podczas lektury esejów Unamuno często przypominały się dzieła Mariana Zdziechowskiego. „Pesymizm, romantyzm i podstawy chrześcijaństwa” ma bardzo podobny klimat intelektualny, co „Agonia chrystianizmu” – jeden z najsłynniejszych tekstów Unamuno. Z Brzozowskim łączyłbym go na innej płaszczyźnie. Obydwaj byli genialni, bezczelni i egzaltowani. Nawet dziś trudno ich jednoznacznie przyporządkować do jednego nurtu myślenia.

Unamuno to jeden z przedstawicieli Pokolenia ‘98, grupy hiszpańskich artystów i myślicieli, którzy dorastali, obserwując upadek imperium – w 1898 roku Hiszpania utraciła ostatnią ze swoich kolonii. Stąd szok, stąd nostalgia za dawną potęgą. Może trochę podobna do naszych tęsknot za epoką Jagiellonów i Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Z tym że Hiszpanie, na czele z Unamuno, przemyśleli upadek swojego państwa intelektualnie i dzięki temu znaleźli swoje miejsce w nowoczesności. A Polacy – nie.

Tak, Unamuno wypełnia pewną lukę między tradycją a przemianą, zresztą podobnie jak Brzozowski. Mnie bardzo interesuje jego stosunek do wiary. Dla wielu katolików w Polsce będzie za bardzo antykatolicki, dla ateistów zbyt… katolicki. Balansuje na granicy ortodoksji i herezji. Nie da się go wykorzystać politycznie. Unamuno ciągle sobie przeczy, często nawet w tym samym akapicie.

To postać bardzo potrzebna, zwłaszcza w okresie wojen kulturowych. Jego myśl znajduje się gdzieś pomiędzy walczącymi ze sobą biegunami, zasypując przepaść oddzielającą od siebie odległe idee. Jego podejście nie jest idealne, bo przecież mimo wszystko pozostaje on w konflikcie ze wszystkimi dookoła – ale współistnienie tak wielu skrajności w jednym umyśle jest niezwykle inspirujące.

Czy Hiszpanii pomógł taki Unamuno?

Nie, tam też aż tak się nie przyjął, głównie przez tę swoją nieoczywistość. Część Pokolenia ‘98 została intelektualnie zawłaszczona przez frankistów – podobnie jak Nietzsche przez III Rzeszę. Właśnie za czasów Franco opublikowano pierwszą edycję dzieł zebranych Unamuno, choć oczywiście ocenzurowano wszystkie niewygodne passusy. Zwolenników Franco fascynował jego irracjonalizm, woluntaryzm, apologia donkiszotyzmu, a także postulat duchowej i kulturowej hiszpanizacji Europy.

Mówiłeś o jego stosunku do chrześcijaństwa. Co jest w nim tak interesującego? Czy to samo, co może nas interesować u polskich myślicieli, których przytaczaliśmy – wychowanie w rodzinie katolickiej, a potem próba intelektualnego przepracowania słynnego „Bóg umarł”?

Unamuno rzeczywiście wychował się w głęboko wierzącej, tradycyjnej, baskijskiej rodzinie i lektura pism Nietzschego czy Schopenhauera była dla niego ogromnym szokiem intelektualnym. Unamuno nazwał ich w jednym ze swoich wierszy „niemieckimi diabłami”. Choć nie zawsze wymienia ich z nazwiska, myśli Schopenhauera i Nietzschego co rusz pojawiają się na kartach jego książek. Unamuno wciąż z nimi polemizuje, nie może się podnieść z tego intelektualnego szoku, którego musiał doznać podczas lektur jako młody student.

Warto tu dorzucić znamienną anegdotę: Unamuno miał się ponoć nauczyć niemieckiego na „Nauce logiki” Hegla. To był właśnie taki człowiek: pobojowisko różnych idei, osoba, która nigdy nie skrystalizowała swoich rozważań… jest to antropologia pełna sprzeczności – tak jak pełne sprzeczności jest nasze życie. Stąd niektórzy określają Unamuno mianem pre-egzystencjalisty, wyznającego zasadę, że egzystencja poprzedza esencję. Też uważam, że człowiek to kłębowisko absurdów, którego nie sposób pojąć za pomocą rozumu.

O tych sprzecznościach mówi też fragment z przetłumaczonej przez ciebie książki: „Co do mnie, kroczę drogami wsi i miast, natury i historii, próbując przeczytać (oczywiście po to, by następnie skomentować) to, co Bóg nagim i niewidzialnym palcem napisał na piasku, który uniósł ze sobą wiatr rewolucji naturalnych i tych historycznych”. Unamuno to rewolucjonista i żarliwy katolik. W latach trzydziestych był to przepis na zostanie faszystą.

Zacznę od powtórzenia tego, że Unamuno nie da się jednoznacznie zaklasyfikować. Trudno go nazwać „żarliwym katolikiem”. Sądzę, że nawet letni katolik miałby problemy ze skokiem ciśnienia podczas lektury eseju Unamuno pt. „Moja religia”. A jednak od kontekstu kulturowego katolicyzmu hiszpańskiego nie sposób go oderwać. Jednocześnie w pewnym okresie twórczości regularnie pisywał do komunistycznej gazety „Lucha de clases” [Walka klas]. Choć mimo to nikt go z komunizmem nie kojarzy. Zresztą słusznie, bo prawdopodobnie nigdy nie czytał Marksa. Jego socjalistyczna deklaracja polityczna była więc bardziej deklaracją w sensie społecznym niż ideologicznym. Wędrował więc po różnych opcjach politycznych, często rzeczywiście ze sobą sprzecznych. Kiedy w 1936 roku stwierdził, że rząd republikanów nie podźwignie Hiszpanii z kryzysu, poparł charyzmatycznego caudillo, generała Franco.

Kiedy Unamuno zorientował się, że Franco w gruncie rzeczy odrzuca jednostkową odrębność i różnorodność, przeciwstawiając jej jednolitą masę, głoszącą unisono te same slogany, wystąpił z krytyką dyktatora. Cudem uniknął śmierci. Zmarł w areszcie domowym kilka miesięcy później.

O jego „rozstaniu” z Franco powstał nawet film „Póki trwa wojna”.

Jest dostępny w jednym z popularnych serwisów streamingowych, więc bardzo polecam jego obejrzenie. Wracając do stosunku Unamuno do Franco, warto przypomnieć jeden epizod. To niesamowita historia! Unamuno, z dopiero co przywróconym tytułem rektorskim, uczestniczył w obchodach święta rasy. Przed nim przemawiał generał Millán Astray, jeden z czołowych dowódców generała Franco, uwielbiany przez żołnierzy. Na koniec swojego przemówienia krzyknął: „Viva la muerte!”, czyli „Niech żyje śmierć!”. Niespodziewanie przemówił Unamuno, który, zniesmaczony, nazwał okrzyk Astraya „nekrofilskim”… a potem przystąpił do krytyki całego reżimu. Miał wypowiedzieć wtedy słynne zdanie: „Venceréis, pero no convenceréis”, „Możecie mnie pokonać, ale nie przekonać”. Od linczu uratowała go obecna na wydarzeniu żona Franco.

Chyba powinno być, zamiast „Jak się tworzy powieść”, „Jak się tworzy legendę”. Unamuno, może nie zawsze świadomie, wydaje się mistrzem autokreacji – jak już rozstaje się z reżimem, to patetycznym przemówieniem (przynajmniej tak to przedstawiono w filmie). Kiedy musiał emigrować z Hiszpanii w czasach dyktatury Primo de Rivery, co wieczór miał podchodzić pod granicę hiszpańsko-francuską i wykrzykiwać różne przekleństwa.

Legendę w tym przypadku stworzył być może Luis Portillo Pérez, hiszpański dziennikarz, który w artykule „Ostatni wykład Unamuno” (tłumaczenie na polski można znaleźć w jednym z numerów „Literatury na świecie”) zreferował ten konflikt, choć nie był bezpośrednim świadkiem wydarzenia i ponoć nieco ubarwił tę historię. Ale to prawda, że dla Unamuno tworzenie legendy i pisanie powieści było po prostu… życiem. W 1936 roku w Salamance sprowokowała go wulgarność, z jaką Millán Astray wyraził swoje uwielbienie dla śmierci. Dla Unamuno wszystko było wyzwaniem intelektualnym, a więc i taka banalizacja samego pojęcia śmierci, która była z jego punktu widzenia odrażająca, być może przelała czarę goryczy.

Jedno jest pewne, „Jak się tworzy powieść” jest przewodnikiem egzystencjalnym, który można porównać z „Listami do młodego poety” Rilkego. Jeżeli podczas lektury nauczymy się żyć, powieść wypłynie z nas sama.

 

Książka:

Miguel de Unamuno, „Jak się tworzy powieść”, przeł. Kacper Szpyrka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 661

(36/2021)
7 września 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj