Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Kwestia siły. Recenzja...

Kwestia siły. Recenzja książki „Potwór pamięci” Yishaia Sarida

Anna Olmińska

Jak dziś uczyć o Zagładzie? Czy bardziej podkreślać szacunek dla jej ofiar, czy uznanie dla zbrojnego oporu? Izraelski pisarz Yishai Sarid stawia trudne pytania o pamięć o Holokauście i zastanawia się, czy siła użyta po to, by zapobiec mu w przyszłości, nie wymknie się nam kiedyś spod kontroli.

W Izraelu pamięć o Holokauście wciąż jest żywa. Przede wszystkim dużo uczy się o nim w szkołach, organizowane są też wycieczki młodzieży do Jad Waszem i do byłych niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych oraz obozów zagłady. To jednak nie wszystko – Zagłada stała się częścią popkultury, dlatego nie tylko młodzi, ale i starsi Izraelczycy z informacjami o niej stykają się na co dzień. „Poczynając od lat osiemdziesiątych nie było chyba dnia, żeby w codziennych gazetach nie wspominano o Zagładzie w takim czy innym kontekście” [1] – stwierdza jeden z izraelskich historyków, Tom Segev.

Czasem są to odniesienia z naszego punktu widzenia dość kontrowersyjne – w kwietniu 2011 roku na najbardziej popularnym kanale w Izraelu można było zobaczyć chociażby ludzi starających się o udział w reality show, w którym musieli… rywalizować z „hitlerowcami” w „obozie koncentracyjnym” (sic!); osobom publicznym, szczególnie tym popierającym skrajnie prawicowe ugrupowania, zdarza się porównywać osoby żyjące współcześnie do nazistów. Poza tym Zagłada stanowi jeden z głównych tematów kina i literatury [2].

Jak mówić o Zagładzie

Nic zatem dziwnego, że w 2017 roku ukazała się w Izraelu kolejna książka, która próbuje się mierzyć z tematem Holokaustu – „Potwór pamięci” Yishaiego Sarida. Wbrew temu, czego mógłby oczekiwać polski czytelnik, nie jest to ani reportaż historyczny, ani fabularyzowana opowieść o losach ocalałych. Nie ma w niej osobistych świadectw ofiar Zagłady. Nie jest ona nawet opowiadana z perspektywy historycznej. Nie przeszłość jest bowiem w tej krótkiej powieści najważniejsza, ale to, jak ta przeszłość wpływa na teraźniejszość. Sarid podejmuje trudny temat tego, jak dzisiejsi Izraelczycy postrzegają Holokaust i z czego to wynika.

Głównym bohaterem „Potwora pamięci” jest żyjący współcześnie młody historyk z Izraela. W bardzo długim liście adresowanym do dyrektora Jad Waszem (stanowiącym – od pierwszej do ostatniej strony – treść całej książki) tłumaczy się z pewnego incydentu, do którego doszło, gdy oprowadzał on niemieckiego reżysera filmowego po jednym z obozów koncentracyjnych w Polsce. Mężczyzna chce przedstawić przełożonemu pełen obraz swojego położenia, dlatego opisuje mu dokładnie swoją ścieżkę życiową, zwracając uwagę na motywy kierujące nim na poszczególnych jej etapach.

Historyk, którego imienia nie poznajemy, wyjaśnia na wstępie, że zajął się historią Zagłady zupełnie przypadkowo. Zdecydował się napisać o niej doktorat wyłącznie ze względów ekonomicznych i rodzinnych. Wprost wyznaje, że wolałby zająć się historią bardziej odległą, taką, która nie budzi już dziś w ludziach większych emocji, ale utrzymanie się z tego byłoby możliwe tylko za granicą – a jego narzeczona Rut nie chce wyjeżdżać z kraju.

Temat pracy doktorskiej młodego historyka – „Podobieństwa i różnice w systemach działania niemieckich obozów zagłady w czasie II wojny światowej” – wymaga od niego bardzo skrupulatnej kwerendy w archiwach, przeczytania setek, jeśli nie tysięcy książek naukowych i relacji na temat życia i śmierci w obozach. Ponownie ze względów ekonomicznych, mężczyzna podejmuje się dodatkowo oprowadzania wycieczek po Jad Waszem. Na pewnym etapie uświadamia sobie, że żeby się rozwijać, musi pojechać do Polski i zobaczyć obozy na własne oczy. Dostaje tam propozycję oprowadzania wycieczek szkolnych. Myśląc o swoim synku, który niedawno się urodził, historyk nie zastanawia się długo nad przyjęciem nieźle płatnej oferty.

Bez przemocy jesteśmy jak bydło

Mężczyzna dobrze odnajduje się w roli przewodnika. Z biegiem czasu coraz trudniej mu jednak odgrodzić się od rzeczywistości obozowej, którą tak dobrze zna i – oddalony od rodziny o tysiące kilometrów – tak rzadko opuszcza. Niezauważenie przekracza cienką czerwoną linię i zaczyna żyć przeszłością. Coraz częściej próbuje postawić się na miejscu ofiar Zagłady. Zadaje sobie i grupom, które oprowadza, coraz więcej niewygodnych pytań: co wy byście zrobili, gdybyście byli na miejscu ofiar? Czy próbowalibyście uciec? A gdybyście żyli poza murami getta – czy pomoglibyście brudnemu, zawszonemu chłopcu, który poprosiłby was o pomoc, a tym samym narazilibyście siebie i swoich bliskich na niebezpieczeństwo?

W głowie historyka pojawia się przekonanie, że do Zagłady by nie doszło, gdyby nie posłuszeństwo ofiar; że najważniejsza była – i wciąż jest – siła:

„[…] wszystko to kwestia siły, siły i jeszcze raz siły. […] Najważniejsza jest siła. Bić. Strzelać. Zniszczyć drugiego. Bo bez przemocy jesteśmy jak bydło, kurczaki skazane na zarżnięcie. Skazani na łaskę innych, którzy w każdej chwili pod wpływem jednej decyzji mogą ściąć nam głowę, udusić, obnażyć z ubioru i godności i znęcać się w jakikolwiek sposób, jaki im podda ich chora fantazja […]. Kultura, moda, ubranie, nasza gadka, uśmiechy, przyjaźnie, poglądy, listy, muzyka, sport, jedzenie, miłość nie mają tu żadnej wartości. Są one jedynie cienką przykrywką zrobioną z cukru. Jedno plunięcie wprost na to i wszystko znika. Zostaje tylko siła. Siła bez żadnej uprzejmości, sumienia i wahania. To pozostałe tylko męczy naszego ducha i utrudnia działanie” [s. 105–106].

Teza, że „aby przetrwać, musimy być trochę nazistami” [s. 104], jest kluczową tezą, z którą Sarid w swojej książce dyskutuje. W tej dyskusji zasadniczą rolę odgrywa wspomniany już incydent z niemieckim reżyserem – związany z użyciem przemocy. Sarid opisuje go lakonicznie w ostatnim akapicie książki. Nie przedstawia czytelnikowi jednoznacznie swojej oceny tego, co się zdarzyło, i nie potępia osoby, która zaatakowała drugą stronę. Interpretację zdarzenia pozostawia odbiorcy. Z jednej strony użycie siły w opisanej sytuacji wydaje się usprawiedliwione; z drugiej – pojawiają się wątpliwości: czy było ono konieczne, czy konfliktu nie można było rozwiązać inaczej, pokojowo? A może i jedna, i druga perspektywa jest w pewnej mierze słuszna? Może nie ma tu miejsca na czerń i biel, tylko trzeba oceniać ten incydent, posługując się skalą szarości? Uznać, że siła jest ważna, ale koniec końców to nie ona stanowi o naszym człowieczeństwie?

Dwie strony medalu

Do takiej interpretacji skłaniają dwa obrazy. Pierwszym jest mikrostudium prześladowania – historyk opisuje sytuację swojego syna, Ido, który jest bity w przedszkolu. W tym kontekście widzimy wyraźnie, że przeciwstawienie się oprawcy bywa niezbędne. Bywa też jedynym sposobem na to, żeby uniknąć dalszych prześladowań (wstawiennictwo rodziców jedynie pogarsza sytuację i pogłębia podziały między dziećmi). Jeżeli ktoś, jak mały Ido, nie umie postawić się dręczycielom, pozostanie ofiarą.

Nie jest to jednak takie proste. Sarid pokazuje drugą stronę medalu: jak wiele krzywdy wyrządza się młodym Izraelczykom wychowywanym w przeświadczeniu, że siła decyduje o wartości człowieka; że najważniejsze w obozach i gettach były momenty oporu. W trakcie wizyty w jednym z obozów koncentracyjnych jeden uczeń próbuje wyryć w ścianie drewnianego baraku napis „Śmierć lewakom”; inny stwierdza, że to samo, co naziści zrobili z Żydami, należałoby zrobić z Arabami. Kim tacy ludzie będą w przyszłości?

W tym miejscu Sarid skupia się na zagadnieniu edukacji młodzieży. Wydaje się sugerować, że nie należy zabierać do miejsc masowych mordów ludzi w zbyt młodym wieku – większość nastolatków po prostu do tego nie dojrzała, a w tej sytuacji łatwo o błędne wnioski z wycieczki. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że niektórzy z nich nigdy do takich wypraw nie dojrzeją. Czy zatem wycieczki do miejsc pamięci w ogóle powinny być obowiązkowe? Może każdy powinien samodzielnie decydować o tym, czy chce – i jest gotów – je odwiedzić? Bez ryzyka społecznego osądzania? A jeśli już się na to zdecyduje, co powinien usłyszeć? Jaki powinien być główny przekaz?

Syjonistyczny ideał

To ostatnie pytanie jest kluczowe, i to nie tylko w kontekście wycieczek młodzieży do obozów Zagłady, ale w ogóle: narracji Izraelczyków o Szoa. Ta zmieniła się diametralnie na przestrzeni lat. Tuż po wojnie eksterminacja Żydów była w Izraelu tematem tabu, powodem do odczuwania winy i wstydu. Syjonistyczny ideał krzepkiego „nowego człowieka” daleki był od obrazu prześladowanego, uległego i anemicznego „starego Żyda”. Trudno było w tej sytuacji znaleźć ocalałym odpowiednie miejsce w tworzącym się państwie, a jeszcze trudniej – wsłuchać się w ich potrzeby i udzielić im niezbędnego wsparcia. Wsparcia, o które niewielu jest w stanie poprosić, kiedy trauma jest jeszcze zbyt świeża i zbyt bolesna. Siłą rzeczy dążono więc do tego, by ci, którzy ocaleli, jak najszybciej się zasymilowali, by po prostu wpasowali się w tkankę społeczeństwa, zapominając o tym, czego doświadczyli w obozach, i skupili się na budowie nowej rzeczywistości.

Takie podejście zaczęło ulegać zmianom po procesie Eichmanna w 1961 roku. Wtedy o Zagładzie zaczęto mówić głośno, a o ocalałych i ich świadectwach, które były tak istotne dla skazania oskarżonego, nie można było dłużej milczeć. Po kilkunastu latach, w 1979 roku, izraelskie Ministerstwo Edukacji zdecydowało, że nauka o Holokauście powinna być obowiązkowym elementem programu nauczania w szkołach średnich. W latach 80. mówienie o Szoa było już powszechne.

Kultywowanie pamięci o Holokauście zrodziło pytanie: w jaki sposób należy przekazywać wiedzę o nim? Na początku za największą wartość uznawano wszelkie przejawy siły, a więc przede wszystkim próby stawiania hitlerowcom zbrojnego oporu. To do nich, choć nie było ich wiele, przywiązywano największą wagę. Z czasem coraz powszechniej uznawano, że już sam wysiłek zachowania ludzkiej godności stanowił akt bohaterstwa. On też jest przecież przejawem siły, kto wie, czy nie większej, niż siła czysto fizyczna.

Obłaskawić mechanicznego potwora

Ta optyka wydaje się bliska Saridowi. Nie ułatwia on jednak czytelnikowi sprawy i nie podsuwa mu gotowych interpretacji; daleki jest od moralizatorstwa i zero-jedynkowych stwierdzeń. Może chce w ten sposób pokazać, że w kontekście kultywowania pamięci o Zagładzie trudno rozstrzygnąć pomiędzy szacunkiem dla jej ofiar a uznaniem dla zbrojnego oporu, a jeszcze trudniej ocenić, kiedy siła użyta po to, by zapobiec jej w przyszłości, może wymknąć się spod kontroli. Jedno jest pewne. Pamięć zawsze wymaga nie tylko emocji, ale i namysłu. Tylko wtedy możemy być pewni, że nie zamieni się w mechanicznego potwora.

Przypis:

[1] Tom Segev, „Siódmy milion”, przeł. Barbara Gadomska, wyd. PWN, Warszawa 2012, s. 481.

[2] Tamże, s. 481 i n.

Książka:

Yishai Sarid, „Potwór pamięci”, przekład z hebrajskiego Michał Sobelman i Joanna Stocker-Sobelman, Wydawnictwo KEW, Wrocław–Wojnowice 2021.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 693

(16/2022)
19 kwietnia 2022

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj